piątek, 30 marca 2018

Rozdział osiemnasty


Vi POV:

Zapada niezręczna cisza, zabieram dłoń i wsuwam do kieszeni płaszcza. Sytuacja jest wręcz komiczna i żenująca jak diabli. Nie dowierzam, że dałam się w to wszystko wciągnąć i nie dość, że udaję przed jego matką przyszłą pannę młodą, to w dodatku właśnie stoję naprzeciwko jego byłej narzeczonej. Co to ma być?! Ukryta kamera? Ktoś robi sobie kiepskie żarty, aby sprawdzić moją reakcję? Pierdolona komedia!

- Jedziemy? Jestem zmęczona - burczę do Justina, który karci mnie spojrzeniem. Mam ochotę przewrócić oczami i po prostu wyjść. Mam dość - Do widzenia, Pani Morgan. Dziękuję za kawę i pyszną szarlotkę. Karherina, miło było cię poznać - wysilam się na kiepski uśmiech, otwieram drzwi i opuszczam dom.
Oddycham świeżym powietrzem, które koi moje zszargane nerwy, opieram plecy o drzwi samochodu i obserwuję Justina, który stoi w progu i rozmawia ze swoją ex. W moim brzuchu właśnie rozpoczyna się jakaś rewolucja, flaki się zaciskają, a serce dziwne kuje. Nie podoba mi się widok przede mną, to, jak na nią patrzy, fakt, że była jego narzeczoną. Nic mi się kurwa nie podoba, ale nie mam prawa się wtrącać. On nie należy do mnie, ani ja nie należę do niego. Czas się z tego wymiksować, o ile jestem jeszcze w stanie to zrobić. Potem może być zdecydowanie trudniej, a jestem pewna, że z każdym dniem coraz bardziej.
- Rybko, wsiadaj - wzdrygam się na głos Justina, który stoi przede mną - Zamyśliłaś się. Wszystko dobrze?
- Tak - odpowiadam obojętnie, wskakuję na miejsce pasażera, zapinam pas i ciaśniej otulam się płaszczem.
- Mam wrażenie, że jesteś na mnie zła - uruchamia silnik, wyjeżdża z podjazdu i macha w stronę dwóch kobiet, które stoją w progu. Krew mnie zalewa, jednak nie komentuję tego, odwracam wzrok w stronę szyby i zamykam oczy - Vivienne, porozmawiaj ze mną. Nie zamykaj się przede mną, bo coś nie gra.
- Nie wiem, czy mam ochotę na jakąkolwiek rozmowę. Miej pewność, że więcej nie będę uczestniczyć w tym przedstawieniu i lepiej, żebyś już teraz przyjął to do wiadomości. Nie przyjadę więcej do twojej matki, a tym bardziej za ciebie nie wyjdę. Po co robisz jej kocioł w głowie, huh? Będzie rozczarowana.
- Nie rozmawiajmy na temat ślubu, kwiatuszku. Nie zawracaj sobie tym swojej ślicznej główki, okej?
- Okej, ale nie miej do mnie żalu, jeśli w niedzielę nie pojawię się na obiadku. I na deserze z twoją ex.
- Nie wiedziałem, że mama ją zaprosiła. Byłem zaskoczony jej widokiem równie mocno, jak ty, kotku.

- Kotku? - krzywię się, jakby ktoś wmusił we mnie cytrynę - Nie nazywaj mnie tak, Jay. To ckliwe gówno.
- Jezu, cóż cię dzisiaj ugryzło, hmm? Nic ci nie pasuje, przy herbacie byłaś spięta jak cholera. Co jest?

- Naprawdę mnie o to pytasz? - przekręcam głowę i wlepiam wzrok w jego profil. Wygląda na szczerze zaskoczonego, czego nie rozumiem - Nie podoba mi się to, w co chcesz mnie wciągnąć. Grasz przed swoją matką, opowiadasz o zaręczynach, ślubie i tych słodkich bzdetach, a nic z tego nie jest prawdą. To ściema! Dlaczego więc brniesz w ślub, skoro do niego nie dojdzie, huh? Nie wyjdę za ciebie. Ani teraz, ani potem.
- Powiedziałem ci, że nie będziemy rozmawiać teraz na ten temat. Przyjdzie na to odpowiedni czas.
- Nie, nie przyjdzie. Wbij sobie do głowy, że żadnego ślubu nie będzie i koniec kropka. Jeśli chcesz się żenić, leć do swojej ex narzeczonej. Chyba wciąż cię lubi, co? Wręcz nie mogła oderwać od ciebie wzroku.
- Katherina to przeszłość, Vi. Byliśmy razem, kiedy mieliśmy po dwadzieścia lat, a nasi rodzice chcieli zmusić nas do małżeństwa. Nie kochałem jej, chociaż ona zakochała się we mnie. Mam ją gdzieś.
- Zastanów się jeszcze. Mnie przed ołtarz nie zaciągniesz, a twoja matka chyba jednak liczy na ślub, prawda? Po prostu podmień narzeczoną, a na pewno będzie zachwycona. To widać, że ją uwielbia.
- Przestań! - podnosi głos, aż podskakuję. Zatrzymuje się na czerwonym świetle, odwraca się i chwyta moją szczękę, zbyt mocno wbijając w nią palce - Powiedziałem, że Katherina gówno mnie obchodzi! Chcę ciebie, tylko ciebie! Jesteś moją kobietą, więc dlaczego pierdolisz mi o mojej ex narzeczonej, huh?!
- Nie jestem twoją kobietą, Jay. Przestań sobie to kurwa wmawiać, dobrze? To tylko seks, nic więcej!
- Seks?! Tylko seks?! Chyba sobie kpisz, rybko. Nie widzisz, że mi na tobie zależy?! Jesteś kurwa ślepa?

- Ktoś trąbi - przewraca oczami, niechętnie się ode mnie odrywa i rusza z piskiem opon. W samochodzie zapada cisza, on skupia uwagę na drodze, a ja rozmyślam o tym, co przed chwilą wykrzyczał mi w twarz. Mimo tego, iż znamy się ledwo trzy tygodnie spędzamy ze sobą naprawdę dużo czasu. Nie było dnia, abyśmy nie widzieli się chociaż na chwilę. Powinno mnie to cieszyć, czy martwić? Przecież postanowiłam się od niego odseparować, zerwać naszą znajomość zanim wywinie mi numer pod tytułem "ślub". A Jay miewa naprawdę popierdolone pomysły - Odwieź mnie proszę do domu. Muszę pobyć sama ze sobą.

Przesypiam resztę drogi. Budzi mnie ruch, moje ciało unosi się i po chwili robi mi się przyjemnie ciepło. Nie mam siły otworzyć oczu, mimo upływu czasu bark nadal mi dokuczał, chociaż rana ładnie się zrosła i nieco wygoiła. Ból pozostał i zaczynał grać mi na nerwach. Miałam go już po dziurki w nosie!


O dziesiątej schodzę na dół. Narzucam na siebie jedynie biały podkoszulek Justina, ziewam przeciągle i przecieram oczy. Nie jestem zaskoczona, że przywiózł mnie do siebie. Przecież nigdy mnie nie słucha i zawsze stawia na swoim. Doprowadza mnie tym do pieprzonego szaleństwa, a ja tak bardzo nienawidzę, kiedy ktoś decyduje za mnie, próbuje wpłynąć na moje zdanie bądź wyklucza mnie z akcji. Jay chyba o tym zapomina i mam wrażenie, że próbuje zrobić ze mnie potulną, grzeczną dziewczynkę. Źle trafił.
- Vivienne - przekręcam głowę i spotykam rozbawione spojrzenie Nathana. Naciągam koszulkę nieco niżej, chociaż gówno to daje. Kapituluję, niech napatrzy się na moją dupę, a co tam! - Justina nie ma, musiał załatwić coś pilnego, ale niebawem powinien wrócić. Kazał zjeść ci śniadanie, gosposia je przygotowała.
- Kazać to on sobie może, wiesz? Poza tym od kiedy w tym domu jest gosposia? To ci dopiero nowość.
- Maria pracuje dla Justina od sześciu lat, złociutka. Bywa tutaj wtedy, kiedy on sam sobie tego życzy.
- Jezu, cóż za nonszalancja - prycham pod nosem, wskakuję na wysokie, barowe krzesełko i przyglądam się posiłkowi. Wow! Blat zastawiony jest tostami, grzankami z miodem i dżemem, owsianką z owocami, jajecznicą i małymi, słodkimi kanapeczkami - Nie powiem, postarała się. Mogę się z tobą podzielić, chcesz?
- Nie, dziękuję. Jadłem już dzisiaj, ale to miłe z twojej strony. Jesteś urocza, wiesz? Zupełnie inna, niż kobiety, które swego czasu pieprzył mój szef - wsuwam do ust słodką truskawkę i przyglądam mu się z zainteresowaniem. Jest przystojny i młody - Masz charakterek, jesteś zadziorna i pyskata, a Justin nigdy nie pozwalał, aby kobieta odezwała się do niego bez szacunku. Musisz być naprawdę wyjątkowa.
- Wyjątkowa? Wątpię. Jestem jedną z wielu, Nathan. Pieprzymy się, spędzamy razem czas. Nie ma sensu doszukiwać się w tym czegoś głębszego. Poza tym to nie tak, że odzywam się do niego bez szacunku. Szanuję go, to, co robi, ale nie pozwolę, aby mną rządził. To moje życie i ja o nim decyduję. Proste.
- Ostra z ciebie sztuka. Chyba to go tak w sobie kurewsko kręci, skoro nadal cię przy sobie trzyma.
- Hamuj się, kolego - zaciskam szczękę, a jego słowa uruchamiają we mnie mechanizm obronny - On nie trzyma mnie przy sobie, jestem tutaj ponieważ tego chcę. Jeśli zmienię zdanie, wymiksuję się.
- Tak ci się tylko wydaje. Weszłaś w to po samą szyję, on nie pozwoli ci odejść. Na to jest już za późno.
- Pierdolisz, aż nie mogę cię słuchać - zeskakuję z krzesła, biegnę na górę i wsuwam na dupę jeansy, na górę stanik i czarną bluzeczkę z dekoltem w kształcie litery V. Na nogi zakładam czarne szpilki zapinane na kostce i chwytam przewieszoną przez oparcie krzesła kurtkę. Kiedy schodzę na dół Nathan stoi w holu, opiera się o ścianę i uśmiecha zadziornie - Pożyczę sobie jeden z jego samochodów. Później go sobie odbierze - biorę torebkę z komody, opuszczam dom, a Nathan kroczy za mną jak cień - Coś jeszcze?
- Justin kazał mi mieć na ciebie oko, złociutka. Nie mogę pozwolić ci wyjść aż do jego powrotu.
- Wy faceci jesteście kurwa tacy zabawni - prycham z kpiną, odsuwam kosmyk włosów i podchodzę do niego, seksownie oblizując usta - Myślicie, że każda kobieta to potulny baranek, który schyli głowę pod wpływem waszego groźnego tonu lub spojrzenia. Nie boję się ani ciebie, ani jego, Nathan. I uwierz mi, jeśli chcę stąd wyjść, to kurwa wyjdę - syczę przez zęby, odwracam się i zmierzam w kierunku pięknego, czerwonego, odpicowanego Nissana. Ależ fura! Nie ukrywam, Justin ma naprawdę świetny gust.
- Nie mogę ci na to pozwolić, Vi. Wybacz - słyszę za sobą kroki, doskonale wiem, co się święci więc odruchowo sięgam do torebki. Kiedy tylko chwyta moje ramię, wyjmuję spluwę, odwracam się i mierzę prosto w niego - Co ty odpierdalasz?! - puszcza mnie, wystawia ręce przed siebie i robi krok w tył.
- Powiedziałam, że chce wyjść. I właśnie wychodzę - uśmiecham się, mrugam okiem i tyłem podchodzę do samochodu - Powiedz Justinowi, żeby się nie wkurwiał, ponieważ jestem dużą dziewczynką, która robi to, co jej się podoba. Ciao, skarbie - cmokam w powietrzu, wsiadam do środka i uruchamiam silnik, który jest melodią dla moich uszu. Opuszczam posiadłość Justina, kierując się prosto do domu.

Kiedy tylko przekraczam próg naszego magazynu wyczuwam napiętą atmosferę. Chłopcy rozmawiając dość głośno, przekrzykują się i gestykulują rękami. Cholera! Co wydarzyło się tym razem?! Zero spokoju.
- Hej - siadam obok Bangera na kanapie i przesuwam wzrokiem po każdym - Dlaczego się wydzieracie?
- Daj spokój, mamy kapusia na mieście - och! Nie dobrze - Papla jęzorem i rozpowiada o towarze.
- Że co?! - zrywam się na równe nogi, nerwowo przeczując włosy - Jakim prawem?! Trzeba się go pozbyć!

- I właśnie o to trwa dyskusja. Jedni twierdzą, że to niepotrzebne posunięcie, a drudzy, że to konieczne.
- Oczywiście, że to konieczne! Im więcej osób dowie się o dostawie tym gorzej dla nas! To kwestia czasu,
a rozpowie również o medalionie który mamy! Co wtedy?! Zleci się tutaj armia i rozpęta się piekło!
- Mam dokładnie takie samo zdanie - Dante przeciera twarz rękami i spogląda na Rockstara oraz Josha - Ale dwóch naszych kolegów twierdzi, że trzeba go jedynie nastraszyć, to wystarczy. Co o tym myślisz, Vi?
- Myślę, że to pojebany pomysł. To tak nie działa, straszenie nigdy nie przyniosło rezultatu, wręcz przeciwnie. Nie ma sensu się z nim bawić, skoro nie potrafi zamknąć japy! Od zawsze tak właśnie postępowaliśmy, nie cackaliśmy się z takimi. Dlaczego tym razem chcecie się litować? O co chodzi?
- To mój kumpel, Vivi - Rockstar wzdycha ciężko kręcąc głową - Pracuje dla nas naprawdę długo, był lojalny, ale coś mu nagle odpierdoliło. Nie wiem, dlaczego rozpowiada o dostawie. Nie kumam tego!
- Widocznie ktoś coś mu obiecał, skoro odwrócił się od nas. To oznacza, że nie jest już twoim kumplem.
- Dobra, jebać to! Róbcie co chcecie, okej? Ale ja tam nie pojadę i nie pociągnę za spust. Nie ma mowy!
- Nikt tego od ciebie nie wymaga - kucam przed nim, biorę jego głowę w dłonie i posyłam lekki uśmiech - Zdradził nas, przeszedł na stronę kogoś, kto zapewne zechce nam zaszkodzić. Musimy chronić siebie i dostawę, Jacob. Rozumiesz to, prawda? - przytakuje głową, rozluźnia się i pstryka palcem w mój nos.


Do magazynu w którym zaszył się ten zdrajca jadę jedynie z Zayn'em, którego wyznaczył Dante. Nie rozumiem tego za cholerę i wcale mi się to nie podoba. Nie ufam mu, podchodzę do niego z ogromnym dystansem i nie mam zamiaru się z nim zaprzyjaźniać, czego nie mogę powiedzieć o Dantem. Widać, że go lubi, ufa mu i traci czujność. Zayn nie należy do Seven, tym samym nie powinien znać naszych planów.
- Uważaj na siebie i nie rób nic pod wpływem złości, jasne? - karci mnie jak małe dziecko, czym potwornie mnie wkurza. Dlaczego faceci to takie dupki?! Dlaczego uważają się za lepszych? - Już jesteś zła? Bosko!
- Jestem, bo mnie wkurwiłeś - burczę pod nosem, wbijam do środka i wystawiam przed siebie spluwę. Rozglądam się raz w prawo, raz w lewo, jednak magazyn jest pusty. Obskurnie tutaj, zimno i śmierdzi stęchlizną - Jesteś pewny, że to odpowiednie miejsce? Ja w życiu bym się tutaj nie schowała.
- Ty nie, on tak. Sprawdzę pomieszczenia po lewej, weź te po prawej - kiwa głową i rozdzielamy się.
- Nareszcie - uśmiecham się, wchodzę do małego pokoju i uważnie zaglądam w każdy kąt. Widać ślady jego obecności w postaci ubrań, kilku kosmetyków i prowizorycznego łóżka w kolejnym pomieszczeniu do którego trafiam. Na bank tutaj pomieszkuje, a skoro tak, wróci tutaj prędzej czy później - A wtedy będzie wielkie bum - szepczę do siebie, opuszczam pokój i wchodzę z powrotem do ogromnej przestrzeni magazynu - Zayn? Gdzie jesteś? Tylko nie mów, że stchórzyłeś i spierdoliłeś?! - chichoczę pod nosem, a przede mną znikąd nie pojawia się Zayn, a mężczyzna zapewne starszy ode mnie. Wygląda dokładnie tak, jak na zdjęciu które pokazał mi Dante - Ani kroku dalej! Stój tam, gdzie stoisz! - mówię pewnie, celuję prosto w niego, jednak on wydaje się być wyluzowany. Prycha pod nosem i odpala jointa. Poważnie?!
- Co ty tutaj robisz, dzieciaku? - wypuszcza dym, zaciąga się ponownie i wreszcie łaskawie zaszczyca mnie spojrzeniem - Cukiereczek Dantego, co? Nie ukrywam, niezła z ciebie dupa. Mógłbym zamoczyć.
- O tym możesz jedynie pomarzyć, przyszłam tutaj w zupełnie innym celu. Wiesz, że zaraz cię zabiję?
- Ojej, naprawdę? Smutno mi - wygina usta w podkówkę i patrzy na mnie z miną zbitego psa! - Jestem jeszcze taki młody, nie rób tego - nabija się ze mnie skurwiel, a to znaczy, że nie traktuje mnie poważnie. Dla zaostrzenia sytuacji, celuję w sufit i pociągam za spust trzy razy. Po magazynie roznosi się jedynie cichy odgłos dzięki tłumikowi - O, kurwa! Chyba mi stanął, gwiazdeczko. Jesteś taka podniecająca z tą spluwą, wiesz? - pociąga jointa jeszcze dwa razy, rzuca go na ziemię i depcze butem - Chcesz się zabawić?
- Mówiłam, że możesz o tym pomarzyć, jesteś głuchy? Nie przyszłam na zabawę, przyszłam cię sprzątnąć ponieważ jesteś pierdolonym kapusiem, człowieku. Popełniłeś ogromny błąd. Zdajesz sobie z tego sprawę?
- Czy ja wiem? Wydaje mi się, że całkiem dobrze na tym wyszedłem. Miałem spore długi, a za kilka cennych informacji mój dług został spłacony. Więc nie pierdol mi tu, że popełniłem błąd.
- I co ci z tej spłaty, skoro zaraz i tak zginiesz? - wzruszam ramionami, a on szyderczo się uśmiecha.
- Na mieście mówią, że ponoć taka twarda z ciebie laska. Nie wahasz się pociągnąć za spust, więc śmiało. Zrób to! - podnosi głos, rusza w moją stronę, jednak robi to koszmarnie powoli. Jakby dawał mi czas na zastanowienie się, czy naprawdę chcę to zrobić. Myśli, że się waham? - Czekam - mruga okiem, wstrzymuję oddech i pociągam za spust. Trafiam idealnie tam gdzie chciałam, czyli w kolano. Krzyk bólu roznosi się po magazynie, chłopak upada na zdrowe kolano i morduje mnie spojrzeniem - Chyba nie trafiłaś, co? 

- Och, skarbie. Trafiłam idealnie, po prostu przeciągam to i świetnie się bawię. Gdzie teraz, hmm?
- Vivienne! - gwałtownie przekręcam głowę na prawo i z niedowierzaniem wpatruję się w stojącego w drzwiach Justina, a obok niego Zayn'a. Krew gotuje się we mnie niczym lawa gotowa do wypłynięcia, przekręcam broń i celuję w niego. Mam dość tego, że wpieprza się w moje sprawy! - Odłóż broń, rybko.
- Pierdol się, Jay! Jakim cudem się tutaj znalazłeś, co? Ach, czy to Zayn się wygadał? Kolejny kapuś!
- Uspokój się, proszę. Zayn robi to, co do niego należy. Odłóż broń i porozmawiaj ze mną, dobrze?
- Problem w tym, że ja nie mam ci nic do powiedzenia. Jestem tutaj w konkretnym celu, a ty ponownie wchodzisz mi w drogę. Jestem niezmiernie ciekawa dlaczego? - przechylam głowę i myślę sobie, jak dobrze byłoby pociągnąć za spust i zranić tego kretyna! Żeby usiadł na dupie i przestał mnie szpiegować.
- Powiedziałem ci to już. Im mniej zabijasz, tym lepiej dla ciebie. Ja się tym zajmę, chodź do mnie.
- Przyjechałam tutaj z nim - kiwam głową w stronę Zayn'a, który stoi obok Justina i przysłuchuje się naszej rozmowie - A skoro on tchórzy i boi się pociągnąć za spust, robota spada na mnie - puszczam mu oczko, przenoszę broń na wciąż kucającego chłopaka i przygotowuję się do strzału. Jakież jest moje zaskoczenie, kiedy w magazynie padają strzały, ale to nie moja robota. To Justin strzela w ścianę, tuż obok mojej głowy.
- Ani mi się waż! - syczy przez zęby, mrugam kilka razy i muszę przyłożyć palce do skroni, bo mój łeb pęka. Nie wiem, z czego do kurwy nędzy strzelał, ale przez to cholerstwo dźwięczy mi w uszach! Jasna cholera!
- Wal się - oddycham głęboko i biorę się w garść - Przestań wciąż za mną łazić i pozwól robić swoje!
- Wystarczy! Mam dość tej zabawy, rozumiesz? Podejdź do mnie i przestań zachowywać się jak dziecko.
- To ty przestań mnie tak traktować, staruszku - cmokam w powietrzu i pociągam za spust pozbawiając chłopaka życia. Pada jak długi, zapada dziwna cisza, a ja cieszę się, że jest po wszystkim - Taki los kapusiów, chyba powinieneś to wiedzieć, prawda? Babrasz się w tym samym gównie co ja, kochanie.
- Nie powinnaś była tego robić - zwija dłonie w pięści, napina szczękę i rusza w moją stronę. Och, jest wkurwiony jak diabli, a takiego widuję go naprawdę rzadko - Potrzebowałem go! - och, ciekawe.
- Za późno. Nie podchodź, Jay - wystawiam broń, co na chwilę go zatrzymuje - Nie waż się prawić mi kazań, jasne? Wyjdę stąd, a ty wrócisz do swoich obowiązków. Powinniśmy zrobić sobie przerwę.
- Przerwę? Jaką przerwę? - pyta zaskoczony, jednak to ten moment, aby się wycofać. Jeśli nie teraz to kiedy? Ogranicza mnie, chce zmieniać, nie pozwala wyjść ze swojego domu. Co to ma kurwa być?! - Vivi!
- Przerwę od nas, Justin. Muszę odpocząć, nie chcę widzieć cię przez kilka dni. Sama zdecyduję ile.
- Chyba cię popierdoliło, rybko - prycha rozbawiony, rusza w moją stronę, a pistolet, który trzymam w dłoniach zaczyna drżeć. Dyszę ciężko, dłonie mi się pocą i staram się pociągnąć za ten pieprzony spust. Naprawdę tego chcę! Dlaczego więc moje ciało nie współpracuje z tym cholernym palcem?! Nie pozwolę mu na rządzenie moim życiem, a on cały czas to robi! - Dlaczego mnie nie zabiłaś? Zabrakło ci odwagi? - podchodzi do mnie, odbiera broń, zabezpiecza i wsuwa za pasek spodni. Jednym ruchem chwyta moją szczękę, unieruchamia i patrzy mi w oczy ze złością - Uważasz, że możesz mówić jakieś bzdury o przerwie? Że na to pójdę? Jesteś moją kobietą, od tego nie ma przerwy! - krzyczy wprost w moją twarz, a potem, jak gdyby nigdy nic, całuje mnie namiętnie, mocno, chciwie. Siłą wpycha język w moje usta, przygryza go i pieści łagodząc ból. Próbuję się od niego odsunąć, odpycham się dłońmi od jego umięśnionego torsu, jednak on ma to kompletnie w dupie! Władczo obejmuje mnie w talii, przyciąga do siebie pogłębiając pocałunek. Jestem bezradna w jego ramionach, taka krucha. Obdziera mnie z pewności siebie, odwagi, chęci pokazania mu, że nie jestem jego zabawką. Niech to szlag! Nie chcę być taka miękka! - Jesteś moja, kwiatuszku - szepcze w moje usta, odchyla się, a jego oczy mówią wszystko; jestem jego


Magazyn opuszczamy w chwili, kiedy wchodzą do niego ludzie Justina, aby posprzątać bałagan. Opieram się o drzwi mojego czerwonego camaro, palę papierosa i przyglądam się, jak Jay rozmawia z Zaynem. Nie pasuje mi ich znajomość i dziwię się, że Dante zaufał temu człowiekowi. Jest zbyt naiwny!
- Rybko - Jay wyrywa mnie z moich myśli, odsuwa kosmyk moich włosów i przesuwa palcem po mojej dolnej wardze. Nienawidzę siebie za słabość, jaką przy nim odczuwam - Wracajmy do domu, dobrze?
- Jadę do siebie, muszę odpocząć - gaszę papierosa, schylam głowę i czuję na sobie jego spojrzenie.
- Do siebie? Nie chcę, żebyś jechała do siebie, Vi. Potrzebuję cię - staje przede mną, układa dłoń na moim karku i opiera czoło o moje - Wyszłaś dzisiaj rano. Nathan powiedział mi, że celowałaś do niego bronią.
- A jak według ciebie mam się kurwa bronić, co? - odsuwam się od niego, robię kilka kroków w tył, zachowując bezpieczną odległość, która pozwala mi trzeźwo myśleć - Nigdy więcej nie zabraniaj swoim ludziom wyjść mi z domu, rozumiesz? - wymierzam w niego palec, nie spuszcza ze mnie wzroku i śmie wygląda na zaskoczonego - Zakoduj sobie, że jestem samodzielną kobietą i jeśli chcę wyjść, to wyjdę. Nie ograniczaj mnie, nie zakazuj mi niczego, bo nie masz do tego prawa! Dlaczego właśnie chcę przerwy.
- Nie mogę się na to zgodzić, rybko. Tęsknię za tobą, kiedy nie widzę cię pieprzoną godzinę, a ty chcesz trzymać mnie na dystans? - pyta z niedowierzaniem, wsuwa palce we włosy i uśmiecha się bezradnie.
- Dasz radę, w końcu jesteś facetem, prawda? Poza tym łączy nas tylko seks, nie zapominaj o tym.
- Chyba sama nie wiesz, co mówisz! Czujesz to samo co ja, tylko się kurwa wypierasz! Przyciąga nas do siebie siła, lgniemy do siebie! Czujemy się dobrze we własnym towarzystwie, uwielbiamy obok siebie zasypiać! - przełykam ślinę, a moje serce dziwnie się zaciska. Chcąc nie chcąc muszę przyznać mu rację, ale nie wypowiem tego na głos. Nie mogę - Na początku powiedziałaś mi, że się nie zakochujesz. Możesz się ze mną pieprzyć, spędzać czas, ale mnie nie pokochasz. Gówno prawda! Już się we mnie zakochałaś, Vivi. Widzę to, czuję! Czy ty nie czujesz tego samego ode mnie? Nie czujesz mojej miłości? - mam wrażenie, jakby dał mi w twarz tymi słowami. Stoję jak słup soli, rozdziawiam usta, a moje oczy są wielkie jak spodki. Wyznał mi miłość, stało się, a ja nie wiem, jak mam sobie z tym poradzić. Jestem przerażona, boję się i jedyne, co przychodzi mi do głowy to ucieczka. Podchodzę do samochodu, chwytam za klamkę i otwieram drzwi - Vi, nie uciekaj! - obejmuje mnie od tyłu, dociska do swojego torsu i przytrzymuje - Porozmawiaj ze mną, ale nie uciekaj. Proszę! Wiem, że nie tego oczekiwałaś, ale daj mi szansę, rybko!
- Muszę iść, Jay. Puść mnie - szepczę cicho, oddycha głośno jednak ku mojemu zaskoczeniu spełnia moją prośbę i jestem wolna. Wsiadam do samochodu, uruchamiam silnik i czym prędzej się oddalam. 


Wchodzę do domu kompletnie rozstrojona. Jestem na granicy wkurwienia i płaczu, nie ma nic pomiędzy. Nie jestem pewna, na którym uczuciu się skupić, a kiedy wpadam na Josha na schodach, jego spojrzenie pozwala mi zdecydować. Marszczy brwi, patrzy na mnie zmartwiony i wsuwa palce w moje włosy, aby mnie uspokoić. Ten gest to dla mnie znak. Wybucham płaczem, czym straszę go, bo wpada w panikę. Potrząsa mną jak szmacianą lalką, wypytuje co się wydarzyło, ale z moich ust nie wychodzi nawet jedno słowo. Chowam głowę w zagłębienie jego szyi, ściskam w palcach koszulkę, a jego kojący dotyk na plecach skutecznie mnie uspokaja. Czuję znajomy zapach jego ciała i chcę zostać w jego ramionach na zawsze.  

Chwilę później Josh zabiera mnie na spacer. Opowiadam mu wszystko, nie pomijając żadnego szczegółu. Zaczynając od pierwszej wizyty w domu jego matki, a kończąc na moim przywiązaniu do niego i wyznaniu miłości. Tylko chłopcy są w stanie zrozumieć mój strach, bo tylko oni znają moją przeszłość.
- Nie powiem, zagięłaś mnie. Z jednej strony chciałbym, żebyś dała mu szansę. Znam Justina i wiem, że mimo tego, czym się zajmuje dobry z niego człowiek. Od zawsze troszczył się o matkę, dbał o nią i szanował. Mówi się, 
że po tym, jak mężczyzna traktuje własną matkę, tak będzie traktował i swoją kobietę - uśmiecha się, obejmuje mnie ramieniem i przytula do swojego boku - Niestety jest też druga strona, ciut gorsza. Nie podoba mi się to, że chce tobą rządzić. To gruba przesadza i nie ma prawa tak cię ograniczać. Związek nie polega na tym, polega na kompromisach. Najważniejsze pytanie brzmi; zależy ci na nim?
- Chyba tak - ocieram policzki, pociągam nosem i zatrzymuję się przy barierce - I właśnie to jest w tym wszystkim najgorsze. Wystarczyły tylko trzy tygodnie, a ja przywiązałam się do człowieka którego tak naprawdę ledwo znam! Nigdy nikogo nie kochałam, nikt nie kochał mnie. Boję się, Josh. Nawet, jeśli dam mu szansę pozostaje kwestia jego władczych zapędów i matki. Justin nie potrafi zachować dystansu.
- Więc skoro ci na nim zależy, po prostu z nim szczerze porozmawiaj. To nie mi powinnaś to wszystko mówić, a jemu. Jeśli nie znajdziecie rozwiązania wtedy przerwiecie to, co się między wami dzieje.
- Brzmi sensowe. Szkoda tylko, że nic nie jest takie proste. Dzisiaj, kiedy celowałam w niego w tym cholernym magazynie, nie mogłam pociągnąć za spust. Mój palec zesztywniał i nie słuchał rozkazów mózgu, rozumiesz? Nie potrafiłam go zabić, ponieważ mi na nim zależy. A jeśli mnie skrzywdzi?
- Nie możesz tego wykluczyć, mała. Takie jest życie, niestety nikt nie uchroni nas przez cierpieniem.
- Masz rację, w końcu sama powiedziałam to James'owi, kiedy włączył mu się instynkt tacierzyński.
- No właśnie! - Josh uśmiecha się, przyciąga do siebie i chowa w swoich ramionach - Wiedz, że cokolwiek postanowisz, ja będę cię wspierał. Możesz na mnie liczyć, Vi. Zasługujesz na szczęście po latach cierpienia.
- Nie wiem, czy zasługuję. Robiłam w swoim życiu złe rzeczy, dzisiaj kropnęłam kapusia! Może Bóg nie przewidział dla mnie szczęśliwego zakończenia, właśnie dlatego, aby ukarać mnie za te czyny.
- No już, nie pierdol głupot. Jesteś jeszcze młoda, weszłaś w nasz świat, ale to niczego nie zmienia. Szczęście zależy od nas samych, twoje jest na wyciągnięcie ręki. Ty decydujesz, zdecyduj dobrze.

Po prysznicu, doprowadzeniu się do porządku i przebraniu, jadę do Justina. Mam mieszane uczucia, moje serce tłucze się w piersi, a wnętrzności zaciskają ze stresu. Nie mam pojęcia, co powinnam mu powiedzieć. Jak wyjaśnić swój strach przed miłością, przyszłością i jak wytłumaczyć, jak bardzo przeraża mnie myśl, iż może zmiażdżyć moje serce? Wycierpiałam się przez rodziców, nie chcę powtórki.
A jednak tylko przy nim robię się gównianie miękka. Wydobywa coś z wewnątrz mnie, czego do końca sama nie znam. Jakieś uczucia, które do tej pory były schowane gdzieś głęboko. Potrzebę posiadania kogoś, kto zaakceptuje moje wady, zalety, mój cięty język i porywczość. A może nawet kogoś, kto będzie w stanie mnie pokochać i sam nauczy mnie kochać. Justin stwierdził, że już się w nim zakochałam, a jego słowa wciąż dźwięczą mi w głowie. Czy to może być prawda? Czy naprawdę obdarzyłam go uczuciem, chociaż nawet o tym nie wiem? Jeśli tak jest, wpadłam w poważne tarapaty.

Parkuję przed domem Justina, jednak nie wita mnie ani Savage, ani Nathan. Marszczę brwi, rozglądam się dookoła, ale nie widzę żywej duszy. Wchodzę więc do domu, przechodzę hol i docieram do salonu. Zatrzymuję się w połowie kroku, gapię na widok przed sobą, a moje najgorsze obawy się potwierdzają. Justin łamie moje serce. Miażdży je, rwie na strzępy i depcze butem. Wybrał Katherinę.







********************************************
Hejka! :)
Tak sobie pomyślałam, że z okazji Świąt mogę dodawać wam rozdział w niedzielę :)
Co wolicie? Ivy czy Vivienne? 


Ściskam mocno i życzę wam Wesołych Świąt!







wtorek, 27 marca 2018

Rozdział siedemnasty


Jay POV:

Wjeżdżam na podjazd, a brama zamyka się za nami. Wyskakuję z samochodu jak z procy, wyjmuję spluwę zza paska spodni i celuję wprost na ulicę. Jak na zawołanie podjeżdża ów czarny samochód, jednak nic się nie dzieje. Tym razem nikt nie otwiera ognia, za to uchyla się szyba, a to, co widzę wręcz napełnia mnie furią. To są chyba jakieś jaja! Jeszcze mu mało? Czy ten człowiek naprawdę nie posiada kurwa mózgu?!
- Do domu, Vi - otwieram drzwi z jej strony, chwytam ją za ramię i prowadzę do środka - Wszystko okej?
- Tak, spokojnie. Kto to był? - pyta zdziwiona i ogląda się za siebie - Przyjechali za nami pod twój dom?
- Nie martw się o to. Idź na górę, pogadam z chłopakami i przyjdę do ciebie - całują ją w czubek głowy, starając się nie wybuchnąć - Weź kąpiel tylko uważaj na ranę - przewraca oczami i prycha wkurzona.
- Justin, przestań traktować mnie jak gówniarę! Chyba zapomniałeś, że siedzę w tym samym gównie!
- Nie zapominam, rybko. Jest już późno, a ty jesteś zmęczona. Poradzę sobie z tym, nie kłóć się ze mną.
- Jay - do środka wchodzi Savage, Nathan oraz Dom i Quebo - Co się kurwa wydarzyło? Mamy działać?
- Nie musicie. Doskonale wiem, kto do nas strzelał - zaciskam szczękę, a na samo wspomnienie jego szyderczego uśmiechu zalewa mnie krew - Vivi - kiwam głową na schody, zakłada ręce na piersiach i patrzy na mnie pewna siebie - Naprawdę chcesz mi się teraz stawiać? - chwytam w palce jej szczękę, przysuwam się i muskam jej usta - Idź.na.górę. Już - co dziwne, ustępuje bez słowa sprzeciwu. Odwraca się, wbiega na górę, a my przechodzimy do mojego biura. Już widzę minę Savage'a i Nathana - O co wam chodzi?
- O nic - Nathan mruga okiem i cmoka ustami - Nieźle ją sobie wytresowałeś, stary. Kto by pomyślał, huh?
- Daj spokój, dobra? To nie jest odpowiednia pora - przecieram twarz rękami, podchodzę do okna, a w pokoju zapada cisza. Myślę o tym zjebie, który dzisiaj przekroczył wojenną linię - To był kurwa Dave.

- Co?! - Savage wydziera się, chwyta się za głowę, a jego nastrój szybko się zmienia - Mówisz poważnie? Ten nic nie znaczący pionek posunął się tak daleko, aby do ciebie strzelać? Czy on wie, co zapoczątkował?
- Szczerze? Nie mam pojęcia, ale jeśli wydaje mu się, że zostawię to bez odpowiedzi, jest w błędzie.
- Musimy zebrać wszystkich i obmyślić plan idealny. Ten idiota jeszcze nie wie, z kim kurwa zadarł.
- Nareszcie coś się dzieje, ostatnio było kurewsko nudno - Quebo przewraca oczami i odpala jointa - Rozpierdolimy go. On i jego ludzie to dla nas bułka z masłem - tak, muszę się z nim zgodzić.




Vi POV:
Jestem wkurwiona, ale to chyba już norma. Przy tym człowieku moje nerwy są napięte jak postronki, a cierpliwość wisi na włosku. Nienawidzę, kiedy traktuje mnie w ten sposób, jakbym była gówniarą malującą paznokcie i plotkującą z przyjaciółkami o nowym chłopaku w szkole! Kurwa mać! Czy on widzi mnie właśnie w takim świetle? Czy dla niego jestem jedynie panienką, którą posuwa i z którą spędza czas? Czy nie dociera do niego fakt, że siedzę w tym tak samo jak on? Że w każdej chwili jestem zwarta i gotowa, aby ruszyć na wroga i wpakować mu kulkę w łeb? Nawet nie pozwolił zabić mi tego gówniarza, który chciał zabić James'a, a jednak dostałam ja. Wyręczył mnie, sam pociągnął za spust, jakbym nie miała w sobie na tyle odwagi, aby zrobić to samej. Akurat pieprzonej odwagi mi nie brakuje. To chłopcy mnie tego nauczyli, a dzięki mojemu charakterowi poszło szybko i sprawnie. Nie należę do słodkich dziewczynek, które są miękkie niczym żelki. Jeśli chce, mogę udowodnić mu to nawet w tej chwili, ale jeśli jeszcze raz potraktuje mnie jak natręta przysięgam, wbiję mu widelec w oko! Grabi sobie, uzbierało się tego całkiem sporo i to tylko kwestia czasu, aż wybuchnę jak wulkan zgarniając wszystko ze sobą. Może zaboleć.
- Rybko? - wzdrygam się na jego cichy, roznoszący się po łazience głos. Przekręcam głowę, obrzucam go beznamiętnym spojrzeniem, a na jego ustach pojawia się czuły uśmiech - Jesteś na mnie zła? - unosi brew, zrzuca z siebie ciuchy i szybko do mnie dołącza. Siada po przeciwnej stronie, układa moje nogi na swoich udach i masuje, jakby próbował mnie w ten sposób uspokoić - Nie odpowiesz mi? Nie bądź taka!
- Nie wkurzaj mnie, Jay. Doskonale wiesz, że grubo przesadzasz. Nie traktuj mnie w ten sposób, albo naprawdę mnie wkurwisz, nie żartuję. Nie życzę sobie być przestawiana z kąta w kąt. Zrozumiano?
- Zrozumiano. To nie tak, że cię przestawiam. Po prostu musiałem pogadać z chłopakami o strategii.
- A ja miałam nic o tym nie wiedzieć, tak? Ktoś do nas strzelał, a ty wykluczyłeś mnie z tego incydentu!

- To nieprawda! Chcę cię jedynie ochronić, Vivi. Wiem, że jesteś twarda, rybko, nawet przez chwilę w to nie zwątpiłem. Pokazałaś mi tą stronę siebie, która jest odważna i bezwzględna. Mimo wszystko masz zaledwie dwadzieścia lat i im mniej zabijasz, tym lepiej. Dante nie powinien był wciągać się do Seven.
- Żartujesz sobie, tak? - patrzę na niego z niedowierzaniem, a ochota na wbicie widelca w jego oko potęguje się - Sama o sobie decyduję. Ani ty, ani Dante nie macie do tego prawa! Mogę robić to, na co mam tylko ochotę. Radzę ci, abyś to sobie zakodował w głowie. Nie powtórzę tego ponownie, Jay.
- Nie złość się - wzdycha ciężko, przysuwa się i ujmuje moją twarz w dłonie - Muszę cię chronić, kwiatuszku. Jesteś jeszcze młoda i nie powinnaś brać w tym udziału. Jesteś moja, zatroszczę się o ciebie.
- Jezu! Jeszcze nie znudziło ci się powtarzanie tego, że jestem twoja? Poza tym umiem o siebie zadbać.
- Wierzę w to, ale już nie musisz. Od tego masz mnie - mruga okiem, uśmiecha się uroczo i czule całuje moje usta. Delikatne, ostrożnie, zmysłowo. Roztapiam się, chociaż wcale tego nie chcę! - I nie, nie znudziło mi się mówienie tego, że jesteś moja. Wiesz, dlaczego? Bo jesteś moja. Najwyższy czas, abyś to zrozumiała i zaakceptowała - porywa mnie na swoje kolana, wtula w swoje ciało i chowa głowę w zagłębieniu mojej szyi. Bawię się krótkimi włoskami tuż nad jego karkiem, a moje ciało ogarnia spokój.






*****
Tydzień później, dokładnie w piątek Jay proponuje odwiedziny u swojej mamy. Wydzwaniała do niego i wręcz nalegała, abyśmy do niej przyjechali. Mimo tego, iż była przemiłą kobietą nie chciałam wchodzić w to gówno bardziej niż dotychczas. Nasze zaręczyny to była ściema, znaliśmy się trzy tygodnie, a Jay i tak powtarzał, że jestem jego. Nie pozwolił zdjąć mi pięknego pierścionka, który mi podarował i jakoś przyzwyczaiłam się, że jest na moim placu. Nie traktowałam tego tak poważnie jak on. Lubiliśmy się, spędzaliśmy razem czas i to mi odpowiadało. Liczyłam na to, że Justin uspokoi te swoje zapędy względem mnie i podejdzie do naszej znajomości z dystansem. On jednak robił coś kompletnie odwrotnego i momentami zachowywał się jak zakochany facet. Rozpieszczał mnie, przytulał, całował, pieprzył jak nigdy i poprosił, żebym się do niego wprowadziła. Kiedy powiedział mi to wczorajszego wieczora prawie zakrztusiłam się krewetką. Patrzyłam na niego jak na kosmitę, zaskoczył mnie tym, a ja nie mogłam się zgodzić. Po pierwsze; czy on kompletnie oszalał? Po drugie; Dante chyba dostałby zawału. Po trzecie; to mogłoby zbliżyć nas do siebie jeszcze bardziej. Nie mogłam pozwolić sobie na nic więcej, ponieważ miłość nie należy się każdemu. Wychodziłam z założenia, że nie umiem kochać, skoro nigdy nikt nie kochał mnie. Niby jak rozpoznać to uczucie? Czy to motylki gilgoczące wnętrzności, przyśpieszone bicie serca, czy może maślany wzrok? Jeśli wszystko z powyższych to już byłam w dupie. Czułam się przy nim wspaniale, chociaż wiele razy zapierałam się rękami i nogami, aby nie przywiązać się zbyt mocno. Było mi trudno, ponieważ Jay był pierwszym facetem, który poświęcał mi tyle uwagi, troski, uczucia. Od zawsze byłam twarda, zadziorna, pyskata, a on coś we mnie zmienił, przez niego zrobiłam się bardziej wrażliwa, miękka, co wcale mi się nie podobało. Mimo to lubiłam mieć go przy sobie, czuć jego dłonie na moich plecach, przytulać się. I dopóki nie spotkałam jego, nie miałam pojęcia, jak dobrze mieć obok siebie mężczyznę. Takiego, któremu zależy, bo jemu chyba zależało, prawda? Gdyby było inaczej, czy rościłby sobie do mnie jakieś wymyślone przez siebie prawo? Wciąż powtarzał, że jestem jego? Proponował wspólne mieszkanie?
I pod wpływem tych myśli dociera do mnie, że złamałam jedną ze swoich zasad; przywiązałam się.


W sprawie strzelaniny sprzed tygodnia zrobiło się cicho. Justin nie wspominał o tym słowem, działał po cichu i czułam w kościach, że planował coś wielkiego. Pewnego dnia podsłuchałam jego rozmowę z Nathanem, ale nie wyłapałam nic oprócz; "zaszył się, spieprzył, stchórzył". Wnioskowałam, że sprawca zrobił swoje i po prostu uciekł. Nie ma co, dojrzałe podejście do sprawy. Jedyne, co mnie cieszyło to spokój, bo od ów strzelaniny nie działo się nic niepokojącego. Jedynie Dante chodził wkurwiony, ponieważ dostawa z Japonii miała się opóźnić. Pozostał tylko tydzień, wszystko było gotowe, nawet inny port, a ktoś walił w chuja. Dantemu ani trochę się to nie podobało i zaczynał podejrzewać jakiś podstęp. Mimo wszystko człowiek z Japonii uspokajał go, że wszystko jest w porządku, jedynie mają pewne problemy ze statkiem. Cóż, na razie miałam to w nosie. Będziemy się tym martwić we właściwym czasie.

Poprawiam włosy, przyglądam się sobie w lustrze i wygładzam szary sweterek. Na popołudniową herbatkę z mamą Justina postawiłam na coś skromnego, dziewczęcego. Sweterek połączyłam z białymi jeansami, cielistymi szpilkami oraz szarym płaszczykiem. Pogoda za oknem nie sprzyja, od rana pada deszcz, a ja najchętniej zaszyłabym się pod kocem, z kubkiem kakao i dobrym filmem. Niestety Justin już nas zapowiedział i gdybym zaczęła marudzić, zapewne strzeliłby mi niezłą pogadankę. Jest przeczulony na punkcie matki, jedzie do niej za każdym razem, kiedy tylko ma problem, co trochę mnie rozczula.
- Och, wyglądasz pięknie, rybko! - uśmiecha się szeroko, obejmuje mnie od tyłu i opiera brodę na moim ramieniu - Coraz częściej widuję cię w jeansach, wiesz? Dawniej ubierałaś się bardziej seksownie.
- Mój strój zależy od mojego nastroju. Zimno mi, więc postawiłam na spodnie. Nie podobam ci się?
- Wręcz przeciwnie, podobasz jak diabli - odwraca mnie w swoją stronę, ujmuje twarz w dłonie i głaszcze kciukami policzki - Moja mama jest tobą zachwycona. Przez telefon wciąż nawija, jaka jesteś piękna i odpowiednia dla mnie - co, kurwa?! Co to znaczy; odpowiednia dla niego?! - Mama czasami mówi wiele bzdur, których nie biorę do siebie. Nie mniej jednak zależy mi, aby to spotkanie wypadło dobrze.
- Ach! Więc boisz się, że narobię ci wstydu? - marszczę brwi, a w mój brzuch nieprzyjemnie się zaciska. 

- Absolutnie nie, Vivi. Jesteś urocza, miła, jak się o to postarasz i radosna. Chodzi mi o to, że matka może wypytywać o szczegóły naszego związku. Wiesz, o to, jak się poznaliśmy, ile jesteśmy razem, jakie mamy plany na przyszłość. W drodze omówimy wszystko dokładnie, aby niczym nas nie zaskoczyła. Okej?
- Jezu, wszyscy rodzice są tacy dziwni? - uwalniam się z jego uścisku, chwytam torebkę i wrzucam do niej telefon oraz blyszczyk - Po co pytać o takie rzeczy? Przecież to sprawa wyłącznie naszej dwójki, prawda?
- Moja matka jest cholernie ciekawska, a że nigdy nie przyprowadziłem do domu kobiety jest tobą zainteresowana. Nie bądź na nią zła, dobrze? Ona naprawdę cię polubiła i chce, żebym był szczęśliwy.
- A jesteś szczęśliwy? - wlepiam w niego wzrok, zapada cisza, a jego odpowiedź bardzo mnie ciekawi.
- Czy jestem szczęśliwy? - drapie się po brodzie, nie spuszcza ze mnie wzroku, a moja ciekawość rośnie z sekundy na sekundę. Czy mogę dać komuś szczęście? Jestem dziwna, trudna, czasami nie do zniesienia. Czy nadaję się do życia we dwoje? - Och, rybko. A nie widać tego? - mruga okiem, przyciąga mnie do siebie i wpija w moje usta. Kurwa! Ten człowiek tak kurewsko miesza mi w głowie. Wariuję!


W jego domu jesteśmy punktualnie o siedemnastej. Przez całą drogę ustalaliśmy szczegóły naszego spotkania, jak i inne detale. I tak oto dowiaduję się, że spotkaliśmy się, o zgrozo, w teatrze! Śmiałam się dobre pięć minut, bo teatr pasuje do mnie tak, jak majtki do dziwki. Justin jednak skarcił mnie spojrzeniem, więc chcąc nie chcą słuchałam go dalej. Prawdą jest, iż znamy się od trzech tygodni i tyle też jesteśmy razem. Nasze zaręczyny to był spontan, który Jay zorganizował w tajemnicy przede mną. A oświadczył mi się, uwaga, w balonie! Tak, w pieprzonym balonie, w Las Vegas! Musiałam przygryźć wargę, aby znowu się nie roześmiać. To komiczne, jak bardzo starał się wymyślić coś niesamowitego, wręcz zapierającego dech w piersiach. Czy jego matka była aż tak wymagająca? Ten człowiek grał na dwa fronty, a ja byłam ciekawa, czy ma pojęcia w co on się bawi. Wydaje mi się, że żyła w przekonaniu, iż jej syn jest wzorem do naśladowania. Romantykiem, materiałem na męża, ojca. Trochę było mi jej nawet żal.
- Bądź sobą, rybko. Jesteś przepiękna, a skoro zrobiłaś na niej wrażenie za pierwszym razem, teraz może być już tylko lepiej - mruga okiem, wysiada z samochodu i otwiera drzwi z mojej strony, pomagając mi wysiąść. Wsuwa moją dłoń pod swoje ramię, prowadzi do drzwi, w których jak na zawołanie pojawia się jego mama. Wita nas ogromnym uśmiechem i tym rozczulonym, matczynym spojrzeniem - Witaj, mamo.
- Justin, Vivienne - rozchyla ramiona, najpierw przytula mnie całując w policzki, a potem robi to samo z Justinem. Jezu! Czuję się jak kretynka! To nie moja bajka, ja tutaj kompletnie nie pasuję! Dlaczego w ogóle się na to zgodziłam? - Wejdźcie do środka, właśnie zaparzyłam kawę - Justin jak dżentelmen prowadzi nas do zaszklonego patio i odsuwa dla mnie krzesło. No proszę, maniery przede wszystkim! - Upiekłam szarlotkę. Mam nadzieję, że lubisz, kochanie? - wlepia we mnie wzrok, aż palą mnie policzki.
- Tak, oczywiście - chrząkam niezręcznie, zsuwam z ramion płaszczyk i wiercę się na wiklinowym fotelu z ogromnymi, szarymi poduchami. Pięknie tutaj! Uwielbiam przyglądać się, jak deszcz uderza o szyby.
- Opowiadajcie co u was, dzieciaki. Muszę przyznać, że wyglądacie na szczęśliwych. Bardzo mnie to cieszy.
- Nas też, mamo. Wszystko idzie w dobrym kierunku, z każdym dniem poznajemy się coraz lepiej.
- Świetnie! Byłabym na ciebie zła, syneczku, gdybyś wypuścił z rąk tak wspaniałą kobietę jak Vivienne - Dorothy puszcza mi oczko, nalewa kawy do naszych filiżanek z eleganckiej, ozdobnej porcelany i nakłada szarlotkę na talerzyki. Sądziłam, że to spotkanie będzie wyglądało ciut inaczej, swobodniej. Nie mogłam się bardziej mylić - Więc! Jestem niezmiernie ciekawa, kiedy planujecie ślub! - kurwa! Zwariowała?!
- Na ślub jest zdecydowanie za wcześnie - wypalam bez zastanowienia, a Justin zaciska szczękę - Znamy się do trzech tygodni, to za mało, aby pchać się w małżeństwo. Może za dwa, trzy lata? Albo za pięć?
- Ojej, zaskoczyłaś mnie, kochanie. Naprawdę chcecie czekać aż tak długo? Justin, co o tym myślisz?
- Ślub na pewno będzie wcześniej, możesz spać spokojnie - uśmiecha się do niej jak posłuszny syn, a ja zwijam dłoń w pięść i żeby nie wybuchnąć, słodzę kawę, dolewam odrobinę mleczka i upijam łyczek parząc sobie język. Wiem, że to pieprzona szopka w którą się wpakowałam, ale na pewno nie wezmę udziału w ślubie! - Vivi jest jeszcze bardzo młoda, dlatego ma prawo do obaw. Dam jej trochę czasu, może do końca roku? - ja pierdolę, prawie wypluwam kawę na sweterek! Do końca roku?! Przecież mamy kurwa pieprzony czerwiec, co on kombinuje?! - Grudzień to idealny miesiąc na ślub, prawda? Śnieg, ta piękna otoczka.

- Zgadzam się. Twój ojciec uwielbiał grudzień, a nasz ślub był wyjątkowy - wspaniale! Nie ma to jak rodzinna tradycja. Jestem w dupie! - Nawet do dzisiaj mam swoją suknię ślubną. Później ci ją pokażę, kochanie - przytakuję głową i wysilam się na uśmiech. Sytuacja zaczyna mnie przerażać, przerastać i mam ochotę brać nogi za pas. Dopiero teraz dociera do mnie powaga sytuacji. Jego matka naprawdę liczy na ten cholerny ślub, a ten dupek nawet nie wyprowadza jej z błędu. Nie wyjdę za niego choćby przystawił mi nóż do gardła! Może mnie pieprzyć, fundować nieziemskie orgazmy i dobrze się bawić, ale nic więcej między nami nie będzie. Pora, żeby to zrozumiał - A jak idą twoje interesy, syneczku? - och! Będzie ciekawie!
- Bardzo dobrze. Towar rozchodzi się niczym świeże bułeczki, mam świetnego dostawcę no i Dragona, który jest mistrzem w łączeniu koki z fentanylem - gwałtownie przekręcam głowę wlepiając w niego wzrok. Czy on właśnie powiedział własnej matce o kokainie?! O mój Boże! Więc ona wie, czy zajmuje się jej syn?!
- Tak trzymaj. Nie pozwól, aby ktokolwiek wszedł ci na głowę, Jay. Ojciec też pewnego dnia zaufał niewłaściwemu człowiekowi i wszyscy wiemy, co stało się potem - słucham tego z niedowierzaniem, a serce podskakuje mi do gardła. Szybko dociera do mnie fakt, że jego ojciec również siedział w tym biznesie, a to oznacza, że Dorothy ma o wszystkim pojęcie. Zastanawiam się, czy sama również pomagała mężowi. Nie wygląda mi na potulną kobietę, która stoi przy garach i niańczy dzieci. Ma w oczach coś dziwnego, coś niepokojącego i tajemniczego. Dlatego kiedy patrzyła mi w oczy czułam się niepewnie - Na szczęście nie żyje i cieszę się, że posłałam go do piachu. Zbędnego balastu trzeba się pozbywać - zamieram, dosłownie! Rzadko coś jest w stanie mnie aż tak zaskoczyć, jednak jej słowa wręcz mnie szokują! Kiedy patrzy wprost na mnie i posyła mi to pewne siebie, wiercące spojrzenie przełykam ślinę. I chyba pierwszy raz w życiu czuję niepewność. Byłam pewna, że Jay po prostu handluje prochami, sprzedaje je i tworzy coś nowego. Teraz mam wrażenie, że to coś o wiele poważniejszego, coś, w czym nie chcę brać udziału - No dobrze! Koniec gadania o interesach - klaszcze w dłonie, maska powagi spada i nagle, jak gdyby nigdy nic, wraca radosna Dorothy - Chodź, pokażę ci tę suknię - chwyta mnie za rękę, ciągnie za sobą, a mój żołądek wywija salto. W ostatniej chwili oglądam się za siebie, jednak Justin nie patrzy na mnie. Zakłada nogę na nogę, delektuje się kawą i wpatruje wprost przed siebie. W uderzający o szyby deszcz.


Kiedy wracamy z powrotem w mojej głowie szaleje tornado myśli. Justin całuje mnie w usta jak tylko siadam obok niego, chwyta moją dłoń i splata nasze palce. Dorothy jest zachwycona tym widokiem, a ja przerażona kierunkiem, dokąd to wszystko zmierza. Najgorsze jest to, że jak najszybciej powinnam się z tego wymiksować, odejść, póki mam jeszcze czas. I chociaż boli mnie myśl o zostawieniu Justina, który z dnia na dzień stał mi się bliski, nie mam innego wyjścia. Ta bajeczka z zaręczynami, ślubem miała być jedynie ściemą, a nagle stała się poważnym planem na przyszłość, na który nie jestem gotowa.
Oczywiście suknia Dorothy była staroświecka, z ogromem koronek, fiszbin i tiulów. Powiedziała mi, że brała ślub ponad trzydzieści pięć lat temu, ale widać gołym okiem, że suknia musiała być robiona na zamówienie i jak na tamte czasy, kosztować majątek. Przez cały czas próbowałam dojść do tego, czym zajmował się jej mąż. Handlował narkotykami, czy może czymś zupełnie innym? To musiało być coś naprawdę ważnego, bo ich dom był ogromny, luksusowy, a Dorothy była kobietą, która zabiła człowieka. Robiło się ciekawie.

Justin pomaga mi założyć płaszczyk przy okazji przelotnie całując w czubek głowy. Żegnamy się z jego mamą, która jak zwykle ściska nas, całuje i zaprasza na niedzielny obiad, na który za chuja nie przyjdę. Nie ma opcji, że ponownie przekroczę próg jej domu. I mam w dupie, co powie Jay, niech się pieprzy i nie wpycha mnie w gówno, w którym nie mam zamiaru się babrać. I tak przekroczył już wszelkie granice!
- Jedźcie ostrożnie. Zadzwonię, syneczku - odprowadza nas do drzwi, a kiedy Justin otwiera je, po drugiej stronie dostrzegam kobietę. Wysoką, szczupłą, piękną jak sam anioł blondynkę - Och, Katherina! - Dorothy krzyczy radośnie, kiwa dłonią aby weszła do środka i natychmiast chowa ją w swoich ramionach - Kiedy przyjechałaś, kochanie? - krzywię się na słowo "kochanie". Każdą kobietę tak nazywa? Obrzydliwe.
- Zaledwie godzinę temu. Pojechałam do domu, odstawiłam walizki i chciałam cię zobaczyć. Tęskniłam.

- Ja również, nie masz nawet pojęcia, jak bardzo! Cieszę się, że spędzisz u mnie długi miesiąc.
- Tak, wspaniale - uśmiecha się, odgarnia kosmyk włosów i spogląda na nas. Kto to jest?! - Witaj, Jay.
- Katherina - kiwa głową, bierze jej słoń i składa na wierzchu pocałunek - Miło cię widzieć, kwitniesz. 

- Daj spokój. Za każdym razem mówisz mi to samo, wiesz? Nie zmieniam się, wciąż jestem taka sama.
- Nie wygaduj bzdur - puszcza jej oczko i przyciąga mnie do siebie - Poznaj moją narzeczoną, Vivienne.
- Narzeczoną? Nie wiedziałam, że się żenisz - marszczy brwi, spogląda na mnie i bez skrępowania skanuje mnie z góry na dół. Jaka szkoda, że ubrałam się tak skromnie! Wygląda obłędnie w czerwonej, krótkiej, dopasowanej sukience i seksownych szpilkach z kokardą - Witaj, Vivienne - zakłada maskę uprzejmości, ściska moją dłoń i lekko potrząsa - Cóż za zbieg okoliczności. Ty jesteś obecną narzeczoną, ja byłą - po tych słowach czuję, jakbym dostała w twarz. Nie sądziłam, że mogło być jeszcze gorzej. A było.
 






piątek, 23 marca 2018

Rozdział szesnasty


Vi POV:

Nie spodziewałam się Dave'a z jego pieprzoną armią, a jest ich dobre trzydzieści sztuk. Po jaką cholerę przywiózł ze sobą tych pionków? Naprawdę chce rozpętać wojnę w środku dnia? Kompletnie zwariował?!

- Dobra! Opuśćmy broń i porozmawiajmy - Dante bierze sprawy w swoje ręce, zabezpiecza spluwę, chowa ją za pasek spodni i wychodzi na środek - Co ty wyprawiasz, Dave? Po co to całe przedstawienie?
- Cóż, przyszedłem zabrać towar. To normalne, że muszę mieć ludzi, prawda? Tak to się odbywa, Ruster.
- Owszem, ale zapomniałeś o jednym szczególe. Towar należy do Seven. Nie możesz go ot tak zabrać.
- Czyżby? A ty zapomniałeś, że to ja wydałem ci Ramosa? Gdyby nie ja, do tej pory gówno byś wiedział!
- Tego akurat nie przewidzimy, już za późno. To, że wydałeś Ramosa było maleńką częścią dalszego planu. Zabranie klucza było bardzo ryzykowne, coś mogło pójść nie tak, ale ty się wymiksowałeś. Twoja strata.
- Zostawiłem brudną robotę dla lepszych. Wieść o tym, że twój cukiereczek świetnie sobie poradził rozeszła się niczym świeże bułeczki - przykłada palec do ust, przenosi na mnie wzrok i mruży oczy - Cieszę się, że jesteś cała i zdrowa, kochanie. Jak twój bark? - zwijam dłonie w pięści, próbując zachować spokój.
- Pierdol się, gówno ci do tego - ruszam przed siebie i zatrzymuję tuż obok Dantego - Twój pionek popełnił błąd celując do nas, ale już za to zapłacił. Czy to ty zostawiłeś mnie w tej przeklętej piwnicy?

- Wybacz, zmieniłem koncepcję w której nie byłaś mi już potrzebna - wzrusza ramionami, uśmiecha się chytrze, a we mnie gotuje się krew. Pierdolona kanalia! - Nie złość się, jednak ktoś cię uratował skoro stoisz przede mną, cukiereczku. Doszły mnie wieści, że chciałaś zabić mojego człowieka, strzeliłaś mu w kolana i ramię. Odważnie. Chętnie widziałbym cię w swoich szeregach, może zmienisz kolegów?
- Nie prowokuj mnie, bo ciebie też zabiję. Nie chcesz ze mną zadzierać, wierz mi. Towaru nie dostaniesz, zabieraj stąd tę bandę dzieciaków i spieprzaj, zanim wkurwisz mnie i zrobi się nieprzyjemnie.
- Ouć! Ależ ty jesteś ostra, Vi. Słyszałem, że niezła z ciebie sztuka i proszę! Podobasz mi się, cukiereczku.
- Nie mów tak do mnie, nie jestem cukiereczkiem. Radzę ci się zmywać póki jesteśmy jeszcze cierpliwi.
- Nie rozumiesz? Nie ruszę się stąd bez towaru, który przejmuję. Zdobyliście go tylko dzięki mnie.
- Mylisz się. Zdobyliśmy go wyłącznie dzięki mnie, bo to ja odwiedziłam Ramosa i zwinęłam klucz. Tak więc przestań bredzić i grać mi na nerwach. Skoro chciałeś towar, mogłeś po niego pójść. Proste? Proste.
- Jesteś za bardzo wyszczekana, oj za bardzo - odrywa tyłek od maski samochodu, podchodzi bliżej i patrzy na mnie z góry. Pieprzony wzrost! Czy stałam w kolejce po cycki, kiedy go rozdawali? - Chętnie nauczyłbym cię okazywania szacunku, laleczko. Bądź pewna, że chodziłabyś jak w najlepszym szwajcarskim zegarku.
- Łapy precz, Dave - dołącza do nas Jay, który władczo układa dłoń na mojej talii - Ona należy do mnie.
- Och, doprawdy? - uśmiecha się, przechyla głowę posyłając mi dziwny uśmieszek - Kto by pomyślał. Justin Morgan kręci się obok laseczki z Seven? Nie dziwię się, niezła z niej suka, prawda? Dobrze się pieprzy?
- Błąd - tylko tyle ucieka z ust Justina, a potem wszystko dzieje się szybko. Kątem oka widzę, jak unosi pięść, która spotyka się z twarzą Dave'a, a do moich uszu dociera nieprzyjemny odgłos łamanej kości. Auć! - Jeszcze jedno słowo, a na jednym ciosie się nie skończy. Nigdy więcej nie waż się tak do niej mówić, czy to jasne?! - Jay płonie ze złości, stawia stopę na jego torsie, dociskając go do ziemi - A teraz zabieraj swoich ziomków i spierdalaj stąd. Towar nie należy do ciebie, stchórzyłeś przed Ramosem więc przestań chojrakować. To, że przyjechałeś z ekipą nic nie znaczy, Dave. Nie zaczynaj wojny, którą przegrasz.
- To się jeszcze okaże - spluwa krwią, podnosi się i ociera usta - Jedno moje słowo, a zaczną strzelać.
- Poważnie? Więc na co czekają, huh? Doskonale wiesz, że gliny zjadą się szybciej niż myślisz, a trupów będzie od chuja. Chcesz tego? Chcesz stracić wszystkich swoich ludzi? Zostaniesz sam, idioto!
- Pierdol się, Justin! - patrzy na niego spod byka, jednak zadziwia mnie jego spokój. Dostał po mordzie, a nawet nie chce rewanżu - Dzisiaj chciałem po dobroci, sądziłem, że jesteście mądrzejsi i po prostu się dogadamy. Skoro nie, trudno. Następnym razem rozpierdolę was wszystkich! Bądźcie przygotowani.
- Uważaj na to, co mówisz i robisz, Dave. Jedna źle podjęta decyzja może cię bardzo dużo kosztować.
- Zaryzykuję - mruga okiem, spogląda na mnie i puszcza mi buziaka. Fuj! - Do zobaczenia, cukiereczku.
Na pewno jeszcze się spotkamy - odwraca się, wsiada do samochodu, a po chwili zostajemy sami.
- Co tu się właśnie odjebało? - wyrzucam ręce w górę, chowam broń i wlepiam wzrok w chłopców.
- Sam chciałbym to wiedzieć! Ten dekiel zbyt dużo sobie wyobraża. Myślał, że nas kurwa nastraszy?
- Nie wiem, Dante. Na pewno nie spocznie dopóki nie przejmie towaru. To wróży tylko jedno; rozpierdol.
- Więc powinniśmy się na niego przygotować - mówię pewnie, a Dante przewraca oczami - No co?
- Zaledwie półtora tygodnia temu skończyła się wojna w sąsiedniej dzielnicy. Gliny węszą bardziej niż zwykle, a to, że Svenson jest po naszej stronie nie daje nam przewagi. Musimy działać rozsądnie.
- Zawsze działamy rozsądnie, tatuśku - mrugam okiem, cmokam go w policzek i chwytam Justina za dłoń.
- Dzięki, stary - Dante szturcha Justina w ramię, zaciskam usta jednak to niecodzienny obrót spraw.
- Nie ma sprawy, polecam się na przyszłość - uśmiecha się, spogląda na mnie i całuje czubek głowy.

Kiedy tylko przekraczamy próg magazynu, rozdzwania się telefon Dantego. Marszczy brwi i oddycha ciężko.
- Dzwoni Manabu Sato, dostawca z Japonii - och, kurde! - Lepiej, żeby miał dobre wieści - przesuwa palcem po wyświetlaczu i przystawia telefon do ucha - Witaj, Manabu. Dostałeś zdjęcia? - zapada cisza, wszyscy oczekują w napięciu, jednak od tego człowieka zależy bardzo wiele. To on odpowiada za towar, który ma przypłynąć za dwa i pół tygodnia. Dante wysłał mu zdjęcia medalionu, który znalazłam i czekaliśmy aż potwierdzi, czy to faktycznie ten - Świetnie! Cieszę się, że teraz nam wierzysz. Przykro mi, że Ramosa spotkał taki koniec, ale wiesz jak jest - Dante posyła nam uśmiech, wystawia kciuk ku górze i zmierza do innego pomieszczenia - Więc? Co to za towar i ile go będzie? Muszę się przygotować.
- No proszę, więc jeden problem mamy z głowy - Banger rzuca się na kanapę i wystawia nogi na stolik.
- To dopiero początek, stary. Musimy przemyśleć dobrą strategię, inaczej w porcie zrobi się bardzo gorąco.
- Pogadamy o tym wieczorem - niepewnie spoglądam na Justina, który przysłuchuje się naszej rozmowie. Nie może wiedzieć zbyt wiele, mógłby to wykorzystać - Więc, co robimy kocie? Masz jakieś plany?
- Owszem, muszę załatwić kilka spraw. Może spotkamy się wieczorem w moim klubie? Masz ochotę?
- Jasne, czemu nie? Nie ma to jak pić na twój koszt, staruszku - chichoczę, a Jay mruży groźnie oczy.
- Odprowadzisz mnie? - chwytam go za rękę, prowadząc do drzwi - Na razie! - salutuje do chłopców, opuszczamy magazyn i zatrzymujemy się dopiero przy jego samochodzie - Będziesz grzeczną dziewczynką? - odgarnia kosmyk moich włosów, sunie opuszką po policzku, a jego oczy przewiercają mnie na wylot. Skurczybyk! Wie, co zrobić, żeby namieszać kobiecie w głowie! - Zero klejenia się do Josha, jasne?
- Czyżbyś był zazdrosny? - przygryzam wargę, zarzucam dłonie na jego szyję i jak zawsze gryzę w brodę.
- Może? - odpowiada pytająco, a jego słowa i tak mnie zaskakują. Co on mówi? - Nie patrz tak na mnie, to nic nadzwyczajnego, prawda? Po pierwsze; należysz do mnie, po drugie; to do czegoś zobowiązuje.
- Jesteś taki zabawny, kiedy wmawiasz sobie, że jestem twoja, Jay. Nie próbuj zapiąć mi obroży wokół szyi i prowadzić mnie na smyczy. Jestem duża, skarbie, mogę robić to, na co mam ochotę. Zrozumiano?
- Absolutnie nie, rybko. Nie próbuj ze mną pogrywać, inaczej się zdenerwuję. Chyba tego nie chcesz?
- Chcę - chichoczę, pocieram nosem o jego i wpijam się w jego kuszące usta, które wręcz same zapraszają do pocałunku. Natychmiast wpycha język do środka, odnajduje mój i przygryza, a nieproszony jęk sam wydostaje się na zewnątrz. Niech to szlag, ależ on na mnie działa. Co za szaleństwo! - J-Jay, cholera!
- Cicho - mówi w moje usta, odwraca się i przypiera moje plecy do drzwi samochodu. Napiera na mnie, jedną dłoń przenosi na moją szczękę, którą ściska mocno i pogłębia pocałunek. Przez moje ciało przelatuje ten znajomy, podniecający dreszcz i szybko robię się wilgotna. Sutki twardnieją pragnąc jego dotyku, od którego chyba zdążyłam się uzależnić - Do zobaczenia wieczorem, kochanie - odstawia mnie na nogi, na których ledwo stoję! Jak może ot tak przerwać i pozostawić to przeklęte uczucie niedosytu? - Jak będziesz grzeczna, potem dostaniesz więcej - cmoka w powietrzu, wsiada do samochodu i rusza z piskiem opon.
 A ja stoję z przyśpieszonym biciem serca i narastającym uczuciem tęsknoty. Porażka!


Po obiedzie który robię razem z Joshem, James prosi mnie na rozmowę. Od niedzieli nie mieliśmy okazji zamienić kilku słów i doszłam do wniosku, że nie tak łatwo jest mu się na nią zebrać. Nie miałam pojęcia, cóż takiego chce mi powiedzieć i byłam tego ciekawa. Wątpię, aby zmienił do mnie nastawienie skoro nienawidził mnie przez sześć, długich lat. Nawet uratowanie życia niewiele wprowadzi do zmiany naszych relacji. Przywykłam do tego, iż nie zaakceptował mnie i zapewne nigdy tego nie zrobi. Bywa i tak.
- Zacznę od początku - chrząka niezręcznie, drapie się w kark i opiera o barierkę odgradzającą rzekę - Chciałem ci podziękować - opada mi szczękę, patrzę na niego z niedowierzaniem, ale James nigdy za nic mi nie podziękował! - Wiem, że to zbyt mało za uratowanie tyłka, ale tylko to mogę zrobić. Wiem, że gdybyś mnie wtedy nie osłoniła zapewne teraz by mnie tutaj nie było - schyla głowę, wpatruje się w dół, a mi pierwszy raz w życiu robi się go żal, chociaż sama nie wiem czemu - Dante wciąż to przeżywa, dużo rozmawialiśmy kiedy zniknęłaś i przez te rozmowy chyba wszystko do mnie dotarło. Nienawidziłem cię bezpodstawnie, Vi. Pojawiłaś się w naszym zespole dosłownie znikąd, a Dante zwariował na twoim punkcie, pokochał cię mimo, że w ogóle cię nie znał. Chyba to mnie zabolało. Twoje przybycie trochę zmieniło.
- Domyślam się, w końcu byliście sami, aż nagle pojawia się dziecko. Jednak zawsze będę wdzięczna Dantemu za to, że mnie ocalił. Teraz powinieneś mnie zrozumieć. On uratował mnie, ja uratowałam ciebie.
- Dokładnie. Żałuję jedynie, że musiało dojść do nieszczęścia, aby wreszcie to do mnie dotarło. Może i zajmujemy się czymś niebezpiecznym, ale chcę żyć jak każdy. Dlatego zawsze już będę zawdzięczał ci życie, Vivienne. Wybacz mi za to dziecinne zachowanie, zraniłem cię tak wiele razy, a ty bez wahania rzuciłaś się, żeby mnie osłonić. Wcale nie jestem pewny, czy byłbym w stanie zrobić to samo, wiesz?
- Wiem - uśmiecham się, układam dłoń na jego ramieniu i ściskam mocniej - Wyznaję zasadę, "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego", James. Zrobiłam to odruchowo, ponieważ ktoś celował w członka grupy, do której należę. Zapewniam cię, że obroniłabym każdego z pozostałej piątki. Jesteście moją rodziną.
- Miałem klapki na oczach. Wyżywałem się na tobie, a teraz, kiedy zawdzięczam ci tak wiele nagle moje oczy się otworzyły. Jesteś wspaniałą dziewczyną, Vivi - przyciąga mnie do siebie, przytula, a moje serce zamiera. W moich oczach zbierają się łzy, które powstrzymuję z całych sił, jednak ruch Jamesa cholernie mnie rozczula. Wiem, że między nami nie było dobrze, ale ja nie mam zamiaru tego rozpamiętywać. Nie żywię do niego nienawiści, wszyscy popełniały błędy, a sztuką jest się do nich przyznać - Jeszcze raz przepraszam za całe gówno, którym cię obrzucałem na każdym kroku. I dziękuję. Jak ma się twój bark?
- Szału nie ma. Jeśli go nadwyrężam mści się na mnie skurwiel i nie daje odpocząć od bólu. Poza tym daję radę, powinnam niebawem zmienić opatrunek. Muszę też wyżebrać od Jay'a proszki przeciwbólowe.
- Naprawdę go lubisz, co? - odchyla mnie od siebie, marszczy brwi i wpatruje się we mnie wyczekująco. Niepewnie przytakuję głową, wzdycha głośno i przewraca oczami - Nie podoba mi się to jak diabli, bo wiem, jakie z niego ziółko. Nie każdy jest jednak idealny i skoro chcesz się z nim spotykać, zamknę się i nie będę tego komentował - zaciskam usta, aby nie uśmiechnąć się szeroko. To niewiarygodne! Wystarczyła chwila, aby James zmienił do mnie podejście. Czy to pieprzony sen? - Podtrzymuję to, co powiedziałem wcześniej. Jeśli cię skrzywdzi, wal śmiało, dobra? Zbierzemy się z chłopakami i skopiemy mu dupę.
- Dzięki, James. Pamiętaj, że należę do Seven, tak? Jeśli mnie skrzywdzi po prostu go zastrzelę - mrugam zadziornie, chwytam go za rękę i wracamy do magazynu. Dzięki tej rozmowie czuję się taka lekka!





Jay POV:
Kilka minut po dwudziestej drugiej wychodzę z domu, wsiadam do auta i ruszam w stronę klubu, w którym umówiłem się z Vivienne. Liczę na to, że jest grzeczną dziewczynką i nie pije alkoholu ze względu na ranny bark. Wziąłem ze sobą tabletki, które przepisał jej lekarz. Nie upomniała się o nie i przez chwilę myślę, czy zrobiła to, bo naprawdę ich nie potrzebuje, czy może dlatego, iż nie pozwala jej na to duma?
Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby chodziło o to drugie. W końcu to Vi! Uparta bestia, która nigdy nie przyzna się do bólu, chwili słabości. Nawet stwierdziła, że nienawidzi łez i się nie zakochuje. Co za bzdury! Może zgrywać twardą, pewną siebie kobietę, bo faktycznie taka jest, jednak ma serce, jest słodka i to kwestia czasu, a obdarzy mnie uczuciem. Nie będę narzekał, będzie należała do mnie nie tylko ciałem, ale i sercem. Cholera, jak to pięknie brzmi. To musi być niesamowite uczucie kochać i być kochanym przez taką kobietę. Vi jest wyjątkowa, wartościowa, piękna. Może i robi popaprane rzeczy, chociaż jest na to zbyt młoda, ale nie jeden szczeniak mógłby pozazdrościć jest odwagi. To zadziwiające, że tak zakręciła mi w głowie i to w zaledwie dziewięć dni. Czasami jednak wystarczy jedno spojrzenie, jeden gest, jedno słowo, aby wiedzieć, że to jest "to". Łączy nas coraz silniejsza więź i mam zamiar całkowicie nią zawładnąć.

Od klubu dzieli mnie pięć minut. Stoję na czerwonym świetle, a mój telefon informuje o przyjściu wiadomości. Wyjmuję go z wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki i wchodzę w skrzynkę. Wiadomość jest od Savage'a, a to, co widzę gotuje krew w moich żyłach. Zaciskam szczękę, a złość wylatuje mi uszami!




Z całej siły hamuję się, żeby nie wysiąść i nie pobiec na piechotę. Jestem wkurwiony, mam ochotę zabrać ją i porządnie przelecieć, żeby nigdy więcej nie przymilała się do obcych facetów! Co ona sobie wyobraża? Przecież powiedziałem jej, że ma być kurwa grzeczna, a ona świetnie się bawi nie tracąc czasu.
Ruszam ze świateł z piskiem opon. Skręcam dwa razy w lewo, raz w prawo i parkuję przed klubem. Wypadam z samochodu jak z procy, chwytam za klamkę, a mój telefon ponownie informuje o przyjściu wiadomości. Co tym razem? Mimo, że jestem na miejscu i tak zaglądam, co przysłał mi Savage.




Zaciskam szczękę, wchodzę do środka i przemierzam długi korytarz. Kiedy docieram na salę zamieram zszokowany. Tak, proszę państwa. Moja kobieta zmysłowo wije się przy rurze, a jej ruchy cholernie mnie zaskakują. To nie jest amatorka, Vi doskonale wie, co robić, jak się poruszyć, aby zwalić faceta z nóg. Więc stoję jak słup soli, gapię się na nią jak ciele w malowane wrota i nie dowierzam, że potrafi tak tańczyć! Spodziewałbym się po niej wszystkiego, oprócz tego, co mam okazję właśnie podziwiać. Jest niesamowita, tak kurewsko seksowna, nie wyuzdana. Mimo tego, iż ma na sobie zdecydowanie zbyt mało, wygląda jak bogini, nie dziwka. Jasna cholera! Przecieram twarz ręką i nie potrafię się ruszyć, aby zabrać ją stamtąd, osłonić przed widokiem chciwych oczu innych mężczyzn. Tylko ja mam prawo do takiego widoku, pokazu i Bóg wie czego! Nie ukrywam, liczę na taki taniec w zaciszu własnego domu.
- Dobra jest, nie? - obok mnie pojawia się uśmiechnięty od ucha do ucha Savage - Nieźle dzisiaj szaleje.
- Więc czas to zakończyć - wzdycham ciężko, przeciskam się przez tłumek napalonych facetów i wchodzę na podwyższenie, na którym Vi urządza przedstawienie. Kiedy tylko mnie widzi, nieco się spina, jednak maskuje to zadziornym uśmieszkiem. Bez pierdolenia przerzucam ją sobie przez ramię, znoszę ze sceny, a pomieszczenie wypełnia buczenie niezadowolenia. Mam ochotę wystawić im środkowy palec, jednak powstrzymuję się i po chwili wchodzę do biura, trzaskając drzwiami - Co ty wyprawiasz, do cholery?!
- Ciii, nie krzycz - marszczy brwi, przykłada palec do moich ust i przysuwa się bliżej - Nie lubię, kiedy się na mnie złościsz - patrzy na mnie z miną szczeniaka i dopiero teraz orientuję się, że jest podpita.
- Piłaś? - pytam z niedowierzaniem, niewinnie wzrusza ramionami i zaczyna całować moją szczękę - Powiedziałem ci, żebyś tego nie robiła, Vivienne! Masz ranny bark, naprawdę już o tym zapomniałaś?
- Jakbym mogła, skoro skurczybyk nie daje mi spokoju. Rwie jak diabli, musiałam się znieczulić.
- Jesteś niemożliwa! Lekarz przepisał ci tabletki, dlaczego nie wzięłaś ich ze sobą, huh? Pomyśl czasami.
- Wybacz, ale z tego, co pamiętam, uciekłam z twojego domu. Miałam się wrócić do tabletki? Jasne!
- Mogłaś mi po prostu powiedzieć, a przywiózłbym ci je natychmiast. Musisz na siebie uważać, rybko.
Rana jest poważna, dbasz o nią? - znudzona przewraca oczami, odsuwa się ode mnie i siada na biurku, zakładając nogę na nogę. Podnieca mnie jak diabli, a mój kutas budzi się do życia. Pragnę jej!
- Staram się, Jay. Nie znam się na tym za bardzo, dlatego nie jestem pewna, co mi z tego wychodzi.
- Wróć do mojego domu, Vivi - podchodzę do niej, odgarniam jej włosy i ujmuję twarz w dłonie - Zatroszczę się o ciebie, zadbam o ranę która tego wymaga. Może wdać się infekcja, a wtedy gojenie potrwa o wiele dłużej. Chcesz tego? - kręci przecząco głową, zakłada ręce na piersiach i wygląda jak nadąsana dziewczynka - No właśnie! Musisz wyluzować, a przed chwilą stałaś na rękach! Oszalałaś?
- Oj, przestań już - wzdycha ciężko, opiera głowę na moim ramieniu i ziewa głośno - Powiedziałam, że musiałam się znieczulić, bo bark mi dokuczał. Zwykłe tabletki za cholerę na niego nie działają.
- Są za słabe na taki ból, tutaj potrzeba coś na receptę. Mam je przy sobie, ale niestety dzisiaj ich nie dostaniesz. Jesteś pijana więc mogłoby się skończyć fatalnie. Zabiorę cię do domu, koniec zabawy.
- Już? Przyszłam ledwo dwie godziny temu - wygina usta w podkówkę, chwyta kołnierz mojej kurtki i przyciąga mnie do swoich ust. Kiedy tylko je czuję w moje ciało uderza podniecenie, tracę nad sobą panowanie wręcz pożerając ją tym pocałunkiem. To niesamowite, że wciąż jest mi jej za mało - Teraz możesz mnie zabrać - gryzie mnie w wargę, puszcza oczko i zeskakuje z biurka. Co za bestia!

W drodze do domu staram się skupić na drodze, co nie jest proste. Vivienne śpiewa, o ile mogę nazwać to śpiewem, wymachuje rękami i wyje przy refrenie jak wilk do księżyca. Mam ochotę zatkać sobie uszy, ale ona nie ma zamiaru przestać! Jak Boga kocham, uwielbiam tę dziewczynę, ale tego fałszu nie da się znieść! Rozprasza mnie jak cholera, a kiedy karcę ją, spogląda na mnie spod byka i marszczy brwi. Jestem pewny, że zaraz strzeli fochem, obrazi się, przeklnie mnie, jednak robi coś odwrotnego, czym potwornie mnie szokuje. Pochyla się, rozsuwa rozporek, uwalnia mojego wciąż nabuzowanego po jej seksownym tańcu fiuta i wsuwa go do ust. Ja pierdolę, to nie dzieje się naprawdę! Czy to alkohol dodaje jej odwagi?
- Kurwa, rybko! Czyś ty zwariowała? - dyszę ciężko, wsuwam palce w jej włosy i zaciskam pięść. Chcę ją unieść, aby przestała, a po chwili wpycham się w jej usta jeszcze głębiej - Zaraz się rozpierdolimy, chcesz tego? - syczę przez zęby, ma mnie kompletnie w dupie i znęca się nad moim fiutem. Nie mam pojęcia, jakim cudem udaje mi się prowadzić, jednak doskonale wiem, że to nie skończy się dobrze. Odbijam więc w prawo, parkuję w ciemnej uliczce i gaszę silnik - Przysięgam, że tak cię za to zerznę, że nie będziesz mogła chodzić! - odchylam głowę, zamykam oczy i w pełni delektuję się tym wariactwem. Nigdy, przenigdy żadna kobieta nie robiła mi laski podczas prowadzenia samochodu. Vi przekracza granice czym doprowadza mnie do szaleństwa. Chwilami mam ochotę sprać jej seksowny tyłek, a potem pieprzyć ją do utraty tchu. Jest jeszcze taka młoda, nie do końca wprowadzona do świata, w którym przyszło jej żyć i w dodatku taka słodka, aż chce się ją schrupać. Ta małolata solidnie namieszała mi w głowie! - Kurwa, robisz to tak dobrze - unoszę biodra, wciskam się w jej gardło aż czuję ten przyjemny skurcz. Vi świetnie sobie radzi, porusza głową, masuje dłonią, a orgazm już puka do drzwi. Jestem nabuzowany jak cholera i czekam na niego jak na zabawienie. Muszę przyznać, że laska w jej wykonaniu to czysta poezja. Uwielbiam jej mokre usteczka tak samo, jak cipkę. Ależ trafił mi się apetyczny kąsek - O, Boże! Tak! - dochodzę z głośnym jękiem, wlewam się do jej ust, a po chwili jest po wszystkim. Kurwa, jestem wykończony! Co ona ze mną zrobiła?! Jak to możliwe, że fiksuję na jej punkcie? - Wiesz, że mogłem spowodować przez ciebie wypadek?
- Zrzędzisz, Jay. Wolałabym usłyszeć coś w stylu; "byłaś cudowna, rybko. Dziękuję" - ociera kciukiem kącik ust i oblizuje opuszek. No nie! Czy ona sobie żartuje?! Naprawdę ma zamiar mnie dzisiaj sponiewierać? - Zawieź mnie do domu. Zaraz umrę z bólu - krzywi się, przykłada dłoń do barku i schyla głowę.
- Aż tak źle? - podsuwam palce pod jej brodę, patrzy na mnie smutno i przytakuje - Nie powinnaś tak szaleć, kwiatuszku - przykładam dłoń do jej policzka, wtula się w niego i zamyka oczy. Ależ ona jest piękna! - Okej, jedziemy do domu. Zaraz położysz się do łóżka i odpoczniesz. Poza tym, byłaś cudowna, rybko. Dziękuję - puszcza mi oczko, zapina pas, a ja opuszczam alejkę. Kiedy dołączam się do ruchu i zmieniam pas, coś zwraca moją uwagę. Po lewej, jak i prawej stronie nieco w tyle jadą dwa czarne samochody. Gdybym nie obracał się w branży zapewne olałbym to, jednak tkwię w tym gównie po same uszy i czuję w kościach, że coś się kroi. I nie jest to nic dobrego - Ktoś nas śledzi - Vi gwałtownie przekręca głowę i ogląda się za siebie - Może zrobić się nieprzyjemnie - patrzę we wsteczne lusterko, oba samochody zbliżają się do nas, a kiedy zatrzymujemy się na światłach zaczyna się najgorsze. Jak na komendę otwierają się szyby, a przez nie wita mnie spluwa. Otwierają ogień, Vi piszczy głośno i osłania głowę ramionami. Klnę pod nosem, wciskam gaz do dechy i ruszam przed siebie. Na szczęście ruch o tej godzinie nie jest zbyt duży, dzięki temu mam swobodę - Wyciągnij telefon z kieszeni mojej kurtki - Vivi natychmiast wykonuje polecenie i wpisuje podany przeze mnie kod zabezpieczający - Wybierz numer do Savage'a i przełącz na tryb głośnomówiący - ponownie dociskam pedał gazu, odbijam z autostrady, a ogon nie znika.
- Co tam, Jay? - w samochodzie roznosi się głos Savage'e i muza z klubu - Odwiozłeś Vi do domu? Wracasz?
- Nie, nie wracam! Zbieraj dupę, zgarnij chłopców i widzimy się u mnie. Ktoś właśnie do nas strzelał!
- Kurwa mać! Zaraz będziemy - kończy połączenie, zerkam w lusterko, a na ogonie został tylko jeden.
- Kto to jest? - Vi pyta zdezorientowana i zaciska palce na pasie, którym jest przypięta - Chcieli nas zabić?
- Nie wiem, rybko. Możliwe. Nie obawiaj się, jeszcze dzisiaj będę wiedział, kto odważył się na taki krok.
A potem zapłaci za to własnym życiem - zaciskam dłonie na kierownicy, z całych sił hamując złość, która roznosi się w moim ciele niczym huragan. Nie wiem, kto to był, ale ma przejebane. 







wtorek, 20 marca 2018

Rozdział piętnasty


Jay POV:

Kiedy tylko nasze usta zderzają się ze sobą, zapominam o całym pieprzonym świecie. Wbijam palce w jej kark, wpycham język do środka, a mój kutas chce przebić spodnie. Półtora dnia bez Vi to za długo. Nie pragnę niczego innego, jak zabrać ją do swojego domu, ponownie uwięzić i mieć tylko dla siebie.
- J-jak się tu dostałeś? - pyta cicho, rozłączam nasze usta i przenoszę się na szyję. Nie mam czasu na rozmowę, pragnę jej jak diabli! - Jay? - niechętnie odrywam się od jej skóry, zsuwam buty, pozbywam się jeansów z bokserkami i góry. Vi przez cały czas obserwuje mnie niczym wygłodniałe zwierzę - Odpowiesz?
- Na dole nie było żywej duszy - rzucam szybko, układam się między jej nogami i pozbywam zmysłowej koszulki. Nie założyła majtek, co działa na moją korzyść. Oblizuję usta, pochylam się i przysysam do jej słodkiej kobiecości. Szlag! Jest po kąpieli, a jej piękny zapach uderza mi do głowy! Natychmiast wsuwa palce w moje włosy, zaciska w pięści i wije się pod wpływem moich pieszczot - Kurwa, Jay! - krzyczy  głośno, unosi biodra i jęczy, aż na moim ciele pojawia się gęsia skórka. Uwielbiam doprowadzać ją do takiego stanu, w którym ledwo się kontroluje. Kiedy do języka dołączam palec, wygina ciało i ściska w palcach sutki. Unoszę nieco wzrok, przyglądam się jej, a ten widok to wręcz dzieło sztuki. Mógłbym to nagrać i oglądać w kółko, bo jej twarz w tym momencie jest taka piękna! - Och, zaraz dojdę! Proszę!
- Nie - odrywam się od niej, obserwuję jak oddycha ciężko, zwija dłonie na pościeli, a jej ciało wciąż drży - To jeszcze nie czas na orgazm, rybko. Pamiętasz? Miałaś mnie przelecieć - wygodnie układam się na łóżku i czekam, aż przejmie pałeczkę. Niechętnie podnosi tyłek, a kiedy to robi, jej piersi wychodzą na pierwszy plan. Są tak cholernie piękne, zmysłowe, kuszące, że aż chce się je pieścić i ściskać. Niestety Vivienne ma zupełnie inny plan i nim mam szansę zrozumieć, co planuje po prostu wsuwa mojego kutasa do ust. Kurwa! Napinam szczękę, patrzę na nią i prawie wybucham. Ta kobieta to moja zguba, przysięgam! Sfiksowałem na jej punkcie, pragnę mieć ją na własność. Nigdy nie pozwolić, aby dotknął ją inny frajer - Uwielbiam twoje usta, kwiatuszku - napieram dłonią na jej głowę, wpycham się jeszcze głębiej aż czuję skurcz jej gardła. Wysuwam się, ale ten proces powtarzam kilka razy, a ona nie protestuje. Mimo tego, iż jest zadziorną sztuką teraz zmienia się w marionetkę w moich rękach. Podoba mi się taka jej wersja, ale tylko w łóżku - Musisz przestać albo zaraz dojdę w twoich ustach - chwytam jej ramiona, układam na sobie, a ta bestia seksownie oblizuje usta, patrząc mi w oczy. Niech to szlag, ależ ona jest seksowna! - Jesteś niesamowita, rybko - szepczę wprost w jej usta, odgarniam włosy, zbieram je z tyłu i ściskam mocno - A teraz przejdź do rzeczy, pragnę cię poczuć - uśmiecha się kokieteryjnie, odchyla i siada na moim fiucie. Porusza biodrami w przód i w tył, przesuwa się po nim aż jej wilgoć pokrywa mnie całego. Dopiero wtedy unosi biodra i nabija się na mnie, a z naszych ust jednocześnie ucieka jęk przyjemności. Vi nie traci ani chwili, porusza się zmysłowo, aż ciężko uleżeć mi nieruchomo. Widok jej na mnie podnieca mnie jak nic innego i muszę przyznać, że od tej chwili ta pozycja jest jedną z moich ulubionych - Jesteś blisko, czuję to - układa dłonie na moich udach, odchyla się, a resztka mojego opanowania idzie w cholerę. Siadam, obejmuję ją mocno i dopadam do jej sutków. Gryzę je, ssę, a Vi jęczy wprost do mojego ucha - Jesteś tylko moja - po tych słowach oboje osiągamy spełnienie. Vivi opada na mnie i drży, kiedy przez jej ciało przelatuje orgazm. 


Mam wrażenie, że mija wieczność, a żadne z nas nie zmienia pozycji. Vi leży na mnie, z głową na moim torsie i sunie opuszką palca po skórze. Jest jedyną kobietą, której pozwalam na taką bliskość i jedyną, której tak pragnę. Znam ją zaledwie siedem pieprzonych dni, a już zdążyła coś we mnie zmienić, zachwiać. Dopóki jej nie poznałem, nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo jestem samotny.
- Twój sms bardzo mi się nie spodobał - przerywam ciszę, a Vivi prycha pod nosem - Naprawdę sądziłaś,
że mógłbym zrobić ci krzywdę? - nie odpowiada. Wciska palec w mój bark i przekręca dookoła - Rybko?

- Oczywiście, że nie - podpiera dłonie na moim torsie, na nich brodę i wlepia we mnie te piękne, ciemne, hipnotyzujące oczy - Nie boję się ciebie, Jay. Twoja groźba nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia.
- Nie chcę, żebyś się mnie bała - odgarniam kosmyk jej włosów, zakładam za ucho i dotykam jej uroczego noska - Kopnęłaś mnie w krocze, czym wyprowadziłaś mnie z równowagi. Nigdy więcej tego nie rób.
- Nad tym będę musiała się zastanowić. Jeśli jeszcze raz zagrodzisz mi drogę, nie zawaham się.
- W takim razie będę zmuszony sprać za karę twój seksowny tyłek - unosi brew i posyła mi figlarny uśmieszek - Nie masz pojęcia, jak koszmary był to ból. Bądź pewna, że nigdy więcej ci na to nie pozwolę.
- Wcale nie potrzebuję twojej zgody, staruszku - mruga okiem, gryzie mnie w brodę i ściska sutek.

- Zachowuj się - karcę ją, chwytam za nadgarstek i układam na swoim torsie - Wiesz, byłem zaskoczony tym, że przez tyle czasu miałaś ten przeklęty łańcuszek. Jakim cudem udało ci się go zdobyć?
- Przypadkiem. Przeszukiwałam sypialnię Ramosa, aż nagle w moje oczy rzuciła się urocza pozytywka. Wzięłam ją do ręki, obejrzałam dokładnie i wyczułam spod spodu coś dziwnego. To była taśma, którą odkleiłam, a moim oczom ukazał się medalik, ale zanim powiedziałam chłopcom, rozpętało się piekło.
- Jesteś bardzo dzielna i niesamowita - dotykam z czułością jej policzka, posyła mi lekki uśmiech i całuje mój palec - Wiedz, że nie mam zamiaru ci go odebrać. Po prostu byłem wściekły za tego kopniaka.
- Wybacz, tylko się broniłam. A łańcuszka i tak ci nie oddam - mruga okiem i czmycha do łazienki.




Vi POV:
Budzi mnie uczucie gorąca. Leniwie uchylam powieki, poruszam ramionami i ziewam. Dopiero po chwili orientuję się, że za mną leży ciało, które przywiera do mojego grzejąc niczym kaloryfer. A to ci dopiero! Jakim cudem Justin zasnął przy oglądaniu filmu i został ze mną na noc? Jeśli James go zobaczy znowu rozpęta się awantura. Nie ma to jak rozpoczęcie dnia od dwóch, skaczących sobie do gardeł facetów.

Przebieram się, schodzę do piwnicy i zamykam się przed wszystkimi. Lubię te chwile, kiedy mogę poćwiczyć, po boksować wyrzucając z siebie wszystkie negatywne emocje. To pozwala mi rozluźnić napięte ciało i pomyśleć o tym, co dzieje się w moim życiu. Więc naparzam w ten Bogu ducha winny worek i zastanawiam się, jakim cudem Jay stał mi się tak bliski, w tak krótkim czasie. Polubiłam go. Mimo tego, iż czasami doprowadza mnie do szału i nie marzę o niczym innym, jak strzelić mu w łeb, sprawia, że czuję się szczęśliwa. Nigdy nie byłam w normalnym związku, nie byłam zakochana i nie zależało mi na facecie. Poza tym nie spałam z nikim poza Joshem! Może dlatego lgnę do niego mocniej, niż powinnam? Zachowuję się jak zakochana małolata, pragnąc go, tęskniąc za nim. Powinnam być bardziej ostrożna, aby nie zaczęło zależeć mi "za bardzo". To oczywiste, że nic prócz seksu i wspólnie spędzonego czasu nas nie połączy.

Wracam na górę prawie półtorej godziny później, dochodzi dziewiąta trzydzieści i marzę o pysznej, mocnej kawie. Uśmiecham się na widok stojącego w kuchni Josha, skradam się i przytulam do jego umięśnionych pleców. Znajomy zapach jego skóry wdziera się w moje nozdrza i muszę przyznać, że brakuje mi go. Dawniej byliśmy wręcz nierozłączni, a oprócz seksu robiliśmy masę innych rzeczy. Czy przez to, iż Justin pojawił się w moim życiu odsunęłam na bok Josha? Nie chciałabym, aby miał do mnie o to żal.
- Hej, wróbelku. Boksowałaś - odwraca się, obejmuje mnie i całuje w czoło - Masz ochotę na kawę?
- Och, tak! Ogromną - zarzucam dłonie na jego szyję, staję na palcach i cmokam w nos - Tęsknię za tobą.

- Naprawdę? Przecież jestem tutaj cały czas, Vivi. Czy to tęsknota za mną, czy może za moim ciałem?
- Och, za tobą, kretynie! Dużo się teraz dzieje, nie mamy dla siebie tyle czasu co dawniej, prawda?
- Owszem, ale wiedz, że to niczego nie zmienia. Nadal cię kocham, mała. Coś cię dręczy? Powiedz mi.
- Nie, po prostu boksowałam i zastanawiałam się nad tym nad tym wszystkim. W moim życiu pojawił się Justin i nie chciałabym, abyś był na mnie zły. Wiesz, że bardzo mi na tobie zależy? Zawsze tak będzie.
- Oczywiście, że wiem. Mi też na tobie zależy, i nie jestem na ciebie zły. Przyszedł czas na zmiany, poznałaś kogoś i to jest w porządku, Vi. Poza tym ja również poznałem pewną dziewczynę - o kurka! Uchylam usta, ale bardzo mnie tym zaskoczył - Ma na imię Mila, jest słodka i chciałabym, abyś ją poznała. Co ty na to?
- Bardzo chętnie! Cholera, ale mnie zaskoczyłeś! Nie spodziewałam się takich nowości. Kiedy to się stało?
- Kilka dni temu, to świeża sprawa. Nie wie, czym się zajmuję i boję się, że ucieknie z krzykiem.
- Daj spokój! Nie każda dziewczyna jest jak ex Bangera, tak? Powiesz jej w odpowiednim momencie, a jeśli naprawdę nie zwieje, to będzie oznaczać, że jej na tobie bardzo zależy. Cieszę się, że kogoś masz.
- To na razie za dużo powiedziane, ale liczę na to, że nasza znajomość się rozkręci. Lubię ją, jest fajna.
- Fajna, tak? - poruszam brwiami, a Josh czochra moje włosy i chwyta za tyłek - Oj, Mila byłaby wściekła.
- Nie ma jej tutaj, prawda? Poza tym jesteś moją przyjaciółką i masz specjalne miejsce w moim sercu. 
 



Jay POV:
Przecieram oczy, jednak nie widzę obok siebie Vi. Podnoszę tyłek z łóżka, wciągam na siebie ubrania i niezdarnie poprawiam włosy. Szlag! Naprawdę zasnąłem na tym głupim, nudnym filmie i zostałem u niej na noc?! Nie powinienem był się aż tak zapomnieć, w końcu to magazyn Seven! Ostatnie, na co mam w tej chwili ochotę to sprzeczka z moim durnym kuzynem. Wciąż ma ból dupy o Vi, która się ze mną spotyka, co coraz częściej zaczyna mnie zastanawiać. O co się tak spina, skoro nawet jej nie lubi? A może boli go fakt, że przedstawiłem ją rodzinie? James jest starszy i za każdym razem to on jest na celowniku na spotkaniach rodzinnych. Ja wyskoczyłem z narzeczoną, czy tym go tak wkurwiłem? Jeśli tak, to wspaniale!
Z uśmiechem opuszczam pokój Vi, docieram do schodów i przystaję na dochodzące z dołu rozmowy.
- Specjalnie miejsce w twoim sercu, mówisz. Więc między nami nic się nie zepsuło? Będzie jak dawniej?
- Oczywiście, wróbelku. Zawsze możesz do mnie przyjść, porozmawiać, wyżyć się - co, kurwa? Kucam na najwyższym schodu, schylam głowę i jak na zawołanie w moje oczy rzuca się Vivi oraz Josh. Stoją w kuchni, chłopak przytula ją do siebie, a jego ręce spoczywają na jej tyłku. Co to ma kurwa być?! Jakim prawem dotyka czegoś, co należy do mnie?! - To, że masz Justina między nami niczego nie zmienia.
- Nie mam go, Josh! Nie należy do mnie, tylko się spotykamy i pieprzymy. To nic wielkiego, wiesz?
- Pierdolisz, Vi. Widzę, że na niego lecisz i masz do niego słabość. To nic złego, zasługujesz na wszystko, co najlepsze. Uważaj na niego, jednocześnie korzystaj. Widać, że wpadłaś mu w oko. Nie dziwię mu się.
- Mówisz serio? Spójrz na niego, Josh. Czy on ci wygląda na mężczyznę, który mógłby trzymać przy sobie kobietę na dłużej? Wątpię. To jedynie zabawa, świetny seks, a niebawem wszystko dobiegnie końca.
- No nie wiem - Tookie oblizuje usta, unosi ją za pośladki i przysuwa do swojej twarzy. Jeśli ją pocałuje, wyjdę z siebie i stanę obok, przysięgam! Nic do niego nie mam, ale co on do chuja odwala? - Wydaje mi się, że on na poważnie coś do ciebie ma - sunie nosem po jej szczęce, a krew gotuje się w moich żyłach.
- Rybko - Vi gwałtownie przekręca głowę, uśmiecha się i zanim odrywa się od Josha, perfidnie, na moich oczach cmoka go w usta. Zwijam dłonie w pięści, ale tym przekroczyła wszelkie granice! - Co robisz?
- Rozmawiam z Joshem - wzrusza ramionami, uwalnia się z jego uścisku i wbiega po schodach - Muszę wziąć prysznic - mruga okiem, mija mnie i znika za zakrętem. Tookie kręci głową, a ja idę za nią. Nie podoba mi się jej zachowanie, o czym mam zamiar jej powiedzieć. Niestety kiedy tylko wchodzę do jej pokoju, przystaję w połowie kroku. Właśnie zdejmuje z siebie koszulkę, spodnie i zostaje całkiem naga! Szlag! - Daj mi chwilę na odświeżenie, a potem zrobię pyszne naleśniki z syropem i owocami. Pasuje?
- Pogrywasz ze mną? - ignoruję jej monolog, podchodzę i przypieram do ściany. Jęk ucieka z jej ust, próbuje się uwolnić na co jej nie pozwalam. Wsuwam palce w jej włosy, zaciskam pięść i przechylam głowę w tył - Grasz na dwa fronty? Pieprzysz się ze mną, a potem lecisz do Josha? A więc tak się bawisz? Mów!
- O co ci chodzi, huh?! Nie jestem twoją własnością, mogę się pieprzyć z kim mi się żywnie podoba!
- Tak ci się tylko wydaje! Jesteś moja, Vi. Nie masz prawa pieprzyć się z kimkolwiek innym. Rozumiesz?!
- Nie, nie rozumiem! Nie jestem ani twoja, ani żadnego innego faceta. Przestań to sobie wmawiać!
- Niczego sobie nie wmawiam, należysz do mnie Vi i mam zamiar pokazać ci, jak brać to na poważnie!
- Och, jak?! Zamkniesz mnie w swoim domu, jak po postrzale i nie pozwolisz wrócić do chłopców?!
- Jeśli nadal będziesz się tak zachowywać, kto wie? Może właśnie tak zrobię? - uśmiecham się chytrze, szlag ją trafia i robi się cała czerwona ze złości. Jest urocza, kiedy się wkurwia - Jeśli dowiem się, że pieprzysz się z Joshem pokażę ci, co się dzieje, kiedy ktoś ze mną pogrywa. Zrobi się nieprzyjemnie.
- Nie boję się ciebie, Jay. Jeśli chcesz mnie zabić, to zabij! Na co czekasz, huh?! Pociągnij za spust.
- Jesteś taka głupiutka, rybko - wzmacniam uścisk na jej włosach, przysuwam się i mówię wprost w jej kuszące usta - Nie chcę cię zabić, przecież przed chwilą powiedziałem, że jesteś moja, tak? Jednak jeśli mnie zdenerwujesz mogę zrobić coś, co ci się nie spodoba. Nie wiem, może na przykład Josh zapłaci za twoje nieposłuszeństwo? - sunę nosem po jej szyi, wstrzymuje oddech, a jej ciało napina się jak struna.
- Dotknij go, a przysięgam, że pożałujesz, że mnie kurwa poznałeś. Zabiję cię, nawet się nie zawaham.
- Oj, nie strasz. Nie zrobisz tego - zasysam skórę, próbuje mnie odepchnąć, ale jest zbyt słaba, aby ze mną wygrać - Po prostu uważaj na to, co robisz. Utemperuj te swoje ostre pazurki, rybko, a będzie dobrze.
- Nie mam zamiaru kontynuować tej bezsensownej rozmowy. Puszczaj mnie - uwalniam ją z uścisku, robię krok w tył i przyglądam się jej uroczym policzkom, na które występuje czerwień - Idę pod prysznic, a kiedy wyjdę, nie chcę cię tutaj widzieć. Wkurwiłeś mnie swoim pieprzeniem głupot. Rób tak dalej, a nasza znajomość skończy się bardzo szybko - prycha z kpiną, mija mnie i wchodzi do łazienki. 


Nie byłbym sobą, gdybym jej posłuchał. Schodzę na dół, siadam na jednym z barowych krzesełek, a Josh częstuje mnie kawą. Nic do niego nie mam, dopóki trzyma się z daleka od cipki Vi. Miał ją przez rok, teraz na jej drodze pojawiłem się ja i nie mam najmniejszego zamiaru się dzielić. Ani z nim, ani z nikim innym.
- Wyluzuj, stary! Widzę, jak bardzo jesteś wkurwiony - Tookie kręci głową z rozbawieniem i szturcha mnie w ramię - Widziałem cię na schodach, zrobiłem to specjalnie. Wyluzuj, to nic nie znaczyło. Przysięgam!
- Możesz obiecać mi, że nie dotkniesz jej w sposób, w jaki nie powinieneś? Ona chyba chce mnie wkurzyć.
- Cała Vi! Bądź spokojny, nie zamierzam nadal z nią sypiać, skoro kręcę się obok innej. To byłoby dziwne.
- Tsa, odrobinę. Słyszałem waszą rozmowę. Vivi wspominała, że nie jestem facetem, który trzymałby przy sobie kobietę, jednak myli się. Lubię ją, wpadła mi w oko i nie potrafię spojrzeć na inną. To szalone!
- Zakochałeś się - co, kurwa?! Gapię się na niego jak na kosmitę, ale wręcz nie dowierzam, że coś takiego w ogóle przeszło mu przez gardło - To nic złego, stary, wręcz przeciwnie, fajnie jest mieć obok siebie kobietę, która jest niesamowita, oddana, ma dobre serce i będzie trwać przy boku na dobre i na złe.
- Rozpędziłeś się, Josh. Znam ją od dziewięciu dni, a ty mówisz mi o zakochaniu? Nie ma kurwa opcji.
- Aj, jeszcze wspomnisz moje słowa - mruga okiem, prycham pod nosem, a do środka wchodzą chłopcy.
- Co ty tutaj kurwa robisz?! - James wydziera się jak obłąkany, co nie dziwi mnie nawet odrobinę - Jest jeszcze wcześnie, a ty wbijasz tutaj i popijasz sobie kawkę? Co jest z tobą nie tak, człowieku?!
- Przestań cię drzeć, Devil - Josh przewraca oczami i wzdycha ciężko - Przyzwyczajaj się do tego widoku.
- Co? Niby dlaczego, huh?! Więc ma zamiar tutaj wpadać jak gdyby nigdy nic? Albo może zamieszkać?
- Daj spokój, okej? Justin spotyka się z Vivienne, więc czy tego chcesz, czy nie, będzie tutaj bywał.
- Więc nadal nie zmądrzała? Nie posłuchała mnie? Ile razy mam jej mówić, że on jest kretynem?
- James - jak na komendę odwracamy głowy w stronę schodów, na których stoi Vi. Co dziwne, nie jest ani wkurwiona, ani nie przyjmuje postawy bojowej. To coś nowego - Jestem naprawdę zmęczona, wiesz? Proszę, odpuść, dobrze? Lubię go i nic nie jest w stanie tego zmienić. Nie chcę się wciąż o to kłócić.
- Ale on cię zrani, Vi - podchodzi do niej, układa dłonie na jej ramionach i patrzy w oczy. Jestem ciekawy, czy rozmawiali po tym, jak Vi ocaliła mu życie - Nie chcę, żebyś przez niego cierpiała, rozumiesz?
- Rozumiem, i jestem wdzięczna za twoją troskę. Jednak musisz mi zaufać, ponieważ jestem dorosła i tak samo jak Dante, nie ochronisz mnie przed popełnianiem błędów. Muszę się na nich uczyć, takie jest życie.

- Poza tym ja wcale nie mam zamiaru jej skrzywdzić, kuzynie - podchodzę do nich, wystawiam dłoń i czekam, aż Vivi ją złapie. Unosi brew, zakłada ręce na piersiach i jawnie pokazuje, jak bardzo jest na mnie wściekła - Spotykamy się i w najbliższym czasie to nie ulegnie zmianie - Vi uchyla usta, już chce coś powiedzieć, jednak przyciągam ją do siebie i całuję czule w usta - Prawda, rybko? Uwielbiam cię.
- Zaraz się kurwa porzygam - James krzywi się, jakby miał zwymiotować i spogląda na Vi - Niech ci będzie, to twoje życie. Jeśli zrobi ci krzywdę lub coś, czego nie będziesz chciała powiedz, a od razu go zabiję.
- Mówisz tak, jakbym ci na to pozwolił - prycham rozbawiony, a Vivi wbija palce w moje biodro. Auć!
- Hej! - do środka wpada zdyszany Zayn, przykłada dłoń do serca i próbuje się uspokoić - Dave chce uderzyć. Mój informator dostał cynk, za pół godziny będzie w magazynie z towarem odbitym Ramosowi.
- Chyba go sutki swędzą, jeśli na to pozwolimy. Zbierać się, jedziemy tam! Czuję, że będzie rozpierdol.

Jadę z Vi własnym samochodem. Jest spięta, siedzi cichutko, nerwowo gryzie wargę i podryguje nogą. Układam na niej dłoń, ściskam mocniej, a Vi odwraca wzrok i posyła mi zdezorientowane spojrzenie.
- Nie obawiaj się, rybko. Nie pozwolę, aby ktokolwiek zrobił ci krzywdę. Ze mną jesteś bezpieczna.
- Jezu, Jay, co się z tobą stało? Od kiedy robisz za mojego ochroniarza, co? Przecież sobie poradzę.
- Wiem, ale skoro się spotykamy to oznacza, że chcę mieć na ciebie oko. W tym również ochraniać cię.
- Och, jakież to słodkie - uśmiecha się szeroko, kładzie dłoń na mojej i splata nasze palce - Jesteś uroczy.
- Ble, tylko nie uroczy. Wolę seksowny ewentualnie przystojny - mrugam okiem, Vivienne karci mnie spojrzeniem prychając pod nosem. Kiedy jednak z powrotem przenoszę wzrok przed siebie, zaciskam szczękę i parkuję pod magazynem Seven - By ich kurwa wszystkich szlag - burczę wkurzony, wysiadam z samochodu i wyjmuję spluwę zza paska spodni. Przed nami stoi dumny Dave ze swoją armią. Każdy celuje w siebie bronią, a to nie wróży dobrze. Jeśli się nie dogadamy, to się pozabijamy.







***************************************Hello! :)
Next tradycyjnie w piątek :D
A jutro Different Story. Bądźcie gotowe 💔

Ściskam
Kasia