wtorek, 22 maja 2018

Rozdział trzydziesty pierwszy


Vi POV:

Zapada cisza. Jedyne, co do dociera do moich uszu to mój urywany oddech i ciężkie sapanie Dave'a gdzieś obok. Pociemniało mi przed oczami i zastanawiam się, czy moje ciało zaraz nie rozsypie się w drobny mak.
- Akurat wtedy, kiedy chciałem cię pieprzyć musiałaś zalać się krwią? - prycha wkurwiony, jakby to była moja wina! Chwyta mnie w talii, odwraca na plecy i układa na stole. Jęczę z bólu, zaciskam nogi jeszcze mocniej, chociaż i tak siłą je rozchyla - Ja pierdolę, co się z tobą dzieje, huh? Dostałaś pieprzony okres?
- N-nie - trzęsę się jak galareta, próbuję opanować swoje ciało, ale nie jestem w stanie. Dół mojego brzucha zaciska niewidzialna siła i mam wrażenie, że moja miednica pęka na kawałki - B-bardzo boli.
- Mam to w dupie, Vi. Schrzaniłaś moje plany - kręci głową, podnosi mnie i stawia na nogi. Jezu! Nie wiem, jakim cudem udaje mi się utrzymać równowagę, a kiedy schylam głowę dostrzegam mnóstwo krwi, która wsiąkła w moje jasne jeansy. Żołądek podjeżdża mi do gardła, pochylam się i wymiotuję, chociaż właściwie nie mam czym - Wspaniale! Jeszcze tego brakowało! - wlecze mnie do drzwi, przekręca zamek i wychodzi na korytarz. W progu stoi Jason, który dobijał się przez cały czas - Zaprowadź ją do pokoju i pilnuj.
- Jasne - pomaga mi, a jego dotyk w przeciwieństwie do Dave'a jest bardzo delikatny, jakby nie chciał mnie skrzywdzić - Dasz radę? Czy wziąć cię na ręce? - och, zaskakuje mnie tym, jednak kręcę głową i stawiam krok za krokiem. Powoli docieramy do pokoju, chłopak przyciąga mnie do swojego boku, a drugą dłonią otwiera drzwi. Dopiero teraz, kiedy przylegam do niego ciałem czuję broń, którą wsunął za pasek jeansów. I ponownie, mimo mojego stanu rodzi się nadzieja na ocalenie - Okej, położysz się, a ja przyniosę ci bluzę.
- Dziękuję - moje zęby zderzają się ze sobą, chłopak zostawia mnie i biegnie po okrycie. Staram się nieco wziąć w garść i przygotować na kolejną walkę. Tym razem to moja ostatnia szansa, kolejnej nie będzie.
- Jestem, załóż - pomaga mi wsunąć dłonie w rękawy bluzy, zasuwa ją pod samą szyję i poprawia, aby dobrze leżała - Musisz odpocząć, potrzebujesz czegoś? Skąd ta cholerna krew? Dostałaś okres? - on też?!
- N-nie, walnęłam w stół i chyba coś mi pękło. Strasznie boli - opieram dłoń na jego biodrze, tuż obok broni. Niemal czuję ją opuszkami palców, jest tak blisko! - Dlaczego jesteś dla mnie taki dobry, Jason?
- Ponieważ wcale nie mam ochoty brać udziału w tej szopce - co? Podnoszę głowę, patrzę mu w oczy i marszczę brwi z zaskoczenia - Dave ma moją siostrę, zmusił mnie do tego i jak sama widzisz, nie bardzo podoba mi się taka robota. Nie mam wyjścia. Tylko nie mów mu tego, dobrze? Natychmiast mnie zabije.

- Nie powiem, spokojnie - uśmiecham się, Jason odgarnia kosmyk moich włosów i zakłada za ucho.
- Jesteś bardzo ładna, Vivienne. Gdybym nie był pod ścianą, najchętniej pomógłbym ci stąd spieprzyć.
- Sam musisz uciec. Proszę, zrób to - jednym ruchem szarpię za broń, robię krok w tył i celuję prosto w niego. Wystawia ręce w górę, rozchyla usta, a na jego twarzy maluje się szok - Nie chcę cię zabić, wiesz? Byłeś dla mnie dobry, za co ci dziękuję. Odejdź, Dave i tak zaraz umrze. Możesz odzyskać siostrę.
- M-masz zamiar go zabić? - pyta z niedowierzaniem i nawet nie mruga - Nie uda ci się to, skrzywdzi cię.
- Nie martw się, po prostu uciekaj - przytakuje głową i wychodzi bez słowa. Cieszę się, że nie walczył ze mną i wybrał mądrze. Nie warto ginąć za kogoś takiego, jak Dave - Okej, do dzieła, Vi - mobilizuję samą siebie, przykładam dłoń do brzucha i wlokę nogi do pomieszczenia, gdzie trzyma Josha. Uchylam drzwi, wystawiam przed siebie broń i celuję w Dave'a, który stoi przed zwisającym ciałem mojego przyjaciela i właśnie zakłada na pięść kastet - Nawet nie waż się tego kurwa robić! - gwałtownie przekręca głowę, a jego mina jest wręcz komiczna - Koniec zabawy, Dave. Zabieram Josha i opuszczamy tą norę. Uwolnij go.
- Chyba śnisz, księżniczko. Myślisz, że masz broń i możesz zgrywać panią świata? - wybucha śmiechem, a we mnie gotuje się krew. Niestety również słabnę, co nie działa na moją korzyść - Odłóż to, bo jeszcze zrobisz sobie krzywdę - pociągam za spust dwa razy, a dwie kulki trafiają w prawe i lewe kolano - Kurwa!!
- Nie zadzieraj ze mną, nie mam ochoty na przeciąganie tego cyrku - podchodzę do komody, biorę pierwszy z brzegu nóż i próbuję przeciąć liny. Jedną ręką idzie mi to dość opornie, jednak w drugiej trzymam broń, w razie gdyby Dave chciał wyciąć jakiś numer - Spieprzamy stąd, kochanie. Tylko musisz się trzymać.
- Jesteś tak kurewsko uparta, wróbelku - dyszy ciężko, lina puszcza, a jego ciało opada na moje. Oboje opadamy z sił, a walka się jeszcze nie skończyła - Druga lina - sięgam do niej, staję na palcach i próbuję wykrzesać z siebie chociaż odrobinę więcej - Damy radę, już prawie jesteśmy w domu. Żyjesz?
- Mhm - mruczy pod nosem, opiera czoło o moje ramię, a druga lina zostaje przecięta - Udało ci się.
- I tak stąd nie wyjdziecie - Dave chwyta mnie za nogi i powala na ziemię. Josh upada obok, ale ledwo kontaktuje - Postrzelone kolana to nie śmierć, cukiereczku - siada na mnie, unieruchamia mnie i perfidnie się uśmiecha - I co teraz, hmm? Nie masz siły, aby mnie pokonać. Ja nigdy nie przegrywam i tym razem również nie przegram - wytrąca broń z moich dłoni, odrzuca ją, a moje nadzieje idą się pieprzyć!
- Jesteś śmieciem - spluwam z pogardą, Dave wybucha śmiechem i chwyta moją szyję, zaczynając dusić. W tym momencie dzieje się coś, co zaskakuje nas wszystkich. Rozlega się strzał, Dave sztywnieje i patrzy na mnie z szeroko otwartymi oczami. Z jego barku sączy się krew, która zabarwia białą koszulkę czerwienią.
- Chcesz dokończyć? - zaciskam usta, ostatkiem sił spycham z siebie Dave'a i spoglądam na Jasona, który podchodzi do mnie, podsuwa dłoń pod moje plecy i podnosi - Kiepsko wyglądasz, musimy się pośpieszyć.

- Daj mi broń - wręcza mi ją bez wahania, nie puszcza dzięki czemu mam podparcie, a ja celuje prosto w Dave'a. Nawet w obliczu śmierci uśmiecha się szeroko, jakby wygrał - Masz ochotę na ostatnie słowo?
- Jesteś nic nie wartą suk... - nie ma szansy dokończyć, pociągam za spust, a kula trafia prosto w głowę.




Jay POV:
Nie mam pojęcia, jakim cudem wreszcie zdobywamy hasło. Banger sprowadził kogoś, kto się na tym znał i to właśnie on doszedł do złamania zabezpieczenia. Co dziwne i wręcz przerażające, sygnał z telefonu Vi wskazywał zaledwie kilka przecznic dalej. Ruszyliśmy tam bez namysłu, a kiedy tylko przekroczyliśmy próg starej pralni, zastaliśmy jedynie martwe ciało Dave'a. Nie było Vivienne, ani nikogo innego. Miałem złe przeczucia, bałem się, że być może przybyliśmy za późno, a Vivi zabrał ktoś inny. Nie czekaliśmy jednak ani chwili dłużej, po prostu rozdzieliliśmy się i przeszukaliśmy całe miasto. Nie znaleźliśmy jej, a moja rozpacz sięgała zenitu! Tak bardzo się o nią bałem, pragnąłem wziąć ją w ramiona i przytulić. Upewnić się, że jest cała, zdrowa i bezpieczna. Każda mijająca sekunda była dla mnie prawdziwą męką i jedyne, o czym marzyłem to o końcu tego koszmaru. I tak się właśnie stało, kiedy jako pierwszy wróciłem do magazynu Seven. Przed budynkiem stał zaparkowany samochód, wyjąłem spluwę i podszedłem na tyle blisko, aby zobaczyć Vivienne siedzącą za kółkiem oraz Josha. Oboje byli nieprzytomni. Ten widok sparaliżował mnie na kilka chwil, straciłem rezon i nie mogłem uwierzyć, że żyją! Byli w opłakanym stanie, Josh pobity, a Vi z zakrwawionymi nogami. Dopiero ten widok mnie otrzeźwił, przeniosłem ją na tylne siedzenie i zawiozłem do szpitala. Chłopcy przybyli kilka minut później, a od dwóch godzin nie opuściliśmy tego miejsca.
Lekarz nie chciał udzielić nam żadnych informacji o stanie ich zdrowia, jednak zapewniłem go, że jestem narzeczonym Vivienne. Patrzył na mnie spod byka i śmiał zapytać o pierścionek! Miałem ochotę strzelić mu między oczy i bardzo żałowałem, że to nie szpital, w którym pracuje wujek Roger. Ten szpital był najbliżej więc jedyne, co mi pozostało to ze spokojem wyjaśnić, że narzeczona po prostu zapomniała go założyć. Nie wiem, jakim cudem mi uwierzył, ale wreszcie rozwiązał mu się język. Josh był cały, po prostu jego ciało było obite, ale poza tym nic poważnego mu nie dolegało. Z Vivienne niestety było ciut gorzej.




Vi POV:
Uchylam powieki, mrugam kilka razy i przesuwam wzrokiem po pomieszczeniu. Jest białe, sterylne i bardzo ciche. Cholera żyję? Jak przez mgłę pamiętam kłótnię z Jasonem, który upierał się, że zawiezie nas do szpitala. Nie pozwoliłam mu na to, wzięłam samochód i przywiozłam nasze tyłki do Seven. Nie miałam siły, aby wysiąść więc przysnęłam na chwilę, aż budzę się tutaj. Boże, gdzie jest mój przyjaciel?!
- Rybko - przekręcam głowę, a moje oczy spotykają się z tym spojrzeniem, które tak bardzo kocham. Siedzi obok, trzyma moją dłoń, a na jego ustach błąka się lekki uśmiech. Ależ on jest piękny - Jesteś w szpitalu. Przywiozłem tutaj was oboje. Josh leży w sali obok, jest cały i zdrowy, jedynie trochę poobijany.
- Żyje - szepczę cicho, Jay przytakuje głową, a łzy cisną się do oczu - Więc naprawdę nam się udało.
- Tak, naprawdę. Spóźniliśmy się nie więcej, niż trzydzieści minut. Zastaliśmy tylko ciało Dave'a. Zabiłaś go, rybko? - przytakuję głową, uśmiecham się, a uczucie ulgi roznosi się po moim ciele niczym lekka mgiełka osiadająca na skórze - Jestem z ciebie taki dumny, wiesz? Jesteś silna, dzielna, odważna! Jedyna!
- J-ja tylko walczyłam. Josh kazał mi uciekać, ale ja nie mogłam go tam zostawić. Dave by go zabił.
- Ocaliłaś i siebie, i jego. Dave nie żyje, wszystko już będzie dobrze. Nie pozwolę, aby ktoś cię skrzywdził. Tak bardzo się o ciebie bałem, Vi! Umierałem z niepokoju, szukaliśmy cię, a ten skurwiel dostarczał nam nowe płyty, na których robił ci krzywdę! - na samo wspomnienie tego koszmaru spinam się. Justin wyczuwa to, siada na brzegu łóżka i przytula mnie do siebie. Zamykam oczy, wdycham znajomy zapach i wreszcie dociera do mnie, że to naprawdę koniec - Kocham cię, Vivienne. Nie masz pojęcia, jak bardzo cię kocham.
- Kochasz? - pytam zaskoczona, a Justin wzmacnia uścisk na moich plecach - Przecież Zayn powiedział...
- To nie jest ważne, to przeszłość - odchyla się nieco, patrzy mi w oczy i odgarnia kosmyk moich włosów za ucho - Posłuchaj mnie uważnie, bo nigdy więcej do tego nie wrócę, okej? - przytakuję i patrzę na niego zdziwiona - Owszem, miałem inne plany wobec ciebie, kiedy się poznaliśmy - a jednak! - Nie znaliśmy się, a Savage wiedział, kim jesteś. Zayn wpadł na pomysł, aby cię wykorzystać i przystałem na to. Ale później... cholera! Później wariowałem na twoim punkcie, zawładnęłaś moim sercem całkowicie i zapomniałem, co miałem zrobić. To przestało się już liczyć, bo byłaś dla mnie najważniejsza. Nadal jesteś.
- Byłam pewna, że mnie oszukałeś. Że twoja miłość to tylko stek bzdur, po prostu gra. Nic więcej.
- Absolutnie nie! Naprawdę nie przewidziałem, że tak bardzo zawrócisz mi w głowie. Proszę, wybacz mi. Nie chciałem cię skrzywdzić, wiesz o tym! Udowodnię ci swoją miłość, zrobię dla ciebie wszystko.
- Teraz mnie tylko przytul, jestem taka zmęczona i obolała - wzdycham ciężko, Justin przytula mnie do siebie i delikatnie kołysze na boki. Oczy same mi się zamykają, niestety do środka wchodzi lekarz.
- Dzień dobry - uśmiecha się, sprawdza przepływ kroplówki i zerka w kartę - Jak się Pani czuje?
- Dobrze, jedynie jestem strasznie zmęczona i boli mnie każda część ciała. Czy wszystko w porządku?

- Tak, nie ma Pani żadnych poważnych obrażeń. Czy rozmawialiście już Państwo? - spogląda na Justina, który kręci głową i wlepia wzrok w dłonie. Cholera! Co to za tajemnice? - No dobrze. Jak zapewne Pani zauważyła, wystąpiło spore krwawienie - och! Dopiero teraz sobie o nim przypominam! - Był to efekt poronienia - koduję jedynie ostatnie słowo na P. Uchylam usta, patrzę na niego jak na wariata i nie dowierzam w to, co właśnie wyszło z jego ust - Przez mocne uderzenie straciła Pani dziecko. Przykro mi.
- D-dziecko? - jąkam się, a szok nie pozwala na racjonalne myślenie. W mojej głowie panuje tornado, wiruje dookoła i nie pozwala się skupić. Boże, byłam w ciąży?! Jakim cudem?! A te pieprzone zastrzyki, które robiłam od roku?! Kurwa, niedobrze mi - M-muszę stąd wyjść. Chcę wrócić do domu - odrzucam kołdrę, podnoszę się, niestety zatrzymuje mnie rurka od kroplówki - Proszę to odpiąć, natychmiast!

- Viviennie, uspokój się - Justin dopada do mnie, obejmuje w talii i przytula do siebie - Jestem przy tobie.
- Zawołam pielęgniarkę, poda coś na uspokojenie - lekarz spogląda na Justina i wychodzi z sali.
- Zabierz mnie stąd, Jay. Nie chcę tu być ani minut dłużej, rozumiesz? J-jestem zdezorientowana, j-ja...
- Ciii, wszystko będzie dobrze, obiecuję - głaszcze mnie po głowie, uspokaja, ale to na nic. Wewnątrz mnie panuje jakaś bitwa, serce tłucze się w piersi, a szok nie mija - Wróć do łózka, dobrze? Odpocznij.
- Nie, wychodzę stąd - sama odpinam kroplówkę, wyciągam wenflon i nie pozwalam, aby Justin mnie powstrzymał. Biorę swoje ciuchy, które leżą ułożone w kostkę i zakładam na siebie. Kręci mi się w głowie, dłonie drżą, a mózg blokuje niechciane myśli. To nie dzieje się naprawdę, zaraz się obudzę.



Jay POV:
Obserwuję, jak Vi wciąga na siebie ubrania, próbuję ją powstrzymać, ale nie pozwala mi na to. Rękawem koszulki ociera strużkę krwi, która spływa po wierzchu jej dłoni, co jest skutkiem wyszarpnięcia wenflonu. Jest w szoku, ale ja również byłem, kiedy lekarz powiedział mi o ciąży. Zastanawiałem się, jak mogło do tego dojść skoro Vi co trzy miesiące robiła zastrzyk, ale lekarz uświadomił mnie, że żadna antykoncepcja nie daje stu procent pewności ochrony. Wcale mnie to nie uspokoiło. Może i byłem zszokowany, ale myśl, że tego dziecka już nie ma dziwnie mnie przytłoczyła. Cholera, miałem być ojcem, a Dave mi to odebrał.
- Rybko, spokojnie - biorę się w garść, podchodzę i chowam ją w swoich ramionach. Opiera głowę na moim torsie, jej ciało drży, a oddech szaleje. Jest mi jej żal, ponieważ tyle przeszła, a na dokładkę jeszcze taka wiadomość. Może lekarz nie powinien był jej tego mówić? - Wróć do łóżka, proszę. Jesteś wykończona!
- Nie, opuszczam to miejsce - chwyta mnie za rękę, otwiera drzwi i rozgląda się po korytarzu. Chłopcy jak na komendę zrywają się z krzesełek i wlepiają w nią wzrok - D-dante - jąka się, Ruster przytula ją do siebie, a w jego oczach dostrzegam łzy - Tak dobrze, że jesteś. J-ja p-przepraszam, to moja wina.
- Nic nie jest twoją winą, dziecinko. Ale to nie czas na taką rozmowę. Dlaczego jesteś ubrana, huh?
- Uparła się, że wraca do domu - przewracam oczami, a na horyzoncie pojawia się doktor i pielęgniarka.
- Co się tutaj dzieje? Powinna Pani odpoczywać, przyniosłem coś na uspokojenie. Pozwoli Pani zasnąć.
- Nie mam zamiaru spać, chcę wypisać 
się na żądanie. Nie zatrzyma mnie tutaj Pan, nie ma szans!
- Nawet gdybym chciał, nie mogę tego zrobić. Skoro tego Pani chce, w porządku. Zaraz przygotują wypis. Jedyne, o co proszę to o chwilę rozmowy i instrukcje, które mam Pani do przekazania. Jest Pani po tak zwanym poronieniu wczesnym, czyli ciąża przed dwunastym tygodniem. Chciałbym Panią jeszcze zbadać.
- Chodźmy, miejmy to z głowy. Zaraz wracam - posyła nam lekki uśmiech i po chwili znika w gabinecie.
- Co on właśnie powiedział? - Shot patrzy na mnie, rozdziawia usta i nawet nie mruga - Była w ciąży?
- Nie patrz tak na mnie, okej? Sam dowiedziałem się tego dopiero wtedy, kiedy Vi tutaj trafiła. Nie miałem o tym zielonego pojęcia, ona chyba zresztą też. To musiał być dopiero początek - przecieram twarz rękami, ale to zbyt dużo rewelacji jak na jeden dzień - Niech to szlag, mam ochotę zabić tego skurwiela jeszcze raz. Zabrał ją, sponiewierał jej biedne ciało i przez to kurwa poroniła. Zabił mi dziecko.
- Już nic z tym nie zrobimy, Jay - Dante podchodzi, układa dłoń na moim ramieniu i ściska mocno - Stało się, Dave nie żyje. Teraz musimy skupić się na Vi. Coś nie gra mi w jej zachowaniu, jest jakaś dziwna.
- Wydaje mi się, że jest w szoku. Poza tym chyba nie przyjęła zbyt dobrze wiadomości o ciąży.
- Jakbyście jej nie znali - Banger przewraca oczami i opiera plecy o ścianę - Vi może cierpieć jak diabli, ale nigdy nam tego nie pokaże. Będzie się uśmiechać i udawać, że wszystko jest w porządku, robiła tak wiele razy. Ma twardą skorupę, ale w środku ją rozpierdala.


Chciałem zabrać Vivi do siebie, ale Dante poprosił, żeby chociaż dzisiaj była w domu. Ona również nie protestowała, więc po krótkich odwiedzinach u Josha, który również miał zamiar wypisać się na żądanie, pojechaliśmy wszyscy do Seven. W czasie, kiedy chłopcy zamówili żarcie na wynos, pomogłem jej wziąć szybki prysznic. Nie pytałem, o czym rozmawiała z lekarzem. Doszedłem do wniosku, że jeśli będzie chciała, sama mi o tym powie. Nie miałem zamiaru na nią naciskać, pragnąłem tylko, aby było jak dawniej i obiecałem sobie, że zrobię wszystko, żeby tak było. Potrzeba tylko czasu, który pozwoli jej zapomnieć.
- Tęskniłam za tobą - podnoszę głowę i obserwuję ją, jak wciąga na tyłek czarne legginsy, białą bluzkę z długim rękawem i śmieszne skarpetki w renifery. Myślę o tym, co Banger powiedział w szpitalu. Mimo tego, iż jej zachowanie nie zdradza nic podejrzanego czuję, że w środku jest zupełnie inaczej. Nie chcę, żeby trzymała te negatywne emocje w sobie i udawała, że wszystko gra - Byłam pewna, że umrę w tej przeklętej pralni i żałowałam, że nie dane było nam porozmawiać. Chciałam ci podziękować za te piękne dni, w których byłam dzięki tobie szczęśliwa. Wtedy z pewnością umarłabym spokojniejsza.
- Ale nie umarłaś, rybko. Jesteś tutaj, ja również tutaj jestem i odbudujemy to, co odrobinę się zburzyło. Kocham cię i chcę się o ciebie zatroszczyć, musisz mi jedynie uwierzyć, że mówię prawdę, a to, co zaplanowałem było głupie i dziecinne. Nie wiem, dlaczego w ogóle się na to zgodziłem. Przez ostatnie wydarzenia nawet Zayn przyznał mi rację, że ten plan był idiotyczny. Zżył się z chłopakami. Seven nie zasłużyło na takie gówno, zapracowaliście sobie na uznanie. Odwaliliście kawał dobrej roboty z dostawą. 

- Bo z nami się nie zadziera, Jay - uśmiecha się i dumnie unosi brodę - Lepiej nie wchodzić nam w drogę.
- Tak, masz rację - podchodzę do niej, ujmuję jej głowę w dłonie i patrzę w oczy - Czy między nami może być tak, jak dawniej? Czy możesz zapomnieć o tym incydencie, którego bardzo, bardzo żałuję?
- Chciałabym. 
Sama nie wiem, co mam o tym myśleć - zaciska usta, spuszcza wzrok i wzdycha ciężko.
- Nic nie myśl, kwiatuszku. Popełniłem błąd, dostałem za niego nauczkę i błagam cię o wybaczenie. Kocham cię, doskonale o tym wiesz - klękam przed nią, obejmuję mocno i przytulam głowę do jej brzucha. Myśl, że było w nim nasze dziecko ponownie mnie dołuje - Nigdy więcej cię już nie zawiodę. Przysięgam.
- Lepiej, żeby tak było, bo inaczej naprawdę cię zabiję - unoszę wzrok, a Vi uśmiecha się uroczo, przykłada dłoń do mojego policzka, czule głaszcząc go kciukiem - Postaram się o tym zapomnieć, daj mi czas.
- Dam ci go tyle, ile będziesz potrzebować - podnoszę się, układam dłoń na jej karku i całuję w usta. Ostrożnie, delikatnie, uważając na jej pękniętą wargę - Zwariowałem na twoim punkcie. Uwielbiam cię.
- A ja ciebie. Bardzo bałam się, że już nigdy więcej cię nie zobaczę. Myślałam o tobie w tej piwnicy.
- A ja bez przerwy myślałem o tobie tutaj. Już po wszystkim, zaopiekuję się tobą. Jak się czujesz?
- Nieswojo - opiera głowę na moim torsie i mam dziwne wrażenie, że chowa się przede mną - Jestem obolała. Bolą mnie mięśnie, głowa i dół brzucha. Na szczęście lekarz przepisał mi proszki na receptę.
- Wykupię je jeszcze dzisiaj, nie obawiaj się. Właściwie... wiedziałaś, że byłaś w ciąży, kochanie?
- Nie - szepcze cichutko, mocniej się we mnie wtulając - Nie miałam pojęcia, nic nie podejrzewałam. Teraz, kiedy o tym myślę, wydaje mi się, że dałam ciała z zastrzykiem. Zapomniałam o nim, Jay - niepewnie unosi głowę, a w jej oczach dostrzegam poczucie winy - Jesteś na mnie zły? Masz prawo.
- Zły? Zwariowałaś? - uśmiecham się, umuję jej głowę w dłonie i pocieram nosem o jej - Czuję się paskudnie z myślą, że przez tego zjeba straciliśmy dziecko. Byłabyś cudowną mamą, rybko.
- N-nie mów tego - kręci głową, odsuwa się i cofa pod ścianę. Patrzę na nią zaskoczony, jednak w jej zachowaniu jest coś dziwnego, coś, co bardzo mnie niepokoi - J-ja nie byłam gotowa. T-to za dużo.
- Nie myśl o tym teraz. Musisz dojść do siebie, wyzdrowieć, nabrać sił. Porozmawiamy innym razem.
- Nie! Obiecaj mi, że nigdy nie będziemy o tym mówić, Jay! - patrzę na nią i nic już z tego nie rozumiem. Co się z nią dzieje? - To przeszłość, jego już nie ma. Nie chcę do tego wracać. Obiecaj mi to, proszę.
- Dlaczego, Vivi? Dlaczego tak bardzo nie chcesz, żebym z tobą o tym rozmawiał? To było nasze dziecko!
- Nie!! - wydziera się, aż chce wywalić bębenki. Kuca, osłania się ramionami, a ja uchylam usta w szoku. Jasna cholera, chyba nigdy nie widziałem jej w takim stanie - J-jego już nie ma, Dave je zabił! Odeszło!
- Ciii - siadam obok, chowam ją w swoich ramionach i próbuję uspokoić. Do pokoju wpadają chłopcy, ale przykładam palec do ust na znak, aby nic nie mówili. Są tak samo zaskoczeni jak ja, Dante przeciera twarz rękami i patrzy na nią z bólem w oczach - Jestem przy tobie, wszystko się ułoży. Obiecuję - szepczę cicho, wsuwam palce w jej włosy i przeczesuję, żeby ją uspokoić. Co dziwne, działa natychmiast. 


Chwilę później wspólnie jemy obiad. Siedzimy na podłodze w salonie, rozmawiamy, a w tle leci włączony telewizor. Chłopcy starają się, aby było normalnie, nikt nie milczy, nawet się uśmiechają i żartują między sobą. Kątem oka obserwuję Vivi, która dłubie widelcem w pudełku z makaronem i całkowicie się wyłącza. Mimo tego, iż przez cały czas udaje twardą, ja widzę, że ostatnie wydarzenia wręcz ją dobiły. Stanęła oko w oko z człowiekiem, który sprawiał jej ból. Raził prądem, topił, polewał gorącym woskiem. Jest kruchą, młodą dziewczyną, ma prawo do słabości, a ona za nic w świecie nie chce pokazać nam bólu, który rozsadza ją od środka. Dlaczego tak uparcie nie pozwala sobie na łzy, oczyszczenie? To nic złego.
- Kochanie? - układam dłoń na jej udzie, chłopcy milkną i wlepiają w nią spojrzenia. Vi przełyka ślinę, przykleja na twarz ten sztuczny uśmiech pod tytułem; "Tylko spójrz, jestem cała i zdrowa! Nie dręcz mnie już!", i układa dłoń na mojej. Nie wierzę w tą ściemę - Jesteśmy tutaj dla ciebie, wiesz? Proszę, przestań udawać, że wszystko jest w porządku, bo nie jest. Jeśli chcesz krzyczeć, krzycz. Jeśli chcesz płakać, to płacz, ale nie staraj się przekonać nas, że jest okej. Nie jesteśmy śle... - nie kończę. Jej oddech przyśpiesza, robi się blada jak ściana i po prostu wybucha płaczem. Głośnym, rozpaczliwym, wręcz rozdzierającym. Wtula się we mnie niczym rzep, ściska w dłoniach moją koszulkę i cała drży, wylewają z siebie ból, strach, przerażenie - Płacz, rybko, płacz - dociskam ją do siebie mocno, głaszczę po plecach i staram się przekazać jej całe wsparcie i miłość, którą ją darzę.