wtorek, 17 lipca 2018

Rozdział czterdziesty


Jay POV:

Budzi mnie potworny ból głowy. Krzywię się, przykładam dłoń do skroni, a z moich ust ucieka jęk. Rany Boskie, co to ma być?! Mam wrażenie, że w środku ktoś włączył wiertarkę z udarem i próbuje przebić mi czaszkę! Ja nie miewam kaca, więc co poszło nie tak tym razem? Wlałem w sobie sporo alkoholu, ale to nie był pierwszy raz. Wiele razy chlałem na umór, a kaca i tak nie było. Jak dobrze, że dzisiaj niedziela.
- Główka boli, co? - uchylam powieki, a stojąca przy łóżku Vivi posyła mi cwany uśmieszek - Masz za swoje.
- Poważnie? Masz w planach znęcać się nade mną? Biednym, sponiewieranym przez alkohol człowieku?
- Gdybyś nie był tak głupi, teraz byś nie cierpiał - wzrusza ramionami, siada na brzegu i upija łyk kawy.
- Głupi? - unoszę brew, podsuwam się wyżej i opieram plecy o wezgłowie - Dlaczego tak twierdzisz?
- To proste, Jay. Wyszedłeś rzucając jakieś słabe teksty o naszym małżeństwie, pojechałeś do klubu i wolałeś się schlać, zamiast na spokojnie ze mną porozmawiać. Twoje słowa bardzo mnie ranią, wiesz?
- I vice versa, rybko - marszczy brwi i patrzy na mnie zaskoczona - Jak mogłaś powiedzieć te brednie o tym, że mógłbym cię uderzyć czy wysłać do ludzi, aby cię zgwałcili? Czy wiesz, co powiedziałaś?
- Wiem - schyla głowę, delikatnie potrząsa kubkiem i obserwuje, jak czarny płyn chlupie w środku. 

- I naprawdę tak właśnie uważasz? Myślisz, że mógłbym to zrobić? - zaciska usta, nie obdarza mnie spojrzeniem, jednak zaprzecza ruchem głowy - Więc proszę, nie mów tego nigdy więcej. Myślisz, że mnie to nie zabolało? Również mnie ranisz, Vi. Kocham cię, ale czasami rozpędzasz się i już nie potrafisz się zatrzymać. To, że jestem twardym gościem nie oznacza, że twoje słowa spływają po mnie jak po kaczce.
- Przepraszam, nie powinnam była tego mówić. Po prostu boję się, Jay. Wiem, jak traktuje się kobiety w mafii, a ja nie chcę przez to przechodzić. Mówiłam ci to już wcześniej, to by mnie przerosło.
- Chodź do mnie - wystawiam dłoń, odkłada kubek na szafkę i siada na mnie. Widok jej przygnębionej buźki roztapia moje serce - Nie masz powodu do obaw. Tłumaczyłem ci, jak działają te zasady, prawda? - przytakuje głową, chwyta moją dłoń i bawi się palcami - Nie chcę, żebyś się bała, rybko. Pragnę jedynie, żebyś była ze mną szczęśliwa i co najważniejsze w tym momencie, również bezpieczna. Żadne zasady nie będą cię obowiązywać, nie należysz do mafii. Nikt nie ma prawa wymagać od ciebie czegokolwiek.
- Jesteś tego pewien? A jeśli nagle po ślubie będę musiała się zmienić? Stanę się twoją własnością?
- Już jesteś tylko moja, kwiatuszku - uśmiecham się, chwytam ją w talii i przekręcam na plecy. Piszczy zaskoczona, wbijając paznokcie w moje ramiona - Nigdy cię nikomu nie oddam, czy będziesz moją żoną, czy narzeczoną - muskam jej szyję, mruczy pod nosem i owija nogi wokół moich bioder - Co do twojego pytania; tak, jestem pewny, że po ślubie nic się nie zmieni oprócz tego, że będziesz nosić moje nazwisko oraz obrączkę. Vivi, nigdy nie dopuściłbym, aby stała ci się krzywda, wiesz? - odchylam głowę, odgarniam jej włosy i patrzę w oczy. Bawi się wargą, wygląda tak pięknie, słodko, niewinnie. Wariuję na jej punkcie, zrobię dla niej dosłownie wszystko - Czy nie widzisz, co się teraz dzieje? Wujkowi odjebało, wymyślił sobie jakiś posrany plan i próbuje mi ciebie odebrać. Gdyby tylko stanął na mojej drodze, osłoniłbym cię własnym ciałem lub bez namysłu pociągnął za spust, aby pozbawić go życia. Dla ciebie, kochanie.
- Och, Justin - wtula się we mnie, głaszcze po plecach, a jej ciało drży. Cholera! - Tak bardzo cię kocham.

- Wiem, kocham cię równie mocno. Proszę, nie płacz. Przysięgam, że wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi.
- Ufam ci - szepcze cicho, uśmiecham się i zamykam oczy. Przypominam sobie moment, w którym wyznała, że na jej zaufanie muszę sobie zapracować. Chyba naprawdę dobrze mi poszło.


Po południu wybieramy się do mamy. Nauczyłem się na własnych błędach i najpierw zapytałem Vivienne, czy ma ochotę pojechać. Uśmiechnęła się, wystroiła i nie marudziła. Cóż, może wcale nie będzie tak źle, jeśli faktycznie zacznę pytać ją o zdanie, a nie decydować za nią? Chcę się z nią dogadywać, mam dość skakania sobie do gardeł, jakbyśmy byli wrogami. Kocham ją, zgodziła się zostać moją żoną, więc czas na poważne zmiany. Swoją drogą będziemy musieli powiedzieć o tym chłopakom z Seven, czego odrobinę się obawiam. Nie jestem pewny ich reakcji, ale to niczego nie zmienia. Musimy działać w przyśpieszonym tempie, aby nie ryzykować kolejnego ataku na Vi. Podziwiam ją, że wyszła bez szwanku po spotkaniu z seryjnym zabójcą, który prawie pozbawił ją życia. Ciarki przechodzą mi po plecach, ale gdyby mu się to udało, rozpierdoliłbym go na miazgę. Nie potrafię wyobrazić sobie straty Vivi. Wpadłbym w rozpacz, jak po śmierci ojca. Mimo tego, czym się zajmuję śmierć przeraża mnie do szpiku kości. Nienawidzę tracić bliskich mi osób, ponieważ nic nie jest w stanie zapełnić po nich pustki. A ta młoda kobieta, która siedzi teraz obok mnie, wyglądając obłędnie, nucąc pod nosem melodię płynącą z radia, jest całym moim światem. Zawładnęła mną w zaledwie trzy miesiące, zwariowałem, oddałem jej swoje serce i tylko ona jest w stanie je złamać. Zrobię wszystko, aby była szczęśliwa, radosna i bezpieczna. Zasługuje na to.
- Wiesz... - zaczynam, kiedy zatrzymuję się na czerwonym świetle - Wciąż nie wierzę, że się zgodziłaś. 

- Tak, ja chyba też - uśmiecha się lekko, zakładając kosmyk włosów za ucho - To chyba samo przyszło.
- Tak nagle? - przekręcam głowę, aby spojrzeć w te piękne, ciemne oczy - Coś cię do tego popchnęło?
- Chyba twoje słowa, kiedy wyszedłeś z domu. Powiedziałeś, że nasze małżeństwo byłoby porażką.


- Wcale tak nie myślę, rybko. Po prostu w złości mówię, co mi ślina na język przyniesie. Wierzysz mi?
- Wierzę, Jay. Naprawdę chcę być dla ciebie dobrą żoną, niestety pewne rzeczy mnie przerażają.
- Masz prawo odczuwać strach, rozumiem to. Jesteś bardzo młoda, poza tym ostatnio przeszłaś przez piekło, a tutaj nagle pojawia się kolejny problem. Poczekalibyśmy ze ślubem tyle, ile tylko byś chciała. 

W tym przypadku czas nas goni, musimy się pośpieszyć, aby Henry zaprzestał tego szaleństwa. Nie ma innego sposobu, nic go nie powstrzyma - chwytam jej dłoń, całuję wierzch i ruszam ze świateł.
- Jestem ciekawa, w jaki sposób dowiedział się, że pomogłam Katherinie. Ona mu tego nie powiedziała.
- Na pewno nie. Pamiętaj jednak, że Henry to cwana bestia. Ma mnóstwo możliwości, to dla niego pestka.
- Może powinnam z nim porozmawiać? - gwałtownie wciągam powietrze, obrzucając ją szybkim, przepełnionym niedowierzaniem spojrzeniem. Nigdy w życiu się na to nie zgodzę! Oszalała?! - Wiem, że to trochę zwariowany pomysł, ale może gdybym wytłumaczyła mu, dlaczego to zrobiłam, dałby spokój? 

- Chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz. Henry pała rządzą zemsty, gdyby tylko zobaczył cię na horyzoncie, bez wahania pociągnąłby za spust. Chciał cię udusić, zrobiłby to, gdybym go nie powstrzymał - czuję, jak wzdryga się na to wspomnienie. Mocniej ściskam jej dłoń, aby przekazać jej moje wsparcie.
- Wiem, byłam przerażona - przytula się do mojego ramienia i wzdycha ciężko - Niech to się już skończy.
- Obiecuję, że się skończy. Już niedługo, a potem wyjedziemy gdzieś daleko i zwiedzimy cały świat.

Kiedy wchodzimy do domu mojej matki, nastrój Vivi natychmiast ulega zmianie. Jest spięta, ściska moją dłoń, a jej ciało się napina. Liczę na to, że mama będzie dla niej łagodna, w końcu się polubiły.
- Och, nareszcie jesteście! Wspaniale! - rozkłada ramiona, całuje mnie w policzek i staje przed Vivienne, która patrzy w dół. Cholera - Witaj, kochanie - mama tuli ją do siebie, głaszcze po plecach i spogląda na mnie. Kiwam głową, aby nawet nie zaczynała, a ona przewraca oczami. Była potwornie wściekła, kiedy jej o tym powiedziałem. Krzyczała, że to niedopuszczalne, bezmyślne i ryzykowne. Cóż, zgodziłem się z nią, ale teraz i tak było już na wszystko za późno. Czasu nie da się cofnąć - Chodźcie, zrobiłam pyszne naleśniki z jagodami i twarożkiem - uśmiecha się do Vi i zaprasza nas do kuchni. Idziemy w ciszy, zajmujemy miejsca przy stole, a mama krząta się po kuchni - Opowiadajcie, co u was? - przed nami pojawia się stos naleśników, ale mój apetyt gdzieś ucieka. Markotny nastrój Vi zaczyna mnie niepokoić - Coś się stało?
- Nie, mamo, wszystko jest w porządku. Od wczoraj nic się nie zmieniło, poza tym, że nasz ślub odbędzie się praktycznie natychmiast - mama uchyla usta i niepewnie spogląda na Vi, która gapi się w swoje dłonie - To jedynie wyjście z sytuacji, aby obejść zlecenie Henry'ego. Joshua tak doradził, był u nas wczoraj.
- To brzmi sensownie - opada na krzesło naprzeciwko i zamyśla się - Nie wolno ruszać członków rodziny, Henry będzie miał związane ręce, kiedy Vivienne zostanie twoją żoną. Joshua ma głowę na karku.
- To prawda. Nie znalazł innego rozwiązania, a skoro i tak jesteśmy zaręczeni, w dodatku Vi grozi niebezpieczeństwo, nie ma sensu czekać. Czas nas nagli, musimy szybko działać. Masz jakiś pomysł?
- Możemy urządzić ślub tutaj, nie byłby to pierwszy raz. Organizacja nie potrwa długo, sztab ludzi zajmie się tym w kilka godzin. Mamy wrzesień, pogoda dopisuje więc ogród to dobra opcja. Vivi, skarbie?
- Może być - odpowiada obojętnie, wierci się na krześle, ale nadal jest spięta. Cholera, co się z nią dzieje?
- Hej, spójrz na mnie - przekręcam się w jej stronę, podsuwam palce pod brodę i zmuszam, aby uniosła głowę. Robi to bardzo niechętnie, a kiedy tylko widzę jej twarz, jej wyraz mnie zaskakuje. Jest smutna.
Po prostu kurewsko smutna, czego nie rozumiem! - Powiesz mi, o co chodzi? Co cię dręczy, rybko?
- Przez to, że pomogłam Katherinie, wszystko się pieprzy - podnosi się, podchodzi do okna i owija ramionami - To miało wyglądać inaczej. Miała wyjechać, być bezpieczna, z dala od Henry'ego. Nikt miał o tym nie wiedzieć. Zachowałam wszelkie środki ostrożności, więc jakim, kurwa, cudem on o tym wie?
- Kath napisała do ciebie wiadomość, Vi. Odpisałaś jej. Henry mógł mieć wzgląd do jej telefonu.
- Nie powinnaś była tego robić, kochanie - głos zabiera mama, Vi się spina, a ja przewracam oczami. Błagam, kobieto! - Popełniłaś ogromny błąd, wplątując się w życie tej dziewczyny. Wkroczyłaś do świata mafii, który rządzi się swoimi prawami i nic już nie możesz zrobić - Vi nie odpowiada. Stoi odwrócona do nas plecami, ale wiem, że albo właśnie się wścieka albo ma zamiar wybuchnąć płaczem. Dawnej nie brałbym drugiej opcji pod uwagę, jednak od pewnego czasu zrobiła się potwornie wrażliwa. Myślę, że dzieje się tak po wydarzeniach z Dave'em, który ją skrzywdził - Henry zawsze był wybuchowy, porywczy i zanim pomyślał, już działał. Podejrzewał, że pomogłaś Katherinie i jak widać, nie mylił się. Ma idealny powód do tego, aby chcieć twojej śmierci - słucham tego z pochyloną głową, a myśl, że mój własny wuj czyha na życie mojej narzeczonej, napawa mnie furią. Mam ochotę polecieć do tego przeklętego Teksasu, złapać go za fraki i potrząsnąć w nadziei, że jego rozum wróci na swoje miejsce. Jaka szkoda, że nie mogę tego zrobić - Lubię cię, kochanie. Cieszę się, że Justin ma przy swoim boku tak wspaniałą, wrażliwą i odważną kobietę. Co nie zmienia faktu, że zachowałaś się bardzo nieodpowiedzialnie i pochopnie.
- Co? - Vi odwraca się bardzo powoli, jakby ktoś włączył zwolnione tempo. Wyraz jej twarzy wyraża jedynie złość, wręcz para bucha jej z uszu. Chryste! Zaraz wybuchnie niczym pierdolona bomba, czuję to! - Nieodpowiedzialnie, pochopnie? - marszczy brwi, wlepiając te ciemne oczy w moją matkę - O czym ty mówisz, Dorothy? Katherina zadzwoniła do mnie cała zapłakana, pobita przez tego skurwiela, a ja miałam ją olać i żyć, jak gdyby nigdy nic?! - wydziera się i zwija dłonie w pieści, ledwo nad sobą panując. Powinienem to przerwać, ale doskonale wiem, że jeszcze bardziej ją tym rozjuszę - Jestem kobietą, tak samo, jak ty, i nie będę przyglądać się, jak jakiś popierdolony skurczybyk okłada pięściami i gwałci Bogu ducha winną dziewczynę! Nawet dziwię się, że wiedząc o tym, pozwoliłaś mu na to! Ty! Pewna siebie kobieta, która posiada władzę! To jest kurwa chore, rozumiesz?! - wyrzuca ręce w górę, mama siedzi wyprostowana i nie spuszcza z niej wzroku. Jeszcze chwila, a rozpęta się wojna - Powinnaś była ją obronić, wypieprzyć tego dupka ze swojego domu na zbity pysk, a ty milczałaś, dając mu zgodę na to, aby ją poniewierał - kończy swój monolog, dyszy ciężko i prycha z kpiną, pogardą. Niestety tym podpala ląd.
- Nie odzywaj się do mnie w ten sposób, Vivienne - mama podchodzi do niej, unosi dumnie brodę i karci ją spojrzeniem, z czego moja narzeczona nie robi sobie zupełnie nic - Nie masz pojęcia, jak działa ten świat, ponieważ do niego nie należysz. Zasady, które obowiązują kobiety, są zapisane od bardzo dawna i każda musi ich przestrzegać. To normalne dla nas, kobiet mafii. Nie robimy z tego tak wielkiego problemu, jak ty.
- Czyżby? Jak widać, Kath miała z tym ogromny problem, ale nikt jej nie pomógł! Przyszła do mnie, do dziewczyny, którą widziała na oczy może dwa razy, zaufała mi, zaryzykowała. To ty powinnaś była ją chronić. Żadna kobieta nie zasługuje na to, aby być bita i gwałcona przez męża czy jego ludzi.
- Nie zrozumiesz tego. Chociaż tak sobie myślę, że tobie również przydałaby się odrobina dyscypliny. 

- M-mamo - jąkam się zszokowany, zrywam na równe nogi i nie dowierzam - O czym ty mówisz?
- Nie wiesz? - odwraca się do mnie i unosi brew - Twoja narzeczona jest naprawdę bardzo pyskata, brak
jej ogłady i szacunku. Powinieneś pokazać jej, jak ma się do ciebie odzywać, jak i do twojej matki. 

- Szanuję cię, Dorothy. Jesteś cudowną kobietą, jak i matką, ale w sprawie Kath dałaś po prostu ciała.
- Zamilcz, Vivienne - ku mojemu zaskoczeniu, jak i samej Vivi, mama uderza ją w twarz. Nieprzyjemny odgłos stykającej się dłoni z wrażliwą skórą policzka rozchodzi się po kuchni. Serce podskakuje mi w piersi, zapada idealna cisza i słychać jedynie brzęczenie lodówki. Nie jestem w stanie się drgnąć, ruch matki kompletnie mnie zszokował. Fakt, że jestem między młotem, a kowadłem wcale mi nie pomaga - Nie waż się mówić do mnie w ten sposób, zrozumiałaś? Katherina zasłużyła sobie na takie traktowanie, była nieposłuszna. Tak, jak ty - Vivi przekręca głowę, a w moje oczy rzuca się czerwony ślad. Boże!
- Zasłużyła? - chrypi ciężko, patrzy na matkę bez żadnych emocji i odgarnia włosy, które opadły jej na czoło - Nie masz serca, skoro mówisz coś takiego. Ale już mnie to nie obchodzi. Wiedz, że nigdy nie będę własnością twojego syna. Nie będę ani jego osobistą dziwką, ani kochanką, ani niewolnicą. Wolę sama strzelić sobie w łeb - po tych słowach podchodzi do stołu, bierze torebkę oraz kluczyki od mojego samochodu. Zanim mam szansę, chociażby mrugnąć, jej już nie ma, a w kuchni ponownie zapada cisza.
 


Vi POV:
Wciskam stopę w pedał gazu, samochód mknie do przodu, a wskazówka licznika szybko przesuwa się w górę. Pędzę prawie sto siedemdziesiąt kilometrów na godzinę, wiatr wpadający przez szyber dach rozwiewa moje włosy, smaga policzki i ściera słone łzy. Nie powinnam prowadzić w takim stanie, jednak teraz kompletnie mnie to nie obchodzi. Nawet to, że zaraz mogę rozpierdolić się o drzewo albo przywalić w słup, nie robi na mnie wrażenia. W tej chwili mam to w dupie. Czuję się jak wydmuszka, pusta w środku, nie odczuwająca żadnych uczuć. Moje życie zmieniło się w karuzelę, która unosi się ku górze, by potem nagle, wywracając żołądek na drugą stronę, spaść w dół. Pierdolona huśtawka emocji, które duszą mnie w środku rujnując dzień po dniu. Kiedy liczyłam na to, że powoli wychodzimy na prostą, pobierzemy się, obejdziemy zlecenie Henry'ego, nagle do akcji wkracza mamuśka mafii. Czułam, że w tej kobiecie drzemie diabełek, a jej słodka, niewinna buźka to jedynie przykrywka. Już sam fakt, że w zemście wybiła rodzinę człowieka, który zabił jej męża, jest przerażająca. Nie wystarczył jej winny, poszła o krok dalej i zapewne sama pociągnęła za spust, pozbawiając życia jego żonę i być może dzieci. Sama zabiłam kilka osób, jednak nigdy nie było to dziecko. Nie mogłabym skrzywdzić uroczego malucha, który nie jest niczemu winien. A te dzieci oraz żona nie były. To nie ich wina, że jej mąż postanowił pozbyć się mafioza, a mimo to zemsta dosięgnęła i ich. Tak naprawdę Dorothy to wyrachowana suka, która nie zawaha się zabić, jeśli ktoś zajdzie jej za skórę. Ja zaszłam. Może teraz dołączy do Henry'ego? We dwójkę ich szanse wzrosną, chociaż jestem pewna, że Henry poradzi sobie sam. Gdzieś niedaleko czai się na mnie dwóch facetów ze spluwami, którzy bez wahania mnie zabiją, jeśli tylko wystawię głowę. Mój Boże, kiedy moje życie stało się tak skomplikowane? Jeszcze trzy miesiące temu byłam pewną siebie dziewczyną, robiłam swoje, jeździłam na akcje, a jeśli trzeba było, zakręciłam tyłkiem tu i tam, aby zdobyć wpływy. Co się ze mną kurwa stało?! Gdzie jest ta "dawna" Vivienne, która nie potrzebowała faceta, która nie była słaba, miękka, zakochana? Jeden mężczyzna, który niespodziewanie stanął na mojej drodze, zrobił mi papkę z mózgu, obdzierając mnie krok po kroku z dawnego życia. Wdarł się w nie i zmienił mnie pod siebie, tak, jak mu pasowało. 


Ściemnia się, dochodzi dwudziesta, a mój telefon wręcz nie przestaje dzwonić. Dobija się do mnie nie tylko Justin, ale i chłopcy z Seven. Nie odbieram od nikogo, zaszyłam się w małym hoteliku, piję w samotności i patrzę przez okno, delektując się ciszą i spokojem. Nie mam ochoty na pogawędki, pytania, gdzie jestem, rozkaz powrotu do domu. Jestem wolna, niezależna i mogę robić to, na co mam tylko ochotę. A w tej chwili marzę o tym, aby być jak najdalej od Chicago, na jakiejś pięknej wyspie z błękitną wodą i parzącym skórę słońcem. Przez myśl przebiega mi nawet pomysł, aby zadzwonić do Katheriny i zapytać, czy mogę do niej dołączyć. Fajnie byłoby pobyć z dziewczyną, z dala od facetów, problemów, trosk i Henry'ego, który próbuje zlikwidować nas obie. To zabawne, że Kath wyleguje się gdzieś z nowym facetem, a ja jestem na celowniku jej niedoszłego męża. Mimo tego nie żałuję podjętej o pomocy decyzji. Gdybym miała zrobić to jeszcze raz, wybrałabym dokładnie tak samo. Kobiety powinny trzymać się razem, nie dopuścić do tego, aby mężczyzna traktował je jak szmaty, bez grama szacunku. Ja nigdy sobie na to nie pozwolę, choćbym miała przypłacić to życiem. Nie będą niczyją własnością, to nie te czasy.
Wychylam łyk whisky, która spływa w dół, rozlewając przyjemnie ciepło, a mój telefon ponownie się rozdzwania. Zerkam na wyświetlacz, na którym widnieje zdjęcie Justina. Ustawiłam je jakiś czas temu, kiedy zrobiłam mu je z ukrycia. Patrzył w dal, a jego zamyślona mina mnie rozczuliła. Teraz czuję do niego jedynie złość i może żal. Myśl, że nie stanął w mojej obronie, bardzo mnie zabolała. Naprawdę chce, abym została jego żoną? Po co, skoro w starciu z jego matką nie mam żadnych szans? Cenię to, że jest dobrym synem, troszczy się o nią i pomaga, jednak małżeństwo obejmuje jedynie dwie osoby, nie trzy. Nie chcę, żeby Dorothy mieszała między nami, a jestem pewna, że po moim wyjściu nieźle suszyła mu głowę. A może ów ślub już dawno był nieaktualny? Szczerze mówiąc, chyba odetchnęłabym z ulgą. Nie jestem na to gotowa, zgodziłam się tylko dlatego, aby Henry się ode mnie odpieprzył. Teraz byłabym w stanie poprosić go o kulkę. Mam tak bardzo wszystkiego dość, aż niespodziewanie wybucham niekontrolowanym płaczem, który koi moje zszargane nerwy. Pragnę zasnąć, wyłączyć myślenie i przestać się zadręczać.
 

Przesypiam całą noc, ale nie była ona spokojna. Śniły mi się koszmary, w których ginę ja lub Justin. A potem Dorothy, która pociąga za spust i pozbawia dzieci życia. Obudziłam się cała spocona, z szalejącym
w piersi sercem i drżącymi dłońmi. Prysznic postawił mnie nieco na nogi, ale niepokój pozostał. 

Zerkam na telefon, na którym jest mnóstwo wiadomości. Od Justina, Josha, Dantego, jak i reszty. Nie jestem pewna czy mam ochotę to czytać, a mimo tego i tak się łamię i otwieram te od Jay'a.

  •  Dlaczego nie obierasz ode mnie telefonu, Vivienne? Gdzie jesteś?
  •  Martwię się o ciebie, nie powinnaś była wychodzić. Proszę, odezwij się do mnie.
  •  Kurwa, to już nie jest zabawne, Vi. W tej chwili wróć do domu, rozumiesz? 
  •  Dlaczego mi to robisz, huh?! Chcesz, żebym zwariował z niepokoju?
  •  Błagam, daj mi znać, że jesteś cała. Nie masz pojęcia, co dzieje się w mojej głowie.

Czytam kilka wiadomości, ale nic nie czuję. Nie obchodzi mnie nawet to, że się o mnie martwi. Nie wspomniał słowem o matce, o tym, co powiedziała, co zrobiła. Może i nie powinnam była odzywać się w ten sposób, ale to ona mnie spoliczkowała. Jakby miała do tego jebane prawo! Pieprzona mafia!

Postanawiam wybrać się na spacer. Związuję włosy, zakładam wczorajszą koszulkę i jeansy, a kiedy wsuwam na nogi trampki, mój telefon ponownie dzwoni. Szlag! Numer jest zastrzeżony, a niepokój rozlewa się po moim ciele niczym fala tsunami. Mimo iż nie widzę numeru, doskonale wiem, kto dzwoni.
- Vivienne - szepcze cicho, zanim mam szansę otworzyć usta jako pierwsza - Jak się masz, cukiereczku?
- Henry - przełykam ślinę, zamykam oczy i próbuję uspokoić oddech - Naprawdę cię to interesuje?
- Właściwie nie, zapytałem z grzeczności - chichocze beztrosko, czym mnie irytuje - Nie powinnaś szlajać się sama po mieście, Vivi. Nie teraz, kiedy twoje życie wisi na włosku i zależy wyłącznie ode mnie.
- Pierdol się, Henry! Jeśli chcesz mnie zabić, to zabij. Znajdź mnie i strzel mi prosto w łeb. No dalej!
- Ouć, ależ jesteś nakręcona, skarbie. Co się stało, hmm? Czyżbyś pokłóciła się ze swoim ukochanym?
- To nie jest ważne w tym momencie. Nie strasz mnie, Henry, nie boję się ciebie. Jeśli zleciałeś komuś,
aby mnie zabił to stanie się prędzej czy później, a ja nie mam zamiaru już uciekać. Pieprzę to.

- No weź, nie psuj mi zabawy, kochanie. Sądziłem, że będziesz walczyć, a ty się poddajesz? Dlaczego?
- Bo mam kurwa dość! Rozumiesz? Dość! Ledwo wykaraskałam się z jednego gówna, a nagle wpadam w drugie. Jestem zmęczona. Więc jeśli chcesz mnie sprzątnąć, śmiało! Zrób to, wiesz, gdzie mnie szukać.
- Więc do zobaczenia, słodka Vivienne - szepcze spokojnie i rozłącza rozmowę. Niech się dzieje co chce.