czwartek, 13 września 2018

Rozdział czterdziesty dziewiąty - Epilog


Jay POV:

Czas, który minął od wydarzeń z Henry'm pozwolił nam odzyskać spokój oraz poukładać sobie pewne sprawy. Półtora roku to całkiem sporo, o czym przekonywaliśmy się codziennie. Caleb został z nami, zmienił się, zaczął mówić i był naprawdę świetnym dzieciakiem. Pokochałem go jak własnego syna, troszczyłem się o niego, tuliłem, całowałem, bawiłem i pokazywałem 'męskie' zabawki, czyli samochody oraz motor, na którym kilka razy przewiozłem go po podjeździe. Piszczal radośnie, a stojąca w progu Vivienne kręciła głową na nasz widok. Uwielbiała Caleba, a co najważniejsze, cudownie sprawdziła się w roli matki. Cofając się do początków naszej znajomości, nigdy nie powiedziałbym, że Vivi kiedykolwiek stanie przed taką ważną rolą, a jednak! Poradziła sobie, nabrała wprawy i przede wszystkim pokazała swoją dojrzałość, czym szczerze mi zaimponowała. Moja żona była niesamowita!

Moja rodzina decyzję o zaopiekowaniu się Calebem przyjęła z ogromnym zaskoczeniem, ale i radością. Mama nawet przez chwilę nie myślała, iż naprawdę mogliśmy to zrobić. Już następnego dnia zadzwoniła do ciotki z drugiego końca świata, czy zaopiekuje się małym, a kiedy powiedziałem o tym Vivienne, rozpłakała się. Potwornie mnie tym zaskoczyła, długo nie mogłem jej uspokoić, aż wreszcie wyznała, że nie możemy na to pozwolić. Zrobiłbym dla niej dosłownie wszystko, ale wtedy czułem, że faktycznie popełnilibyśmy ogromny błąd, oddając małego w obce ręce. Potrzebował dużo miłości, bliskości i wciąż chciał się tulić. Mama dziwiła się trochę i martwiła, czy to na pewno jest całkowicie normalne. Poszliśmy nawet do psychologa dziecięcego, który uspokoił nas i zapewnił, że z małym jest wszystko w porządku. Musieliśmy jedynie zapewnić mu spokój, bez krzyków, awantur, aby uspokoił się wewnętrznie. Faktycznie zdarzały się nocki, kiedy budził się z płaczem i mamrotał "tata". To były ciężkie chwile, które na szczęście udało nam się wspólnie przetrwać. Nie wiem, czy Caleb zapomniał o Henry'm, ale od prawie roku słowem tata obdarowywał mnie. Za każdym razem rozczulał mnie tym i rozkładał na łopatki, a mi wciąż było mało.

Kiedy Vivienne powiedziała o naszej decyzji chłopakom z Seven, zapadła grobowa cisza. Przysięgam, że nikt nie odezwał się słowem przez dobrą godzinę! Zamarli, jakby ktoś zatrzymał czas, patrzyli raz na mnie, raz na Vivi i jedynie kręcili głowami. Dopiero kiedy pierwszy szok minął, zaczęły się pytania; dlaczego? Po co? Ale jaki w tym sens? To szalone! Przecież sama jesteś dzieckiem! Ochujałaś?! Odstaw to, co bierzesz!

Vivienne cierpliwie odpowiadała na każde pytanie i nie zamierzała zmieniać zdania. Od pierwszego spotkania z Calebem coś w niej drgnęło, zmieniło się bezpowrotnie. Może to instynkt się w niej obudził?
A może było jej żal tego biednego dziecka, które znalazło się w beznadziejnej sytuacji? Miała dobre, wrażliwe serce. Pomogła uciec dziewczynie, która była córką Rosyjskiego bossa, prawie przypłaciła ten ruch życiem, a jednak nigdy tego nie żałowała. Vivi była niesamowitą, wyjątkową kobietą, a ja miałem ogromne szczęście, spotykając ją w swoim życiu. Nasza droga była kręta, a mimo to daliśmy radę.






****
Wchodzę do domu pięć po drugiej, rozglądam się, ale nigdzie nie ma żywej duszy. Marszczę brwi, bo o tej godzinie Vivi i Caleb powinni być w domu. Cholera! Wyciągam telefon, dzwonię kilka razy, ale nie odbiera. Dawno nie czułem tego dziwnego niepokoju o jej bezpieczeństwo, który teraz zalewa mnie podwójnie.
- Savage, Nathan?! - wydzieram się, przechodzę do kuchni i wypijam szklankę wody - Kurwa mać, no!
- Co jest, stary? - do środka wchodzi ten drugi, bierze ściereczkę i wyciera brudne od smaru dłonie.
- Gdzie, do jasnej cholery podziewa się Vivienne, huh? Nie odbiera ode mnie telefonu, co się dzieje?
- Nie mam pojęcia, Jay. Poszła do przedszkola po małego, właściwie powinna wrócić dosyć dawno.
- Wspaniale! - burczę pod nosem, wbiegam na górę, w pośpiechu zmieniam koszulkę i schodzę na dół. Wsiadam do mustanga, ruszam z piskiem opon i po dziesięciu minutach parkuję pod przedszkolem. Szybko dowiaduję się, że Vivi odebrała Caleba dwadzieścia minut temu, co wcale mi się nie podoba - Gdzie ty się podziewasz, dziewczyno - szepczę do siebie, ponownie wykręcam jej numer, ale nadal cisza - Niech to szlag! - zostawiam samochód, przechodzę do parku i rozglądam się na wszystkie strony. Jak na zawołanie w moje oczy rzuca się moja żona oraz Caleb, który zjeżdża ze zjeżdżalni, śmieje się głośno, a Vivienne ledwo za nim nadąża! - Rybko! - krzyczę, biegnąc w jej stronę. Gwałtownie przekręca głowę, marszczy brwi i wpatruje się we mnie zaskoczona - Chryste, co ty odwalasz, huh? Dlaczego nie odbierasz telefonu?
- Och - zaciska usta, wyjmuje go z kieszeni i przewraca oczami - Przepraszam, padła mi bateria, skarbie.
- Wiesz, że prawie dostałem pieprzonego zawału? Nie było cię w domu, nie odbierasz telefonu, a w przedszkolu mówią mi, że odebrałaś młodego dwadzieścia minut temu. Nie rób tak nigdy więcej, Vivi.
- Naprawdę przepraszam. Caleb wyciągnął mnie do parku i na lody. Proszę, nie złość się już, dobrze?
- Po prostu tak nie rób. Martwiłem się - przyciągam ją do siebie, chowam w swoich ramionach i całuję w głowę. Kamień spada mi z serca i wreszcie oddycham z ulgą - Jest dość chłodno, przeziębicie się.
- Nie przesadzaj, jest dobre piętnaście stopni, Justin. Poza tym Caleb potrzebuje się trochę wyszaleć.
- Właśnie widzę - wpatruję się w niego, jak biega z innymi dzieciakami i piszczy, aż chce wywalić bębenki.


Kiedy tylko przekraczam próg domu, Caleb dopada Bruna, naszego szarego kocurka, którego zabraliśmy z domu Henry'ego. Zadomowił się tak samo, jak młody i wręcz uwielbiał spać na moich kolanach. Na początku za nim nie przepadałem, unikałem go jak ognia, ale ten skurczybyk chyba doskonale to wyczuwał, bo pchał się tylko do mnie, jakby chciał mnie do siebie przekonać. Udało mu się to, bo już po tygodniu uwielbiałem drapać go za uchem i wtulać policzek w mięciutką, cieplutką sierść. Kto by pomyślał, że mój cichy dom nagle zrobi się tak głośny i radosny? Nie będę ściemniał, bardzo mi się to podobało.
- Mama zaprosiła nas w sobotę na obiad - Vi stawia przede mną talerz z górą spaghetti, nakłada dla małego i sadza go tuż obok mnie - Mam nadzieję, że nie masz żadnych planów? Jeśli masz, zmienię termin.
- Nie, nie mam planów, rybko - obserwuję, jak nakłada porcję dla siebie i siada naprzeciwko mnie. Cieszyłem się, kiedy miesiąc po naszym ślubie na spokojnie porozmawiała z mamą, powiedziała jej wszystko to, co myśli i wreszcie się pogodziły. Na początku było ciężko, teraz spotykały się zdecydowanie częściej - Hej, czy przypadkiem Ellie nie wspominała, że twoja mama ma w sobotę imieniny?
- Faktycznie! - przewraca oczami i uderza się w czoło - Kompletnie o tym zapominałam. Dzięki, skarbie.
- Ależ nie ma za co - puszczam jej oczko, wsuwa do ust porcję makaronu nie spuszczając ze mnie wzroku. Uwielbiam ją, tak samo, jak Caleb - Pamiętaj, że Kath ma wpaść w piątek, pani zapominalska - prycha pod nosem i posyła mi to poważne - rozbawione spojrzenie. Katherina uniknęła kary, ba, Thomas pozwolił jej zostać w Chicago, dzięki czemu zaprzyjaźniła się z Vivienne. Nawet lubiła spotykać się z Taylor oraz ich uroczą córeczką Gabrielle - Wiesz, chyba powinniśmy wreszcie kupić wózek i łóżeczko. Już pora, rybko.
- Nie, to jeszcze nie jest pora, Jay. Mamy dobre dwa miesiące, to dopiero siódmy miesiąc. Poza tym... - nie kończy. Odkłada widelec, krzywi się i przykłada dłoń do zaokrąglonego brzuszka. Zrywam się z miejsca jak porażony prądem, dopadam do niej i obejmuję - To nic wielkiego, po prostu strasznie się rozpycha.
- Położysz się? - przytakuje głową, biorę ją na ręce, po czym zanoszę do salonu i ostrożnie odkładam na kanapę. Podsuwam poduszkę pod jej głowę, wlepiam w nią wzrok, a mój niepokój wybija pieprzoną skalę.
- Musisz trochę wyluzować, Justin. Jestem w ciąży, to normalne, że dziecku zaczyna brakować miejsca.
- Łatwo ci mówić. Za każdym razem, kiedy widzę grymas na twojej twarzy, prawie dostaję zwału.
- Ani mi się waż! - wystawia palec, jednocześnie posyłając mi uroczy uśmiech - Jak zniesiesz poród, co?
- Obiecałem, że będę przy tobie, tak? Obietnicy dotrzymam, choćbym miał się tam przekręcić, rybko.
- Jesteś stuknięty, wiesz? - przewraca oczami i chwyta moją dłoń - Zajrzyj do Caleba, dobrze? Został sam.
- Jasne, maleńka - całuję ją w czoło, a kiedy przekręcam głowę, dostrzegam małego stojącego w progu.
- Mamusiu? - szepcze cicho, marszczy brewki i wygląda na smutnego, zagubionego, czego nie rozumiem. Wystawiam dłoń, podbiega natychmiast i przytula się do mnie. Boże, ależ ja kocham tego chłopca.
- Spokojnie, syneczku. Mamusia źle się poczuła, wiesz? Twoja siostrzyczka się rozpycha i jest niegrzeczna.
- Chciałbym ją już zobaczyć - odchyla głowę i posyła mi piękny uśmiech - Kiedy Danielle wyjdzie?
- Jeszcze troszkę i będzie z nami. Zostaniesz starszym bratem, będziesz musiał jej bronić i pomagać jej.
- Będę, tatusiu. Nauczę ją jeździć na rowerze i pokażę wszystkie moje żołnierzyki. Czy ona mnie polubi?
- Pokocha cię, skarbie. Tak, jak my cię kochamy - Vivi patrzy na niego z czułością i odgarnia blond włoski. 







K  O  N  I  E  C






*********************************************
TADAM! Mamy zakończenie!
Nie wiem, czy takie maślane przypadnie wam do gustu, ale nie chciałam niszczyć ich sielanki ;)
Kto wie? Może napiszę drugą część? U mnie nigdy nic nie wiadomo :D

Oczywiście standardowo dziękuję wszystkim, którzy przebrnęli przez całość.
Każdemu z osobna za komentarze, które mobilizowały mnie do działania. Nie ma nic piękniejszego niż myśl, że ma się dla kogo pisać, a niektóre z was są ze mną od... ho, ho... lat! Obłęd!

Tak więc jeszcze raz DZIĘKUJĘ! 
Zostajemy oczywiście z Freyą i Justinem. Jako, że to jest jedyne opowiadanie, jakie w tym momencie prowadzę, rozdziały mogą pojawiać się we wtorki i piątki, jeśli chcecie.
A może w międzyczasie coś jeszcze napiszę? Zobaczymy :)

Ściskam was mocno i przesyłam całusy!
Kasia