piątek, 23 lutego 2018

Rozdział ósmy


Jay POV:

Kiedy docieram na miejsce natychmiast wyczuwam, że coś jest nie tak. Kiwam głową do moich chłopców, żeby rozbiegli się, zorientowali w sytuacji, a sam wyjmuję spluwę i wchodzę do środka. Na podłodze ogromnego holu dostrzegam lampkę, której światło pada na ścianę, rozglądam się jednak nie widzę nic, oprócz śladów krwi na podłodze. Niech to szlag, co się tutaj wydarzyło? Czy Zayn nie wspominał, że wszystko pójdzie "sprawie i bez problemów"? Kto oberwał? Ktoś z Seven? I najważniejsze pytanie; kto kurwa strzelał?! Który idiota pokrzyżował nam plany? Czy nie wiedział, komu właściwie wchodzi w drogę?
- Jay - obok mnie zjawia się Savage i kręci głową, jakby dawał mi znać, że jesteśmy w dupie! - Dwa trupy w salonie, jeden w kuchni. Ślady krwi ciągną się do piwnicy, zapewne tam czeka nas wysypisko zwłok.
- Zwołaj chłopaków i na dół - wystawiam broń przed siebie, idę przed hol i docieram do drzwi, które prowadzą na dół. Zapoznałem się z planem domu zanim tutaj przyjechałem, ale byłbym głupi, gdybym wszedł na ślepo. To tak nie działa. Przygotowanie to podstawa - Rozpoznałeś któreś ze zwłok?
- Niestety. W salonie leżał Manuel, w kuchni Henry - zaciskam szczękę, a krew buzuje w moich żyłach niczym wulkan gotowy do wybuchu - To ludzie Dave'a. Zastanawia mnie, co się tutaj wydarzyło.
- Na pewno się tego dowiemy - schodzimy na dół, w progu wita nas kolejce ciało, ale mijam je i zaglądam do pomieszczenia po lewo. Zwłok nie ma, za to krew zdobi ściany - Ktoś urządził sobie rzeź - prycham z kpiną, przeskakuję ciało w korytarzu i docieramy do kolejnego pomieszczenia, jak się okazuje na drewno. Jest pusto, oszczędzamy sobie widoku kolejnego ciała i już mamy wychodzić, kiedy dociera do nas dziwny dźwięk. Jakby jęk - Słyszałeś to? - nasłuchuję, Savage świeci latarką naokoło i trafia na postać w samym kącie. Opuszczam broń, uchylam usta, a krew odpływa mi z twarzy. Nie dowierzam w ten widok, wręcz czuję jakbym dostał prądem, a mój brzuch zaciska dziwny skurcz - Kurwa - wciskam pistolet za pasek spodni, dopadam do niej i wsuwam dłoń pod kark. Jest blada jak ściana, jej oddech spowolniony, a lewy rękaw białej bluzy przesiąknięty krwią - Muszę ją stąd zabrać, sprowadź Drake'a jedziecie ze mną. Reszta ma przeszukać dom - biorę Vi na ręce, wychodzę z piwnicy i w szybkim tempie docieramy na miejsce. Drake już na nas czeka, kiwa głową, opuszczamy dom i wsiadamy do czarnej furgonetki.

Siedzę w salonie, opieram łokcie na kolanach i nerwowo podryguję nogą. Jeszcze w drodze do domu zadzwoniłem do Anthony'ego Rawls'a i pieprzyło mnie to, że dochodziła czwarta rano. Miał zjawić się w moim domu natychmiast, a kiedy dojechaliśmy już na nas czekał. Zabrał się do pracy, a ja ledwo mogłem wytrzymać. Siedział z Vi ponad dwie godziny i zabronił mi tam wchodzić. On.mi.zabronił! Kurwa! Gdyby chodziło o kogokolwiek innego bez wahania bym go kurwa zabił, jednak w tym przypadku liczył się czas.
Kiedy zobaczyłem ją w tej piwnicy, taką bezbronną, bez życia, zakrwawioną, nieprzytomną, serce prawie wyskoczyło mi gardłem. W moim życiu nie ma miejsca na sentymenty czy uczucia, a jednak jej stan poważnie mnie zmartwił. Vivienne jest wyjątkową kobietą, chociaż jeszcze bardzo młodą. Jej odwaga zaimponowała mi już przy pierwszym spotkaniu, kiedy siedziała w moim klubie i piła trzecią noc z rzędu. Była pewna siebie, seksowna, ponętna, a po moim ciele przeszedł przyjemny dreszcz. Zrobiła na mnie piorunujące pierwsze wrażenie i chociaż wiele razy słyszałem, że mój dawny przyjaciel Dante zabrał z ulicy jakąś dziewczynę i pomógł jej, nigdy nie sądziłem, że ma pod swoim dachem taką kobietę! Była przepiękna, pyskata, zadziorna i odważna. A ja zwariowałem na punkcie jej charakterku, przebitych sutków i tatuaży, które pokrywały jej szczupłe ramię. Była przykładem idealnej kobiety. Takiej, która 
siedzi po uszy w tym brudnym, niebezpiecznym fachu, nie waha się pociągnąć za spust, nie posiada sumienia. I mimo tego, iż dzieliła nas spora różnica wieku, chciałem ją mieć w każdy możliwy sposób. Oddała mi się przy ścianie w moim klubie, czym szczerze mnie zszokowała. Pochłaniała przyjemność, którą jej sprawiałem, a widok jej twarzy zepchnął mnie na skraj. Pragnąłem zdecydowanie więcej i miałem zamiar to sobie wziąć. Czułem w kościach, że to wcale nie będzie takie łatwe. Słodka, a zarazem zadziorna Vivienne o mocnym charakterze zapewne nie podda się bez walki, a za jej plecami stali, w każdej chwili gotowi do ataku, obrońcy, którym będę musiał stawić czoła. Zapowiadało się całkiem ciekawie.
- Justin - zrywam się na równe nogi, odwracam za siebie i wbijam wzrok w doktora - Zrobiłem co trzeba. Oczyściłem ranę, straciła trochę krwi, ale wyliże się. Jest podłączona pod kroplówkę, obserwuj ją. Gdyby gorączkowała natychmiast daj mi znać - ściska moją dłoń i po prostu wychodzi. Od zawsze uważam go za dziwnego kolesia, jednak ufam mu, opłacam go sowicie, bo nie jeden raz składał mnie do kupy.

Idę do pokoju, w którym leży Vi, niepewnie wchodzę do środka i zawieszam wzrok na jej ciele. Jej ramie jest zabandażowane, we wierzchu dłonie wbity jest wenflon przez który spływa do jej żył przezroczysty  płyn. Rawls okrył ją jedynie od pasa w dół, a jej piersi odziane w czarny, seksowny stanik wręcz do mnie śpiewają. Przebite sutki lekko prześwitują, a ja znowu wariuję, chociaż to fatalny moment.
Podchodzę do niej, siadam na brzegu łóżka i biorę drugą dłoń, tą bez wenflonu. Głaszczę delikatnie, kręcę głową i myślę, jakim cudem oberwała. Gdzie do cholery byli Seven, skoro dopuścili do takiej sytuacji? Po prostu zostawili ją tam na pieprzoną śmierć?! Nie wierzę w to, znam Dantego i wiem, jak bardzo jest lojalny. Nigdy w życiu nie zostawiłby swojego człowieka na pastwę losu, a już na pewno nie na śmierć. W tym domu musiało wydarzyć się coś o wiele gorszego, a ja mam zamiar dowiedzieć się co.


O dziesiątej do pokoju wkracza Zayn. Jest wkurwiony jak diabli, zaciska dłonie w pięści i przystaje przy łóżku, na którym leży nieprzytomna Vivienne. Jest zaskoczony jej widokiem, patrzy na mnie i unosi brew, jakby oczekiwał pieprzonych wyjaśnień. To ciekawe, ponieważ chcę kurwa tego samego!
- Co ona tutaj robi, Jay? - pyta ostro, jakbym był jego wrogiem - Jakim cudem znalazła się w twoim domu?
- A jakim kurwa cudem została postrzelona, huh? Jakim cudem została zostawiona na pewną śmierć?
- Nie zostawiliśmy jej! - zrywa się gwałtownie i podchodzi do mnie. Leniwie podnoszę tyłek z fotela, a nasze nosy prawie się stykają - Rozpętało się pierdolone piekło, rozumiesz? Szło nam świetnie, ale nagle znikąd pojawił się Dave. Wydymał nas, zdradził - odsuwam się o krok, marszczę brwi i przechylam głowę - Wpadł tam ze swoimi chłopakami, zaczął strzelać jak nienormalny, a kiedy chciałem wynieść ją stamtąd, dorwał mnie na dole i wiesz, co? Postrzelił - odsuwa rękaw bluzki, a na jego ramieniu widnieje biały opatrunek - Wydał Ramosa tylko po to, abyśmy odwalili za niego czarną robotę. Vi zdobyła klucz, mieliśmy znaleźć medalion, a on nie miałby już nic więcej do zrobienia. Towar byłby jego - zaciskam szczękę, a moje wnętrzności prawie wybuchają. Ten śmieć miał czelność wejść mi w drogę? Popełnił błąd.
- Więc zastawił na was pułapkę i próbował powystrzelać. Dlaczego? Czyżbyście znaleźli medalion?
- Chciałbym! - prycha z kpiną, wsuwa palce we włosy i szarpie bezlitośnie - Czułem, że byliśmy blisko, przeszukaliśmy kawałek po kawałku, a ten idiota zrobił sobie strzelnicę! Zapłaci za wszystko.
- Oczywiście, że zapłaci! Jeśli uważa, że może urządzać pieprzoną krwawą jatkę i nie ponieść za to odpowiedzialności, to jest w błędzie. Będzie błagał o litość, której nie dostanie. To on ją postrzelił?

- Nie, któryś z jego pionków. Nie zauważyliśmy go, to Vi zaczęła się drżeć. Osłoniła Jamesa własnym ciałem, gdyby nie ona to właśnie Devil by dzisiaj oberwał - uchylam usta i gapię się na niego z niedowierzaniem. Czy ja się właśnie przesłyszałem? Przyjęła kulkę za człowieka, który ją nienawidzi i który uprzykrza jej życie?! Co jest z nią kurwa nie tak?! - Nie masz pojęcia, co dzieje się w domu. Dante rozpacza, a James czuje się winny. Muszę dać im znać, że ona tutaj jest. Odchodzą od zmysłów.
- Nie, nie dasz im znać, że ona tutaj jest. To na razie ma zostać między nami. Nie rozczaruj mnie.
- Dlaczego, do cholery? Nie rozumiesz, że Dante jest dla niej jak ojciec? Myśli, że ona nie żyje, Jay!
- Pierdolę to, tak szczerze mówiąc. Niech James cierpi, czuje się winny. Przekona się, jaki to jest ból.
- Poważnie? W ten właśnie sposób chcesz się na nim mścić za dawne czasy? To podłe nawet jak na ciebie.
- Naprawdę tak uważasz? A czy on nie był podły krzywdząc Danielle? Przypomnij sobie, co zrobił, Zayn.
- Masz rację, to nigdy nie zostanie wybaczone, ale weź pod uwagę Dantego. Ona wiele dla niego znaczy.
- Nic mu nie będzie, jak kilka dni pocierpi. W tym czasie wymyślę jakiś plan odnośnie Dave'a.
- Bardziej martwi mnie fakt, że wciąż nie mamy medalionu. On również będzie go szukał. Liczy się czas.
- Więc spierdalajcie do tego domu i szukajcie, aż znajdziecie. Musimy go zdobyć, rozumiesz mnie?
- Doskonale, stary! Jaka szkoda, że ten pieprzony łańcuszek może być wszędzie! Będzie ciężko.
- Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Musimy być pierwsi, inaczej Dave wydyma nas bez masła!
- J-jay - naszą rozmowę przerywa cichutki głosik Vi. Podochodzę do niej, odgarniam mokre od potu włosy i opuszką palca dotykam policzka. Majaczy, rusza głową raz w lewo, raz w prawo, a jej oddech przyśpiesza. Wygląda jak śmierć - D-dante - próbuje przekręcić się na prawy bok, jednak ból jej na to nie pozwala.
- Ciii, wszystko będzie dobrze, rybko. Obiecuję - uspokajam ją dotykiem, oblizuje wyschnięte na wiór blade usta i nic już więcej nie mówi - A ten, kto wyrządził ci krzywdę zapłaci za to własnym życiem.
 




Dante POV:
W pomieszczeniu panuje idealna cisza. Jedyny dźwięk, który dociera do naszych uszu to tykanie zegara, które doprowadza mnie do szaleństwa! Jest za cicho, za spokojnie, za dziwnie. Moje wnętrzności rozrywa nieznana mi dotąd siła, serce bije niespokojnie, a myśli wciąż uciekają do mojej kochanej dziecinki. Jestem zrozpaczony, bezradny, zrezygnowany. Nie widziałem jej od kilku godzin, kiedy została postrzelona, a krótko po tym rozegrał się kolejny dramat. Została z Zayn'em, który obiecał się nią zaopiekować i przysiągł, że dostarczy ją do szpitala. Niestety Dave miał inne plany, okazał się parszywym zdrajcą, a chęć mordu wręcz wyżerała moje żyły. Będzie cierpiał za to, co zrobił. Za intrygę, za zdradę, za postrzelenie mojej dziewczynki. Nie okażę litości, będę katował go tak długo, aż poczuję satysfakcję.

W tym momencie jednak miałem w dupie tego skurwiela, liczyła się tylko Vivi, która zniknęła, a my nie znaleźliśmy jej do teraz. Nawet po strzelaninie nie opuściliśmy domu, ale to cholerny labirynt, ogromna powierzchnia i znalezienie jej okazało się być trudne. Nie miałem pojęcia gdzie teraz była, czy w ogóle jeszcze żyła, a te myśli spychały mnie na samo dno. Wyrzuty sumienia nie dawały mi spokoju, tęskniłem za nią, bałem się i byłem przerażony myślą, iż nigdy więcej nie ujrzę tych pięknych, ciemnych oczu. Nie usłyszę pyskowania, nie przytulę jej drobnego ciała. Przez sześć lat troszczyłem się o nią jak o własną siostrę, chuchałem na nią i dmuchałem, a teraz nie wyobrażam sobie, aby mogło jej zabraknąć. Jest częścią Seven, odważną małą dziewczynką, która nigdy nie zawahała się pociągnąć za spust. Tak wiele razy otarła się o śmierć, a nadal dzielnie kroczyła na przód. Mimo tego, że od dzieciństwa nie zaznała krzty miłości, jej ojciec to kawał skurwysyna, a matka bezuczuciowa suka, ona nie poddała się, uniosła brodę i pokazała, że jest twarda, że coś takiego nie jest w stanie jej złamać. Podziwiałem ją za tą siłę, chociaż nie raz widziałem bezradność w jej spojrzeniu. Jednak Vi była zbyt dumna, aby okazać nawet cień słabości.
Znalazłem ją pod mostem w najczarniejszej części Chicago. Przemarzniętą, zaniedbaną, naćpaną. Kiedy uniosła głowę i spojrzała na mnie tymi swoimi prawie czarnymi oczami, poczułem, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. Widziałem w jej spojrzeniu mnóstwo bólu, rezygnacji i poddania. Była dzieckiem, miała zaledwie czternaście lat i to pewnie, że pewnego dnia zaćpałaby się w samotności. Musiałem ją zabrać, nie brałem pod uwagę odejścia i pozostawienia jej na pastwę narkotyków. Opierała się, nawet walczyła i próbowała mnie podrapać. Miałem to w dupie, zapakowałem ją do samochodu i przywiozłem do domu. Chłopcy byli na mnie wściekli, ale szybko się przyzwyczaili. Tylko James dokuczał jej na każdym kroku, docinał, dołował. Kłóciliśmy się przez to, a on tłumaczył, że jestem idiotą skoro przygarnąłem nikomu nieznane dziecko. Podświadomie czułem, że to była najlepsza decyzja, jaką podjąłem w swoim życiu. Pokochałem ją jak siostrę, troszczyłem się o nią, zmusiłem do nauki. Przeżyłem z nią jej pierwszy okres, pierwszą akcją, pierwsze zabójstwo. Nie spocznę póki jej nie znajdę, Vivi żyje! Musi żyć!
- To jest kurwa nie do zniesienia - Josh zrywa się na równe nogi, przeczesuje włosy i nerwowo chodzi tam i z powrotem, czym mnie irytuje - Nie możemy tak siedzieć, musimy ją znaleźć! Ona nas potrzebuje!
- Wiem o tym! - podnoszę tyłek i pochodzę do niego - Wszyscy o tym wiemy, ale gdzie mamy szukać, huh? Nie ma jej w tym domu! Słyszałeś, co powiedział Zayn? Dave ją kurwa zabrał, postrzelił go i spierdolił.
- Więc jedźmy do niego, w czym problem? Skoro ją ma, na pewno nie odda nam jej z własnej woli.
- To oczywiste, że nie trzyma jej u siebie, Tookie! Rusz głową, okej? Dave chce medalion, którego nie mamy. Zapewne schował Vi pod ziemią, żeby tylko nikt jej nie odzyskał. Ma idealną kartę przetargową.

- Nie mamy tego pierdolonego łańcuszka i wątpię, abyśmy go zdobyli. Wychodzi więc na to, że Vi nigdy nie wróci - już otwieram usta, żeby zrównać go z ziemią, jednak wchodzący do środka Zayn powstrzymuje mnie w ostatniej chwili - Wiesz coś? - wszyscy wlepiamy w niego wzrok, siada obok Bangera i schyla głowę.
- Nie, moi informatorzy nie wiedzą dokąd Dave zabrał Vi - kurwa! Strącam szklankę z blatu, roztrzaskuje się na drobne kawałeczki tak samo, jak moje biedne serce - Mają dać znać, jeśli cokolwiek usłyszą.
- Niech to wszystko szlag. Nie wierzę, że ją straciliśmy, że Dave zabrał akurat ją! Mógł wziąć mnie.
- Daj spokój, Dante. To zbieg okoliczności, że trafił w holu akurat na Zayn'a i Vi. Wykorzystał to.
- Dlaczego mnie ochroniła? - marszczę brwi i patrzę na James'a, który wbija wzrok w podłogę, kręci głową i wsuwa palce we włosy - Przecież byłem dla niej chujem, dlaczego osłoniła mnie własnym ciałem?
- Ponieważ należy do Seven, przyjacielu - Rockstar zaciąga się papierosem, wypuszcza dym i robi z nich kółeczka - Zgadzam się, byłeś dla niej chujem do kwadratu, a mimo to stanęła za tobą murem, chociaż sama powinna strzelić ci w dupę. Jesteśmy zespołem. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

- Przez to czuję się jeszcze gorzej. Mogła ochronić Zayna lub Shota, a ona rzuciła się właśnie na mnie.
- Bo to do ciebie celował ten pionek, James. Gdyby tego nie zrobiła obawiam się, że byłbyś teraz trupem.




Vi POV:
Z ledwością uchylam powieki. Mam dziwne wrażenie, jakby były posklejane i przez to wyrywam sobie połowę rzęs. Mrugam kilka razy, patrzę przed siebie i próbuję dojść do siebie. Ciężka sprawa, kiedy łeb pęka, ciało zesztywniało, a lewa połowa pali. Jakby tego była mało, moje gardło wyschnięte jest na wiór, przełykam ślinę i krzywię się, kiedy ta odrobina podrażnia ścianki. Jasna cholera, co się stało? Dlaczego jestem taka słaba, w dodatku nie rozpoznaję tego miejsca! Wysilam się, skupiam i próbuję cokolwiek przypomnieć. Jak przez mgłę pamiętam dom Ramosa, poszukiwania medalionu, a potem strzelaninę. Zayn nie zabrał mnie do szpitala, ktoś mu przeszkodził, oddał strzał. To oznacza, że jestem w rękach wroga? Boże! Jakim cudem do tego doszło? Zaplanowaliśmy akcję idealną, a wszystko nagle się spieprzyło. Odruchowo sięgam do stanika, co przychodzi mi z ogromną trudnością, jednak łańcuszek nadal tam jest. Bezpieczny, ukryty przed tymi, którzy próbują go zdobyć. Muszę jedynie wydostać się z tego domu i wrócić do chłopców. Nie mam przy sobie broni, a brak sił w niczym nie pomaga. Jakimś cudem udaje mi się skopać nakrycie ze swojego ciała, przekręcam się na bok i podpierając dłonią siadam. Kręci mi się w głowie, masuję skroń i dopiero teraz widzę opatrunek na ramieniu. Przyglądam mu się z zainteresowaniem i przez przebłysk przypominam sobie strzał w kierunku James'a, moją odruchową reakcję, nasze upadające ciała. Szlag, dostałam w ramię, więc pewnie dlatego jestem taka słaba. Byłam pewna, że umarłam, a tu proszę; niespodzianka! Jednak Bóg mnie kocha i nie chce wysłać mnie tak szybko na tamten świat.
Oddycham kilka razy, wstaję i podpieram się ściany, aby nie upaść jak długa. Woah, co to za karuzela, na której właśnie siedzę i mknę z szybkością światła? Wszystko miga mi przed oczami, daję sobie chwilę czasu, uspokajam przyśpieszone bicie serca i wszystko znika. Nie wyobrażam sobie ewakuacji z tego miejsca, jednak wysilam się na ruch i zmuszam nogi, aby stawiały krok za krokiem. Kiedy docieram do drzwi, pewnie chwytam za klamkę, uchylam je i ruszam na przód. Przez cały czas sunę zdrowym ramieniem po ścianie, inaczej nie miałabym szans ustać na własnych nogach. Na razie nie chcę zadręczać się myślą, że po wyjściu z domu ściana się skończy i będę musiała jakoś sobie poradzić. Teraz moim zmartwieniem są schody, do których docieram. Mam ochotę rozpłakać się z bezradności. Bóg mnie oszczędził, ale nie omieszka rzucać kłód pod moje nogi, aby jeszcze bardziej mnie przeorać. Niech będzie, skoro tego chce dam radę! Pokonuję pierwszy schodek, moje nogi trzęsą się niemiłosiernie, a obie dłonie ściskają poręcz. Na moje nieszczęście schodków jest od groma i w życiu ich nie pokonam! Brak mi sił, ramie pali jak diabli, a ciało odmawia posłuszeństwa. Nie chcę się poddać, nie teraz, kiedy jestem zagrożona. Muszę dotrzeć do domu, chociaż nawet nie wiem, gdzie jestem. Jeśli ten ktoś wywiózł mnie w cholerę, jestem w czarnej dupie! I ta myśl przygniata mnie swoją mocą, siadam na schodku, podpieram głowę o szczebelki i zamykam oczy. Nie ujdę z życiem, więc może tak po prostu posiedzieć sobie tutaj?
- Savage! - podskakuję na rozgniewany głos dochodzący z korytarza, z którego właśnie przyszłam - Nie ma jej! Kurwa! - zaciskam usta, ale dałabym odciąć sobie sutek, że ten głos należy do Jay'a. Tylko jak to możliwe, skoro nie było go w tamtym domu? - Musiałem zadzwonić, a kiedy wróciłem łóżko było puste - głosy się zbliżają, mam ochotę sturlać się po schodach, ale doskonale wiem, że to wyrządziłoby mi więcej krzywdy niż pożytku, dlatego siedzę dalej i czekam, aż w końcu mnie zobaczą - Macie ją znaleźć.
- Znajdziemy, wyluzuj. Przecież jest ranna, tak? Na pewno nie mogła pójść daleko - zgadza się, kolego.
- Jak w ogóle podniosła tyłek z łóżka? - słyszę prychnięcie, kroki i po chwili także ich obecność za plecami - Vivienne? - jego głos łagodnieje, schodzi niżej, klęka na schodku i przygląda mi się ze zmartwieniem.
- C-cześć Jay - szepczę cicho, a mój głos brzmi chrapliwie i strasznie. Mimo to wysilam się na uśmiech.
- Hej, rybko - dotyka mojego policzka, wtulam się w jego dłoń i zamykam oczy - Dlaczego wstałaś?
- Myślałam, że zabrał mnie ktoś, kto nie jest przyjacielem. Jak wiesz, wtedy bierze się nogi za pas.
- Przecież ty ledwo żyjesz, a w głowie ci ucieczka? - przewraca oczami, ostrożnie bierze mnie na ręce i odkłada z powrotem do łóżka - Tak na przyszłość - pochyla się, odgarnia moje włosy i szepcze mi na ucho - Jeśli już planujesz uciec, przynajmniej załóż coś na siebie - odchyla się, uśmiecha zadziornie, a ja rumienię się, kiedy zerkając w dół dociera do mnie, że mam na sobie jedynie stanik i majtki. Kurwa!
- Och, goń się - burczę pod nosem i patrzę na niego spod byka - Lepiej mnie nakarm, umieram z głodu!
- Nic dziwnego skoro śpisz od wczoraj - och! Aż tyle? - Przygotuję ci coś, a potem będziesz odpoczywać.
- Chcę się wykąpać, pewnie wyglądam okropnie! Podrzucisz mnie do domu? Chłopcy wiedzą, że tu jestem?
- Nie, rybko. Nikt nie wie, że tutaj jesteś - zaskakuje mnie. Patrzę mu w oczy, w których dostrzegam coś dziwnego i tajemniczego. Po moim ciele pełza niepokój, jak wtedy, kiedy coś idzie nie zgodnie z planem. Co on kombinuje? - Na razie tak musi być. Zostaniesz tutaj tak długo, jak tego zechcę - chwyta moją dłoń, całuje jej wierzch, a wewnątrz mnie narasta furia. Pieprzony dupek! Nie wie, na kogo trafił.









piątek, 16 lutego 2018

Rozdział siódmy

Dom Ramosa jest piękny i duży. Z zadbanym ogrodem, basenem, kortem tenisowym, a nawet lądowiskiem dla helikoptera. Nie ukrywam, przez lata nieźle obłowił się dzięki dragom. Jaka szkoda, że gryzie glebę.
- Okej, słuchajcie - Dante ustawia nas w rzędzie i wyjaśnia zasady, które i tak każdy z nas zna już na pamięć - Uważajcie na siebie, bądźcie ostrożni i miejcie oczy dookoła głowy. Trzymamy się razem w bezpiecznej odległości. Gdyby coś, krzyczeć do walkie-talkie. Czy wszystko jest dla was zrozumiałe?
- Tak, Dante! Siedzimy w tym od tylu lat, a ty za każdym razem powtarzasz tą samą regułkę. Wyluzuj.
- To nie jest zabawa, Shot! To poważna sprawa, w każdej chwili coś może się spierdolić. Wiesz o tym!
- Oczywiście, że wiem! Ile razy coś poszło nie tak? Z tysiąc! Wiemy, co mamy robić w takiej sytuacji.
- Cieszę się. To znaczy, że pracuję z odpowiednimi ludźmi - mruga okiem do chłopców, a mi posyła buziaka - Wchodzimy. Najpierw sprawdzamy dół, potem idziemy na górę. Oby udało nam się wyrobić do świtu - kiwa głową, Rockstar otwiera skrzyneczkę z alarmen i przecina odpowiednie kabelki, dzięki temu możemy wejść nie uruchamiając tego ustrojstwa. Kiedy tylko otwieramy drzwi przed naszymi oczami ukazuje się ogromny hol z prowadzącymi na górę schodami. Po lewej jest salon otwarty na kuchnię, po prawej rząd pokoi. Przestrzeń jest ogromna, świetnie zaprojektowana i robi naprawdę oszałamiające  wrażenie - Po co mu tak wielki dom, skoro nie miał rodziny? - Dante przewraca oczami i skręca w lewo.
Wchodzę do kolejnego pokoju, rozglądam się i podziwiam wystrój. Jest ładnie, jasno, dziewczęco. Dopiero teraz myślę o tym, czy Ramos faktycznie nie miał rodziny, czy może robił wszystko, aby w naszym świecie ten fakt się nie rozniósł? Skoro był na dobrej pozycji zapewne miał sporo wrogów. A wrogowie, jeśli chcą osiągnąć swój cel posuwają się do paskudnych rzeczy. Nie hamuje ich dosłownie nic. Jeśli chcą dobrać się do czyjegoś tyłka, użyją jego rodziny, aby dopiąć swego. Nie rozumiałam takiego postępowania, ale wydaje mi się, że nie miałam pojęcia o wielu rzeczach, które działy się wokół mnie. To, co robiłam z chłopakami to nic specjalnego, przywykłam. Byłam twarda, bojowo nastawiona i nie okazywałam strachu. Nauczyłam się tego dzięki ojcu, który każdego dnia niszczył nam życie, wyzywał, poniżał. Moja siostra oraz matka wylały morze łez, a ja? Ja patrzyłam na niego z nienawiścią, zwijałam dłonie w pięści a zamiast łez pojawiała się chęć mordu. Nie jeden raz wyobrażałam sobie, jak wbijam nóż w jego serce i kończę naszą mękę. Uwalniam nas od tyrana, który nie pokochał swoich dzieci, a miłość przelał jedynie na alkohol.
To przez niego stałam się też suką. Byłam wredna, chamska i nerwowa. Nie każdemu pasował mój charakter. Dziewczyny w szkole patrzyły na mnie spod byka, gardząc moją postawą i pewnością siebie, której im brakowało. Nie należałam do drużyny cheerleaderek, nie kochałam się w kapitanie szkolnej drużyny i nie podniecałam balem na zakończenie liceum. Uczyłam się dobrze, bo tego wymagał ode mnie Dante, a ja nie chciałam go zawieść, jednak nic poza tym. Nie szukałam przyjaciół i nigdy w szkole ich nie miałam. Wystarczyła mi szóstka chłopców, którzy byli dla mnie najważniejsi. 


Dochodzi trzecia rano. Od sześciu godzin przeszukujemy pomieszczenie po pomieszczeniu, ale sytuacja wygląda beznadziejnie! To, że trafimy na ten pieprzony medalik jest bliskie zeru! Jestem pewna, że Ramos schował go w takim miejscu, aby nikt nie miał do niego dojścia. Zastanawiam się nawet, gdzie ja schowałabym coś tak cennego. W swoim pokoju mam pewną skrytkę, tuż obok szafy w podłodze. Pewnego dnia odłamał się kawałeczek panelu podłogowego, wykorzystałam to i tam trzymam swoje skarby. Może Ramos też trzyma medalik w podłodze? Muszę znaleźć jego sypialnię, a jeszcze sporo przed nami.
- Dante - włączam przycisk w walkie-talkie i skręcam w prawo - Gdzie jest sypialnia Ramosa?
- Czekaj moment - zapada cisza, otwieram kolejne dwoje drzwi, jednak nie wydaje mi się, aby to było to, czego szukam - Mam, Vi. Drugie piętro, koniec korytarza po prawej stronie. Jest całkiem spora.
- Dzięki, skarbie - chowam krótkofalówkę do małej kieszonki, pewnym krokiem zmierzam na sam koniec cholernie długiego korytarza i ostrożnie otwieram drzwi. Wystawiam broń przed siebie i rozglądam się, czy przypadkiem ktoś się tutaj nie schował. Nigdy nic nie wiadomo, a ja nie mam zamiaru ryzykować. Na szczęście jest pusto, nie zapalam światła, jedynie małą latarkę i zabieram się do pracy. Stukam butem w podłogę i robię to kawałek po kawałeczku. Jeśli panel będzie uszkodzony, na pewno da mi o tym znać. Niestety nic takiego się nie dzieje, wzdycham zrezygnowana i kucam obok szafki nocnej. Nie ma tutaj nic oprócz książki, którą dokładnie kartkuję i butelki wody. Podchodzę do drewnianej, solidnej komody i ją również przeszukuję. Wiem, że to bez sensu, bo i tak gówno z tego będzie, jednak nie poddaję się. Skoro już tutaj jesteśmy, trzeba dać z siebie wszystko i sprawdzić najwięcej, jak się da. A ten dom to cholerny labirynt, po którym najlepiej poruszać się z GPS'em. Czy Ramos miał jakiś kompleks odnośnie rozmiaru?
Pochodzę do uroczej pozytywki. Jest piękna, dotykam ją opuszką palca i zachwycam się wykonaniem. To postać baletnicy, która stoi na szklanej kuli, w której przy każdym potrząśnięciu prószy śnieg. Dziewczynka ma słodką, białą spódniczkę, długie włosy i wygląda wręcz jak mała laleczka barbie. Kiedy biorę ją do ręki i potrząsam, aby zobaczyć ów śnieg, wyczuwam pod spodem coś dziwnego i szorstkiego. Marszczę brwi, odwracam ją i przyświecam lampką. Może to dziwne, ale skąd u licha wzięła się tutaj czarna taśma izolacyjna? Czy pozytywka jest zepsuta? Nie byłabym sobą, gdybym swoimi ciekawskimi paluszkami nie oderwała jej i sprawdziła, co kryje się pod nią. A to, co widzę wręcz odbiera mi oddech. Nie wierzyłam w cuda, byłam pewna, że to bajki, a tu proszę! Cud, bo moje oczy wpatrują się w medalion, który Dante pokazał mi na zdjęciach. Łańcuszek z owalnym medalikiem z Matką Boską. Odkładam pozytywkę i przyglądam się uważnie złotemu łańcuszkowi, który jest piękny i zapewne warty majątek! Wręcz nie dowierzam, że udało mi się go znaleźć - Tak, Vi! - szepczę do siebie i mam ochotę skakać ze szczęścia.
- Pierdolę to - ciszę przerywa głos Shota, dochodzący z walkie-takie - To bez sensu, spieprzajmy stąd.
- Do świtu mamy jeszcze trochę czasu, nie poddawaj się, stary! Na pewno gdzieś tutaj jest, szukaj.
- Wiem, ale sam widzisz, że nie mamy szans? Ten dom to willa, mógł schować go dosłownie wszędzie.
- Na dół złamasy - uśmiecham się, chowam medalik w miseczkę stanika i opuszczam sypialnię. Cholera, chłopakom opadną szczęki jak go im pokażę! Co za fart, że schował go akurat pod pozytywką, która przyciągnęła moje oczy. Szlag, mogłam wziąć ją dla siebie, ale nie chcę okradać zmarłego. Co jak co, ale to nie jest w moim stylu. Wystarczy mi to, że posłałam go do piachu. Mam nadzieję, że nie ma mi tego za złe. Zbiegam ze schodów, rozglądam się i docieram do holu na pierwszym piętrze. W moje oczy rzuca się Shot, Zayn i James, którzy właśnie wychodzą z jednego z pokoi. Są wściekli i zrezygnowani - Hej! - wołam ich, odwracają się, a James teatralnie przewraca oczami. Mam ochotę sprzedać mu gonga za jego dziecinne zachowanie, jednak nie mam do tego okazji. Tylko kątem oka wyłapuję jakiś ruch i nie jest to nikt z naszych. Właśnie dlatego ubraliśmy się na biało od stóp po głowę, aby widzieć się w ciemności i w razie czego rozróżnić. Postać ma czerwoną bluzę, wystawia przed siebie pistolet i celuje prosto w chłopców - Uważajcie!! - wrzeszczę niemiłosiernie, chłopcy rzucają się w moją stronę, a ja w ich. Ledwo dopadam do Devila, a pada strzał. Widzę to dokładnie, działam instynktownie i rzucam się na Jamesa. Kiedy my upadamy na twardą podłogę, Zayn i Shot otwierają ogień. Jestem oszołomiona przez hałas, dźwięczy mi w uszach i ledwo kontaktuję. James ujmuje moją głowę w dłonie, unosi ją, a w jego oczach widzę czyste przerażenie - C-co się dzieje? - jąkam się i próbuję otrząsnąć - J-jesteś cały?
- Boże, Vivienne - szepcze cicho, chłopcy przestają strzelać i dobiegają do nas. Dopiero kiedy James ostrożnie zdejmuje mnie ze swojego ciała, odkłada na podłogę, przeszywa mnie ogromny ból paraliżujący każdy nerw. Krzyczę ile mam sił w płucach, oddycham głęboko i próbuję zrozumieć, co się wydarzyło - Kurwa - James panikuje, jego dłonie drżą, kiedy dotyka mojego ramienia i spogląda na chłopców.
- Jezu, Vi - Shot upada na kolana, zdejmuje z siebie bluzę i rozrywa rękaw zębami. Zaciska moje ramię, czym powoduje ogromny ból - Wybacz, muszę zatamować krwawienie. Kulka chyba przeszła na wylot. Niech to szlag - Zyan niechcący oślepia mnie latarką, zasłaniam twarz ręką i jęczę z bólu. Boże, jak to kurewsko boli! - Dante! - Shot wydziera się, aż mam ochotę zasłonić sobie uszy - Gdzie ty jesteś, stary?!
- W piwnicy, już do was biegnę. Co się kurwa stało?! Skąd padły te strzały? Jesteście cali i zdrowi?
- Shot? - och, to Josh! - Jest z wami Vivienne?! Powiedz, że nic jej nie jest. Kto strzelał, huh?!
- Nie mam pojęcia, ale musimy stąd spierdalać. Vivi jest ranna, dostała w bark. Nie jest dobrze, panowie.
- Nie! - w krzyku Dantego rozpoznaję czysty szok i ból. Zamykam oczy, moja warga drży, a po moich policzkach spływają ciepłe łzy. Boże, jak dobrze, że mogę wyrzucić z siebie wszystkie emocje. Tak wiele razy chciałam wypłakać wszystko to, co mnie dręczyło, ale mój mózg nie pozwalał się mazgaić. Byłam dzielna, a teraz mogę pozwolić sobie na oczyszczenie - Zatamuj krwawienie, Shot! Jeszcze chwila i będę.
- Spotkamy się na dole - Zayn przejmuje stery, bierze mnie w ramiona i niesie przez długi, pogrążony w ciemności korytarz. Rana pali żywym ogniem, jęczę pod nosem, pocę się, a moje ciało wpada w dziwne drgawki, których za cholerę nie mogę powstrzymać - Wytrzymaj, Vi. Wszystko będzie dobrze, obiecuję.
- Z-zimno mi - moje zęby zderzają się ze sobą, Zayn zatrzymuje się i klęka na podłodze, przytrzymując mnie przy sobie - James, daj bluzę - słyszę hałas gdzieś z boku, a po chwili ciepły materiał zostaje wsunięty na moje ciało. Wtulam się w wręcz gorący materiał i próbuję uspokoić to przeklęte drżenie.
- Hej - do moich uszu dociera głos Josha, a po chwili czuję jego dłonie na twarzy - Boże, Vivi. Słyszysz mnie, wróbelku? - ledwo przytakuję głową, ściska moją dłoń, a łzy nie chcą przestać lecieć - Co z nią?
- Chujowo, Tookie. Rana jest spora, traci za dużo krwi. Musimy się pośpieszyć i zawieść ją do szpitala.
- Jestem! - zjawia się zziajany Dante, odgarnia moje mokre włosy i dotyka policzka - Otwórz oczy, Vi.
Spójrz na mnie, dziecinko - szloch ucieka z moich ust na ostatnie słowo. Uwielbiałam, kiedy tak do mnie mówił. Czułam wtedy, że jestem jego małą dziewczynką i nic nie jest w stanie złamać naszej relacji. Nie wzięłam pod uwagę jednej, ważnej rzeczy; śmierci - No dalej, dasz radę - oddycham głęboko, krzywię się na przeszywający ból, ale udaje mi się uchylić powieki. Ktoś kieruje światło latarki na ścianę, aby nas nie oślepiać - Jestem przy tobie, bądź dzielna, dobrze? Już jedziemy do szpitala, nic złego się nie stanie.
- Musimy się pospieszyć, Dante. Naprawdę traci dużo krwi - Zyan pogania go, Dante zrywa się na równe nogi i wystawia broń przed siebie, jak i reszta chłopców. Ponownie ruszamy do przodu, schodzimy ze schodów i nareszcie docieramy do holu na dole. Niestety tutaj czeka na nas niemiła niespodzianka, ponownie rozlegają się strzały, a każdy chowa się gdzie popadnie. Zayn wciska się za szafę na końcu korytarza, siada na podłodze i chowa mnie w swoich ramionach. Mam ochotę krzyczeć z bólu!
- N- nie dam r-rady - jąkam się, szlocham głośno i zaciskam palce na jego bluzie - T-o tak bardzo boli.
- Wiem, Vi. Wiem! Musisz wytrzymać, dobra? Zaraz stąd pryśniemy, tylko się kurwa nie wykrwaw!
- G-gdzie jest Dante? Chcę do niego, p-proszę. Zabierz mnie - zapowietrzam się, a strzały nie ustają.
- Nie mogę, zrozum. Rozpętała się jakaś pierdolona masakra, nie słyszysz? Musimy to przeczekać - i nic więcej już nie mów. Dociska mnie do swojego ciała, osłania głowę dłonią, a jedyne, co przedostaje się do moich myśli to twarze chłopców, spojrzenie mojego Dantego i oczy Jay'a.

Nie mam pojęcia, ile trwa ów masakra i co dzieje się wokół mnie. Jestem coraz słabsza, bluza na ramieniu przesiąka krwią, która ogrzewa skórę i spływa w dół. Chwilami odzyskuję przytomność, a wtedy słyszę cichy głos Zayna, niestety szybko ponownie odpływam, a ten paskudny odgłos strzałów milknie.
- Vivi, obudź się - czuję dotyk na policzku, delikatne potrząsanie i jakimś cudem udaje mi się otworzyć oczy - Musimy uciec, od kilku minut jest cicho. Możesz iść? - o, boże! Nie jestem pewna, czy w ogóle żyję, a on każe mi iść? - Okej, dam radę - ponownie bierze mnie na ręce, a w drugiej dłoni trzyma pistolet - Jesteś lekka jak piórko, ale kurwa wolałbym mieć pełną swobodę strzału - burczy pod nosem, opuszcza bezpieczną kryjówkę i powoli zmierza ku drzwiom wyjściowym - Nie martw się o chłopców, dobrze się ukryli - oddycham z ulgą. Wzbiera we mnie nadzieja, że jeszcze wszystko może się dobrze skończyć, przynajmniej dla nich - Jeszcze kawałek i zwiejemy stąd. Zabiorę cię do szpitala. Bądź dzielna, mała.
- Zayn, Zayn, Zayn - nagle rozlega się głos, którego nie znam. Jego ciało napina się jak struna, a to dla mnie znak, że ów chłopak nie jest naszym przyjacielem - Jak miło cie widzieć, przyjacielu.
- Dave? - pyta z niedowierzaniem i mocniej zaciska uścisk wokół mojego ciała, aż muszę odetchnąć - Co ty odpierdalasz, człowieku?! Wydałeś nam Ramosa, zdobyliśmy klucz, a ty urządzasz strzelaninę?!
- Taki był plan. Ramos został usunięty, klucz zdobyty i liczę na to, że macie również medalion - o kurwa!
- Rozczaruję cię, ale nie dałeś nam możliwości przeszukania całego domu. Wszedłeś zbyt wcześnie, idioto!
- Uważaj na słowa. Zauważ, że celuję do ciebie z broni, pociągnę za spust i zginiesz. Więcej szacunku.
- Szacunku? A gdzie twój szacunek, huh?! Sprzedałeś Ramosa tylko po to, żebyśmy odwalili za ciebie resztę!
- Cóż, nie mam tak bogatego zespołu jaki posiadasz ty. W połączeniu z Seven jesteście bardzo silni.
- I co z tego, skoro nie udało nam się zdobyć medalionu? Na dodatek twój człowiek postrzelił dziewczynę!
- Och, czy to cukiereczek Dantego? - śmieje się, słyszę kroki, a po chwili ktoś odgarnia moje włosy - Piękna sztuka, chociaż nie ukrywam, chyba jedną nogą na tamtym świecie, co? Przykro mi, Zayn. Tak wyszło.
- Daruj sobie, Dave. Mam zamiar stąd wyjść i nie chcę żadnych niespodzianek. Ona musi trafić do szpitala.
- Zabieram dziewczynę, Zayn. Dostaniesz ją z powrotem dopiero wtedy, kiedy dostarczysz medalion.
- Chyba sobie kurwa kpisz! Wtedy będzie trupem, co chcesz mi oddawać? Jej ciało? Pierdol się!
- Zaopiekuję się nią, opatrzę ranę, nie martw się. Nie jestem takim skurwysynem, nie pozwolę jej umrzeć.
- Ona już ledwo zipie, nie widzisz? Zatrzymujesz mnie, opóźniasz i zaraz gówno z tego będzie.
- Więc zbierz swoich chłopców, oddaj mi ją i zabieraj się do roboty! Chcę mieć medalion jeszcze dzisiaj.
- Zejdź mi z oczu, Dave, zanim stracę nad sobą panowanie i strzelę ci w łeb. Mało mi już brakuje.
- Jesteś odważny, mimo tego, że ledwo możesz utrzymać broń w dłoni. Sam odbierasz jej cenny czas.
- Wychodzę - Zayn prycha z kpiną, rusza przed siebie, jednak daleko nie uchodzi. Nie wiem, co się dzieje ponieważ nie otwieram oczu, za to czuję jak moje plecy zderzają się z podłogą, a głowa odbija się od nich niczym piłeczka. Krzyczę, chwytam się za bark, a moje ciało przeszywa ogromny ból, zaczynając od pleców, a kończąc na nogach - Kurwa, dość! - Zayn krzyczy gdzieś obok mnie i ponownie słychać strzał.
- Jak tam słodziutka? - ktoś odgarnia moje włosy, dotyka twarzy, ale nie jestem już w stanie kontaktować. Gdzie jest Zayn? Gdzie jest Dante? Gdzie jest reszta? - Nie nie dam ci umrzeć, spokojnie - mężczyzna  bierze mnie na ręce, moja głowa bezwładnie opada przez jego ramię, a ból odbiera mi świadomość.

Budzi mnie jakiś hałas. Mój mózg przywraca mi świadomość, jednak nie pozwala na nic więcej. Więc leżę, nasłuchuję i próbuję skupić uwagę na hałasie. Niestety panuje przerażająca cisza, a ja nie mam pojęcia gdzie się znajduję i czy naprawdę żyję. Ból ponownie obezwładnia moje ciało i nie czuję lewego ramienia.
- Vivienne! - wzdrygam się na dochodzący z walkie-talkie głos Josha. Brzmi na przerażonego jak i wykończonego, a moje serce kurczy się na tę myśl - Wróbelku, odezwij się, błagam cię! - wybucha płaczem i ja też płaczę. Czuję te przeklęte łzy na policzkach, które wyciskają ze mnie życie, emocje, tęsknotę za moimi chłopcami. Pragnę sięgnąć dłonią tuż obok, gdzie leży to małe urządzenie, ale nie mam na to szans. Moje ciało jest odrętwiałe, a ja nie mam nad nim władzy - Wszystko jest spierdoliło, Dave was wydymał, a jego chłopcy chcieli nas rozpieprzyć! Myśleli, że znaleźliśmy medalion - mam ochotę wykrzyczeć, że znaleźliśmy go, być może nadal bezpiecznie tkwi w miseczce mojego stanika. Gdyby tylko moje mięśnie zechciały ze mną współpracować - Nie wiem, co się stało, gdzie jesteś. Dave postrzelił Zayna, ale nic mu nie jest. Niestety zabrał ciebie, pierdolony drań! Mam nadzieję, że nadal jesteś w tym przeklętym domu i mnie słyszysz. Znajdę cię, wróbelku. Choćbym miał spędzić tutaj całe życie - nic więcej nie mówi, ponownie zapada cisza, a ja odpływam. Umieram, czuję to w każdym skrawku swojego ciała. 





***************************************

Hello! :)
Więc! Akcja START :D

Ps.
Obiecałam weekend, więc słowa dotrzymam :)
Poniżej macie sondę, zapraszam do głosowania :)

Rozdział na wybranym przez was blogu pojawi się jutro popołudniu, a może i nawet zahaczymy o poniedziałek, jak będziecie ładnie komentować ;)

Tulę mocno!
Kasia



piątek, 9 lutego 2018

Rozdział szósty

Uchylam powieki, mrugam kilka razy, jednak wszędzie panuje ciemność. Nie widzę dosłownie nic, nie wiem, gdzie się znajduję, a kiedy nieco się rozbudzam uderza we mnie potworny ból głowy. Krzywię się, przykładam dłoń do czoła i siadam. Śliski materiał zsuwa się z mojego ciała, przez co orientuję się, że jestem naga. Przysuwam kolana do piersi i próbuję przypomnieć sobie cokolwiek, ale idzie mi to jak krew z nosa. Jasna cholera, aż tyle wypiłam?! Rzadko urywa mi się film, w tym przypadku musiało to nastąpić, skoro mam dziurę w pamięci. Co się wydarzyło? Były kręgle, potem klub, kilka drinków, nasz seksowny taniec i... kurwa, seks! Serce podskakuje mi w piersi, a ciepło spływa między nogi. Przypominam sobie to obezwładniające uczucie, kiedy rozpadałam się pod jego ciałem. Przysięgam, że nigdy nie przeżyłam czegoś tak szalonego, zmysłowego. Seks z Justinem ogromnie różni się od seksu z Joshem i wcale nie chcę obrażać mojego przyjaciela, ale Justin ma zupełnie inny styl. Jest pewny siebie, męski, tak cholernie podniecający! Mimo tego, iż nie był wobec mnie zbyt delikatny, jak Josh za każdym razem, doprowadzał mnie do czerwoności. Moje ciało całkowicie mu się poddało, chciało więcej i muszę przyznać, że niczego nie żałuję. Bo jakże bym mogła? To tylko seks. Jay zdobył to, na czym zapewne mu zależało i nasz kontakt się urwie. Wątpię, aby interesowało go coś więcej. W końcu to facet, a faceci uwielbiają zdobywać.
Opuszczam łóżko, zapalam lampkę przy łóżku i rozglądam się. Jestem zaskoczona, ponieważ za cholerę nie rozpoznaję pokoju. W dodatku obok mnie śpi Justin, a jego odkryty tors ukazuje mnóstwo tatuaży. Przełykam ślinę, bo oprócz seksu w klubie nic nie pamiętam. Skoro jestem naga, czy był i drugi raz?


Wchodzę do domu pięć minut po piątej rano. Kac morderca nie ma dla mnie litości, jest mi zimno, jestem zmarnowana jak to po całej zakrapianej nocce i marzę o własnym łóżku. Liczę na to, że nie natknę się na nikogo, niestety życie kopie mnie w dupę. W salonie przed laptopem siedzi Rockstar i kiedy tylko mnie widzi, posyła mi chytry uśmieszek. Kto jak kto, ale on nigdy się do mnie nie przypierdalał.
- Hej, mała. Niezła pora na powrót do domu, co? - mruga okiem, siadam obok niego i zsuwam szpilki.
- Nic nie mów, moja głowa to tykająca bomba z opóźnionym zapłonem. Zaraz mi ją wywali, przysięgam!
- Wyglądasz jak po całonocnej balandze. Czyżby imprezowanie z Jay'em było aż tak bardzo udane?
- Było, Jacob, ale potem nieco się skomplikowało. Wypiłam za dużo i urwał mi się pieprzony film.
- Zdarza się, nie pierwszy i nie ostatni raz, Vi. Mam tylko nadzieję, że nie narobiłaś głupot, co?
- Głupot? - marszczę brwi i patrzę na niego zdezorientowana - Co masz przez to na myśli, przyjacielu?

- Nie wiem. Coś, czego będziesz żałować? - och, czyżby się domyślał? - Nie osądzam cię, to twoje życie i masz prawo robić z nim to, co zechcesz. Wiedz jedynie, że martwimy się o ciebie. Jesteśmy rodziną.
- Naprawdę? - pytam smutno, opieram łokcie na kolanach i chowam twarz w dłoniach - Po wczorajszej rozmowie poczułam się poza tą rodziną, jakbym była panienką, którą można odstawić po zrobieniu swojej roboty. Zabolało mnie wasze knucie z Zaynem. Dante mówił, że nie chce z nim robić interesów.
- Bo nie chciał, Vi. Po prostu ta dostawa z Japonii jest ogromna, a nas jest tylko siódemka, tak? Nie poradzimy sobie sami, potrzebujemy sojusznika. Zayn ma ekipę, możliwości. Jesteś na niego cięta, co?
- Sama nie wiem, po prostu zirytował mnie fakt, że nie było mnie na tym spotkaniu, pominęliście mnie, jakbym nie należała do grupy. I jeszcze ten cholerny James i jego pieprzenie. Mam go serdecznie dość.
- Wiem, jak każdy z nas. Wierz mi. Dante rozmawiał z nim wczoraj i prosił go, aby wreszcie się ogarnął. Uparty z niego skurczybyk, ale przyjdzie taki dzień w którym poczuje się chujowo i przeprosi cię.
- Jeśli naprawdę do tego dojdzie, to podepnę to pod pieprzony cud, w który oczywiście nie wierzę.
- Mówią, że cuda się zdarzają - mruga okiem, przyciąga mnie do siebie i całuje w czoło - Kocham cię, Vi. Od samego początku uważam cię za swoją siostrę i to się nigdy nie zmieni. Możesz na mnie liczyć.
- A ja kocham ciebie, Jacob. Dziękuję ci za te słowa - zamykam oczy i mocniej się w niego wtulam. 


Budzą mnie krzyki. Gwałtownie otwieram oczy, nasłuchuję i rozpoznaję głosy chłopców oraz... Justina? Nie, to niemożliwe. Co on by tutaj robił? Nie mam szansy dłużej nad tym rozmyślać, bo po domu roznosi się odgłos strzału. Kurwa! Zrywam się z łóżka, zbiegam na dół i staję na środku. Mój oddech szaleje, łeb mi pęka, a przede mną stoi moja szóstka plus pieprzony Zayn i Justin. Jasna cholera, co to ma być?!
- Co tu się dzieje? - odgarniam włosy i zawieszam wzrok na broni, którą w dłoni trzyma James.
- Co on ci zrobił, huh?! - wrzeszczy niemiłosiernie, a moja głowa natychmiast na to reaguje. Ouć!
- Boże, ciszej! - krzywię się, masuję skronie i próbuję pozbyć się bólu - Kto co mi zrobił? Możesz jaśniej?
- On! - celuje bronią w Justina, płonie ze złości, ale nic z tego nie rozumiem. Przekręcam głowę, spoglądam na Jay'a, który wygląda poważnie jak diabli i zaciska dłonie w pięści. Wow! Chyba pierwszy raz widzę go w takim stanie - Przylazł tutaj i owiadczył, że musi się z tobą zobaczyć, bo, cytuję; "wczorajszy wieczór nie poszedł tak, jak powinien". Mów, co ci zrobił, Vi. Nie waż się ściemniać, rozumiesz?

- Justin nic mi nie zrobił - marszczę czoło i przenoszę wzrok na Jamesa. Dlaczego to właśnie on jest tak wkurwiony, skoro mnie nienawidzi? Czy to nie dziwne? - Poszliśmy na kręgle, świetnie się bawiliśmy, a potem zabalowaliśmy w jego klubie - zapada dziwna cisza, nikt nie mówi ani słowa, a spojrzenia wlepione są we mnie - No co tak patrzycie? Nie mam pojęcia, o co tutaj chodzi, okej? Justin? - zakładam ręce na piersiach, unoszę brew i patrzę mu w oczy - Możesz wyjaśnić nam sytuację? Co poszło nie tak, hmm?
- Uciekłaś - mówi ostro i morduje mnie spojrzeniem. Cholera, i o to tyle szumu? - Dlaczego nie zostałaś, rybko? Obudziłem się, a ciebie nie było. Powinnaś była zostać, dlaczego więc wolałaś ucieczkę? 

- Hej, chwila kurwa! Jak to obudziłeś się, a jej nie było? Tylko nie mów, że ją kurwa przeleciałeś, stary?!
- Nie? Po prostu przytulaliśmy się w moim łóżku, kuzynie - przewraca oczami, czym się zdradza. Bosko!
- Wskoczyłaś mu do łóżka? - James pyta z niedowierzaniem i gapi się na mnie, jakby zobaczył ducha.
- Nie musisz odpowiadać na to pytanie, Vi - Dante przejmuje pałeczkę, podchodzi do mnie i przytula do siebie - To twoja sprawa, James nie ma prawa się wtrącać - obejmuję go, opieram głowę na jego torsie i zamykam oczy. Dlaczego czuję się winna? Nie zrobiłam nic złego! - Wróć do łóżka, dobrze? Dopiero ósma.
- Musimy porozmawiać - Jay nie daje za wygraną, mija chłopców, podchodzi do nas i uwalnia mnie z objęć Dantego - Nie martw się, nie zrobiłem jej nic złego, ani nie mam takiego zamiaru. Mój kuzyn jak zawsze jest w gorącej wodzie kąpany, a ponoć tak bardzo nienawidzi Vivienne - prycha z kpiną, ciągnie mnie na górę i pozwala, abym poprowadziła go do swojego pokoju. Dopiero teraz dociera do mnie, że muszę  wyglądać jak gówno! Rozczochrane włosy, zapewne resztki makijażu na twarzy i piżama w fioletowe słonie. Idealny widok - Więc, odpowiesz na moje pytanie? - stoję przed nim, bawię się palcami i wbijam wzrok w bose stopy. Cóż mam mu powiedzieć? Po prostu wyszłam i tyle - Vi, spójrz mi w oczy i powiedz.
- Nie wiem, Justin - unoszę głowę i nieśmiało patrzę mu w oczy. Wygląda normalnie, a po złości nie ma śladu - Uznałam, że powinnam pójść skoro impreza się skończyła. Nie myślałam nad tym, co robię.
- Liczyłem na miłą pobudkę obok twojego ciepłego ciała - przyciąga mnie do siebie, a drugą dłoń układa na moim policzku. Wstrzymuję oddech, kiedy jest tak blisko mnie - Żałujesz tego, co się wydarzyło?
- N-nie - jąkam się, a jego cudowny zapach odurza mnie całkowicie - Obudziłam się naga w twoim domu.
- Owszem. Skończyliśmy imprezę w klubie, a potem przenieśliśmy się do mnie. Dlaczego cię to dziwi?
- Ponieważ od wyjścia z klubu nic nie pamiętam - zagryzam wargę, a Jay robi się czerwony ze złości.
- Mówisz poważnie? - niewinnie wzruszam ramionami i uśmiecham się lekko, aby załagodzić sytuację - Kurwa, więc pieprzyłem cię we własnym łóżku, a ty tego nie pamiętasz? - jasna cholera, więc był drugi raz!
- Przepraszam, urywał mi się film. Nie martw się, jest okej - pocieram jego ramiona i całuje w brodę.
- Doprowadzasz mnie do obłędu, wiesz? - przesuwa kciukiem po mojej wardze i wpatruje się w nią intensywnie - Podobasz mi się, rybko. Jesteś zadziorna, pyskata, piękna. Chcę cię mieć tylko dla siebie.
- Przykro mi, kochanie, to nie jest możliwe - marszczy brwi, a widok jego dezorientacji jest rozbrajająco słodki - Jestem kobietą, która należy tylko i wyłącznie do siebie. Mieliśmy świetny seks, ale nie oczekuj, że będę po tym za tobą biegać jak merdający ze szczęścia piesek - zagryzam wargę, sunę opuszką palca po jego ramieniu czym wywołuję na jego ciele gęsią skórę. A co ci dopiero! - Dziwię się, że tutaj jesteś.
- Czyżby? - mruży oczy i wzmacnia uścisk na moich plecach - Sądziłaś, że po seksie się odczepię?
- Właściwie to tak. Faceci przeważnie tak robią, prawda? Zdobędą to, co chcą i machają na pożegnanie.
- Nie jestem jak wszyscy faceci, rybko. Jestem jeden na milion, tak samo jak ty. Takie kobiety to prawdziwy skarb, a ja o ten skarb zawalczę. Jeszcze będziesz moja, zobaczysz. Będę walczył jak lew.
- Oczekujesz, że się w tobie zakocham? - zarzucam dłonie na jego szyję, uśmiecham się szeroko, a wyraz jego twarzy jest wystarczającą odpowiedzią - Ja się nie zakochuję, Jay. Mogę się z tobą pieprzyć, ale na tym koniec bajki - prycha rozbawiony, wsuwam palce w moje włosy i przypiera mnie do ściany.
- Skoro tak, pieprz się ze mną. Teraz - sunie nosem po mojej szyi, zamykam oczy, a moje zdradzieckie ciało już mu się poddaje. Rozbudza podniecenie, które ledwo zdążyło ostygnąć po gorącej nocy, którą mi zafundował. Niestety w domu są chłopcy, a moment jest fatalny - Spięłaś się. Nie masz ochoty?
- Nie o to chodzi, w domu są moi przyjaciele - odrywam się od niego niechętnie, naciągam niżej koszulkę i dopiero teraz się zawstydzam - Muszę zachowywać się grzecznie, Jay. Nie sprowadzaj mnie na złą drogę.
- Och, słodziutka. Oboje kroczymy tą drogą od bardzo dawna. A we dwoje będziemy bardzo niegrzeczni, zapewniam - puszcza mi oczko, jednym ruchem zsuwa ramiączka mojej koszulki i bierze w dłonie moje cycki - Zwariowałem dla tych przebitych sutków, wiesz? - szepcze zmysłowo, rzuca mnie na łóżko i opada na mnie. Jego jeansy drażnią wrażliwą skórę na udach, a język nieśpiesznie znęca się nad wrażliwymi guziczkami. Kocham to uczucie, kocham ten jego ciepły, nieco chropowaty język, który sprawia mi tyle przyjemności. Odchylam głowę, wypycham piersi w jego usta i zaciskam palce na jego włosach. Czuję ciepło w dole brzucha, spływa na sam dół i rozlewa się tym znajomym skurczem, które zwiastuje orgazm. Pieści jedynie moje piersi, a ja wiję się pod nim, szarpię za włosy i bezwstydnie jęczę, ledwo panując nad własnym ciałem - Doprowadzę cię do orgazmu w ten sposób. Spodoba ci się - dyszę ciężko, poruszam biodrami, a Jay rozchyla moje nogi i wygodnie mości się między nimi. Kurwa! Czuję jego podniecenie, które bezlitośnie wbija się we mnie przez jego jeansy i tak bardzo pragnę poczuć go w sobie! - Ależ jesteś ruchliwa, rybko. Twoje ciało tak łatwo mi się poddaje, czerpie przyjemność z mojego dotyku - przy każdym słowie jego oddech odbija się od moich sutków, co wręcz doprowadza mnie na skraj. Kiedy przygryza prawą brodawkę, a lewą ściska w palcach dochodzę. Napinam całe ciało, zagryzam wargę aby nie krzyknąć i nie zdradzić, co dzieje się właśnie w moim łóżku. Poruszam biodrami ocierając się o jego erekcję, czym przedłużam ten zajebisty, rozpieprzający moje ciało orgazm - Od wczoraj uwielbiam ten widok. Mógłbym godzinami patrzeć jak dochodzisz, kwiatuszku - uchylam powieki, moje policzki palą ciepłem, a Justin uśmiecha się i ogarnia kosmyk moich włosów z czoła - Bardzo ładnie, podobało ci się? - przytakuję, nie spuszczam z niego wzroku i wreszcie się rozluźniam - Mam ogromną ochotę w ciebie wejść, ale muszę się zmywać. Odbiorę to sobie, nie obawiaj się - cmoka mnie w czubek nosa, podnosi się i pociąga mnie za dłonie. Cholera, moje nogi są jak z waty - Do zobaczenia, rybko - ujmuje moją twarz w dłonie, patrzy mi w oczy jednak nie dzieje się nic więcej. Po prostu patrzy na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, marszczy brwi i wygląda tak, jakby właśnie się nad czymś zastanawiał - Taka piękna - cmoka ustami, uśmiecha się zniewalająco i wychodzi. Ot tak, zostawiając mnie zdezorientowaną i roztrzęsioną.


Po prysznicu, ogarnięciu się i przebraniu, wreszcie schodzę na dół. Dochodzi dziesiąta, chłopcy siedzą przy kuchennym stole i rozmawiają. Ku mojemu zaskoczeniu, Zayn nadal tutaj jest. Nie podoba mi się to.
- Czyżby do naszego zespołu dołączył kolejny mężczyzna? Musimy zmienić nazwę - przewracam oczami, wyjmuję miseczkę i wsypuję do środka czekoladowe płatki. Raz dwa podgrzewam mleko w mikrofalówce, zalewam je i siadam przy stole - Mogę? Czy przeszkadzam, a to jest kolejna narada za moimi plecami?
- Vi, proszę - Dante kręci głową i patrzy na mnie smutno. Kurwa! Wzdycham ciężko, bo robi mi się go żal - To nie jest narada, zaznajamiamy się z planem domu Ramosa. Też musisz to zrobić, zanim ruszymy.
- Nie, wcale nie muszę tego robić, ponieważ nigdzie się nie wybieram. Życzę wam powodzenia.
- Och, oto i ona. Pierdolona królowa dramatu - James spluwa z kpiną, nie zwracam na niego uwagi i wcinam płatki - Ponoć należysz do Seven, prawda? Teraz postanowiłaś się na nas wypiąć? Jak miło!
- I ty to mówisz? - unoszę głowę i posyłam mu najbardziej beznamiętne spojrzenie, na jakie mnie tylko stać - To właśnie ty gnębiłeś mnie przez sześć lat i co rusz wbijałeś w moje serce kolejną szpilkę. Powtarzałeś, że Seven nie jest dla mnie, traktowałeś jakbym była zbędna, niechciana, bezużyteczna. A jeszcze wczoraj wspomniałeś, że lepiej będzie, jeśli zostanę w domu. Skoro ja jestem królową dramatu, ty jesteś królem.
- Dajcie spokój, dobra? - do rozmowy włącza się Shot i karci nas spojrzeniem - Odkąd Vi do nas trafiła jest w drużynie i odwaliła kawał dobrej roboty, nie jeden raz cholerne ryzykując. Doceń to, James. Jest najmłodsza, ale sprytna, zaradna i mądra. Mam dość twojego pierdolenia, stary. Przekraczasz granicę.
- Zgadzam się - spoglądam na Josha, który uśmiecha się do mnie - Vi jest za dobra, aby spływało na nią takie gówno. Kocham ją jak siostrę, ciebie James jak brata, dlatego boli mnie to, co mówisz.
- Musimy trzymać się razem, bo nigdy nie wiadomo, co wydarzy się kolejnego dnia. Dlatego proponuję zgodzę, James. Vi nic ci nie zrobiła, jest w porządku, a ty rugasz ją na każdym kroku. Ile jeszcze?
- Och, daj spokój, Banger! Teraz nagle wszystkim zebrało wam się na obronę? Poradzi sobie sama.

- Owszem, radzi sobie sama, ale wcale nie musi. Ma nas, a jeśli nadal będziesz tak mielił jęzorem to przysięgam, nie wytrzymam i ci przypierdolę - zaciskam usta na słowa Jacoba. Jest ostatni do bitki.
- Jesteśmy rodziną, mała. Nigdy w to nie wątp, dobrze? - Dante siada obok mnie, przytula do siebie, a mi zbiera się na płacz. Nie należę do płaczliwych dziewczynek, jednak wzruszenie ściska mnie za serce i chce wycisnąć to słone ustrojstwo. Nie dam się, będę dzielna! - Głowa do góry! Wszystko w porządku, Vi?
- Tak, dziękuję - odchylam głowę, a Dante marszczy brwi na widok mojej twarzy. Zapewne wyglądam dość ckliwie, chyba nigdy mnie takiej nie widział - Byłam pewna, że Zayn zajmie moje miejsce.
- Nie obawiaj się, nie jestem dla ciebie żadnym zagrożeniem. Seven nie będzie miało nowego członka, ani nie zastaniesz zastąpiona. Jesteś jedyna w swoim rodzaju, Vivienne. Dante nigdy z ciebie nie zrezygnuje, ma szczęścia, mając u boku taką dziewczynę - o rany! Dlaczego mi to mówi? - Jestem tutaj tylko na pewien czas, ponieważ posiadam większy zespół. Musimy przygotować się do przejęcia dostawy, a przede wszystkim mamy niecały miesiąc na znalezienie tego pieprzonego medalionu. Na pewno jest w jego domu.
- Tsa! Jaka szkoda, że jego kurewski dom ma prawie pięćset metrów kwadratowych. To obłęd.
- Łatwo nie będzie, ale nie mamy innego wyjścia. To nasza ogromna szansa, musimy działać szybko.
- Damy sobie z tym radę, Dante. Jak nie my, to kto? - uśmiecham się do niego i przytulam do ramienia.

Po rozmowie z chłopakami wychodzę przed magazyn, podchodzę do barierki, która zabezpiecza rzekę i owijam się ramionami. Czuję w środku niesamowicie oczyszczającą ulgę, jakby spadł mi z barków ogromny ciężar. Tak dobrze było wyjaśnić sobie to, co siedziało mi w głowie od wczoraj. Może i James nadal będzie dla mnie wredny, ale z tym jestem sobie w stanie poradzić. Najważniejsze, że chłopcy mnie kochają.
- Wróbelku - Josh skrada się za mną, obejmuje i całuje w kark - Wszystko w porządku? Co jest, hmm?
- Nic. Po prostu stoję tutaj i myślę o tym, co się ostatnio działo. O pojawieniu się Zayna, moich wątpliwościach odnośnie Seven, o Justinie, który nagle zwrócił mi w głowie. Jesteś na mnie zły?
- Ja miałbym być na ciebie zły? - pyta zaskoczony, odwraca mnie w swoją stronę i unosi palcem moją głowę. Kocham tego chłopaka na swój własny, pokręcony sposób - Nigdy w życiu, Vi. Nasz układ był jasny, tak? Możesz się pieprzyć z kim chcesz, ja nie mam o to do ciebie żalu. Łączył nasz tylko seks.

- To prawda. Mimo wszystko nie sypiałam z nikim innym i teraz wydaje mi się to być trochę dziwne.
- Przywykniesz, a widać, że Justin tak szybko nie odpuści. Proszę cię tylko o to, abyś uważała, okej?
- Będę, wróbelku. Nie martw się - zarzucam dłonie na jego szyję, staję na palcach i opieram czoło o jego - Bałam się, że będziesz zły, a to zniszczy coś między nami. Cieszę się, że wszystko zostaje po staremu.
- Nie do końca po staremu - och! Odchylam się i patrzę na niego zdezorientowana - No wiesz, skoro spotykasz się z Justinem, na pewno nasz seks odpada, kochanie. Wątpię, aby chciał się tobą dzielić.
- Pieprzyć go, Josh. To ja decyduję z kim będę się bzykać, nie on. Chyba, że ty nie chcesz się dzielić.
- Nie jesteś moją własnością, Vi. Jesteś wolną kobietą, możesz robić to, co chcesz. Uwielbiam cię, wiesz?
- A ja uwielbiam ciebie, Tookie. Zawsze tak będzie, bez względu na wszystko. Jesteś wyjątkowy.
- Przestań już, to ty jesteś wyjątkowa - układam głowę na jego piersi i uśmiecham się szeroko. 


Związuję włosy w kitkę, a dół zostawiam rozpuszczony. Wygładzam dopasowany, biały kombinezon i zacieśniam sznurówki, wyjątkowo dzisiaj, płaskich traperków. To nie jest odpowiednie miejsce na szpilki, poza tym muszę być skupiona i zwinna niczym pantera. Czas nas goni, akcja musi pójść sprawnie i bez problemów. Mimo to i tak biorę moją czerwoną, wyjątkową broń i wsuwam za szlufkę. 
Kiedy schodzę na dół chłopcy są już gotowi. Zayn patrzy na mnie jak zahipnotyzowany, oblizuje usta i posyła mi chytry uśmieszek. Nie zwracam na niego większej uwagi, opuszczamy magazyn, wsiadamy do furgonetki i jedziemy w stronę domu człowieka, który jest przepustką do ogromnych pieniędzy.






******************************************
Hello :)
Na wstępnie dziękuję tym, którzy odpowiedzieli na pytanie, w jakie dni chcecie rozdziały.
Więc! Będę dodawać w każdy piątek, ale zapewne zdarzy się i w środku tygodnia, o tak! Więc czuwajcie, bo na pewno nie raz was rozdziałem zaskoczę ;)
Ja nadal piszę, jestem już tak daaaaaaaaaaaaaaaleko i dzisiaj wróciłam do początku. Ach! Ciekawa jestem, jak spodoba wam się ciąg dalszy 😈

Pisałyście, że akcja seksu szybko poszła. Cóż, Vivienne jest inna niż moje pozostałe bohaterki. Jest szalona, zwariowana i żyje chwilą. Jay ją pociąga, więc po co czekać?
Dla niej to "tylko" seks 😉

A w następnym... ach, komplikacje, komplikacje, komplikacje.
Będzie się działo!

Dziękuję, że jesteście! 💜
Całuję
Kasia





piątek, 2 lutego 2018

Rozdział piąty

Po zakupach jadę do naszego magazynu. Chłopcy organizują miejsce i przygotowują się na dostawę, która ma dotrzeć do portu za niecały miesiąc. Mimo tego, iż każdy uważał Ramosa za pionka w tym biznesie, on jedyny ustawił dostawę z pieprzonej Japonii. Musiał mieć świetne znajomości, skoro jakimś cudem towar zajebistej jakości trafił w jego ręce. Niestety z tym wiążą się dodatkowe problemy, ponieważ inni dilerzy zapewne chcieliby coś z tego uszczknąć. Jestem pewna, że na razie żadne wieści nie rozniosły się po mieście, skoro na temat dostawy wiemy tylko my. Jeśli ktoś puści farbę, rozpęta się prawdziwe piekło!
W notesie Ramosa znaleźliśmy numer telefonu, pod który zadzwonił Dante. Dowiedzieliśmy się, kto może odebrać towar i nieco zrzedły nam miny. Może to zrobić osoba, która posiada złoty medalik, a to nieco skomplikowało sprawę. Przeszukaliśmy cały magazyn, a po medaliku ani śladu. Tak naprawdę mógł być kurwa wszędzie! Mimo, iż przygotowywaliśmy się na dostawę, gówno mogło nam z tego wyjść.
- Cześć, chłopcy - wchodzę do środka, a wszystkie głowy przekręcają się w moją stronę. W tym głowa pieprzonego Zayna! Ma tempo, skurczybyk. Jeszcze dwie godziny temu widziałam go w galerii - A co on tutaj robi, huh? - spoglądam na Dantego, który drapie się w kark. Świetnie! Już wiem, że coś się kroi.
- Postanowiliśmy połączyć siły z Zaynem - no chyba sobie kurwa kpi! - Musimy znaleźć medalion, Vi.
- Wiem o tym! Naprawdę uważasz, że nie poradzimy sobie sami? Powiedziałeś, że nie chcesz robić z nim żadnych interesów, prawda? Dlaczego tak nagle zmieniłeś zdanie? W ogóle ufasz mu, Dante?

- Vi - wzdycha ciężko, podnosi tyłek i podchodzi do mnie - Znamy się kupę lat, dawniej robiliśmy interesy i dobrze nam się współpracowało. Zaszło między nami nieporozumienie i pożegnaliśmy się. Może to dobry moment, aby się pogodzić? - patrzę na niego z niedowierzaniem. Ma zamiar dopuścić do go Seven?!
- Nie wierzę, że chcesz to zrobić. Nikogo nie potrzebujemy, Dante! On może coś kombinować.
- Nie martw się, słoneczko. Wiemy, co robimy - James puszcza mi oczko, a jego zachowanie mnie irytuje. Myśli, że nic nie znaczę w zespole, że jestem niepotrzebna! - Idź na zakupy albo do kosmetyczki.
- Pierdol się, James! - wydzieram się, a moje ciśnienie niebezpiecznie podjeżdża do góry - Przestań traktować mnie tak, jak swoją panienkę, która ma pusto w głowie! - zwijam dłonie w pięści, a moje słowa go wkurzają. Nie moja wina, że przygruchał sobie piękną blondynkę, która napieprza o babskich sprawach, makijażu i co rusz nowych zakupach. Dostaję pierdolca na sam dźwięk jej skrzeczącego głosu. Jak dobrze, że ostatnio nas nie odwiedza - Doskonale wiesz, że nie jestem taka jak ona i nigdy nie będę. Jestem w Seven od sześciu lat, a ty wciąż pierdolisz jedno i to samo. Zmień płytę, jest kurewsko nudna!
- Ależ macie obok siebie skarb, panowie - Zayn podchodzi do mnie i Dantego, przechyla głowę i przygląda mi się z zainteresowaniem - Już ostatnio zrobiłaś na mnie wrażenie, kiedy celowałaś we mnie bronią. Jesteś odważna - chwileczkę! Czy Justin nie powiedział mi dokładnie tego samego? Co oni mają kurwa z tym zainteresowaniem? - Mam nadzieję, że zabierzemy ją ze sobą na jutrzejszą akcję? - spogląda na Dantego, a moje serce zaciska niewidzialna pięść. To znaczy, że mój przyjaciel nie brał tego pod uwagę?
- O czym on mówi? Oświecisz mnie? - zakładam ręce na piersiach i czekam na to, co ma mi do powiedzenia.
- Doszliśmy do wniosku, że medalion może być w domu Ramosa. Jutro w nocy wybieramy się tam, aby go przeszukać. Rockstar pracuje nad złamaniem alarmu, zaczynamy punkt dwudziesta druga.
- Dlaczego mówisz mi o tym dopiero teraz? Dlaczego on wie o tym wcześniej niż ja, a nie należy do Seven?
- Nie denerwuj się, Vi. Nie było cię, a to właśnie Zayn wpadł na ten pomysł. Będzie z nami współpracował.
- Najlepiej będzie, jak zostaniesz w domu - głos Jamesa wbija we mnie milion szpilek, ledwo nad sobą panuję i sama nie wiem, czy chcę go zabić, czy wybuchnąć płaczem. Nie uroniłam łzy od sześciu lat.
- Zabiłam sześć osób, brałam udział w każdej akcji, a ty mówisz, że najlepiej będzie jeśli zostanę w domu? - patrzę mu w oczy, a moje spojrzenie jest obojętne, wyprane z wszelkich emocji. Czuję się obco, jakbym już nie należała do grupy, której oddałam całą siebie. Zapada idealna cisza, wszyscy patrzą wprost na mnie, a ja słyszę jedynie swój przyśpieszony oddech i roztrzaskujące się na kawałki serce.
- Vivi, decyzja należy do ciebie. Możesz pójść z nami, jesteś częścią zespołu. James pieprzy od rzeczy.
Musisz zamieniłeś na możesz, Dante. Zabolało - szepczę, odwracam się na pięcie i opuszczam magazyn.


Resztę dnia spędzam we własnym łóżku, co nie jest do mnie podobne. Przeważnie ciężko jest mi usiedzieć w jednym miejscu zbyt długo, ale dzisiaj to co innego. Rozmowa w magazynie zasiała we mnie mnóstwo wątpliwości i pierwszy raz naprawdę poczułam się poza zespołem. Bezsensowne gadanie Jamesa starałam się olewać, ale oni już poszli o krok dalej. Wystarczyło, że na horyzoncie pojawił się Zayn, a ja zostałam pominięta. Zbiera mi się na płacz, powstrzymuję go jak tylko mogę i podnoszę się z łóżka. W łazience zrzucam z siebie ciuchy, wchodzę do kabiny i odkręcam kurek z gorącą wodą. Parzy moje biedne ciało, ale potrzebuję jakiegoś bodźca, aby poczuć cokolwiek. Moja jedyna rodzina odwróciła się dzisiaj ode mnie. Dawniej musiałam być na każdej akcji, teraz mogę być. Co za pierdolona łaska, której nie potrzebuję! Pieprzę ich akcje, skoro mnie nie chcą, nie mam zamiaru nigdy więcej się angażować.
- Wróbelku - podskakuję na dochodzący z tyłu głos Josha. Owija ramiona wokół mojego ciała, podpiera brodę na czubku mojej głowy i delikatnie kołysze na boki - Nie gniewaj się na nas, Vi. Źle to wszystko zrozumiałaś. Zayn jest nam potrzebny, ma więcej ludzi których potrzebujemy do dostawy.
- Nie mów mi o tym, Josh. Nie chcę nic wiedzieć - uwalniam się z jego uścisku, opuszczam kabinę, chwytam ręcznik i wchodzę do pokoju. Skoro potrzebują Zayna, gówno mi do tego. 


O dwudziestej zadzwonił mój telefon. Byłam zaskoczona, kiedy na wyświetlaczu ujrzałam nieznany numer, jednak odebrałam z ciekawości. Jak się okazało, był to Justin, który zaprosił mnie dzisiaj na kręgle. Ponownie zaskoczył mnie zdobywając mój numer telefonu i idealnie wstrzelił się w czasie. Miałam ochotę opuścić to miejsce, napić się drinka i wyłączyć myślenie. Nadal byłam zła, rozczarowana i odtrącona. Nigdy, przenigdy nie knuli za moimi plecami, a ważne sprawy omawialiśmy całą siódemką. Jak widać pewne rzeczy się zmieniają i może Zayn zajmie moje miejsce? Powinnam się na to przygotować.
- Vi? - głos Dantego zatrzymuje mnie na dole. Od dzisiejszej wizyty w magazynie panuje w domu dziwny klimat oraz napięcie - Porozmawiaj ze mną, proszę. Co ja takiego znowu zrobiłem, huh?
- Nic, Dante. Właśnie chodzi o to, że nic nie zrobiłeś. James pieprzył głupoty, a ty po prostu stałeś.
- Poważnie? Może miałem rzucić się na niego z pięściami, co? Obiecałaś, że olejesz jego pierdolenie.
- Olewałam, jednak stało się coś, czego nie oczekiwałam. Spotkaliście się z Zaynem za moimi plecami, a potem radośnie oświadczasz, że mogę - robię cudzysłów z palców, aby zrozumiał aluzję - Pójść z wami na akcję. Zabawne, wiesz? Dawniej obecność była obowiązkowa, teraz łaskawie mogę pójść. Dziękuję ci.
- To nie tak, Vi. Po prostu usiądźmy i porozmawiajmy, dobrze? Chcę ci to wszystko wyjaśnić, mała.
- Jestem umówiona. Nie mam ochoty wysłuchiwać ani ciebie, ani tego zjeba - spoglądam na Jamesa, który morduje mnie spojrzeniem - Róbcie co chcecie - wzruszam ramionami, chwytam za klamkę, a po domu roznosi się dźwięk dzwonka. Otwieram drzwi, a naszym oczom ukazuje się uśmiechnięty od ucha do ucha Justin. Wygląda obłędnie w jeansach, białym t-shircie i czarnej, skórzanej kurtce. To zupełnie coś innego niż wczorajszy garnitur - Hej - oblizuję usta, robię dwa kroki i staję na palcach, po czym składam buziaka na jego policzku. Natychmiast obejmuje mnie w talii i jeszcze bliżej mnie do siebie przyciąga.
- Witaj, rybko - szepcze do mojego ucha, całuje płatek i zapewne wpatruje się w chłopców.
- To są chyba jakieś jaja - James prycha z kpiną, słyszę jego kroki, odrywam się od Justina i odwracam - Zostaw ją, Jay. Ona nie ma z tym nic wspólnego, dlaczego do chuja upatrzyłeś sobie akurat ją, co?
- Wyluzuj, James. Lubię Vi, to chyba nie powinno cię dziwić? Jest piękna, zabawna i urocza. Spędzanie z nią czasu to czysta przyjemność, nie musisz się martwić. Doskonale wiesz, że jest ze mną bezpieczna.
- Gdybym cię nie znał, może i bym uwierzył. Niestety jesteśmy rodziną i wiem, do czego jesteś zdolny.
- Jestem zdolny do tych samych rzeczy, co ty kuzynie. Nie zrobię jej krzywdy, jest interesującą kobietą.
- To dziecko, stary! - James zwija dłonie w pięści, a to słowo działa na mnie niczym płachta na byka. Moje ciało napina się jak struna, ruszam w jego stronę, jednak Justin chwyta mnie w talii i dociska do swojego torsu. Niech cię szlag! - Obyś lubił ostre panienki, ona może wydłubać ci oczy we śnie. Bądź ostrożny.
- Dziękuję za ostrzeżenie, ale wątpię, abym sprowokował ją do tego kroku. Nie umiesz postępować z kobietami, James. Kogoś takiego jak Vivienne się kocha, nie miesza z błotem - orzesz w mordę!
- Vi, chodź do mnie - Dante wystawia dłoń, Justin mnie puszcza i bez wahania do niego podchodzę. Przytula mnie do siebie, wsuwa nos w moje włosy, a serce podchodzi mi do gardła. Nienawidzę się z nim kłócić, moje wyrzuty sumienia pracują na najwyższych obrotach i jest mi przykro, nawet, jeśli to on dał dupy - Uważaj na siebie, proszę. Wróć o przyzwoitej godzinie. Chcę z tobą porozmawiać - cmokam go w policzek, chwytam Justina za rękę i opuszczamy magazyn. 


Przez całą drogę panuje między nami cisza. Wpatruję się w okno, uciekam myślami gdzieś daleko byle tylko nie dołować się Zaynem, Jamesem i tym całym zamieszaniem. Przez te lata dokuczał mi, docinał, jednak teraz przechodzi samego siebie, a ja mam tego po prostu dość. Jestem nim zmęczona.
Dłoń, która zaciska się na moim udzie wyrywa mnie z myśli. Przekręcam głowę i spotykam oczy Justina.
- Odkąd wsiadłaś do mojego samochodu nie odezwałaś się słowem, rybko. Powiesz, o co chodzi?
- O nic wielkiego, mam gorszy dzień - wysilam się na uśmiech, odpinam pas i wychodzę z samochodu.
- Marna z ciebie kłamczucha - prycha rozbawiony, wciska przycisk na pilocie i wystawia dłoń. Czeka, aż do niego podejdę i zaczynam zastanawiać się, skąd u niego takie czułe gesty względem mojej osoby. Przecież widzimy się zaledwie trzeci raz, a on od początku mi "rybkuje". Co za koleś - No chodź, Vi - niecierpliwi się, podchodzę i wsuwam dłoń w jego. Prowadzi nas do środka, zajmuje się rezerwacją toru, a ja obserwuję ludzi, którzy już grają. Cholera, jestem słaba w kręgle i z pewnością będzie miał ze mnie trochę śmiechu - Gotowe. Proszę - wręcza mi te śmieszne buciki, spoglądam w dół i wbijam wzrok w moje szpilki - Musisz się poświęcić - mruga okiem, układa dłoń w dole moich pleców i prowadzi na tor numer siedem. Cóż za zbieg okoliczności - Może mały zakładzik, hmm? - unosi brew i patrzy na mnie pewny siebie.
- Wolę się nie zakładać, bo i tak przegram. Jak zbiję chociaż kilka słupków to będzie ogromny wyczyn.
- No nie bądź taka - obejmuje mnie w talii, dociska do siebie i posyła mi ten swój rozbrajający uśmieszek.
- Mogę założyć się pod warunkiem, że będzie to jakaś bzdura, Jay. Wybij sobie z głowy coś poważnego.
- Dobra! Jeśli przegrasz, pojedziemy do mojego klubu, schlejemy się i będziemy imprezować całą noc.
- Spoko, stoi - wystawiam dłoń, ściska ją i wygraną ma już w kieszeni. On doskonale o tym wie.

Zabawa jest świetna. Mimo tego, że przegrywam, jestem totalnie do bani i tak bawię się wyśmienicie. Zapominam o wszystkich zmartwieniach, wciąż się śmieje i podziwiam Justina, który jest mistrzem. Bije mnie na głowę, jednak nie wyśmiewa się ze mnie, wręcz przeciwnie, tłumaczy i pokazuje, jak powinnam uderzać. Przez to przytula się do mnie od tyłu, a jego zapach oraz bliskość uderzają mi do głowy. Dziwnie na niego reaguję, a to może sprowadzić na mnie kłopoty. Jest przystojny, seksowny, męski, a ja uwielbiam taki typ mężczyzn. W dodatku dzieli nas spora różnica wieku, a jemu to nie przeszkadza. Podoba mi się ten facet, chociaż zapewne igram z ogniem. James nie piekliłby się, gdyby nie miał do tego powodu.

Kończymy zabawę o dwudziestej drugiej. Jedziemy do jego klubu, wbijamy do strefy VIP i zaczynamy przygodę z procentami. Nie dziwi mnie nawet to, że na stole pojawia się moja ulubiona odmiana whisky.
- Do dna! - Jay stuka szklaneczką w moją, wychylamy wszystko na raz aż się krzywię. Nie przepadam za czystą whisky, ale Justin twierdzi, że dolewanie pepsi to grzech. Więc piję kolejkę za kolejką, a po czterech razach przyjemnie szumi mi w głowie. Lubię ten stan, ciało odpręża się, znika napięcie, a mózg wyłącza pewne funkcje. Te, które nie są teraz potrzebne - Zatańczysz ze mną? - uśmiecham się, podrywam z miejsca i ciągnę go na parkiet. Zostawiam go na chwilkę, czmycham do DJ'a i proszę ładnie, aby puścił mój ulubiony kawałek, który działa na mnie wyjątkowo. Wystawia kciuk ku górze, wracam do Justina, a na cały klub rozbrzmiewa Post Malone i jego zajebiste Rockstar. Wykorzystuję swoje taneczne umiejętności, ocieram się o Justina, kuszę go, zmysłowo poruszam biodrami i śpiewam na całe gardło. Obserwuje mnie jak zahipnotyzowany, przechodzę na tył, przytulam się do jego umięśnionych pleców i zsuwam w dół, a kiedy podnoszę się, dociskam pupę do jego tyłka. Czuję, jak się spina, chwyta mnie za ramię i gwałtownie przyciska do swojego torsu, unosząc moją nogę i przyciskając do swojego biodra. Dopiero teraz widzę w jego spojrzeniu ogromne podniecenie, wyczuwam przyśpieszony oddech i podziwiam jego zaciśniętą szczękę. Wygląda obłędnie, aż nabieram na niego ochoty - Pocałuj mnie - nie słyszę jego głosu, wyczytuję to z ruchu jego warg. Oblizuję usta, układam dłoń na jego karku i przysuwam go do siebie. Bez wahania wpycham język w jego usta, odnajduję jego, a wokół mnie wybuchają miliony świateł. Emocje wręcz duszą mnie w środku, podniecenie uderza do głowy, a jego usta? O mój boże! Jego usta smakują tak dobrze, są nachalne, chciwe, władcze. Pragnęłam tego od wczoraj, kiedy odsunął się zbyt wcześnie i pozostawił jedynie rozczarowanie. Teraz mogę wziąć dla siebie wszystko, robię to i wręcz pożeramy się na środku parkietu, w towarzystwie innych ludzi, którzy wirują wokół nas. Dla mnie jednak liczy się tylko on, jego dłonie, które zaciska na moim tyłku, unosi mnie i owija je sobie wokół bioder. Nie wiem, jakim cudem udaje mu się opuścić parkiet, ale idzie przed siebie nawet nie na moment nie rozłączając naszych ust. A potem wszystko dzieje się jak w przyśpieszonym tempie. Dociska mnie do ściany w pustym korytarzu, na którym świecą się jedynie czerwone halogeny potęgując zmysłowy nastrój. Podsuwa moją krótką spódnicę, odchyla materiał bielizny i pieści mnie, a z moich ust uciekają bezwstydne jęki. Mój mózg ucina sobie drzemkę, nie zapala ostrzegawczej lampki i przez to chcę więcej. Więcej jego! - Pragnę cię, Vivienne. Będę pieprzył cię przy tej ścianie, teraz. Pozwolisz mi? - przytakuję głową, gryzę jego dolną wargę i pociągam mocno. Syczy przez zęby, rozpina guzik w jeansach, rozsuwa rozporek i zsuwa je nieco w dół. Niecierpliwię się, kiedy grzebie się z zabezpieczeniem, całuję go, zaciskam pięści na jego włosach aż wyduszam z niego upragniony przeze mnie cichutki, diabelnie podniecający jęk. Jestem tak bardzo podniecona, pragnę go poczuć, odlecieć, zwariować - Jesteś taka piękna - szepcze w moje usta, chwyta moje pośladki i unosi. Ponownie owijam je wokół jego bioder, odchyla się nieco i wbija we mnie mocnym ruchem, aż muszę krzyknąć. Nie jest delikatny, czuły czy romantyczny, wręcz przeciwnie, jego ruchy są pewne, głębokie, doprowadzające mnie do orgazmu. Czuję go, jak pełza po moim kręgosłupie, spływa w dół brzucha i kumuluje się w tym małym, zdradzieckim punkciku - Kurwa, jesteś taka fajna w środku - dyszy ciężko, jedną dłonią rozrywa moją bluzkę, dopada do stanika i szarpie go w dół. Kiedy przysysa się do sutka, zamiera i oddala mój orgazm. Nie, proszę! - C-coś ty zrobiła? - z niedowierzaniem wpatruje się w kolczyki w moich sutkach, bawi się nimi, a na jego usta wypełza leniwy, seksowny uśmieszek - Jasna cholera! Widzę coś takiego po raz pierwszy! Nawet nie masz pojęcia, jak piekielnie to na mnie działa, maleńka - ponownie znęca się na sutkiem, czuję, jak drażni kolczyk językiem czym doprowadza mnie do szaleństwa - Przenieśmy się - odrywa moje plecy od ściany, przy każdym kroku porusza się we mnie, jęczę przeciągle i pragnę spełnienia - Moje biuro będzie w sam raz - otwiera drzwi, zamyka je na klucz i sadza mnie na biurku. Wszystko zaczyna się od nowa, zdejmuje ze mnie bluzkę, rozpina stanik i pieści moje piersi, wzbijając się we mnie raz za razem - Jesteś wyjątkowa - zaciska palce na moich biodrach, odchylam głowę w tył i przytrzymuję się brzegu biurka - Chcę cię mieć dla siebie, rybko. I będę miał - posuwa mnie bezlitośnie, dobija głęboko doprowadzając mnie do orgazmu, jakiego nigdy wcześniej nie czułam.






**************************************
Hi!
Ktoś pisał w komentarzach, ze za mało Justina. Więc proszę! :D
Ps. W jakie dni chcecie rozdziały?