poniedziałek, 29 stycznia 2018

Rozdział czwarty


Zapada cisza jak makiem zasiał. Wszyscy, oprócz mnie i Justina są spięci, wpatrują się w siebie nawzajem i zachowują maksimum ostrożności. Nie rozumiem, o co im chodzi, ale nie mam zamiaru się tym przejmować. Czeka na mnie kolacja w towarzystwie fajnego kolesia, który jest seksowny jak diabli.
- No dobra! Skoro już pozabijaliście się spojrzeniami, może wystarczy? Idę się przebrać, zaraz wracam.
- Vi - James chwyta mnie za nadgarstek i mruży oczy - Nigdzie z nim nie wyjdziesz, zapomnij o tym.
- Och, a to niby dlaczego, hmm? - wyrywam dłoń i patrzę na niego ze złością - Jestem dorosła, skarbie.
- Gówno mnie obchodzi ile masz lat. Mogłabyś być po czterdziestce, a i tak bym cię z nim nie puścił.
- Z tego, co wiem to Dante robi za moje ojca, James. Uwierz, jeden w zupełności mi wystarczy.
- Nie dyskutuj ze mną chociaż ten jeden raz. Ten człowiek to nie jest towarzystwo dla ciebie.
- Pozwól, że sama zdecyduję z kim będę się spotykać, dobrze? Ja nie wtrącam się do twojego życia.
- Ja również, jednak w tym przypadku muszę. Zostajesz w domu, możesz wrócić do oglądania filmu.
- Daruj sobie, Devil. Twoje słowa mnie nie ruszają, mam je w dupie. Justin - robię krok w bok, aby móc złapać z nim kontakt wzrokowy. Jest wyluzowany, a kiedy mnie widzi, jego twarz rozświetla ogromny uśmiech - Zaraz wracam - mrugam okiem, biegnę na górę i dopadam do szafy. Szybko przesuwam wieszaki i myślę, co na siebie włożyć. Skoro to restauracja wypada wyglądać elegancko i z klasą. Decyduję się na czarną, krotką dopasowaną sukienkę z uroczymi rękawkami - Idealnie - uśmiecham się do siebie, robię ekspresowy makijaż, a włosy rozpuszczam i roztrzepuję. Na nogi wkładam szpilki wiązane na kostce, chwytam kopertówkę i wrzucam do niej najpotrzebniejsze rzeczy. Nie mija nawet dziesięć minut, a jestem z powrotem na dole - Wow, nie pozabijaliście się jeszcze! To sukces. Brawo, panowie! Jestem dumna.
- Nigdzie nie wyjdziesz, Vivenne - James mruży oczy, a we mnie rodzi się pewna satysfakcjonująca myśl. Justin działa na niego jak płachta na byka, zapewne mają niedokończone sprawy i to jest powód jego furii. Nie byłabym sobą, gdybym nie wykorzystała tego przeciwko człowiekowi, który gardzi mną i zachowuje się jak prostak! - Wracaj na górę i zdejmij z siebie tę dziwkarską sukienkę. Wystroiłaś się tak dla niego?
- Przecież nie dla ciebie - poprawiam włosy, a James dosłownie płonie - Przesuń się, wychodzę.
- Nie zrobisz tego, nie prowokuj mnie. Jeśli będzie trzeba, zamknę cię w domu na klucz. Rozumiesz?
- A od kiedy zrobił się z ciebie taki troskliwy tatuś, huh?! Coś ci się w mózgu poprzestawiało?
- Jesteś kurwa taka głupia, Vi! Nie dociera do ciebie, że on cię skrzywdzi? Wykorzysta i rzuci!
- Mówisz tak, jakbym kiedykolwiek dała się wykorzystać - prycham z kpiną, odpycham go ramieniem i wychodzę - Nie czekajcie na mnie, poradzę sobie sama. Idziemy? - uśmiecham się do Justina, który oferuje mi swoje ramię i prowadzi do czarnego mercedesa. Czuję na sobie spojrzenia Jamesa, Shota i Bangera, jednak nie będę słuchać człowieka, który darzy mnie tak wielką nienawiścią. 


Na miejsce docieramy piętnaście minut później. Justin jak dżentelmen otwiera mi drzwi, trzyma za rękę i prowadzi do ekskluzywnej restauracji. Nie przepadam za takimi restauracjami, nie przywykłam do nich ponieważ wolę coś mniej wypasionego. Obym nie musiała jeść czegoś, co będzie obślizgłe i potem się pochoruję. Kiedyś jadłam ośmiornicę, co kosztowało mnie nocką z twarzą w kiblu.
- Proszę, rybko - Justin odsuwa dla mnie krzesło, mam ochotę przywalić mu za tą rybkę, jednak posłusznie siadam i nie wypowiadam nawet słowa. Chcę spędzić miło wieczór - Czyżby nie podobało ci się miejsce?
- Nie, jest bardzo ładnie. Po prostu nie przepadam za wypasionymi restauracjami, wolę coś prostego.
- W porządku, dobrze wiedzieć. Następnym razem zaparkuję przy budce z kebabem - puszcza mi oczko, a ja zaciskam usta, aby nie wybuchnąć śmiechem. Czyżby Jay miał poczucie humoru? - Na coś masz ochotę? - podaje mi kartę, otwieram ją i wzdycham. Tak, jak myślałam. Nazwy dań pochodzą chyba z kosmosu, ceny również! - Jeśli chcesz, pomogę ci. Znam menu, często tutaj bywam. Tylko mnie naprowadź.
- Coś lekkiego i w małej ilości. Już jest późno - mruczy pod nosem, wertuje kartę, a ja mam okazję, aby mu się przyjrzeć. Ma na sobie czarny, dopasowany garnitur i nie ma krawatu. Górne trzy guziki koszuli są rozpięte przez co wygląda mniej poważnie, a mimo to seksownie! Jest naprawdę przystojny - Jak ci idzie?
- Świetnie, już mam! Przystawka; g
rillowane krewetki na sałacie letniej z warzywami z lekkim sosem miodowo paprykowym. Danie główne; kremowa zupa szparagowa z groszkiem ptysiowym i pieczony filet z kaczki w sosie balsamiczno porzeczkowym na puree selerowo chrzanowym z młodymi marchewkami. Na deser krem czekoladowy z malinami - uśmiecha się szeroko, uchylam usta i patrzę na niego jak na wariata. Zapada między nami cisza, sama nie wiem, czy mam ochotę się roześmiać, czy brać nogi za pas. Boże, kim jest ten szalony człowiek?! Gdzie miałabym to wszystko zmieścić?! - Coś nie tak, rybko?
- Właśnie nie wiem - odsuwam kosmyk włosów i patrzę mu w oczy. Wygląda uroczo, kiedy jest taki zdezorientowany - Po pierwsze; nigdy w życiu nie wcisnę w siebie aż tyle jedzenia. Po drugie; prosiłam o coś lekkiego i w małej ilości. A po trzecie; dlaczego u licha mówisz na mnie rybko? Skąd ten pomysł?
- Po pierwsze; to kolacja i musisz się najeść. Po drugie; na pewno wszystko zmieścisz, a może potem pomogę ci to spalić? - przechyla głowę, oblizuje usta, a mój brzuch kurczy się na to przewiercające spojrzenie. Chce mnie bzyknąć, skurczybyk! - Po trzecie; dlaczego mówię na ciebie rybko? A czemu nie?
- Nie znamy się, widzę cię na oczy dopiero drugi raz, a ty wyskakujesz z jakimiś czułościami, Jay.
- Przeszkadza ci to? Jeśli tak, powiedz mi otwarcie Vivenne. Będę zwracał się do ciebie po imieniu.
- Nie lubię swojego imienia, możesz mówić po prostu Vi? Szybko, krótko i na temat. Odpowiada ci to?
- Wolę rybkę, zdecydowanie - kręcę głową, chociaż jest piekielnie słodki - Opowiesz coś o sobie?
- Znowu? - przewracam oczami, na szczęście sytuację ratuje kelner, który do nas podchodzi. Justin składa zamówienie oraz prosi o butelkę wina, której nazwy nie umiałabym nawet powtórzyć - Wino?
- Nie lubisz? - marszczy brwi i wygląda na zaskoczonego - Jeśli chcesz, zamówię ci szklaneczkę whisky.
- Nie powiedziałam, że nie lubię, spokojnie - wiercę się i zaczynam czuć nieswojo. Nie znamy się, nie wie, co lubię a czego nie i to wydaje się być takie dziwne - Może być wino, jednak o sobie nie chcę mówić.
- A szkoda, chętnie dowiedziałbym się o tobie czegoś więcej, Vi. Jestem tobą bardzo zaintrygowany.
- Naprawdę nie ma czym, wierz mi. Może ty opowiesz mi coś o sobie? Na przykład zdradź, ile masz lat?
- Dwadzieścia sześć - ouć! Spora różnica wieku - Zaskoczona? Wyglądasz o wiele młodziej.
- Tak, miesiąc temu skończyłam dwudzieste urodziny. Cóż, całe sześć lat, Jay. Co ty ze mną robisz?
- Zapraszając cię na kolację nie wiedziałem ile masz lat - uśmiecha się szeroko, a ja zachwycam się tymi uroczymi dołeczkami, które tworzą się w jego policzkach - Wiek mi nie przeszkadza, jeśli choć trochę cię to niepokoi. Jesteś dorosła, sama decydujesz o swoim życiu. Chociaż mój kuzyn był wściekły.
- Nigdy nie przypuszczałabym, że jesteście rodziną. Mam nadzieję, że nie jesteś taki jak James, co?
- Zdecydowanie nie! Za dużo narzeka, marudzi i wiele razy dostał ode mnie po mordzie. Dziwny człowiek.
- Dziwny to trochę za mało powiedziane, jest solidnie walnięty. Dokucza mi i pała do mnie nienawiścią.
- Do ciebie? Niemożliwe! - prycha rozbawiony, sięga przez stół i chwyta moją dłoń. Cholera! - Ciebie nie da się nienawidzić, Vi. Jesteś zbyt słodka, zbyt urocza i zbyt piękna, aby żywić tak negatywne uczucia względem twojej osoby - wpatruję się w niego i próbuję zrozumieć sens jego słów. Komplementuje mnie, co powinno wzbudzić mój zachwyt, a ja czuję jedynie niepokój. Faceci to skomplikowane istoty. Potrafią nieźle namieszać w głowie, zrobić swoje i rzucić jak zepsutą rzecz - Nie przejmuj się moim kuzynem.
- Właśnie to sobie obiecałam. Inaczej wydrapię mu oczy - burczę pod nosem, a Jay wybucha śmiechem.


Czas mija jak w przyśpieszonym tempie, a ja świetnie się bawię. Kolacja mimo, iż późna i wybrana przez Justina okazała się być przepyszna! Po wszystkim zabrał mnie na długi spacer, trochę rozmawialiśmy i wciąż próbował dowiedzieć się o mnie czegoś więcej. Nie zdradzałam żadnych szczegółów, jedynie podstawowe informacje. Mój ulubiony kolor, smak lodów, ulubiona whisky czy film, który ostatnio obejrzałam. On doskonale wiedział kim jestem, gdzie mieszkam i to, że Dante zgarnął mnie z ulicy. Nie czułam potrzeby zagłębiać się w ten temat, ponieważ było na to zbyt wcześnie. Nie wiedziałam, dokąd miała zaprowadzić mnie znajomość z tym mężczyzną, ale byłam bardzo ostrożna. Życie, jakie prowadziłam nie było usłane różami, a w dodatku nie wiedziałam nic o człowieku, który szedł obok mnie. 

Justin odwozi mnie prawie o drugiej w nocy. Odprowadza mnie do samych drzwi, podpiera dłoń na ścianie i patrzy mi w oczy. Czuję się dziwne, ponieważ nie spotykałam się z żadnym facetem oprócz Josha, z którym łączył mnie jedynie seks. Nie jestem pewna, czy w ogóle umiem być otwarta na inne znajomości, a mam przeczucie, że Justin tak łatwo nie odpuści. W dodatku to kuzyn Jamesa, a ja mam ogromną ochotę zrobić mu na złość. Żeby para furii wyszła mu uszami, za te wszystkie przykre słowa, które wypowiedział.
- Dziękuję za miły wieczór, rybko. Było naprawdę wspaniale. Kiedy ponownie się spotkamy?
- Ja również dziękuję, Justin. Znalazłeś mnie czym mi zaimponowałeś. Znowu chcesz się ze mną spotkać?
- To chyba oczywiste? Zrobiłaś na mnie ogromne wrażenie, jesteś zadziorna i bardzo interesująca.
- Cieszę się. Zadzwoń do mnie - uśmiecham się pewna siebie, bo przecież nie ma mojego numeru!
- Jak sobie życzysz - pochyla się, układa dłoń na moim policzku i czule całuje mnie w usta. Ostrożnie, jakby badał grunt czy może posunąć się dalej. A ja delektuję się smakiem jego ust, tą delikatnością. Lekko rozchylam usta, jednak on nie posuwa się dalej, wręcz przeciwnie, odsuwa się ode mnie, przejeżdża językiem po mojej dolnej wardze i kończy pieszczotę. Nie ukrywam, jestem zaskoczona - Dobranoc, rybko. Zadzwonię - pstryka mnie w nos, wkłada dłonie w kieszenie spodni i wraca do swojego samochodu.
Obserwuję, jak wsiada do środka, zapina pas i uruchamia silnik. Zanim odjeżdża, puszcza mi oczko i znika za zakrętem. Stoję oparta o ścianę, zamykam oczy i przykładam palce do ust. Jest pierwszym chłopakiem, który pocałował czule moje usta nie licząc Josha. I cholera jasna, to było tak inne od moich pocałunków z przyjacielem! Nie posunął się dalej, a mój brzuch i tak zacisnął się z podekscytowania. Niesamowite.
- Vi - podskakuję na dochodzący z boku głos Dantego. Przekręcam głowę i dostrzegam go stojącego w progu. Zaciska szczękę, chwyta mnie za ramię i wciąga do środka. Jak się okazuje, czeka na mnie komitet powitalny z Jamesem na czele. Jak miło! - Słyszałem, że wyszłaś z Justinem Morganem, to prawda?
- Tak - oblizuję usta, jednak bardzo nie podoba mi się kierunek tej rozmowy. Wiem, co się święci.
- Nie powinnaś się z nim spotykać, mała. To niebezpieczny człowiek, manipuluje innymi, wykorzystuje ich do swoich celów. Jest kuzynem Jamesa, a on na jego temat wie najwięcej. Odpuść go sobie, okej?
- Skąd pomysł, że coś do niego mam? - rzucam torebkę na kanapę i zsuwam piekielnie wysokie szpilki - Po prostu zaprosił mnie na kolację, wielkie mi rzeczy. O co właściwie robicie taki szum, panowie?
- Ponieważ pchasz się w paszczę lwa, idiotko! - James wybucha, czym natychmiast mnie wkurwia.
- Nie odzywaj się do mnie! Traktuj mnie jak powietrze, będzie nam łatwiej ze sobą żyć! Nie powinno interesować cię to, gdzie się pcham, James! Uprzykrzasz mi życie, czyżbyś się martwił, kochanie?
- Szczerze? Nie. Mam w dupie to, jaki spotka cię los - och, milusio - Po prostu ostrzegam cię przed nim.
- Zakodowałam, zadowolony? Nie życzę sobie wykładu na ten temat, przestańcie się mnie czepiać.
- Vi, to nie tak - Dante wzdycha ciężko, podchodzi i układa dłonie na moich ramionach. Właśnie zaczyna się tatusiowa pogadanka - Martwię się o ciebie, troszczę odkąd trafiłaś pod mój dach. To oczywiste, że nie chcę, aby spotkała cię krzywda. Byłem zaskoczony, kiedy James powiedział mi z kim wyszłaś.
- I co z tego? Jak wspomniałam, to była głupia kolacja. Nie wskoczyłam mu do łóżka, jeśli to cię martwi.

- I liczę, że nie wskoczysz - mruży oczy, a James stojący obok nas wręcz morduje mnie spojrzeniem.
- Nie znam przyszłości, kto wie, co się wydarzy? - wzruszam ramionami i zaciskam usta. Ha! Devil prawie wychodzi z siebie, a mnie kurewsko się to podoba! Karty się odwróciły i teraz mam idealną okazję, aby go podręczyć. Odbiję sobie wszystkie lata, w których mnie gnębił - Justin ponownie chce się ze mną spotkać, więc uprzedzam, aby wam żyłka nie pękła jeśli stanie w naszych drzwiach. Zachowujcie się, panowie.
- Po moim trupie! - James prycha z kpiną i odciąga mnie od Dantego - Mam zakaz spotykania się z tym idiotą, zrozumiałaś? Sprowadzi na ciebie kłopoty, nie dociera to do ciebie? Nie jesteś chyba aż tak głupia.
- Gdybym była głupia, już dawno dałabym się zabić, a było ku temu kilka okazji. Wiem, co robię, James. Mówisz, że masz w dupie mój los, jednak mam dziwne wrażenie, że jednak ciut się o mnie martwisz.
- Wiem, jaki jest mój kuzyn i wiem, co może z tobą zrobić. Nie chcę, żeby Dante za tobą beczał.
- Dante ma twardy tyłek, mój drogi. Nawet, jeśli ktoś mnie sprzątnie po prostu wyprawi mi pogrzeb i pójdzie dalej. Takie jest nasze życie, ryzykowne - po tych słowach zapada cisza. Nikt się nie odzywa, wszyscy stoją w rzędzie, a Josh zaciska usta, jakby powstrzymywał się, aby na mnie nie nawrzeszczeć. Od kiedy kurwa zrobili się tacy sentymentalni? - Jestem zmęczona, pójdę się położyć. Dobranoc - uwalniam się z uścisku Jamesa, wchodzę na piętro i marzę o śnie, aby wyłączyć myślenie.

W sobotę budzę się po dziesiątej. Kiedy schodzę na dół już na schodach dociera do mnie rozmowa Jamesa z Dantem. Nie powinnam podsłuchiwać, ale wyłapuję swoje imię i postanawiam przycupnąć na schodku.
- Daj spokój, dobra? Mówisz tak, jakby to była najprostsza rzecz na świecie! Nie mam prawa, James!

- Pierdolisz, stary. Jeśli ktokolwiek ma prawo, to właśnie ty! Uratowałeś ją, traktujesz jak dziecko.
- Bo jest dzieckiem! - och, mam ochotę mu przypierdolić - Myśli, że ma dwadzieścia lat i zawojuje świat, ale prawda jest zupełnie inna. Jest zagubiona, zgrywa twardzielkę i chowa wszystko za maską pewności siebie. Vivi jest wrażliwa, ma miękkie serce, a ten fakt może wykorzystać Jay. Nie pozwolę na to.
- Więc co masz zamiar zrobić, huh? Twoje słowa nie za bardzo do niej trafiają. Jest uparta jak diabli.

- Cała Vivienne, dlatego właśnie jest taka wyjątkowa - wbijam zęby w wargę, a głupi uśmiech sam wkrada się na moje usta. Kocham tego człowieka z całego serca! - Chronię ją od czternastego roku życia i mam zamiar robić to nadal. Czasami doprowadza mnie do szaleństwa, kiedy ma w dupie moje słowa tak, jak jest w tym przypadku. Ona w ogóle mnie nie słucha! Nie wiem, jak mam do niej dotrzeć. Ma charakterek.
- I co z tego? Utemperuj ją! Nie wiem, spierz jej dupę, zamknij w piwnicy i nie wypuszczaj. Proste, prawda? - pieprzony gnojek! Mam ochotę rozgrzać pręt i wepchać mu go prosto w tyłek, żeby nie usiadł na niego już nigdy! Wolałam opcję, kiedy w ogóle się mną nie interesował, gadał te swoje bzdury jednak nie ingerował w moje życie. Teraz zebrało mu się na tatusiowanie, a dwóch tatusiów to już tłok.
- Chyba sobie kurwa kpisz, James - prycham rozbawiona, ujawniam się i dołączam do nich w kuchni. Ich miny są wręcz komiczne, bo zapewne się mnie nie spodziewali - Zdecydowanie się rozpędziłeś, mój drogi. Zastanawia mnie twoja troska o moją dupę, wiesz? Wyjaśnij mi to. Jestem tego bardzo ciekawa.
- Mówiłem ci już, robię to ze względu na Dantego, bo będzie wkurwiony, jeśli spotka cię krzywda.
- Mam dwadzieścia lat, więc z łaski swojej przestańcie traktować mnie jak dwunastolatkę, dobrze? Nie robię nic złego, prawda? Wywiązuję się ze swoich obowiązków, nie puszczam na prawo i lewo, nie ćpam, co ci obiecałam - wskazuję palcem na Dantego, który siedzi cichutko i wbija we mnie wzrok - Wczoraj wyszłam na kolację i macie ból fiutów, bo jest to człowiek, którego nie darzycie sympatią.
- Spotykaj się z kim chcesz, Vi, prócz Justina i Zayna - och! Ciekawe - Oni nie są dla ciebie odpowiedni.
- Hmm, czyżby powstawała jakaś czarna lista o której nic nie wiem? Kto jest jeszcze nieodpowiedni?
- Na dzień dzisiejszy ta dwójka. Z dwojga złego wolę jak pieprzysz się z Joshem, niż miałabyś z któryś z nich - uśmiecham się szeroko, podchodzę do lodówki i wyjmuję sok, po czym nalewam go do szklanki.
- Podoba mi się Jay - wzruszam ramionami, a James blednie. Boże, potwornie bawi mnie jego reakcja na wzmiankę o jego kuzynie - Wczoraj był dla mnie dżentelmenem, zatroszczył się o mnie, nakarmił, odwiózł do domu i wiecie co? Pocałował czule, a kiedy go zachęciłam, odsunął się. Buduje napięcie.

- Jesteś naiwna, Vi. Nim się obejrzysz owinie sobie ciebie wokół palca, zerżnie i wyrzuci na bruk!
- James! - Dante upomina go i kręci przecząco głową - Mógłbyś nieco delikatniej? Nie musisz walić jej tego prosto w twarz, w dodatku w tak wulgarny sposób. Jest kobietą, dobierz ciut inne słowa, okej?
- Poważnie? I tak nic do niej nie dociera, więc nie mam zamiaru się produkować. Szkoda czasu.
- Skoro szkoda ci czasu dlaczego tutaj jesteś, hmm? Daj mi żyć własnym życiem, James. I zapewniam cię, że nie dam owinąć się wokół palca, nic nas nie połączy, ponieważ ja się nie zakochuję, skarbie. Jeśli będę mieć chęć, pozwolę mu zafundować sobie orgazm i na tym się skończy. Chcesz dodać coś jeszcze?
- Tak. Powinnaś wytatuować sobie na czole słowo "idiotka", bo nią jesteś - przewraca oczami i wychodzi.
- Nie ogarniam tego człowieka. Nienawidzi mnie, ubliża, a teraz prawi mi rady. Co jest z nim nie tak?
- Ma rację, Vi - marszczę brwi i patrzę na niego zaskoczona - Justin to naprawdę typek spod ciemnej gwiazdy. Jest przebiegły, a ty wciąż zbyt młoda i łatwowierna. Nie chcę, żeby cię zranił, wiesz?
- Wiem, Dante. Ale nie ochronisz mnie przed całym złem tego świata. Człowiek uczy się na własnych błędach, a ja tak czy siak będę je popełniać. Tak musi być. Nie dam się zbajerować Justinowi.
- Chodź tutaj - rozchyla ramiona, wtulam się w niego i zamykam oczy - Ufam ci, Vi. Uważaj na siebie.


Popołudniu wybieram się na zakupy razem z Tinny, siostrą Shota. Przyjaźnimy się od trzech lat, jest taką samą wariatką jak ja i pewnie dlatego złapałyśmy wspólny język. Łączy nas mnóstwo zwariowanych przygód, piżama party, chlanie do granic możliwości i jaranie jointów. Kocham ją jak własną siostrę, której nie widziałam od sześciu lat. Dwa lata temu na moją prośbę Dante dowiedział się, że wyjechała do Nowego Jorku na studia, a matka nadal tkwiła przy ojcu alkoholiku. Zmarnowała sobie przy nim życie.
- Poznałam kogoś - Tinny zaczyna nieśmiało i znęca się nad biedną rurką - Ma na imię Daniel, jest słodki.
- No nareszcie! Alleluja, chwalmy Pana! masz dwadzieścia jeden lat, bałam się, że zostaniesz starą panną.
- Jesteś szurnięta, Vi. Dopiero zaczynam żyć, co ty bredzisz? Pewnie i tak nam nic z tego nie wyjdzie.
- No z takim podejściem to możesz mieć pewność, kochana. Przestań, okej? Po prostu załóż dzisiaj tę wystrzałową kieckę, którą kupiłaś i zrób wejście smoka. Jestem pewna, że facet będzie twój.

- Sęk w tym, że on chce być mój, ale ja nie wiem, jak mam się za to zabrać. Nigdy nie byłam w związku.
- To witaj w klubie, więc nie za bardzo ci doradzę. Po prostu idź na żywioł, bądź sobą i nie udawaj nikogo innego, Tinny. Jesteś świetną dziewczyną, wesołą, z poczuciem humoru, śliczną. Czego chcieć więcej?
- Może odstąp trochę tej swojej pewności siebie, co? W kontaktach z facetami zawsze mi jej brakuje.
- Tego trzeba się nauczyć, moja droga. Mój sukowaty charakter świetnie mi w tym pomógł, jak widać.
- Tsa! Jesteśmy zupełnie inne, Vi. Mogę szaleć, pić, jarać, ale facet onieśmiela mnie jak jasna cholera.
- Wiesz, są i tacy, których właśnie ta nieśmiałość zajebiście nakręca. Kto wie? Może Daniel jest w grupie tych facetów? - mrugam okiem, a Tinny patrzy na mnie z politowaniem - Oj tam, głowa do góry, tak? Jestem pewna, że dzisiejsza randka to będzie sztos, tylko nie wskakuj mu od razu do łóżka, jasne?
- Zwariowałaś? Nie jestem pewna, czy odważę się wskoczyć mu do łóżka na dziesiątej randce!
- Odważysz się, sama zobaczysz. Przecież bzykałaś się z Patickiem, prawda? Jakoś dałaś sobie rade.
- To było zaledwie trzy razy, na dodatek za każdym razem byłam po trzech drinkach. Może się nawalić, co?
- Nie, tylko nie to! Idźcie do klubu, napij się jednego drinka i tyle! Ale nie chlej na umór, Tinny. Błagam!
- Dobra! Do odważnych świat należy. Jak jutro nie zadzwonię, to znaczy, że wyję w poduszkę.
- Mam inną teorię. Nie zadzwonisz, bo będziesz zadowolona i spełniona leżeć w jego łóżku po zajebistym orgazmie, który ci zafunduje - uśmiecham się chytrze, a po chwili obie wybuchamy śmiechem. 


Tinny wstępuje do sklepu z bielizną, a ja korzystam i czmycham do toalety. Szybko robię siku, myję ręce i poprawiam włosy. Kiedy wracam z powrotem, moje oczy wyłapuję nikogo innego jak Justina w towarzystwie... Zayna. Marszczę brwi zaskoczona, chowam się za ścianą i obserwuję ich. Żywo o czymś rozmawiają, Justin gestykuluje dłonią, a Zayn uśmiecha się jakoś dziwnie i wznosi oczy ku niebu. Mam ogromną ochotę podsłuchać, ale jak to zrobić, aby mnie nie zauważyli? Rozglądam się, obmyślam plan a żeby znaleźć się bliżej muszę przebiec kilka kroków. Nie jestem pewny, czy akurat któryś z nich nie odwróci wzroku, jednak mam zamiar udać głupią, gdyby faktycznie tak się stało. Biorę głęboki oddech, wyłaniam się za ściany i szybko przebiegam dzielącą nas odległość. Nie wiem, jakim cudem nie zwrócili na mnie uwagi, ale to nie jest ważne, bo do moich uszu trafia bardzo ciekawe zdanie.
- Niech będzie, więc umowa stoi - ściskają sobie dłonie, a ja zastanawiam się, o co takiego im chodzi.
 




*******************************************
Hello!
Wysłałam tyle zaproszeń, gdzie wy jesteście? Halo?!
Mam publikować czy dać sobie spokój?









wtorek, 23 stycznia 2018

Rozdział trzeci

Nie wracam do domu przez kolejne dwa dni. Zaszywam się w hotelowym pokoju, nocami piję w barze, a za dnia spaceruję i próbuję kompletnie się wyłączyć. To nie tak, że słowa Jamesa uraziły mnie bardziej niż milion wcześniejszych. Może mówić co tylko chce, ale fakt, że życzy mi śmierci jest poniżej pasa. Nie znoszę go, jednak nigdy nie zniżyłabym się do poziomu, aby wypalić coś takiego. Teraz mam pewność, że nigdy nie będzie w stanie mnie zaakceptować, dla niego będą tą gorszą, zabraną z ulicy, niechcianą. Cóż, brzmi całkiem znajomo. Ojciec też miał nas w dupie, w naszym domu nie było krzty miłości, bo matka zajmowała się nim, jego pijaństwem, a nie swoimi dziećmi. Pierdolona patologia, która ukształtowała we mnie taki, a nie inny charakter. Nie byłam jak te wszystkie dziewczyny, które lubiły słodkości, randki, kwiatki i serduszka. Robiłam coś złego, zadawałam się z chłopakami, którzy dilowali i nie wahali się pociągnąć za spust, kiedy sytuacja tego wymagała. Sama mam na koncie sześć trupów, a i tak niczego nie żałuję. Kocham swoje życie, to, w jakim poszło kierunku. Widocznie tak musiało być, każdy ma swoje przeznaczenie. Nie mam zamiaru niczego zmienić, jest dobrze tak, jak jest.

Wchodzę do dobrze znanego mi już baru o nazwie " Epsilon", siadam przy barze i zamawiam to, co zawsze. To właśnie przez chłopców przywykłam do ostrego smaku whisky i nie potrafię tknąć niczego innego. Pewnego dnia spróbowałam słodkiego drinka, a potem szybko pozbyłam się go ze swojego organizmu.
- Trzecia noc z rzędu, huh? - barman zagaduje mnie, podnoszę głowę i przyglądam mu się. Ma ładne, brązowe oczy, ciemne włosy i uroczy uśmiech. Cholera, tęsknię za Joshem, który nie przestaje do mnie wydzwaniać. Napisałam mu jedną wiadomość, że żyję. To wystarczy - Chyba masz ciężki czas, co?
- Życie jest ciężkie, kochanie. Kopie cię w dupę i nie ma za grosz litości. Dlatego lepiej się upić.
- Zapomnienie trwa jedynie przez chwilę, a kiedy wytrzeźwiejesz życie ponownie wróci do kopania tyłka.
- Wow, pocieszyłeś mnie. Od razu mi lepiej - wychylam szklaneczkę z whisky i wypijam drinka jednym haustem. Krzywię się, płyn spływa po przełyku podrażniając ścianki. Kocham to zajebiste uczucie! - Poproszę kolejnego, może tym razem nalej więcej, co? Nie będziesz musiał robić tego co minutę.
- Ty naprawdę masz zamiar się dzisiaj urżnąć, dziewczyno! Daj spokój, jesteś zbyt piękna, aby się smucić.
- Lucas - obok nas dosłownie znikąd pojawia się facet, który ruchem głowy odgania barmana na drugi koniec długiego blatu. Przewracam oczami, upijam trochę whisky i przez cały czas czuję na sobie jego spojrzenie - Jesteś w moim klubie trzecią noc z rzędu. Zainteresowałaś mnie. Jak Ci na imię?
- Pamela - wypalam bez namysłu, prycham rozbawiona i wreszcie przekręcam głowę. Hmm, ciekawe. Przede mną stoi całkiem słodziutki chłopak, z pięknym oczami i pewnością siebie wymalowaną na twarzy. Biała koszulka przylega do jego ciała uwydatniając mięśnie oraz tatuaże na ramionach - A Ty?
- Justin, miło mi - ściskamy sobie dłonie i wręcz nie odrywam od niego oczu - Nie pasuje do ciebie to imię.
- Naprawdę? A jak chciałbyś, abym miała na imię? - unoszę brew, a Justin seksownie oblizuje usta.
- No nie wiem - wzrusza ramionami, pochyla się i szepcze mi na ucho - Może na przykład Vivienne?
- C-co? - zaskakuje mnie, odchylam się i marszczę brwi. Skąd u licha miałby znać moje prawdziwe imię?! Nie znamy się, nigdy wcześniej go nawet nie widziałam, więc o co tu chodzi? - Dlaczego akurat to imię?
- Ponieważ jest piękne i pasuje do ciebie o wiele bardziej, niż Pamela. Więc jak Vi? Po co ta ściema?
- Skąd znasz moje imię? - zsuwam się z krzesełka i robię krok w tył. Nie podoba mi się ta sytuacja.
- To bardzo proste. Znam Dantego, a skoro znam jego, ciebie również. Nie musisz się mnie obawiać.
- Naprawdę? Wiesz, ilu przed tobą mi to mówiło? - uśmiecham się, a Justin zerka w dół, na moją krótką spódnicę. Jest dopasowana, skórzana i wręcz wtapia się w moje ciało - Oczy w górę, cukiereczku.

- Wybacz, zrobiłaś na mnie niesamowite wrażenie. Dawno temu słyszałem, że Dante zaopiekował się dziewczyną zabraną z ulicy, ale nie spodziewałem się, że jest ona tak piękna, pewna siebie i nosi przy sobie broń - zaciskam szczękę, a jego wiedza na mój temat nieco mnie przeraża. Kurwa, nawet nie wiem, co mam odpyskować! - Napij się się mną - wystawia dłoń, czeka cierpliwie aż ją chwycę, jednak nie robię tego. Za cholerę mu nie ufam, a skoro zna mojego przyjaciela nie mam pewności, czy są w dobrych stosunkach. A jeśli to jego pieprzony wróg? - No dalej, Vi. To nic wielkiego, tylko kilka drinków.
- Radzę niczego nie próbować, inaczej nie zawaham się strzelić ci prosto w łeb. Tylko uprzedzam.
- Jesteś bardzo miła - mruga okiem, niepewnie chwytam jego dłoń, a przez moje ciało przebiega dziwny prąd. Nie wiem, czy on też to czuje, mimo wszystko wyraz jego twarzy nieco się zmienia i uśmieszek znika. Prowadzi mnie po schodkach na górę, a po chwili naszym oczom ukazuje się strefa VIP. Siadam na wygodnej, czerwonej kanapie, a butelka whisky zjawia się niemal natychmiast. Justin nalewa po trochu do szklaneczek, wręcza mi jedną i stuka w nią swoją - Za nasze spotkanie! - wypijam duszkiem, oblizuję usta, a po moim brzuchu roznosi się to znajome, przyjemne ciepło. Między nami zapada cisza, Justin opiera się o kanapę i przygląda mi się jak wystawie sklepowej. Nie podoba mi się to - Więc! Co słychać u Dantego?
- Wspomniałeś, że się znacie. W każdej chwili możesz do niego zadzwonić i zapytać, prawda?
- Owszem, jednak rozstaliśmy się w niesprzyjających warunkach. Wątpię, aby chciał rozmawiać.
- Bosko, właśnie tego było mi trzeba. Spadam - podnoszę się, jednak on jest szybszy. Doskakuje do mnie, układa dłonie na moich ramionach, a serce podskakuje mi do gardła. Torebka ze spluwą leży na stoliku, a jego uścisk nie jest lekki - Nie myśl o tym, aby mnie znokautować, kochanie - jebaniutki, czyta mi w myślach, czy co?! - Nic ci nie zrobię, Vivienne, chciałem z tobą tylko porozmawiać. Rozluźnij się.
- Łapy przy sobie - syczę przez zęby, puszcza mnie i wystawia dłonie w geście obronnym - Nie będę opowiadać o moim przyjacielu, jak i o jego interesach. Jeśli chcesz coś ze mnie wyciągnąć nie uda ci się.
- Och, daj spokój. Zapytałem jedynie co u niego słychać, o nic więcej. Usiądźmy - wskazuje dłonią na kanapę, siadam niepewnie i nie spuszczam z jego wzroku. Już dawno powinnam wyjść, chociaż czuję, że to nie będzie takie łatwe - Jesteś strasznie spięta, a klub to nie miejsce na nerwy. Napijmy się - nalewa kolejną rundę, ale wiem już, że muszę być ostrożna. Może chce mnie upić? - Opowiedz mi coś o sobie?
- O sobie? - marszczę czoło i patrzę na niego z niedowierzaniem - Nie znam cię człowieku, nie mam zamiaru mówić na swój temat niczego, wybacz. Powinnam już iść. Chyba mam dość na dzisiaj.
- Poważnie? Przecież dopiero przyszłaś. Wydaje mi się, czy po prostu uciekasz, Vivienne?
- Ja nie uciekam, nigdy - przewracam oczami, zakładam nogę na nogę i wygładzam spódniczkę. Justin podąża wzrokiem za moimi ruchami, przesuwa palcem po ustach i uśmiecha się pod nosem. Kawał seksownego skurczybyka, to trzeba mu przyznać - Nie należę do tchórzliwych dziewczynek, Justin.
- Zapamiętam, na pewno to zrobię. Właśnie takie kobiety podobają mi się najbardziej. Pewność siebie jest piekielnie seksowna, prawda? - unosi brew, a ja mrużę oczy. Czy on mnie kurwa podrywa? - Mogę zaprosić cię jutro na kolację? - co takiego?! Prawie krztuszę się drinkiem - Chciałbym cię poznać, podobasz mi się.
- Schlebiasz mi, ale muszę odmówić - podnoszę się, biorę torebkę i zalotnie spoglądam mu w oczy.
- Wcale nie musisz odmawiać, rybko. Możesz się zgodzić i miło spędzić ze mną czas. To tylko kolacja.
- Jeśli mnie znajdziesz, kto wie, może się zgodzę? Dobranoc - cmokam w powietrzu, puszczam mu oczko i zostawiam samego. Czuję na sobie jego palący wzrok, aż robi mi się przyjemnie gorąco. 


Nazajutrz postanawiam wrócić do domu. Trzy dni w samotności pozwoliły mi odpocząć od Jamesa, jego docinek oraz jego mordy. Mam świadomość, że nadal będzie pieprzył te brednie, ale nie jest w stanie już mnie zaskoczyć. Sięgnął dna stwierdzeniem, że i tak ktoś mnie zabije, więc niczym gorszym nie może mnie dobić. Niech sobie gada, pokonam go obojętnością. Może lubi mnie gnębić? Sprawia mu to przyjemność?
- Vi! - Shot miażdży mnie w ramionach kiedy tylko przekraczam próg magazynu. Przez cały czas wydzwaniali do mnie, jednak nie odebrałam ani jednego telefonu. Nie chciałam rozmawiać, nie chciałam słyszeć zapewnień, że wszystko będzie dobrze. I tak nie będzie, nasze życie na to nie pozwala - Gdzieś ty się u licha podziewała, huh? Martwiliśmy się o ciebie, szukaliśmy cię, a nawet nie odebrałaś telefonu!
- Vivienne - głos Dantego brzmi niczym drapanie paznokciami po tablicy. Mam ochotę skrzywić się, jest nieprzyjemny i drażniący - Rozumiem twoją złość na Jamesa, ale do kurwy nędzy, dlaczego się nie odezwałaś, huh?! - wrzeszczy, czym mnie zaskakuje. Odchylam się od Shota i wpatruję się w przyjaciela. Naprawdę go wkurwiłam - Rozczarowałaś mnie swoim zachowaniem, wiesz? Zniknęłaś na trzy dni!
- Nie unoś się, jestem dużą dziewczynką. Potrafię sama się o siebie zatroszczyć, jak wtedy na ulicy.
- Pierdolisz! Oboje wiemy, że nie skończyłoby się to dla ciebie dobrze. Zaćpałabyś się na amen, Vi!
- Może właśnie tak powinno było się stać? Twoje życie wyglądałoby teraz zupełnie inaczej, Dante. Lepiej!
- Jeszcze słowo, a pożałujesz. Moja cierpliwość wisi na włosku, rozumiesz? Zachowałaś się dziecinnie!
- Poważnie? Przecież James wciąż powtarza, że nadal jestem dzieckiem. Chyba coś w tym musi być.
- Kurwa, naprawdę się o ciebie martwiłem, dziecinko - przeciera twarz rękami, schyla głowę i wzdycha ciężko. Dopadają mnie pieprzone wyrzuty sumienia, odkładam torebkę i podchodzę do niego. Wtulam się w jego silne ramiona, obejmuje mnie mocno i dociska do siebie. Zamykam oczy i dopiero teraz czuję, że jestem w odpowiednim miejscu. Dante jest wspaniałym człowiekiem, nie zasługuje na moje fochy.
- Przepraszam, że nie odebrałam telefonu - szepczę cicho, unoszę głowę i patrzę na niego z dołu. Uśmiecha się lekko, wsuwa palce w moje włosy i opiera czoło o moje - Kocham cię, Dante. Wiesz o tym.
- Wiem, a ja kocham ciebie. Po prostu nie rób tak więcej, dobrze? Byłem przerażony, że coś ci się stało.
- Oprócz spacerów i chlania nie robiłam niczego interesującego. Musiałam odpocząć, pomyśleć.
- Dobrze, że cię tutaj nie było - schodzący ze schodów Rockstar puszcza mi oczko i szczerzy się jak dekiel - Dante prawie wylazł z siebie i stanął obok, tak przygadał Jamesowi, że do tej pory się nie odzywa. Dobrze mu tak! Ma kurwa wieczny okres - burczy pod nosem, a ja chichoczę. To by się zgadzało - Olej go, Vi.
- Właśnie taki mam zamiar. Po sześciu latach chyba najwyższy czas przywyknąć do jego nastawienia.
- Dałem mu ostatnie ostrzeżenie. Nie wiem co zrobię, jeśli ponownie się na tobie wyżyje. Przysięgam.
- Nic nie zrobisz, Dante. James jest twoim przyjacielem, znacie się od piaskownicy. Nie zepsuj tego.
- To nie ma nic do rzeczy, Vi. Nie ma prawa cię tak poniewierać, ponieważ nic mu nie zrobiłaś.
- Zrobiłam. Pojawiłam się tutaj, zaopiekowałeś się mną, a on tego nie rozumie. Chyba to go tak boli.
- Musi się z tym pogodzić, nie ma wyjścia. Już dawno powinien, minęło tyle lat, a on dalej swoje.
- Chrzanić go. Kocham was chłopcy i tylko to się liczy. Gdzie jest mój Tokkie? Chcę go zgwałcić.
- Mówiłem ci, żebyś z nim nie sypiała, Vi. Mieszkacie razem na Boga! A jeśli się w tobie zakocha?
- Josh? Zwariowałeś? Nie zrobi tego, ponieważ doskonale wie, że nie może. Mamy swój tajny układ.
- Czasami jesteś nieznośna jak wtedy, kiedy miałaś piętnaście lat i zaczynałaś dojrzewać. Koszmar!
- Och, goń się, Dante! - odsuwam się od niego i uderzam w ramię - Pokochałeś mnie taką, jaką jestem.
- Tu masz rację - mruga rozbawiony i bezlitośnie czochra moje włosy, aż powstaje z nich kupa gówna!


Spędzam z wannie ponad godzinę. Delektuję się spokojem, zapachem wiśniowych świeczek i kubkiem pysznej kawy z mlekiem, którą zafundował mi Caspar. Odprężam każdy mięsień, słucham muzyki i nabieram na dłoń odrobinę piany, po czym dmucham a ona fruwa dookoła rozpraszając się na małe chmurki. Chichoczę na ten widok, a do łazienki wchodzi Josh. Przełykam ślinę, kiedy zrzuca z siebie ciuchy, napina mięśnie, a jego niebiesko-zielone oczy świdrują moje. Myślę nad słowami Dantego o zakochaniu się, jednak nie dopuszczam do siebie takiej możliwości. Tookie wie, że między nami nie będzie nic więcej oprócz zajebistego seksu. Obiecaliśmy to sobie przed tym, jak zaczęliśmy ze sobą regularnie sypiać. Przysiągł, że nie obdarzy mnie innym uczuciem prócz przyjaźni. Świetnie nam to wychodziło.
- Tęskniłam - uśmiecham się do niego, oblizuje usta i wchodzi do wanny, przyciągając mnie do siebie i bez wstępu wpijając się w moje usta. Sadza mnie na kolanach, dociska do swojego ciała i wślizguje język do środka. Jęczę cichutko, a jego podniecenie drażni wrażliwy punkcik, doprowadzając mnie do szaleństwa.
 

Leżymy w moim łóżku, bawię się jego palcami, a panująca między nami cisza jest przyjemna, nie niezręczna. Josh mnie rozumie, od zawsze wspiera i mam z nim najlepszy kontakt. To właśnie on zaopiekował się mną, kiedy tutaj trafiłam. Miał osiemnaście lat, traktował mnie jak młodszą siostrę i uczył wszystkiego od podstaw. Strzelać, bronić się, rozróżniać dobrą kokę od chujowej koki i dilować. Wiele razy jaraliśmy jointy za magazynem, żeby tylko Dante nas nie nakrył. Lubiłam go, bo był wyluzowany, wiecznie uśmiechnięty i niczym się nie przejmował. Zaszczepił we mnie ten silny charakter i pewność siebie.
Seks połączył nas dopiero rok wcześniej, chociaż nie jeden raz lizaliśmy się potajemnie, aby nikt nas nie zobaczył. Był moim pierwszym chłopakiem, którego pocałowałam, któremu oddałam swoje ciało. Ciągnęło mnie do niego, lubiłam przebywać w jego towarzystwie i może to zdecydowało, że posunęliśmy się dalej? Sama nie wiem. Chciałam tego, a Josh był świetnym kochankiem. Czułym, delikatnym i bardzo zmysłowym. Jego ciało idealnie pasowało do mojego, wzajemnie nakręcaliśmy się i był czas, kiedy nie mogliśmy się od siebie oderwać. Właśnie wtedy nakrył nas Banger i wryło go w ziemię, dosłownie. Nigdy nie zapomnę jego wyrazu twarzy, a wyglądał jakby zobaczył pieprzonego ducha! Od razu poleciał do Dantego, a nasz mały sekrecik szlag trafił. Oboje wylądowaliśmy na dywaniku i wyspowiadaliśmy się ze swoich grzechów. Dante był wściekły z trzech powodów. Po pierwsze; dla niego wciąż byliśmy dziećmi. Po drugie; bał się, że wpadniemy. A po trzecie; nie popierał tego, że sypiamy ze sobą będąc przyjaciółmi. Długo tłumaczyliśmy mu swoje racje, aż wreszcie dał nam spokój, bo nie zamierzaliśmy przestać. Musiał się z tym pogodzić.
- Josh - zaczynam cicho, mruczy pod nosem i przekręca głowę, aby na mnie spojrzeć - Pamiętasz, co sobie obiecaliśmy zanim zaczęliśmy ze sobą sypiać? - marszczy brwi i niepewnie przytakuje - Nie zakochałeś się we mnie, prawda? - jednym ruchem powala mnie na plecy i układa się między moimi nogami.
- Skąd ci to przyszło do głowy, hmm? - muska językiem moją szyję, aż przymykam oczy z przyjemności.
- N-nie wiem, Dante znowu zaczął mnie pouczać i wspomniał, że możesz we mnie zadurzyć. Bredzi?
- Zdecydowanie. Złożyliśmy sobie obietnicę, prawda? Mam zamiar jej dotrzymać, wróbelku. A ty?
- Ja też - wbijam zęby w wargę, unoszę biodra i dociskam się do jego kutasa, który ponownie budzi się do życia - Podniecasz mnie, Tookie. Wiesz, jak cholernie wrażliwa jest moja szyja. Znęcasz się nade mną!
- Mhm - odchyla głowę, mruga okiem i pociąga za moją dolną wargę - Masz ochotę na drugą rundę? - przewracam oczami, napieram na jego tors i z powrotem opada na plecy. Siadam na nim, ustawiam się odpowiednio i opadam w dół - Kurwa, wykańczasz mnie - syczy przez zęby i wbija palce w moje biodra.


Wieczorem wraca James. Schodzę na dół, przebrana w piżamę w Hello Kitty, robię kubek gorącego kakao i siadam przed telewizorem. Oprócz Jamesa jest Shot i Banger, co dodaje mi otuchy. Przynajmniej ktoś powstrzyma mnie przed skoczeniem temu debilowi do oczu, jeśli ponownie wyprowadzi mnie z równowagi. Wiem, że kiedyś zrobię mu krzywdę. To jest pewne jak to, że jutro jest pieprzona sobota.
- Ktoś dzwoni, James! - wzdrygam się na wrzask Bangera, który siedzi tuż obok - Możesz otworzyć?
- Nie? Przecież pracuję, nie widzisz? - pff, ależ mi praca. Siedzenie przed laptopem i oglądanie pornoli.
- Shot weź rusz dupę, co? Ja otwierałem tydzień temu, teraz twoja kolej. Ja się nie ruszam i chuj.
- Ja pierdole, ale z was debile - burczę pod nosem, odrzucam koc i zmierzam do drzwi, aby wreszcie przerwać ten cholerny dzwonek - Już! - przewracam oczami, przekręcam zamek i zamaszyście otwieram drzwi. Miałam w zamiarze ochrzanić gościa za niecierpliwość, ale przez moje gardło nic nie przechodzi. Jasna cholera, to są chyba jakieś jaja! - C-co ty tutaj robisz? - mój oddech przyśpiesza na jego widok.
- Czy nie powiedziałaś coś w stylu; "znajdź mnie, a kto wie, może się zgodzę?" - unosi brew i uśmiecha się chytrze. Boże! Przecież to był żart! - Więc znalazłem cię, rybko - wzrusza ramionami, a mi odbiera mowę. Co za koleś! - Twój strój niesamowicie mi się podoba, wiesz? - skanuje mnie z góry na dół, aż robi mi się gorąco. Nie ukrywam, te jego oczy są hipnotyzujące jak diabli - Ale nieodpowiedni na kolację, na którą cię właśnie porywam. Przebierz się, mamy dwadzieścia minut. Zrobiłem już rezerwację, nie każ mi czekać.
- Kto to, Vi?! - Shot drze się jak nienormalny, a kiedy nie odpowiadam, przychodzi do mnie - Jay? - Jay?!
- Co?! - zdezorientowana spoglądam na Jamesa, który zrywa się z fotela niczym poparzony, przybiega do nas i wpatruje się w gościa, zaciskając pięści. Jego nastrój diametralnie się zmienia, wchodzi między mnie, a Justina i oddziela mnie od niego - Mówiłem ci, żebyś nigdy tutaj nie przychodził, prawda?
- Nie przyszedłem do ciebie, James. Zabieram Vi na kolację. Nie masz powodu do niepokoju, kuzynie.
O mój Boże! Czy ja dobrze usłyszałam? Pieprzony James aka Devil jest kuzynem Justina?!










czwartek, 18 stycznia 2018

Rozdział drugi

Nie wracam z chłopcami, jadę do klubu, który jest własnością Jamesa. Pieprzę to, że wcale nie życzy sobie tutaj mojej obecności, kogo to obchodzi? Lubię robić mu na złość i teraz też mam na to ogromną ochotę. Schleję się na jego koszt, a potem zabawię się na rurze i zrobię konkurencje tym przeciętnym dziewczynom, które zatrudnia. Ten koleś nie ma za grosz dobrego gustu. Mogłabym mu znaleźć takie dupy, że ludzie pchaliby się tutaj drzwiami i oknami. Nawet Dante uważa, że w tym temacie się nie popisał. Cóż, jego sprawa. Ja chcę się jedynie dobrze bawić i rozluźnić. Lepiej, żeby nikt nie wszedł mi w drogę.
- Vi, skarbie! Jak miło cię widzieć - Tom, barman o błękitnych jak woda na Bora Bora oczach wita mnie pięknym uśmiechem i nalewa dla mnie szklaneczkę whisky z cytryną i pepsi - Co słychać, śliczna?

- To, co zawsze. Życie płynie, a ja jestem starsza o kolejny dzień - mrugam okiem, wskakuję na krzesełko i wypijam drinka jednym haustem - Nie żałuj dla mnie whisky, dobra? Walić twojego szefa, to nudziarz!
- Oho! Widzę znowu zalazł ci za skórę, co? - szczerzy się szeroko i poleruje kufel z logiem klubu.
- Nic nowego, nie? Wydaje mi się, że nigdy się z nim nie dogadam. Czy ciebie też tak wkurwia?
- Nie? James jest w porządku, Vi. Miewa humorki, ale na szczęście świetnie się z nim dogaduję.
- Szczęściarz! Widocznie tylko mnie obrał sobie za cel i postanowił podnosić mi ciśnienie. Bosko!
- Zobaczysz, przyjdzie dzień, a się dogadacie. Jesteś młodziutka, a James podchodzi pod trzydziestkę.
- Ach! Myślisz, że to przez wiek? - marszczę brwi i przykładam dłoń do ust - Starzeje się i marudzi?
- A bo ja wiem? - wzrusza ramionami i śmieje się ze mnie - Po prostu daj mu szansę, poprawi się.
- Chyba sam nie wiesz, co mówisz. Nie poprawia się od sześciu lat i to się już nigdy nie zmieni. Polej!
- Jesteś szalona - kręci głową, ale posłusznie nalewa kolejnego drinka, którego szybko pochłaniam.

Trzy godziny i siedem drinków później mój humor diametralnie się zmienia. Ciało rozluźnia, po złości nie ma nawet śladu, a wkurwienie zastępuje euforia. Tom dotrzymuje mi towarzystwa, jednak kiedy po klubie roznosi się "Rockstar" mój tyłek praktycznie sam rwie się do tańca. Podnoszę się z krzesełka, kręcę biodrami i zmierzam do znajomego mi miejsca. Wchodzę po schodkach, chwytam rurę i przytulam do niej plecy. Śpiewam głośno, chociaż Post Malone na szczęście mnie zagłusza i poruszam się do rytmu. To jest właśnie to, co kocham. Muzyka pochłania mnie całkowicie, nic innego nie istnieje, tylko ja i to, co wypływa z głośników. Niski, zmysłowy głos, bit, bas i słowa. Ciało samo kołysze się na boki, zamykam oczy, obsuwam się w dół i podnoszę. Czuję na sobie mnóstwo spojrzeń, ale nie dziwi mnie to. Przywykłam, ponieważ jestem tutaj częstym gościem i większość doskonale mnie zna. Mnie i moje możliwości, których nabyłam w profesjonalnym studiu Pole Dance, prowadzonym przez byłą dziewczynę Bangera. Ta suka była w tym naprawdę dobra, a ja szybko ją dogniłam. Żałuję, że wymiękła i zwiała, jak tylko dowiedziała się czym zajmuje się jej chłopak. Na szczęście Banger ma twardą dupę i poszedł dalej, nie oglądając się za siebie.
- Co ty znowu odpierdalasz?! - muzyka dobiega końca, a mój taniec przerywa wściekły jak diabli głos Jamesa. Niechętnie uchylam powieki, schylam głowę i wyłapuję jego mordercze spojrzenie - Zabroniłem ci tutaj przychodzić, prawda? Dante nie chce, żebyś kurwa wywijała tyłkiem! Zakoduj to sobie wreszcie!
- Pieprzyć to, Devil. Mogę robić to, na co mam ochotę. A właśnie dzisiaj chcę wywijać tyłkiem.
- Zapomnij - prycha z kpiną, wchodzi na podwyższenie i jednym ruchem przerzuca mnie sobie przez ramię. Piszczę wkurwiona, a moi widzowie buczą niezadowoleni. Świetnie się bawiłam, ale jak zawsze ten dupek musi wszystko zepsuć - Mam ochotę potrząsnąć tobą, żeby ci rozum wrócił - burczy pod nosem, opuszcza klub i niesie mnie do swojego samochodu zaparkowanego w stałym miejscu - Stuknięta wariatka.
- Pierdol się, James! - wyrywam się, wiję w jego ramionach i wreszcie stawia mnie na nogach - Grabisz sobie, czaisz? Moja cierpliwość wisi na włosku, nie prowokuj mnie, bo możesz tego żałować.
- Och, poważnie? Co chcesz zrobić? Uderzyć mnie tą malutką pięścią? Już mam się bać? Czy za chwilę?
- Wal się, mam cię dość - odwracam się na pięcie, idę przed siebie, a wiatr rozwiewa moje włosy. 
- Dante kazał mi cię przywieźć do domu, ale przecież jesteś dorosła i zapewne poradzisz obie sama.
- Spierdalaj! Nienawidzę cię! - wydzieram się, nie zatrzymuję jedynie wystawiam środkowy palec.

Do domu mam spory kawałek, piechotą zajmie mi to dobre czterdzieści minut. Jak na złość nie ma żadnej taksówki, co potęguje moją złość, a spokój idzie w zapomnienie. Niech cię szlag, Devil. Zawsze musi wszystko spieprzyć, zepsuć mi zabawę i pokazać, że to on jest górą, a to gówno prawda! Myśli, że może mnie złamać, ale jestem twardsza niż mu się wydaje. Nie trafił na słodką, głupiutką dziewczynkę.
Myślę, czy nie zadzwonić to Josha lub Bangera, jednak szybko rezygnuję. Na pewno są w domu, siedzą razem z Dantem i tym skurwielem, więc nie dam im tej satysfakcji. Poradzę sobie bez nich, chociaż nienawidzę tej dzielnicy. Jest zbyt obskurna, podejrzana, a ćpuny są dosłownie w każdym kącie. Nie chcę zadręczać się myślami, że sama mogłabym tak skończyć, gdyby Dante nie przyszedł mi z pomocą. Po ucieczce z domu spędziłam na ulicy pół roku. Bez dachu nad głową, pracy, perspektyw, planów na przyszłość. Zaczęłam kraść, ćpać, a on pojawił się niczym rycerz na białym koniu, spojrzał mi w oczy i po prostu zabrał. Wiele razy pytałam go, dlaczego się na to zdecydował i co zobaczył w moim spojrzeniu, skoro zdecydował się na tak poważny krok. Nigdy nie odpowiedział na to pytanie.
- Podwieźć cię, ślicznotko? - podskakuję na dochodzący obok mnie głos i przykładam dłoń do serca. Niech cię szlag, człowieku! - To nie jest odpowiednie miejsce dla takiej kobiety jak ty. Ktoś może cię skrzywdzić.
- Poważnie? Dziękuję, że mnie oświeciłeś. Sama nigdy bym na to nie wpadła - skręcam w prawo, dumnie idę przed siebie, jednak ów mężczyzna nie daje za wygraną - Poradzę sobie, dzięki za chęci.
- W to nie wątpię, nie wyglądasz na zagubioną owieczkę. Wolałbym jednak, żebyś się zgodziła.
- Powiedziałam, że dam radę, tak? - zatrzymuję się, zakładam ręce na piersiach i pierwszy raz spoglądam na mężczyznę siedzącego w samochodzie. Przyglądam mu się i chcąc nie chcąc muszę przyznać, że jest kurewsko przystojny! Wiem, co to znaczy. Niebezpieczeństwo - Będziesz tak stał? Szkoda czasu.
- Och, mam go pod dostatkiem - uśmiecha się, gasi silnik i wysiada. Robię dwa kroki w tył, sięgam za pasek spodni i upewniam się, że spluwa jest na swoim miejscu - Nie obawiaj się, nie mam złych zamiarów.
- Czyżby? - przechylam głowę i mrużę oczy - Więc czego ode mnie chcesz? Nie znamy się, a tatuś ostrzegał mnie, aby nie ufać nieznajomym - ku mojemu zaskoczeniu, chłopak wybucha śmiechem. Gapię się na niego jak na wariata, co za dziwak - Aż tak cię rozbawiłam? - złoszczę się, ale nie podoba mi się ta sytuacja.
- Wybacz, jesteś taka urocza - ociera łezkę z kącika oczu, podchodzi do mnie i wystawia dłoń, na której dostrzegam tatuaże - Jestem Zayn, miło cię poznać - niepewnie ściskam jego dłoń, zachowując bezpieczną odległość - Więc wychodzi na to, że już się znamy, prawda? Teraz mogę cię podrzucić?
- Nie - uśmiecham się sztucznie, zakładam kosmyk włosów za ucho i ponownie robię krok w tył - Jesteś naprawdę bardzo miły, ale jak wspominałam, poradzę sobie. Dobranoc, Zayn - mrugam okiem, odwracam się i odchodzę, nie oglądając się za siebie. Czuję, jak odprowadza mnie spojrzeniem do samego zakrętu.

Do domu docieram pięć minut po północy. Trzaskam drzwiami, a wszystkie głowy odwracają się w moim kierunku. Dante marszczy brwi, a James uśmiecha się pod nosem czym dolewa oliwy do ognia. Buzuje we mnie alkohol, a w pomieszaniu ze złością nigdy nie wychodziło z tego nic dobrego.
- Jeszcze raz zepsujesz mi zabawkę, to cię kurwa zabiję, rozumiesz? - syczę przez zęby, James wybucha śmiechem, jednak reszta patrzy na mnie lekko zdezorientowana. Z ledwością nad sobą panuję, a James jest mistrzem w wyprowadzaniu mnie z pieprzonej równowagi -  Nie masz prawa zabierać mnie z klubu, bo tak ci się kurwa podoba, jasne?! Dotknij mnie jeszcze raz, a moje hamulce puszczą, Devil.
- Już się boję, Vi! Całe metr sześćdziesiąt pięć grozi, że mnie zabije. Co za komiczna sytuacja, skarbie.
- Nie mów do mnie skarbie! - wydzieram się, doskakuję do niego, a moja pięść spotyka się z jego twarzą. Cios jest mocny, aż krzyczę i czuję kurewsko nieprzyjemny ból w nadgarstku. Tego nie przewidziałam.
- Nigdy więcej tego nie rób - syczy przez zęby, podnosi się i chwyta mnie za szyję - Myślisz, że Dante ochroni cię przede mną? Mylisz się! Mogę zrobić z tobą to, co zechcę! Nie należysz do Seven, Vivenne.
Patrzę mu w oczy, a moje serce roztrzaskuje się na kawałki. Walczymy ze sobą od tak dawna, jednak nigdy nie wypowiedział takich słów. Nie wypomniał, że nie należę do grupy, którą stworzył Dante. Może mnie rugać ile chce, ale te słowa zabolały mnie jak nic innego. Tyle akcji, tyle niebezpiecznych sytuacji, zagrożenia, latających przy uchu pocisków, a on mówi, że nie należę do Seven, któremu oddałam serce?
- James, przeginasz! - Dante zrywa się na równe nogi, odsuwa mnie od niego i chwyta za koszulkę - Pamiętaj, kto stworzył Seven, przyjacielu. To ja decyduję kto i kiedy przynależny do grupy, a ty doskonale o tym wiesz. Vi mieszka z nami od sześciu lat, weszła w to ze świadomością iż nie jest to zabawa w piaskownicy i udowodniła swoją siłę, odwagę i lojalność. Naprawdę rozczarowujesz mnie swoim zachowaniem, podejściem do niej i wiecznym fochem. Ona nic ci nie zrobiła, stary. Czas wziąć się w garść.
- Daj spokój - wyrywa się, poprawia koszulkę i patrzy na przyjaciela ze złością - Mówiłem ci, że zabranie jej to fatalny pomysł. Była, i nadal jest jeszcze dzieckiem, Dante. To nie miejsce dla niej, a tyłkiem nie zawsze uda jej się załatwić nasze sprawy - zwijam dłonie w pięści, zaciskam szczękę, a moja samokontrola idzie się pieprzyć. Nienawidzę tego skurwiela! I nim się orientuję, ponownie doskakuję do niego, jednak Dante w ostatniej chwili obejmuje mnie w talii i przytula moje plecy do swojego torsu. Jak zawsze pierdolony bohater! - Uspokój hormony, dziecinko. Nie jesteś dla mnie żadnym zagrożeniem - James mruga okiem, chwyta szklaneczkę z whisky i wystawia ją w moją stronę - Napij się, widocznie w klubie nie dobiłaś do linii - prycham z kpiną, wytrącam szklankę z jego rąk, roztrzaskuje się w drobny mak, a ja wbiegam na górę i rzucam się na łóżko. Jeszcze przyjdzie dzień, w którym przeprosi mnie za to, co odpierdala.

Nazajutrz budzę się o siódmej rano. Jestem zaskoczona, ponieważ przeważnie po wizycie w klubie śpię do południa. Niestety wczorajsze wydarzenia nadal siedzą mi w głowie i wcale nie jestem mniej wściekła. James coraz odważniej przekracza granicę i nie jestem pewna, ile jeszcze będę w stanie znieść. Potrafię pociągnąć za spust, zrobiłam to w swoim życiu sześć razy, jednak nie wiem, czy byłabym w stanie zabić tego gnojka. Jest częścią Seven, najlepszym przyjacielem człowieka, który uratował mi życie. Jak mogłabym pozbawić go życia mimo tego, że jest dla mnie totalnym chamem i równa mnie z ziemią?
Przecieram twarz rękami, odrzucam kołdrę i opuszczam ciepłe łóżko. Związuję włosy, wkładam na tyłek spodnie, krótki top i wchodzę na dół, do naszej siłowni. Włączam muzykę, zakładam rękawiczki i podchodzę do worka zwisającego z sufitu. Wyżywam się na nim, uderzam raz za razem i próbuję wyrzucić z siebie ten cholerny wkurw, przez który nie jestem w stanie normalnie funkcjonować, a nawet spać!

Godzinę później jestem spocona, zmęczona, a moje dłonie obolałe. Opuszczam siłownię, człapię na górę, a w moje oczy rzuca się Josh, który ziewa przeciągle i podstawia kubek pod ekspres. Wygląda niesamowicie z nagą klatą i dresowymi spodenkami, które nisko zawieszone na jego biodrach dodają mu zajebistości.

- Cześć, wróbelku - gwałtownie odwraca się za siebie i wlepia we mnie wzrok - Cóż za widok z rana, huh?
- Mówisz o sobie? - unosi brew, opiera tyłek o blat i zakłada ręce na piersiach - Boksowałaś. Pomogło?
- Nie tak, jakbym chciała - podchodzę do niego, staję na palcach i wbijam się w jego pulchne, kuszące usta, które wiele razy dawały mi niesamowitą przyjemność. I to jest to, czego teraz potrzebuję, jego. Chłopaka, któremu rok temu po raz pierwszy oddałam swoje ciało, który obchodził się z nim jak z czymś wątkowym, delikatnym, doprowadzając mnie na skraj. Dokładnie pamiętam ten dzień i to, jak bardzo Dante był na mnie wkurzony. Przeżywał mój pierwszy raz zdecydowanie bardziej niż ja sama i burczał, że nie powinnam robić tego z chłopakiem, z którym mieszkam. Kogo to obchodziło? Josh był w siódmym niebie i od tamtej pory sypiałam wyłącznie z nim - Potrzebuję cię - i te słowa wystarczają. Josh podsuwa dłonie pod moje pośladki, unosi mnie i wchodzi po schodach, nawet na chwilę nie rozłączając naszych ust.

Biorę prysznic, odprężam się i uśmiecham. Ćwiczenia plus seks to zdecydowanie idealne połączenie, które całkowicie pozwala mi się zrelaksować. Postanawiam sobie, że więcej nie dam się wyprowadzić z równowagi Jamesowi. Niech gada co chce, zleję to i będę twarda. Ba! Jestem twarda, nie potrzebuję jego pieprzonej aprobaty, aby czuć się członkiem Seven oraz kimś, kto się tutaj liczy. To Dante jest moim mentorem, moim ojcem, moim przyjacielem. A skoro on wciąż powtarza, że kocha mnie i to jest mój dom, właśnie na tym się skupię. Chrzanić Jamesa! Od dzisiaj jego słowa są dla mnie jak powietrze.

Popołudniu ponownie wybieramy się do magazynu. Jedzie z nami kilka innych chłopców, potrzeba sporo rąk do pracy, aby przenieść towar do nas. Odrobina adrenaliny na pewno mi się przyda, uwielbiam to uczucie niepewności, niewiadomej, bo nigdy nie możemy być pewni tego, iż wszystko pójdzie zgodnie z naszym planem. Wiele razy przekonaliśmy się, kiedy do akcji wkraczała inna grupa chcąca trochę namieszać.
- Vi, stań na czatach - prawie wybucham śmiechem na rozkazujący głos Jamesa - Coś nie tak?
- Owszem, ty - mrugam okiem, wchodzę do magazynu i biorę kilka paczuszek z białym proszkiem. Och, ależ chętnie bym się nim poczęstowała, aby odlecieć chociaż na chwilę i mieć wszystko w dupie! Jaka szkoda, że złożyłam tę cholerną obietnicę Dantemu! Co jak co, ale obietnic to ja zawsze dotrzymuję.
- Pośpieszcie się! - Dante wchodzi do magazynu i zabiera się za przenoszenie towaru - Ta dzielnica należy do ćpunów, gdyby tylko wiedzieli co mają pod ręką, rozpętałoby się nieźle piekiełko. Sprężać dupcie.
- Jestem pewna, że to skutecznie by ich powstrzymało - sięgam za pasek spodni i pokazuję mu moją robioną na zamówienie, czerwoną spluwę - Jeśli ktoś podejdzie zbyt blisko, przywita się z moją panienką.
- Tylko bez numerów, Vi. Nie potrzebujemy zamieszania i paplających na prawo i lewo kapusiów.
- Wyjmij kij z tyłka, Dante. Robisz się tak samo marudny jak James - przewracam oczami, opuszczam magazyn i wkładam do furgonetki kilka paczuszek z białym proszkiem. Kiedy odwracam się z zamiarem wejścia z powrotem, widzę nadjeżdżający samochód. Sięgam do tyłu, chwytam broń i palcem odbezpieczam. Jakież jest moje zaskoczenie, kiedy z wypasionego, sportowego auta wychodzi chłopak, którego miałam okazję wczoraj poznać. Uśmiecha się na mój widok, trzaska drzwiami i podchodzi pewnym krokiem. Bez wahania wystawiam broń przed siebie - Ani kroku dalej, cukiereczku - mrużę oczy, zatrzymuje się i w geście obronnym wystawia ręce przed siebie - Co tutaj robisz? Zgubiłeś się?
- Właściwie nie, złociutka - puszcza mi oczko, opiera się o maskę i zakłada ręce na piersiach - Ptaszek wyszeptał mi, że dzieją się tutaj bardzo ciekawe rzeczy. Chyba miał rację, prawda? Dobry ptaszek.
- To ciebie nie dotyczy, nie powinno cię tutaj być. Grzecznie radzę ci zabierać tyłek z powrotem.
- Auć, jesteś bardzo niemiła - cmoka z niezadowoleniem, wyjmuje z kieszeni paczkę papierosów i odpala jednego. Zaciąga się mocno, wypuszcza dym i robi małe kółeczka. Co za komiczna sytuacja. Koleś ma w dupie to, że celuję do niego z broni - Odłóż to, kochanie. Nie przyjechałem tutaj, aby walczyć.
- Więc po co, Zayn? - przekręcam głowę i wlepiam wzrok w Dantego, który do nas podchodzi i kiwa palcem, abym opuściła broń. Robię to bardzo niechętnie - Dawno się nie widzieliśmy, co cię do mnie sprowadza?
- Wiesz, co. Plotki szybko się rozchodzą. Słyszałem, że masz coś bardzo cennego, może się podzielisz?
- Nie dzielę się, doskonale o tym wiesz. To, co zdobywam sam jest moje i Seven. Robisz tak samo.
- Wiem, ale ten jeden raz możemy chyba ugiąć reguły, prawda? To koka z Japonii, Dante! Nie bądź chytry.
- Och, pierdol się, Zayn - Dante prycha rozbawiony, a z magazynu wychodzi reszta chłopców. Nie wydają się być zaskoczeni widokiem chłopaka z wypasionego samochodu i zaczynam zastanawiać się, dlaczego ja go nie znam, w porównaniu z moimi kumplami. Czy to nie dziwne? - Nie wchodź mi w drogę, tak, jak ja nie wchodzę tobie. Dawno temu właśnie to sobie obiecaliśmy, rozeszliśmy się w zgodzie. Niech tak pozostanie.
- Jak już wspomniałem temu uroczemu cukiereczkowi - patrzy na mnie, uśmiech się chytrze i mruga okiem. Och, trzymajcie mnie! - Nie przyjechałem z tobą walczyć, a dogadać się. Pomyśl nad tym, przyjacielu.
- Nie jesteśmy przyjaciółmi od czterech lat, umknęło ci to? Nie będę robił z tobą interesów, Zayn.
- Żałuję, Dante. Dawniej byleś bardziej otwarty na współpracę, teraz chcesz mieć wszystko dla siebie.
- Wiesz, co to się ciężka praca, cwaniaczku? - pewnym krokiem podchodzę do niego, zatrzymuję się ledwie krok przed nim i unoszę brodę - Spóźniłeś się, twój pech. Napracowałam się, aby zgarnąć klucz od Ramosa, więc z łaski swojej nie wpierdalaj się w nasz biznes. Zapewniam, może zrobić się bardzo nieprzyjemnie.
- Och, a więc to ty wysłałaś go w zaświaty? - wypuszcza dym, przechyla głowę i uważnie skanuje mnie z góry na dół - Nie spodziewałem się tego po tak drobnej, uroczej kobiecie. Zaimponowałaś mi, cukiereczku.
- Mogę zaimponować ci zdecydowanie bardziej, kiedy moja spluwa spotka się z twoim mózgiem. Zaboli.
- Nie wątpię - rzuca papierosa, gasi go butem i odrywa tyłek od maski samochodu. To oczywiste, że przewyższa mnie wzrostem mimo moich dziesięciocentymetrowych obcasów. Od zawsze wkurzał mnie mój niski wzrost, przewaga facetów nad moją osobą, ale nigdy nie dałam tego po sobie poznać. Tym razem też mam taki zamiar - Do zobaczenia, ślicznotko - oblizuje usta, kręci głową i szokuje mnie, kiedy przesuwa opuszką palca po moim policzku. Odskakuję jak poparzona - Na razie, Dante. Przemyśl naszą współpracę, może ci się to opłacić - salutuje, wsiada do swojego samochodu i odjeżdża z piskiem opon.
- Będą kłopoty - Dante wzdycha ciężko, bez słowa wchodzi do magazynu, a ja zostaję zdezorientowana.

Towar zostaje dobrze ukryty, zabezpieczony i pod naszym czujnym okiem. Nie podoba mi się to, co powiedział Dante i rozmyślałam nad tym przez całą drogę do domu. Co znaczy, że będą kłopoty? Czy ten cały Zayn planuje coś, aby odzyskać nasz towar? Coś, za co ryzykowałam wiele, aby to zdobyć? W życiu! Na pewno nie oddam mu tego, a tym bardziej nie pozwolę, aby Dante wszedł z nim w jakieś dziwne układy. Nie mam pojęcia, kto to jest i ciekawi mnie skąd zna mojego przyjaciela. Czy to nie dziwne, że nigdy wcześniej nie widziałam go na oczy? Skoro się znają, tak czy siak powinien był gdzieś się przewinąć.
- Znacie tego chłopaka? - pytam wreszcie, kiedy tylko rozsiadamy się na kanapach w domu - Skąd?
- To nie jest twój interes, Vi - James burczy pod nosem i patrzy na mnie z tą swoją pewnością siebie.
- Uspokój się - Dante karci go i posyła mordercze spojrzenie - Dawno temu robiliśmy z nim interesy, ale sprawy się spierdoliły i każdy z nas poszedł w swoją stronę. Nie widziałem go od roku, aż do dzisiaj.
- Mam nadzieję, że nie bierzesz pod uwagę dzielenia się tym, co zdobyłam ze sporym ryzykiem?
- Oczywiście, że nie! Towar jest nasz i Zayn o tym wie, dlatego szlag to trafia, bo się spóźnił. Niestety plotki szybko się rozchodzą, już wszyscy wiedzą, że Ramos nie żyje, a towar zmienił właściciela. Będzie ich więcej, Vi. To sępy. Każdy z nich chce się obłowić, a koka z Japonii to nie byle co. Sama to wiesz.
- Wiem, bo do tej pory nie udało nam się załatwić transportu. Dziwię się, że udało się to akurat Ramosowi, przecież to idiota! Nie nadaje się do interesów, ale chrzanić go. Trzeba szybko rozprowadzić towar, Dante.
- Potrzeba na to trochę czasu, to nie jest błahostka. Trzeba go podzielić, zapakować, sprzedać. Nie możemy rzucać się w oczy, a komisarz z pewnością nas odwiedzi. Ciekawe, ile zażyczy sobie tym razem.
- Milczenie kosztuje - mrugam okiem, a Dante prycha pod nosem - I tak mamy większe zmartwienie. Przecież za miesiąc ma przypłynąć kolejna dostawa, a tego chyba nie wie nikt, skoro my dowiedzieliśmy się tego zaledwie wczoraj i to przypadkiem, z notesu Ramosa. No chyba, że to olejemy i zapomnimy?
- Poważnie, Vi? Olać tyle towaru? - Caspar szturcha mnie ramieniem, by objąć mnie i przycisnąć do swojego boku - Damy sobie z tym radę, tylko trzeba to rozegrać po cichu. Im mniej ludzi wie, tym lepiej.
- Jestem pewny, że Zayn jakiś cudem i tak się tego dowie. Ma na mieście świetnych informatorów.
- Oby tylko on, Shot. Wiesz, ilu chętnych wręcz czai się za rogiem. Takie dostawy nie zdarzają się często, mamy szczęście, że Dave sprzedał Ramosa. Dlatego musimy wykorzystać szansę i być ostrożni.
- Ja tam się nie boję, jak trzeba powystrzelam wszystkich jednym magazynkiem. Wielkie mi halo.
- Za to cię uwielbiam wróbelku - Josh posyła mi to spojrzenie, które tak bardzo lubię i puszcza buziaka.
- Właśnie dlatego uważam, że nie nadajesz się do tej roboty. Działasz zbyt roztropnie, bez pomysłu.
- Wiesz co, James? A ja mam teorię, że boli cię dupa z zazdrości, bo nie raz udało mi się załatwić to, czego nie udało się tobie. Pierdolisz bez sensu żeby mi dogryźć, a na mnie twoje słowa nie robią już wrażenia. Jestem na to uodporniona więc daruj sobie. Powtarzasz się, a to już zrobiło się kurewsko nudne.
- Nawet nie zaczynajcie - Dante wkracza do akcji i spogląda raz na mnie, raz na Jamesa - Czas dorosnąć, stary. Nie chcę w naszym zespole spięć. Vi należy do Seven od samego początku, pogódź się z tym.
- Masz rację, niech ci będzie. Szkoda na nią moich nerwów. Przez jej dziecinne zachowanie prędzej czy później i tak ktoś ją zabije. Wreszcie będzie spokój - wzrusza ramionami, podnosi się i wychodzi. W moim ciele wybucha tornado złości, zrywam się na równe nogi, biegnę na górę i biorę kluczyki od samochodu.
- Vivienne! - Dante zagradza mi drogę, kiedy tylko próbuję wyjść. Nie patrzę mu w oczy, skupiam uwagę na logo jego koszulki, ale w tym momencie niczym nie przekona mnie do pozostania w tym domu - Proszę, nie bierz jego słów do siebie. Naprawdę przechodzi jakieś dziwny okres, nie poznaję go. Zostań z nami.
- Widzisz to? - odsuwam kawałek bluzki, wskazuję na przedramię i widniejący tam tatuaż z siódemką - Jestem z wami, a ten idiota wciąż urządza mi piekło. Pierdolę to, Dante! Mam go kurwa dość - prycham z kpiną, mijam go i opuszczam magazyn. Wsiadam do mojego czerwonego Camaro i ruszam z piskiem opon. 






*******************************************************
Dzień dobry! A raczej dobry wieczór ;)
Nie wiem od czego zacząć. Tak naprawdę myślałam, że po Different Story już nic nie napiszę, a jednak coś udało mi się jeszcze skrobnąć. Jadę już na oparach, więc być może będzie to moje ostatnie opowiadanie.

Co mogę napisać o tym opowiadaniu?
Jak widzicie jest zupełnie inne od moich pozostałych. W oczy rzuca się charakter głównej bohaterki i jej cięty język. Mam nadzieję, że udało mi się pokazać jej pewność siebie, odwagę, siłę. Moje bohaterki nigdy takie nie były, więc obym poradziła sobie z  Vivenne ;)

Fabula może i jest dość popularna, ale i tak nie skupiłam się na niej, a na dwójce osób i ich relacji.
Będzie dobrze, będzie źle, a może nawet Vi będzie was odrobinę wkurzać. Tak ma być. Obym dobrze przekazała wam to, co miałam na myśli robiąc z Vi ostrą sztukę. To nie jest "słodka dziewczynka" która da sobie w kaszę dmuchać, o nie. Pokaże pazurki :D

Kiedy chcecie next'a? :)
Ps. Jeśli macie jakieś pytania, pamiętajcie o Asku :)

To chyba tyle :)
Liczę na wasze szczere opinie, bo mam stresik haha :D
Całuję!
Kasia




środa, 17 stycznia 2018

Rozdział pierwszy

Wpatruję się w metalowe drzwi windy, która wiezie mnie na dwudzieste drugie piętro. Wygładzam materiał dopasowanej, niemiłosiernie ściskającej tyłek oraz cycki bordowej sukienki. Czuję w brzuchu te przyjemne motylki, które zawsze towarzyszą mi przed wejściem w moje drugie "ja". Nic nie podnieca mnie tak, jak dobry seks, fajny facet i misja do wykonania. Sergio Ramos jeszcze nie wie, że nadchodzę.
Drzwi rozsuwają się, wychodzę pewna siebie, a moje wysokie, czarne szpilki robią jedyny hałas przecinając idealną ciszę. Maszeruję przez długi, jasny korytarz, kręcę biodrami i docieram do celu. Młoda blondynka zrywa się niczym poparzona, omija biurko i na krótkich nogach odzianych w białe baleriny zagradza mi drogę i unosi na mnie wzrok. Przysięgam, mam ochotę wybuchnąć niepohamowanym śmiechem. Czy to ja jestem taka wysoka, czy to dziewczę jest takie malutkie? Dosłownie mogłabym ją schować pod pachą!
- Dzień dobry - wita się, a kątem oka zerka na moje cycki - Była Pani umówiona? Jakie nazwisko?
- Jeśli ci je zdradzę, będę musiała cię zabić - puszczam jej oczko, uchyla usta jakby chciała coś powiedzieć, jednak nic nie przechodzi jej przez gardło - Zrób nam dwie kawy, złoto. Pośpiesz się - mijam ją, otwieram drzwi i zatrzaskuję je z hukiem. Mężczyzna unosi głowę, posyła mi zdezorientowane spojrzenie, ale kiedy tylko skanuje mój strój, uśmiecha się chytrze i oblizuje usta. Już go mam, a miałam odrobinę nadziei, że tym razem będzie ciut trudniej - Witam, Panie Ramos - staję przed jego biurkiem, wystawiam dłoń i nieco pochylam się, aby mógł napatrzeć się na mój dekolt, który robi niemałe wrażenie.
- Witaj - podnosi się, całuje wierzch mojej dłoni, a jego oczy lądują tam, gdzie powinny - Nie ukrywam, takiego wejście się nie spodziewałem. Mam wrażenie, że chyba nie byliśmy umówieni, prawda?
- Owszem, nie byliśmy - uśmiecham się słodko, siadam na fotelu przed biurkiem i zakładam nogę na nogę - Mam nadzieję, że nie gniewa się Pan, iż tak niespodziewanie przerwałam Panu pracę? - sunę dłońmi po udach, Ramos przełyka ślinę i wsuwa palec między szyję, a kołnierzyk białej koszuli. Faceci są tacy naiwni.
- Pani zachowanie było bardzo niegrzeczne - podpiera łokcie na blacie biurka, układa brodę na dłoniach i patrzy mi w oczy. Dostrzegam w nich nutkę rozbawienia i czegoś jeszcze - Ale nie gniewam się, lubię pewne siebie kobiety. Są intrygujące i bardzo pocią... - nie kończy, rozlega się pukanie, a do środka wchodzi malutka blondyneczka z tacą - Kawa? - Romos unosi brew i spogląda na mnie. Niewinnie wzruszam ramionami, kręci głową i uśmiecha się rozbrajająco. Nie ukrywam, mimo swoich czterdziestu pięciu lat wygląda atrakcyjnie. Czarne włosy są idealnie ułożone, dopasowany garnitur przylega do jego szczupłego ciała, a zielone oczy dodają mu uroku jak i seksapilu. Cholera, Ramos to ciacho! Mogłabym go nawet bzyknąć - Dziękuję, Veronico. Możesz odejść - blondynka posyła mi surowe spojrzenie, od którego oczywiście cała drżę i wychodzi - Mam dziwne wrażenie, że raczej się nie polubiłyście. Mam rację?
- Och, nie znam Pańskiej sekretarki. To ona jest negatywnie na mnie nastawiona - podnoszę się, podchodzę do biurka i dolewam odrobinę mleczka do kawy. Ramos nie spuszcza ze mnie wzroku, oblizuję usta, odkładam filiżankę i postanawiam działać. Wystarczy tej szopki - Więc! Przyszłam po coś, co bardzo mnie interesuje - sunę palcem po blacie biurka, podchodzę do niego i odsuwam fotel, aby wcisnąć się między jego nogi. Natychmiast układa dłonie na moich biodrach, a podniecenie prawie rozrywa mu spodnie. Uśmiecham się, przygryzam wargę i przelotnie dotykam policzka pokrytego lekkim zarostem. Seksowny - Mam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia i oboje będziemy zadowoleni. Więc jak, dogadamy się?
- To zależy, czego Pani oczekuje. Weszła Pani tutaj nie umówiona i nie poznałem Pani nazwiska.
- Rosalie Hale. Miło mi - zalotnie przeczesuję długie, blond włosy, a Ramos zaciska szczękę.
- Mnie również, ślicznotko. A teraz powiedz, czego ode mnie oczekujesz, jestem tego bardzo ciekawy.
- Cóż, posiadasz coś, czego potrzebuję, Panie Ramos - marszczy brwi i naprawdę wygląda na zaciekawionego. Głupia nie jestem, wiem, że za nic w świecie nie odda mi tego po dobroci - Posiadasz pewien magazyn, w którym jest coś, czego chcę - prycha pod nosem, wbija palce w moje biodra, aż podskakuję. Dupek! - Mój przyjaciel Josh był u Pana wczoraj, niestety nie doszliście do porozumienia.
- Josh Hutcherson? Naprawdę myślał, że oddam mu magazyn w którym mam najlepszy towar w Chicago?
- Nie potrzebujesz tego towaru, Sergio - przysuwa się, patrzy na mnie z dołu, a w jego oczach tańczą jakieś dziwne kurwiki, co doprowadza mnie do szału. Jego pewność siebie zaraz kopnie go w dupę - Ja zrobię z niego świetny użytek, podzielę się z tobą zyskami. Nie pożałujesz. Przemyśl to dobrze.
- Tak po prostu mam oddać ci towar warty miliony? To tak nie działa, słodziutka. Musisz zaoferować mi coś więcej, może siebie? - unosi brew, chwyta za skraj mojej sukienki i zaczyna mozolnie podsuwać ją w górę. Wsuwam palce w jego włosy, gwałtownie odchyla głowę w tył, a ja wpijam się w jego usta. Bez ceregieli wpycha język w moje gardło, zaciska palce na moich pośladkach i przysuwa do siebie - Jesteś kurewsko seksowna - dyszy ciężko, moja sukienka wędruje w górę, a jego palce suną po wnętrzu mojego uda. Gryzę go w wargę, odwracam się i opieram dłonie na biurku. Słyszę, jak gwałtownie wciąga powietrze, a ja nie tracę czasu. Z dekoltu wyjmuję maleńką fiolkę, odrywam zębami korek i wlewam fioletowy płyn do jego filiżanki. Niestety jego palce penetrują mój wrażliwy guziczek, jęczę przeciągle i bardziej wypinam pupę w jego stronę - Podobasz mi się Rosalie. Chcę cię pieprzyć, a potem porozmawiać o interesach.
- Kolejność będzie odwrotna, Panie Ramos - biorę filiżankę, wręczam mu ją i nakazuję wypić całość - Najpierw pozmawiamy o interesach, a później będziemy się pieprzyć - zaciska szczękę, patrzy na mnie z pożądaniem i ku mojej uciesze, wypija duszkiem czarny płyn. Uśmiecham się, przykładam dłoń do jego kutasa i pieszczę przez spodnie. Dyszy ciężko, wlepia we mnie te zielone ślepia i zaciska palce na moim udzie - Cały magazyn dla mnie, na piśmie. A potem możesz wejść w moją ciasną, mokrą cipkę.
- Naprawdę uważasz, że wytrzymam tak długo? - warczy seksownie, zrywa się na równe nogi i sadza mnie na biurku - Podnieciłaś mnie, nie powinnaś była tego robić. Wiesz, z kim masz do czynienia? - chwyta moją szczękę, ściska ją i mruży oczy. Nigdy nie przyszłabym do niego, gdybym nie wiedziała, kim kurwa jest! Nikim ważnym, po prostu zwykłym pieprzonym dilerem, który sprowadził świetny towar z Japonii. Dzielnica już o tym wie, jeśli nie ja, zaraz będzie tutaj ktoś inny. Ramos nie nadaje się do interesów, towar szybko się przy nim zmarnuje - Jesteś bardzo odważna, kwiatuszku, a jestem niebezpiecznym człowiekiem.
- Lubię niebezpieczeństwo - sunę dłonią po jego torsie i niechcący zahaczam o sutek - I co teraz, hmm?
- Kurwa - gwałtownie zsuwa ramiączka mojej sukienki, a cycki wyskakują jakby żyły swoim życiem. Ten widok spycha go na skraj - Masz przebite sutki? - pyta z niedowierzaniem, żyła na jego szyi pulsuje niebezpiecznie, a ja napawam się tym widokiem - Nie wiem, kim do cholery jesteś, ale podobasz mi się jak diabli, Rosalie. Chcę cię. Tutaj, teraz, na tym biurku - rozpina pasek, patrzy mi w oczy i uśmiecha się przebiegle. Czekam na to, aż wreszcie wyciągnie kutasa, jednak nie jest mi dane doczekać tej chwili. Robi się blady jak ściana, podbiera dłoń na biurku i prawie na mnie upada - Co się ze mną dzieje? Słabo mi.
- Ciii - przytulam go, głaszczę po plecach, a jego oddech przyśpiesza. Chwyta powietrze, drży, poluźnia krawat, ale to nic nie da. Trucizna w jego żyłach właśnie rozpoczyna wykańczającą wędrówkę, z której Ramos żywy nie wyjdzie - Przykro mi, kochanie. Wiesz, że dzielnica rządzi się swoimi prawami.
- Ty suko - rzęzi ledwo zrozumiale, opada na fotel i przykłada dłoń do serca - C-co mi zrobiłaś?
- Otrułam cię - wzruszam ramionami, w jego oczach pojawia się chęć mordu niestety jest zbyt słaby, aby ruszyć chociaż palcem - Jeszcze chwila, a będzie po wszystkim. Przykro mi - podnoszę tyłek z biurka, pochylam się i całuję go w usta. Zamyka oczy, jego oddech zwalania, a po chwili zapada idealna cisza. Odwracam fotel w stronę ściany, otwieram szuflady biurka i szukam tego, po co tutaj przyszłam. Uśmiecham się, kiedy znajduję złoty, mosiężny klucz - Bingo - wsuwam go w dekolt, poprawiam sukienkę, włosy i opuszczam jego biuro. Blondynka łypie na mnie wkurzona, jakbym zabiła jej rodzinę i tuzin kotów. Taka mała, a taka zadziorna - Pan Ramos powiedział, że jest zmęczony i prosił, abyś dała mu chwilkę na oddech - oblizuję usta, uśmiecham się pewna siebie i podążam do windy. Szybko poszło!

Czterdzieści minut później przekraczam próg naszego magazynu. Dawno temu Dante wygrał go w nielegalnym wyścigu, postanowił odremontować, odpicować i zrobić z niego zajebisty dom. To tutaj znajdowało się moje "miejsce", które uwielbiałam. To właśnie Dante po ucieczce z domu zgarnął mnie z ulicy, wziął do siebie i dał dach nad głową. Od czternastego roku ten facet to mój przyjaciel, ojciec, pocieszyciel w jednym. Mimo tego, czym się zajmował był wspaniałym człowiekiem.
- Vi! - pierwszy dostrzega mnie Josh, zrywa się z kanapy i patrzy na mnie wyczekująco - I jak poszło?
- Jak z płatka, gamoniu - wyjmuję klucz z cycków i dumnie mu go wręczam - Wystarczyło pokazać to i tamto, a facet jadł mi z jęki - uśmiecham się zadziornie, odpinam niewygodne szpilki i zsuwam z twarzy maskę. Fachowa robota, kupa kasy, a dzięki niej byłam kimś zupełnie innym. Kimś, kto nie istniał, kogo nie wyśledzi policja. Nawet, jeśli ta głupiutka blondynka idealnie wyśpiewa im mój wygląd, gówno im to da.
- Jesteś kurwa niesamowita! Produkowałem się i nic, a tobie uległ od razu. Twoje cycki są żyłą złota!
- Nie traktuj mnie przedmiotowo, Josh - wystawiam palec na znak groźby, a reszta wybucha śmiechem - Dałeś dupy i tyle. Powinieneś był załatwić sprawę bez problemu, ale jak zwykle nie możesz sobie beze mnie poradzić, co? - przewracam oczami, układam dłoń na jego karku i wpijam się w jego słodkie usta.
- Kurwa, Vi! Mieszasz temu biednemu chłopcu w głowie - Dante wzdycha ciężko, odbiera od niego klucz, a ja niechętnie odrywam się od ust przyjaciela - Dobra robota, maleńka - przytula mnie do siebie i całuje w czubek głowy - Jeszcze dzisiaj jedziemy na miejsce, musimy zabezpieczyć towar. Bądźcie gotowi.
- Zawsze, tatuśku - puszczam mu oczko, karci mnie spojrzeniem, ale nic sobie z tego nie robię. Człapię do swojego pokoju na piętrze, przebieram się w coś wygodniejszego i wiążę włosy w koka. Kiedy ponownie schodzę na dół zastaję Jamesa, który do nas dołączył. Opadam na kanapę obok Josha i układam nogi na jego - Siemka, James - mrugam okiem, chłopak wypuszcza powietrze i spogląda na Dante.
- Vi - burczy pod nosem, a ja prycham. To niesamowite, że po sześciu latach ten człowiek nadal mnie nie zaakceptował. Był z Dante od samego początku, są wręcz jak bracia i wciąż truje mu, że niańczy mnie i zachowuje się jak ojciec. Nie raz dochodziło między nami do sprzeczek, a prawie i rękoczynów, oczywiście z mojej strony. Dante nigdy nie pozwoliłby, aby James podniósł na mnie rękę. Dlatego tak bardzo się wkurwiał - Słyszałem, że załatwiłaś Ramosa. Brawo, twoje cycki się do czegoś przydają. Jestem dumny.
- Pierdol się, Devil - syczę przez zęby, a mój dobry humor idzie w cholerę. Josh głaszcze moją łydkę, jednak w tej chwili nie mam ochoty na czułości. Podnoszę się, podchodzę do tego idioty i mrużę oczy - Nie mów do mnie jak do dziwki, które posuwasz w Sezz. Jesteś wściekły, bo sprawę załatwiłam ja, a nie chłopcy. Ogarnij się, jesteś kurwa dorosły. Od samego początku traktujesz mnie jak gówno. Mam dość!
- Dziwisz się? Nie jesteśmy kurwa przedszkolem, a mój przyjaciel miłosiernie zbiera cię z ulicy po spierdoleniu z domu! Jestem pewny, że byś się zaćpała, gdyby Dante cię nie zabrał.
- I właśnie dlatego jestem mu wdzięczna! Ale co ty możesz o tym wiedzieć, huh? Przecież ty kurwa nawet nie masz serca - spluwam z kpiną, opuszczam magazyn i trzaskam drzwiami. Co za pierdolony dupek!


Opieram łokcie o barierkę, wpatruję się w rzekę oraz miasto po jej drugiej stronie, próbując się uspokoić. Trzeci papieros nie pomaga, najchętniej schlałabym ryj, żeby chociaż na chwilę wyrzucić z głowy Jamesa. Za cholerę nie rozumiem tego człowieka, który przy każdej okazji równa mnie z ziemią. Ma ogromny żal do Dante, wypomina mu to, że mi pomógł i ocalił. Musiałam uciec, nie mogłam zostać w domu przepełnionym nienawiścią ojca. Miałam dość jego wybuchów, wiecznych pretensji, wyżywania się na nas i picia. Boże, ileż on pił! Miałam wrażenie, że nigdy nie trzeźwiał, zawsze był na haju, a my nie miałyśmy spokoju. Mama, ja i siostra. Zdane tylko na siebie. Tyle razy błagałam matkę, żebyśmy się wyniosły i wreszcie zakończyły ten cyrk. Niestety mama za nic w świecie nie zostawiłaby ojca, więc postanowiłam odejść. Powiedziałam jej o tym, ale nawet mnie nie zatrzymywała. Zabolało. Wybrała jego, toksyczne małżeństwo zamiast ratować dwójkę swoich dzieci, które nie miały normalnego dzieciństwa. Nie tak powinna postąpić matka, jednak teraz już nic nie zmienię, a nawet gdybym mała szansę, nie zrobi zrobiłabym tego. Dzięki Dantemu mam wspaniałe życie, spokojne, stabilne. Mam wspaniałych przyjaciół, nie licząc Jamesa, którzy stoją za mną murem. Jaka szkoda, że jeden idiota potrafi mnie złamać, ale nie pokażę mu swojej słabości. Jestem na to za twarda, ja nie płaczę, ja nie pokazuję swojej miękkiej strony. Unoszę brodę wysoko, patrzę wrogowi w oczy i jeśli trzeba, pociągam za spust. Pieprzyć wyrzuty sumienia, co to kurwa w ogóle jest? Życie jest za krótkie, aby cackać się z nim i biadolić na swój los. Zamiast tego trzeba działać.
- Vi - moje rozmyślenia przerywa Dante, który przytula się do mnie od tyłu i podpiera brodę na mojej głowie. Skurczybyk! Zawsze wykorzystuje swój wzrok, aby mnie zdominować - Nie słuchaj Jamesa, okej? Pierdoli bez sensu, czym doprowadza mnie do kurwicy. Wiesz, że cię kocham i niczego nie żałuję, prawda? - przytakuję, układam na jego, które owija wokół mojego brzucha, jednak wiem, że mówi szczerze. Nigdy nie wypomniał mi tego, że mnie uratował - Tutaj jest twój dom i to się nigdy nie zmieni, chyba, że sama zdecydujesz inaczej. James przesadza, już dostał ochrzan. Czasami nie wie, kiedy przestać.
- Daj spokój, oboje go znamy. Truje ci dupę od sześciu lat, to się nie zmieni, Dante. On mnie nienawidzi.
- Nie mów tak - gwałtownie odwraca mnie w swoją stronę, aż włosy uderzają mnie w twarz - To mocne słowo, Vi. Jestem pewny, że James nie żywi do ciebie nienawiści, po prostu twierdzi, że jesteś za młoda, aby tu być i zajmować się tym, czym się zajmujemy. Popieram go, jednak sama w to weszłaś, ja wyłożyłem karty na stół. Jesteś dorosła, sama podejmujesz za siebie decyzje. Olej go, dobrze? Niech sobie gada.
- Mam to w dupie, Dante. Jedynie mnie wkurwia i podnosi mi ciśnienie. Jest strasznie irytujący.
- Pogadam z nim i wbiję mu do łba, że ma się od ciebie odpieprzyć. Inaczej skopię mu ten chudy tyłek.
- Chętnie się do ciebie przyłączę - uśmiecham się, obejmuję go w pasie, a głowę układam na jego torsie - Dzięki, Dante. Jesteś moim najlepszym przyjacielem, naprawdę spadłeś mi z nieba. Mój aniele.
- Raczej wylazłem z piekła, Vi - prycha rozbawiony, unosi mnie do góry i okręca dookoła.


O dwudziestej jesteśmy gotowi. Czeka nas wizyta w magazynie, w którym, mam nadzieję, zastaniemy mnóstwo dobrego towaru. Oby Ramos czegoś nie wymyślił, nie przechytrzył nas, jednak myślę, że był na to po prostu za głupi. To jeden z tych ludzi, którzy myślą fiutem, nie mózgiem.
- Kurwa, kotku! Gdzie się tak odstrzeliłaś, huh? - Caspar puszcza mi oczko i uważnie ogląda mój strój.
- Po akcji mam zamiar odwiedzić Tabu. Jestem wkurwiona, chcę się schlać i wyrwać seksowną dupcię.
- Auć! Ranisz uczucia Josha, Vi! - do środka wchodzi Stanley i wita się z towarzystwem - Chłopak szaleje na twoim punkcie, a ty przychodzisz do niego tylko wtedy, kiedy chce ci się pieprzyć. Nie ładnie, kochanie.
- Stanley, czy możesz przymknąć twarz? Ja tutaj jestem, tak? Przestań pieprzyć głupoty, stary!
- A co? Może tak nie jest? Wszyscy wiemy, że uwielbiasz Vi inaczej niż my. Nie rób z tego tajemnicy.
- To, że Josh był moim pierwszym nie oznacza, że może liczyć na coś więcej, słodziutki - mrugam okiem do Stanleya i podchodzę do Josha - Ja się nie zakochuję, a mój wróbelek ma tego świadomość, prawda? - układam dłoń na jego karku i przyciągam do swoich ust. Zna mnie, wie, co lubię i bez ogródek wpycha język w moje usta. Mruczę pod nosem, uśmiecham się i gryzę go w wargę - Widzisz? Świetnie się dogadujemy, nie ma potrzeby angażować w to serca, Stan - cmokam w powietrzu, poprawiam obcisłe, skórzane spodnie i bluzkę z dekoltem na pół pleców - Idziemy? Nie mam na to całej nocy, panowie.


Z wahaniem rozglądam się po okolicy. Magazyn Ramosa znajduje się w popieprzonej części Chicago i jeśli ktoś ma odpowiednią ilość oleju w głowie, nie zapuszcza się tutaj choćby się waliło i paliło. Nie jestem strachliwą osobą, potrafię się obronić, a spluwa wsunięta za pasek spodni mnie uspokaja. Nie zmienia to faktu, że towar trzeba będzie przenieść i to w trybie natychmiastowym. To kwestia czasu, a przybędą tutaj inni dilerzy, którzy chętnie położą palce na dragach z Japonii. Czysta kokaina najlepszej jakości to kąsek dla każdego. Jaki pech, że ubiegłam wszystkich i zdobyłam klucz do nieba. Ma się ten spryt.
- Rockstar, Banger, Shot, zostajecie na czatach. Reszta za mną - przewracam oczami, James oraz Josh przepuszczają mnie zaraz za Dante, który otwiera kluczem potężną kłódkę i otwiera drzwi. Jak na zawołanie w ogromnym magazynie robi się jaśniej, przekręcam głowę raz w prawo, raz w ledwo i bezwiednie uchylam usta. Towaru jest w cholerę! - Ja pierdolę, to niesamowite. Widzicie?

- Przecież tego będzie z dwieście kilogramów! - James okręca się i chwyta za głowę - Ramos to idiota.
- Chociaż raz się z tobą zgodzę - cmokam z uznaniem, ale facet naprawdę się postarał - Musimy to przenieść, nie mamy za dużo czasu. Jeśli rozejdzie się wejść, kto posiada ten towar, będziemy mieć towarzystwo - podchodzę do jednej z palet, kucam i wciskam paznokieć rozcinając folię. Kiedy nabieram na opuszek odrobinę białego proszku i wcieram w zęby, uśmiech rozświetla moją twarz - Pierwsza klasa, panowie. Nie obrazicie się, jak zaopiekuję się jednym woreczkiem, prawda? To tylko pół kilograma.
- Zapomnij, Vi. Nigdy nie dam ci takiej ilości dragów, ochujałaś? - Dante podchodzi do mnie, obiera woreczek i odkłada go na miejsce - Obiecałaś mi, że nie będziesz więcej brać, pamiętasz?
- Tak! Przecież nie biorę! Ostatni raz zjarałam się jointem pięć miesięcy temu! Jointem, Dante!

- Nie bronię ci zapalić od czasu do czasu, ale na tym impreza się kończy, Vi. Mówię poważnie.
- Tak jest, tatusiu - przewracam oczami, naburmuszona wracam do Josha i zakładam ręce na piersiach - Czasami mam go kurwa powyżej uszu. Zachowuje się jakbym miała pieprzone czternaście lat.
- Ja wszystko słyszę, Vivienne - mruży oczy, a to, że użył mojego imienia oznacza powagę sytuacji.
- Dobra, dobra, nie spinaj się - postanawiam rozejrzeć się, Dante wykonuje telefon i zbiera resztę chłopców do przewiezienia towaru do naszego magazynu. Tam, gdzie jest jego miejsce i gdzie będzie bezpieczny. Podchodzę do regału, marszczę brwi i biorę do ręki mały notes. Przewracam kilka kartek i szybko orientuję się, że to własność Ramosa. Jest cała rozpiska dostaw oraz kwot, jakie zarabiał. Nie ukrywam, zyski z dragów są wręcz kosmiczne. Jednak to, co zastaję na kolejnej kartce prawie wbija mnie w ziemię - D-Dante - jąkam się, odwracam i podchodzę do niego. Kiedy podsuwam mu notes pod nos, uchyla usta zaskoczony - Szykuj się na grube pieniądze, skarbie. Już mamy przejebane.








Prolog



Tak, oni gadają. Tak, oni gadają.
Oni podążają ścieżką, którą ja kroczę. 
Nie przestanę póki nie upadnę, 
Ale do tego czasu dotrę na szczyt. 
Dotrę tam, gdzie chcę być...