wtorek, 24 kwietnia 2018

Rozdział dwudziesty szósty


Vi POV:

Czas płynął jak w przyśpieszonym tempie. Czasami miałam wrażenie, że ucieka mi wręcz między palcami i nim się obejrzę, będę pomarszczoną staruszką, o ile w ogóle będzie mi dane dożyć tego momentu.

Czerwiec płynnie przeszedł w lipiec, a lipiec w sierpień. I tak oto wczoraj mój związek z Justinem  obchodził drugą miesięcznicę, a z tej okazji mój ukochany zabrał mnie do pięknej restauracji. Wcześniej nie lubiłam takich ckliwych gówien, wydawało mi się to kiczowate, wręcz przesłodzone i sztuczne. Jednak człowiek pod wpływem uczuć i klapek na oczach potrafi zmienić spojrzenie na pewne sprawy. I ja byłam tego idealnym przykładem. Przestało liczyć się gdzie, a najważniejsze stało się z nim. Byłam obrzydliwie i nieodwracalnie zakochana, Justin dawał mi szczęście, poczucie bezpieczeństwa i mnóstwo miłości, której wciąż łaknęłam. Wreszcie czułam się tak, jak powinnam. Miałam świadomość, że jestem dla niego ważna, że mnie potrzebuje, pragnie. W dzieciństwie bywały dni, kiedy prosiłam o miłość rodziców, próbowałam przytulać się do mamy, jednak ona za każdym razem odpychała mnie i kazała iść do swojego pokoju. Odrzucenie dla kilkuletniej dziewczynki to jak cios w brzuch, po którym bebechy wywracają się na drugą stronę i chcą wyskoczyć gardłem. Cierpiałam, tłumiłam to w sobie i po cichutku zmieniałam się w zimną sukę, aby nie pozwolić sobie na ponownie odrzucenie. To niesamowite, że Justinowi wystarczyło ledwie dwa miesiące, aby pokazać mi, że miłość jest piękna i potrzebuje jej każdy człowiek. Ja również. Bez względu na to, ile wycierpiałam w przeszłości, ile razy zapierałam się, że nigdy w życiu nie pozwolę sobie na zakochanie, i tak złamałam swoje obietnice. Pokochałam i ktoś pokochał mnie. Moje wady, zalety, cięty język. Nie przeszkadzało mu to, że jestem zwariowana, czasami wręcz dziecinna. Akceptował mnie taką, jaką byłam i wziął wszystko, co chciałam mu dać. Chyba był moim pieprzonym przeznaczeniem.


Od kiedy wspomniałam mu o studiach, nie dawał mi spokoju. Pchał mnie w tym kierunku, ale robił to powoli i subtelnie. Nie czułam żadnej presji z jego strony, po prostu siedzieliśmy i rozmawialiśmy godzinami, jak dobry byłby to wybór. Widziałam coś dziwnego w jego oczach, jakby dumę, czego nie rozumiałam. Naprawdę zależało mu na tym, abym zmieniła swoje życie, ale nie mówił mi wprost, że "mam" to zrobić. Decyzja należała tylko do mnie, a ja nie byłam pewna w którą stronę pójść. Właściwie i tak przez ostatni miesiąc nie robiłam nic innego, jak spędzanie czasu z Justinem i nie w głowie było mi latanie za dragami. Z tego powodu zadowolony był również Dante. Nawet pewnego razu podziękował Justinowi, że odciągnął mnie nieco od tego popapranego życia, w którym tkwiłam. Wkurzał mnie jedynie fakt, iż wciąż za niepodważalny argument wymieniali mój młody wiek i to, że powinnam się uczyć, a nie biegać z bronią. Obraziłam się na nich śmiertelnie i nie odzywałam przez kilka dni. Tak nagle zebrało im się na pogadanki, tak? Robiłam to przez kilka lat, do jasnej cholery, więc mogliby sobie darować.
Tak czy siak na studia się zapisałam. Justin pomógł mi wybrać kierunek i chociaż nie byłam zbyt pewna, złożyłam papiery na psychologię. Byłam podekscytowana i przerażona jednocześnie. 


Mieszam makaron z sosem z pomidorów i tuńczyka, kiedy rozdzwania się mój telefon. Na wyświetlaczu ukazuje się uśmiechnięte zdjęcie Dantego, odbieram szybko i włączam go na tryb głośnomówiący.
- Hej, skarbie. Czyżbyś tak szybko się za mną stęsknił? - chichoczę pod nosem i dodaję trochę pieprzu.

- Zawsze za tobą tęsknię, dziecinko! - oburza się i oczami wyobraźni widzę jego nadąsaną minę - Ale dzwonię w innej sprawie. Okazało się, że dostawa przypłynie dzisiaj wieczorem - o kurwa! Drewniana łyżka prawie wypada mi z dłoni - Manabu dzwonił do mnie kilka dni temu i zapewniał, że jest już gotowy. Podszedłem do tego z dystansem, ponieważ całość przedłużyła się o calutki miesiąc. A jednak dotrzymał słowa. Wszystko jest przygotowane, my również. Chcesz wziąć w tym udział? Może być różnie, mała.
- Mam to w nosie, Dante! Nadal jesteśmy zespołem i wolałabym, abyś o tym nie zapominał. Idę z wami.
- W porządku. Nie będę namawiał cię do zmiany zdania, bo wiem, że nic nie zdziałam. Ruszamy punkt dwudziesta pierwsza. Musimy wszystko przepakować do ciężarówek i zawieść do magazynu.
- Nie wydaje się być to jakieś super trudne. Mamy fajny zespół, więc akcja powinna pójść sprawnie.

- Nie zapominaj, że są również inni. Nie mamy pojęcia, czy ktoś nie dowiedział się o tym, co planujemy. Jeśli jakimś cudem wie o tym więcej osób, może rozpętać się tam prawdziwe piekło. Wtedy zostawiamy wszystko i spierdalamy, Vi. Rozumiesz? Ten towar nie jest warty życia żadnego z nas. Nie zaryzykujemy.
- Nie lubię uciekać i tchórzyć, Dante, ale to ty jesteś tutaj szefem. W tym przypadku masz sto procent racji, życie ponad wszystko. Nie chcę stracić żadnego z was, nigdy! Nie umiałabym z tym żyć!
- Wiem, Vi. Dlatego jak będzie okaże się dopiero na miejscu. Muszę kończyć, pogadamy później, okej?
- Jasne. Całuję - cmokam ustami, kończę połączenie i myślę o tym, co czeka nas wieczorem. Cholera! Jeśli coś naprawdę się spieprzy będzie gorąco! Takich sytuacji nie da się przewidzieć, idziemy na żywioł.
- Hej, rybko - w progu salonu pojawia się Jay, podchodzi bliżej i przytula się do moich pleców - Mmm, ale pięknie pachnie - zaciąga się zapachem i wydmuchuje powietrze na moją szyję - Nie ukrywam, uwielbiam cię w tym wydaniu, wiesz? Ten fartuszek seksownie na tobie wygląda. A gdybyś pod nim była naga...
- Justin! - karcę go i próbuję odepchnąć pupą, co mi się absolutnie nie udaje - Zachowuj się, proszę.
- Przecież nie robię nic złego, prawda? Przytulam się do mojej narzeczonej i komplementuję ją.
- Obiad gotowy - wyłączam palnik, rozwiązuję sznureczki od fartuszka, a Jay odkłada go na blat obok.
- Nie bądź taka zimna, stęskniłem się za tobą - odwraca mnie w swoją stronę, wsuwa palce w moje włosy i całuje namiętnie. Nie było go zaledwie cztery godziny, to możliwe, aby tak szybko się stęsknić? - Mmm, twoje usta to moje pieprzone uzależnienie, wiesz? - szepcze seksownie, unosi mnie i sadza na blacie. Kiedy staje między moimi nogami, krótka, zwiewna spódniczka nieco podsuwa się w górę, a on natychmiast wykorzystuje okazję i wsuwa palce pod moją bieliznę. Kurwa! Nienawidzę, kiedy moje ciało tak łatwo mu się poddaje, mając mnie kompletnie w dupie! Przecież to ja tutaj rządzę, dlaczego nie słucha mnie i tak perfidnie pokazuje, że jego dotyk może zdziałać wszystko? - Pragnę cię, tu i teraz - wsuwa we mnie dwa palce, kciuk dociska do tego zdradzieckiego guziczka i przepadam! Odchylam głowę, zamykam oczy i zaciskam mięśnie z przyjemności. Kocham to napięcie w dole brzucha, to ciepło, które przepływa przeze mnie niczym porażenie prądem i jego pewne, męskie dłonie, które doprowadzają mnie do szaleństwa! Seks z nim był wyjątkowy, niesamowity, wyuzdany. Za każdym razem chciałam więcej, i więcej, i więcej, a on dawał mi to bez zająknięcia. Pokazywał mi nowe rzeczy, których nigdy wcześniej nie próbowałam, i chociaż niektórych nieco się bałam, przekonywałam się szybko, że są zmysłowym doświadczeniem. Jay wiedział, jak odpowiednio zając się kobietą, a tym mi imponował - Tak szybko robisz się wilgotna - jego seksowny głos sprowadza mnie na ziemię, wysuwa ze mnie palce i patrząc mi prosto w oczy rozpina guzik w jeansach, zsuwa je razem z bokserkami, a jego męskość wyskakuje na wolność. Oddycha głęboko, jakby odczuł ulgę, że uciskający materiał zniknął - Zdejmij bluzkę - wydaje rozkaz, który spełniam bez wahania. Bluzka ląduje na podłodze, a stanik szybko do niej dołącza. Oblizuje usta, pochyla się i chowa sutek do ust, wysyłając w moje ciało nową falę podniecenia. A potem wbija się we mnie bez ostrzeżenia i nadaje sobie szalone tempo. Wszystko się we mnie zaciska, jęki wypełniają kuchnię i za cholerę nie mogę ich opanować. Jest mi tak dobrze! - Spójrz na mnie - zostawia sutek w spokoju, układa dłoń na moim karku i zmusza, abym otworzyła oczy. Więc robię to, wpatruje się we mnie jak zahipnotyzowany i nie przestaje ruszać biodrami, wbijają się we mnie do samego końca - Kocham cię, maleńka - przygryza moją wargę, a serce chce wyskoczyć mi gardłem. Uwielbiam, kiedy zapewniał mnie o swoim uczuciu, dodając mi pewności, że wciąż jestem dla niego najważniejsza - Chcę pomóc w dzisiejszej dostawie - och! Patrzę na niego zaskoczona, jednak ciężko skupić mi się na rozmowie, kiedy posuwa mnie jak szalony. W pewnej chwili unosi mnie, przechodzi do salonu, a każdy jego krok wysyła mnie w pieprzony kosmos - Pozwól mi być przy tobie, Vi - układa mnie na ogromnym narożniku, kładzie się na mnie i napiera swoim ciałem. Dante trzymał Justina z dala od naszych interesów. Każdy zajmował się swoimi sprawami, nie wchodzili sobie w drogę i to mi odpowiadało. Skąd więc pomysł, aby być przy dzisiejszej dostawie? - Boję się o ciebie, o to, że coś się spierdoli i stanie ci się krzywda - unosi moje dłonie nad głowę, pieści szyję, a orgazm zbliża się wielkimi krokami. Dlaczego musi mówić o tym akurat w momencie, kiedy skupiam uwagę na przyjemności?
- P-proszę, chcę orgazmu! - unoszę biodrami, dociskam się do niego mocniej wyduszając z niego jęk.
- Ach, tak? - uśmiecha się chytrze, odsuwa i siada na piętach. Przysuwa mnie do siebie jeszcze bliżej i przyśpiesza - Mówisz masz, kwiatuszku. Zaraz będziesz krzyczeć moje imię jak szalona.


O dwudziestej pierwszej wszyscy jesteśmy na miejscu. W porcie oprócz nas nie ma żywej duszy, jest ciemno, ponuro, a złowieszcza mgła unosi się nad wodą. Nie ukrywam, ten obrazek przypomina mi wręcz scenę z filmu akcji, gdzie po chwili znikąd pojawia się cały oddział armii, po czym rozpoczyna się walka na śmierć i życie. Mam nadzieję, że to tylko moja wyobraźnia podsuwa mi te obrazy i nic takiego nie będzie miało miejsca. Chcę odbębnić tą cholerną dostawę i wrócić do Justina, którego ubłagałam, aby został w domu. Ani trochę mu się to nie spodobało, jednak w końcu ustąpił. Musiał. Interesy Seven jego nie dotyczą, a ja jestem dużą dziewczynką i potrafię się o siebie zatroszczyć. Mieliśmy dobry zespół, ludzie Zayn'a przyłączyli się do nas i było nas łącznie dwadzieścia cztery osoby. Towaru będzie sporo, prawie sześćdziesiąt kilogramów, a ręce do szybkiego rozładunku się przydadzą. Nawet nie chciałam myśleć o wartości, którą zdradził mi dzisiaj Dante. Towar był wart dziewięćset tysięcy dolarów. Przerażająca cena.
- Statek wpływa do portu, oczy dookoła głowy - Dante nadaje przez walkie-talkie, a po moim ciele przebiega nieprzyjemny dreszcz. Jak na zawołanie przypominam sobie akcję w domu Ramosa, kiedy Josh mówił do mnie płacząc. To fatalny moment na wspomnienia, potrząsam głową i skupiam uwagę na statku, który umiejętnie cumuje. W moim ciele roznosi się znajoma adrenalina i muszę przyznać, że tęskniłam za tym dobrze znanym mi napięciem. Dobrze zaplanowana akcja to jest to! - Dobra, idzie Manabu.
Dante wychodzi mu naprzeciw, witają się uściskiem dłoni i rozmawiają. Rozglądam się dookoła, ściskam w dłoni spluwę i szukam czegokolwiek podejrzanego, czegoś, co zasiałoby ziarenko wątpliwości, jednak nic nie znajduję. Wszystko wygląda normalnie, a na horyzoncie oprócz nas nie ma nikogo. Uspokaja mnie to, Dante macha dłonią, abyśmy do niego podeszli, a właz statku się rozchyla. A więc chwila prawdy.
- Towar macie na dwóch paletach. Mój człowiek zaraz je tutaj przywiezie, a potem spadamy. Ale najpierw pieniądze i medalion - Manabu mruga okiem i spogląda po chłopców, którzy stoją w rzędzie. Kiedy nagle jego spojrzenie zatrzymuje się na mnie, uśmiech rozświetla jego twarz - Macie w zespole dziewczynę?
- Czy to coś złego? - Zayn chwyta mnie za nadgarstek i przyciąga do siebie - Ona zdobyła medalion.
- Naprawdę? Jestem pod wrażeniem - przygląda mi się uważnie, jakbym była pieprzonym okazem w zoo, co cholernie mi się nie podoba. Zachowuję jednak powagę i staram się być grzeczna - Zawsze podziwiałem kobiety, które mają w sobie pazur. Niewinne, z twarzą aniołka, a pod skórą siedzi diabeł. Jesteś piękna.
- Dziękuję - wysilam się na uśmiech, jednocześnie zaciskam zęby aby nie wypalić czegoś głupiego.
- Możemy przejść do interesów? - Dante niecierpliwi się i szczerze mówiąc, ja również - Wolałbym nie przebywać tutaj zbyt długo. Nie mam pewności, czy nie zjawi się ktoś nieproszony. Sam rozumiesz.
- Aż za dobrze, mój drogi. Ten biznes to niebezpieczna zabawa, zawsze coś może się spieprzyć.
- Otóż to. Proszę, kasa i medalion - Dante wręcza mu walizkę oraz łańcuszek, który zdobyłam i przez który zarobiłam kulkę. Oby to całe zamieszanie z dostawą było tego warte, inaczej naprawdę się wkurwię.
- Jirō, przelicz - oddaje walizkę drugiemu mężczyźnie i uważnie ogląda medalion - Idealny, taki jaki powinien być - unosi wzrok i ponownie patrzy mi w oczy - Zatrzymaj go, kochanie - podchodzi do mnie, zapina go na mojej szyi, a jego bliskość mnie niepokoi. Boże, co on do cholery wyprawia?! - Chciałbym zabrać cię jutro na kolację - że co kurwa mać?! Marszczę brwi, ale tego nie przewidziałam! - Więc jak?
- Wybacz, ale kolację jadam wyłącznie z jednym mężczyzną, któremu oddałam swoje serce.
- Och, jesteś zajęta! No tak, nie powinno mnie to dziwić. Piękne kobiety zawsze są poza zasięgiem. Co za pech - cmoka ustami, odgarnia kosmyk moich włosów i nie spuszcza ze mnie wzroku. Zaczynam się irytować, a stojący obok mnie Zayn doskonale to wyczuwa, ponieważ natychmiast wzmacnia uścisk na moim nadgarstku - Muszę obejść się smakiem, ale kto wie? Może następnym razem mi się poszczęści?
- Następnym razem? Co masz przez to na myśli? - pytam odważnie, jednak bardzo mnie zaciekawił.
- Chętnie zrobię z wami kolejny interes. A może kolejny, i kolejny również? Podoba mi się w Chicago.
- Jeśli okaże się, że towar jest tak dobry, jak go zachwalają, dopiero wtedy się nad tym zastanowimy.
- Jesteś zniewalająca, kochanie - wybucha śmiechem, a ja nic z tego nie rozumiem. Co jest niby takie zabawne?! - Znasz się na rzeczy, imponujesz mi. Liczę na to, że sama przetestujesz towar. Polecam.
- Nie, od tego mamy ludzi - Zayn wtrąca za mnie, nim mam okazję otworzyć usta. Następny, który decyduje za mnie. Wspaniale! Powinni się ustawić w pieprzonej kolejce! - Na pewno damy ci znać.
- W to nie wątpię, tak samo jak w to, że towar jest najlepszej jakości. Nigdzie nie znajdziecie lepszego - wraca do nas jego człowiek, który przytakuje głową - Suma się zgadza, możecie załadować towar - jak na zawołanie podjeżdża wózek widłowy, który taszczy ze sobą paletę z czystą kokainą. Gdyby znikąd zjawiły się psy, nigdy nie wyszlibyśmy z więzienia - Do dzieła, panowie! Dotrzymasz mi towarzystwa, kochanie?
- Wybacz, muszę brać się do pracy - chowam broń za pasek spodni i pierwsza podchodzę do palety z towarem. Wszyscy idą w moje ślady, kilku zostaje na czatach, a reszta ładuje do furgonetki.
- Jak zawsze pyskata, co? - Zayn zjawia się obok mnie, uśmiecha pod nosem i bierze kilka paczuszek.
- A co? Miałam z nim zostać i bajerować go? Błagam cię! Znasz mnie, nie będę się do niego przymilać.
- To nawet lepiej. Gdyby Jay się o tym dowiedział wyszedłby z siebie. Lepiej bądź grzeczna, cukiereczku.
- To, że jestem z kimś związania nie znaczy, że mam obrożę na szyi, Zayn. Nadal mogę robić to, co mi się żywnie podoba. Oczywiście nie mówię tutaj o pieprzeniu się z innymi facetami. Są pewne granice.
- Ach, więc seks odpada, ale flirt dozwolony? - unosi brew, wracamy do palety i bierzemy kolejne paczki.
- Nie będę rozmawiać z tobą na te tematy. Kumplujesz się z Justinem, jeszcze wszystko mu wypaplasz.

- Ranisz moje biedne serduszko - szturcha mnie w ramię, wracamy do furgonetki i wkładamy towar do środka. Dopiero teraz, kiedy przekręcam głowę dostrzegam trzy nadjeżdżające czarne samochody.
- Kurwa, mamy towarzystwo - szepczę do niego, a jego dłoń odruchowo sięga po broń - Pośpieszcie się! Zaraz będzie gorąco - chłopcy podkręcają tempo, a samochody zatrzymują się. Mam kurewsko złe przeczucia i to pewne, że kimkolwiek są, nie mają dobrych zamiarów. Moje przypuszczenia sprawdzają się wtedy, kiedy z pierwszego samochodu wysiada Dave - To są chyba kurwa jakieś jaja. Tylko nie on.
- Jakież miłe spotkanie, prawda? - uśmiecha się chytrze, wystawiam przed siebie broń i celuję prosto w niego - Och, Vivienne, dlaczego tak ostro, hmm? Przyszedłem się dogadać. Nie denerwuj się, złotko.
- Jesteś jak wrzut na tyłku, wiesz? Jeśli nie wejdziesz drzwiami, to wepchasz się kurwa przez okno!
- Cóż, taka praca. Naprawdę liczyłaś na to, że przepuszczę taką okazję? Tylko spójrz na ten towar!
- Który nie należy do ciebie! Miałeś swoją szansę, mogłeś pójść do Ramosa, odzyskać klucz i zdobyć medalion. Jaka szkoda, że jesteś tchórzem i wolałeś brudną robotę zwalić na nas! Jakie to proste!
- A nie jest? Zdobyłaś klucz, jakimś cudem mieliście medalion, a teraz jesteśmy tutaj wszyscy razem. Wyszedłem na tym całkiem dobrze, złotko. I dzisiaj nie odejdę z niczym, zapewniam cię.
- A ja zapewniam, że zarobisz kulkę w łeb, jeśli stąd nie odjedziesz! Nie zgrywaj takiego cwanego.
- Nie szukaj zaczepki, Dave - do akcji wkracza Dante, staje obok mnie i mierzy spojrzeniem ludzi, którzy z nim przyjechali. Nie więcej, niż dziesięć sztuk - Zniknąłeś na cały miesiąc, słuch po tobie zaginął, a nagle chojrakujesz i chcesz położyć łapy na czymś, co do ciebie nie należy? To tak nie działa i ty doskonalsze o tym wiesz. Nie masz do tego towaru żadnych praw, nic ci się nie należy. Trzeba było się postarać.
- Skoro tak stawiasz sprawę, postaram się - mruga okiem, wystawia dłoń, a jego ludzie otwierają ogień. Zayn ciągnie mnie za furgonetkę, ale zanim to robi kątem oka widzę, jak pada trójka naszych ludzi.
- Jebana powtórka z rozrywki - Zayn syczy przez zęby, wychyla się i wraca - Dwóch z lewej, czterech z prawej. Strzelaj, żeby zabić, Vi. Oni nie okażą litości, chcą nas powybijać. Pierdolony Dave!
- Jest nas dwa razy więcej, wyluzuj. Poza tym znowu działamy razem, obym i tym razem nie oberwała.
- Kiepski moment na żarty, wiesz? - przewraca oczami, wychyla się i oddaje kilka strzałów. Mimo tego, że kule świszczą gdzieś obok, hałas jest minimalny. Tłumik to idealne rozwiązanie, jeśli nie chce ściągnąć się psów - Trafiony zatopiony! - uśmiecha się zadowolony z siebie i wciska guzik w walkie-talkie - Jak towar?
- Wszystko spakowane. Musimy się zmywać jak najszybciej, ale najpierw musimy ich zatrzymać, aby Josh i Banger mogli odjechać z towarem. Na trzy otwieramy ogień i nie przestajemy, dopóki nie popadają! - Dante zaczyna odliczać, odbezpieczam broń i kiedy tylko daje znak, wyrywam się w górę i strzelam bez przerwy. Furgonetka idealna nas osłania, mam widok na pionków Dave'a i na niego samego. Jaka szkoda, że nie miał bladego pojęcia o przygotowaniu do akcji i zabrał zdecydowanie za mało ludzi. Padają jeden za drugim, a kiedy do Dave'a wreszcie dociera powaga sytuacji, zmywa się. Wsiada do samochodu, odjeżdża z piskiem opon i wreszcie zapada cisza - Od zawsze był tylko mięczakiem, który wybiera ucieczkę.
- Spieprzajmy stąd. To kwestia czasu, aż ktoś natknie się na trupy. Czy chłopcy odjechali z towarem?
- Tak, są w drodze do magazynu. Japończycy również się zmyli, więc to idealny czas na nas. Spadamy.
- Poszło sprawniej, niż myślałam - mrugam do Zayn'a, chowam broń i wskakuję do furgonetki.
 

Po akcji i zabezpieczeniu towaru w specjalnej, podziemnej skrytce chłopcy świętują, ja biorę szybki prysznic i postanawiam pojechać do Justina. Wysłałam mu wiadomość, że jestem cała i zdrowa, przez chwilę było gorąco, ale wszystko jest w porządku. Mam zamiar wyciągnąć go do klubu i dobrze się bawić. 
Zakładam wyjątkowo odważną sukienkę, czarne szpilki i narzucam na ramiona długi kardigan, zawiązując go w pasie. Mam nadzieję, że Jay nie będzie na mnie zły za tę sukienkę, ale nie lubi, kiedy moje ciało jest na widoku innych mężczyzn. Czasami jego zazdrość była słodka. Wyglądał wtedy jeszcze seksowniej.

Parkuję samochód przed jego domem, biorę torebkę i z uśmiechem na ustach wchodzę do domu. Kiedy tylko przekraczam próg, dociera do mnie głos Zayn'a. Marszczę brwi, skradam się na palcach, jednak jego ton jest dziwny, podniesiony. Czyżby coś się stało? Przecież wszystko było dobrze! Co tym razem?
- Przestań pierdolić, Zayn! Doskonale wiesz, że sprawy nieco się zmieniły, prawda? Mówiłem ci o tym!
- Owszem, mówiłeś. Szkoda tylko, że wszystko szło tak dobrze, a tobie nagle się odwidziało.
- Nie dramatyzuj, stary. Czasami tak bywa, prawda? Nie mamy na to wpływu, planujemy coś, a potem w naszej głowie wybucha pierdolona bomba i plany idą w cholerę. Tak było u mnie, nic nie poradzę. 
- Więc mam rozumieć, że plan pod tytułem "Uwieść, Vi, aby przejąć dostawę" jest właściwie nieaktualny?
Po słowach Zayn'a krew odpływa mi z twarzy. Przykładam dłoń do serca, które właśnie pęka na milion kawałków i próbuję zatamować wodospad łez, który gotowy jest do wypłynięcia. To była gra.



Byłeś człowiekiem, któremu bez wahania oddałabym swój ostatni oddech






***********************************************
Hejka!
Koniec spokoju, chyba się nie przyzwyczaiłyście? ;)
Teraz ciągle będzie się działo, ostrzegam!

Z okazji moich urodzin, rozdział jest również na drugim opowiadaniu :)

Ściskam!

Kasia!







niedziela, 22 kwietnia 2018

Rozdział dwudziesty piąty


Jay POV:

Po tym, jak wreszcie udaje mi się uwolnić z uścisku dwa razy większego ode mnie goryla, dopadam do broni i strzelam Henry'emu w ramię. Nie chcę go zabić, nie chcę mieć tego skurwiela na sumieniu. Zajmie się nim odpowiedni człowiek, który jest tutaj najważniejszy. Czyli mój brat. Mądry i sprawiedliwy.
- Vivienne - podbiegam do jej ciała, które leży pod ścianą i klepię po policzku. Jest blada jak kreda, na szczęście wyczuwam puls - No już, obudź się - panikuję, a obok mnie kuca mama - Cholera, co z nią?
- Wszystko będzie dobrze, syneczku. Straciła przytomność, zaraz się ocknie. Zadzwoniłam po Rogera.

- Zadzwoń również do Thomasa - mama patrzy na mnie przerażona, biorę Vi na ręce i ostrożnie układam 
na kanapie w salonie. Nie zwracam uwagi na siedzącego pod ścianą Henry'ego, który zalewa się krwią.
- Jesteś tego pewny, Justin? Jeśli Thomas dowie się, co zrobił Henry nie będzie miał dla niego litości.
- I to o chodzi, mamo! Nie miał kurwa prawa dotknąć jej małym palcem, a prawie ją udusił!
- Nie bądź cipą, bratanku - kaszle głośno i przykłada dłoń do krwawiącego ramienia. Nie wygląda to zbyt dobrze - Od kiedy jesteś taki wrażliwy, huh? To tylko kolejna dziwka w twoim życiu. Rozckliwiasz się.
- Henry! Nie pozwalam, abyś mówił tak o narzeczonej mojego syna! Joseph byłby tobą rozczarowany.
- Och, Dorothy. Nawet po śmierci uważasz go za takiego świętego, a był dokładnie taki sam jak ja.
- Justin - spoglądam na Vi, która odzyskała przytomność i próbuje się podnieść. Kręcę głową, aby tego nie robiła, ale oczywiście mnie nie słucha! - Wszystko jest w porządku, nic mi nie jest. Mogę usiąść?
- Niech ci będzie - kapituluję, pomagam jej i opieram o poduszkę - Potrzebujesz czegoś? Wody?
- Mhm - mruczy pod nosem, przykłada dłoń do czoła i masuje je. Mama podaje jej szklankę, upija kilka łyczków, a kolory szybko wracają na jej śliczną buźkę - Nie martw się, naprawdę nic mi nie jest.
- Taką mam nadzieję. Zaraz będzie wujek Roger, na wszelki wypadek cię zbada, a potem się zmywamy.
- Och, ta baba rozmiękczyła ci mózg, bratanku - Henry prycha rozbawiony, Vi schyla głowę i wpatruje się we własne dłonie. Jest mi jej żal, zawsze dumnie unosi brodę do góry i nie daje się złamać, ale ten dupek solidnie ją przestraszył. Mnie również - Nie daj się, tak czy siak i tak zrobi cię w chuja. Przekonasz się.
- Zamilcz, Henry! - mama podnosi głos, aż mnie zaskakuje. Nie pamiętam, kiedy ostatnio krzyczała - To mój dom, więc zamknij się i przestań obrażać mojego syna i jego narzeczoną! Dość tego! Ucieszyłam się, kiedy przyleciałeś, ale zmieniłeś się i nie mogę cię znieść! Masz czterdzieści dwa lata, dorośnij.
- Dorothy - w progu pojawia się wujek Roger, a obok niego mój brat. Z zaskoczeniem przesuwają wzrokiem po Henry'm, mamie, Vi i mnie - Co się tutaj do cholery wyprawia? Dlaczego Henry jest ranny?
- Ponieważ sobie na to zasłużył - mama przejmuje stery i podchodzi do mojego brata - Liczę na to, że wyciągniesz słuszne wnioski, skarbie. Wuj Henry zdecydowanie się rozpędził i złamał pewne zasady.
- Zaraz o tym porozmawiamy mamo, pozwól mi przywitać się z bratem - Thomas całuje ją w policzek i podchodzi do mnie. Bez skrępowania przytula mnie po męsku, klepiąc po plecach. Nasze stosunki nie zawsze były dobre, szczególnie po tym, kiedy wypiąłem się na interesy ojca. Mimo wszystko nie miał mi tego za złe, rozumiał to i poparł mnie, chociaż inni byli wściekli - Dobrze cię widzieć, Jay. Świetnie wyglądasz - mruga okiem, zerka w bok na Vivi, która na szczęście doszła do siebie - Przedstawisz mnie?
- Jasne. Kochanie? - wystawiam dłoń, pomagam jej wstać i stawiam przed sobą, układając dłonie na jej ramionach - To Vivienne, moja narzeczona. Vivi, to mój brat Thomas. Całkiem spoko z niego gość.
- Och, goń się - uderza mnie w ramię i skupia uwagę na Vi - Miło cię poznać - bierze jej dłoń, całuje wierzch nie przerywając kontaktu wzrokowego - Muszę przyznać, że jestem zaskoczony. Narzeczona?
- Ciebie również - Vi nie daje mi szansy na odpowiedź i boję się, że coś chlapnie! - To świeża sprawa.
- Hmm, ciekawe. Musisz być naprawdę wyjątkowa, skoro mój brat wcisnął na twój palec pierścionek.
- Jest kurewsko wyjątkowa, bracie - uśmiecham się szeroko, Vi unosi głowę i karci mnie spojrzeniem - Dawno się nie widzieliśmy, może odwiedzicie nas z Taylor? Dobrze byłoby spędzić razem trochę czasu.
- To świetny pomysł, podoba mi się. Porozmawiam z Taylor i dam ci znać. A teraz powiedz, o co tu chodzi. Byliśmy w drodze, kiedy do Rogera zadzwoniła mama. Strzelanka? Zapowiada się ciekawie.




Vi POV:
Justin, Dorothy oraz Thomas wychodzą, a Henry po opatrzeniu przez Rogera ramienia szybko do nich dołącza. Ja wywijam się od lekarskich rąk, wychodzę do ogrodu, owijam się sweterkiem i spaceruję alejkami. Pięknie tutaj. Ogród jest ogromny, zadbany, z idealnie przystrzyżoną trawą, mnóstwem kwiatków, uroczą huśtawką i altanką. Panujący tutaj spokój pozwala mi odzyskać trzeźwe myślenie i chcąc nie chcąc analizuję to, co się niedawno wydarzyło. Henry zaskoczył mnie potwornie, nie spodziewałam się, że wystartuje do mnie z rękami, w dodatku nie pozwolił Justinowi wkroczyć do akcji. Naprawdę byłby w stanie mnie udusić, czy może chciał mnie jedynie nastraszyć? Mało brakowało, a pożegnałabym się z życiem. Jaka szkoda, że nie miałam dostępu do broni, wtedy porozmawialibyśmy inaczej. Zapewne nie byłabym w stanie go zabić, ale zrobiłabym to samo, co Justin. Postrzeliłabym skurwiela, żeby zabrał te cholerne łapska z dala od mojego ciała. Henry to popapraniec, powinien się leczyć, bo z jego głową coś  jest nie tak. Od pierwszego spotkania coś mnie w nim zaniepokoiło. Mimo tego, iż był uprzejmy kiedy odwiedził mnie w szpitalu, jego oczy mówiły co innego. Od takich ludzi lepiej trzymać się z daleka i ja właśnie mam zamiar to robić. A jeśli on zdecyduje się do mnie zbliżyć, nie ręczę za siebie. 


Wracamy do domu prawie trzy godziny później. Jestem zmęczona, oczy same mi się zamykają, a kołysanie samochodu wręcz potęguje senność. Przez cały czas Jay trzyma dłoń na moim udzie i zabiera ją tylko wtedy, kiedy zmienia bieg. Doceniałam jego troskę, jak i obecność. Potrzebowałam mieć go obok siebie.

Nazajutrz Justin z podekscytowałem oznajmia mi, że na obiedzie będziemy mieli gości. Jego brat wraz z żoną przyjęli zaproszenie i tak oto poznam kolejnych członków jego rodziny. Nie jestem pewna, czy mam na to ochotę po przejściach z Henry'm, jednak Thomas zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Był miły, a w jego oczach można było dojrzeć sympatię i miłość do brata. Mam nadzieję, że chociaż on i jego żona okażą się być normalni, bo zdecydowanie mam dość dramatów na długi czas.

Kiedy wkładam kolczyk do ucha, mój telefon informuje mnie o przyjściu wiadomości. Biorę go ze stolika, wchodzę w skrzynkę i czytam sms'a od Dantego. Szybko przesuwam wzrokiem po tekście i kręcę głową. Dostawa opóźni się i to całkiem sporo. Miała być jeszcze w tym tygodniu, a teraz czas się wydłużył. Nie jestem pewna, czy w ogóle do tego dojdzie, a nawet jeśli, coś zapewne się spieprzy. Ta dostawa to jedna, wielka niewiadoma, która może nas sporo kosztować. I nie mówię tutaj o pieniądzach.




Jay POV:
Zanim Vi pojawia się w salonie, po domu roznosi się stukot jej szpilek. Opieram tyłek o blat w kuchni, zakładam ręce na piersiach i czekam na nią. Wchodzi sekundę później, przeczesuje włosy, a moja szczęka właśnie wypada z zawiasów! Jasna cholera, wygląda obłędnie, prześlicznie, kurewsko seksownie! Nie potrafię zdecydować się na jedno słowo, ponieważ to zdecydowanie za mało! Założyła czarny, dopasowany kombinezon i niebotycznie wysokie szpilki. Nie ukrywam, Vivienne to piękna, zmysłowa kobieta.
- Kotku, czy to ślinka skapuje z twoich ust? - mruga okiem, podchodzi bliżej i poprawia kołnierzyk mojej koszuli. Ściskam jej pupę przysuwając ją do mojego krocza, które zaczyna boleśnie pulsować.
- Dlaczego mi to robisz, hmm? Torturujesz mnie! - wsuwam w nos w jej pachnące włosy, zaciągam się tym pięknym zapachem, a Vi chichocze rozbawiona - Och, czy to jest dla ciebie zabawne? - odchylam głowę, wzrusza ramionami i przygryza wargę, obdarzając mnie seksownym spojrzeniem - Mógłbym cię oprzeć o ten blat i szybko przelecieć. Podoba mi się ta myśl - ujmuję jej twarz w dłonie, patrzę w te niesamowite, ciemne oczy i zastanawiam się, czy aby na pewno doszła do siebie po wydarzeniu w domu mojej matki. Pytałem ją o to kilka razy, wczoraj wieczorem jak i dzisiaj rano, ale zapewniła mnie, że wszystko gra i czuje się dobrze. Nie byłem pewny, czy jej wierzyć. Poznałem ją, wiem, że to typ dziewczyny, która nawet cierpiąc będzie się szeroko uśmiechać - Pięknie wyglądasz, rybko. Wciąż mnie zaskakujesz, wiesz?
- Staram się. Inaczej szybko się mną znudzisz i polecisz do innej. Takie jest życie, staruszku. Prawda?
- Staruszku? - unoszę brew, a Vi dopiero teraz orientuje się, co powiedziała - Obiecałaś mi coś, czyż nie?
- Wiem! Sorry! Naprawdę nie chciałam! - uwalnia się z moich objęć, wystawia ręce przed siebie i cofa się.
- Powiedziałem, że daruję ci ostatni raz, ale ten raz był już wcześniej, więc teraz nie mogę ci podarować. Pamiętasz, jaką karę zapowiedziałem? - kręci głową, ruszam w jej stronę niczym polujący tygrys, nie spuszczając z niej oczu - Nie pamiętasz, tak? Więc pozwól, że ci przypomnę. Mianowicie! Jeśli jeszcze raz wypowiesz to jakże paskudne słowo, spiorę ci tyłek. Mamy mało czasu, a ja mam zamiar zrobić to teraz.
- Zwariowałeś?! Zaraz będzie tutaj twój brat, a ty chcesz mnie lać po tyłku? Nie wyrażam zgody, o!
- O? Ciekawe, rybko, bardzo ciekawe! Mam to w nosie - wzruszam ramionami, przyśpieszam i dopadam do niej w chwili, kiedy chce okrążyć zastawiony stół - Nie ta szybko, maleńka. Kara ci się należy, a ja uwielbiam twój seksowny tyłek - obejmuję ją w talii, przerzucam przez ramię, a jej pisk chce rozwalić mi bębenki - Zachowuj się! - uderzam otwartą dłonią w jej pupę, aż charakterystyczny dźwięk roznosi się po salonie - Ile razy mam to zrobić? - ponownie uderzam, a Vi próbuje uwolnić się z mojego uścisku.
- Puszczaj, Jay! Przecież to boli! - wydziera się, przewieszona przez moje ramię ma ograniczone ruchy, co cholernie ją irytuje. I dobrze! Moja dłoń ponownie spotyka się z jej pośladkiem, i ponownie, i ponownie, a jej jęki nie ustają. Kurwa, działa to na mnie, jednak moment na seks jest fatalny! - Mój tyłek płonie.
- Cieszę się. Mów tak dalej, a niebawem na niego nie usiądziesz - stawiam ją na nogach, opieram o ścianę i bez ostrzeżenia wpijam się w jej słodkie usta. Natychmiast oddaje pocałunek, zaciska palce na moich nadgarstkach i mocno gryzie mnie w wargę - Wariuję przez ciebie! - mówię ostro, zwijam palce na jej włosach wyduszając z niej seksowny jęk - Wszystko zmieniłaś, Vi - marszczy brwi, patrzy na mnie nieco zaskoczona i przykłada dłoń do mojego policzka - To nie tak miało wyglądać, rybko, ale zawróciłaś mi w głowie i przepadłem. Kocham cię, tak bardzo cię kocham. Obiecaj, że nigdy mnie nie zostawisz.
- Nic z tego nie rozumiem, Jay. Wiem tylko, że ja kocham cię równie mocno i mam nadzieję, że mamy szansę na wspólną przyszłość. Znamy się niecały miesiąc, jeszcze wiele przed nami. Prawda?
- Oczywiście - uśmiecham się, składam na jej ustach czułego buziaka, a w salonie rozlega się niezręczne chrząknięcie. Oboje przekręcamy głowy i wpatrujemy się w Thomasa, który zaciska usta, aby się nie roześmiać. Cóż, widok jest całkiem ciekawy, skoro mój fiut chce przebić spodnie, a Vi przyciśnięta do ściany ledwo stoi - Witajcie, zapraszamy! - poprawiam koszulę, Vi włosy i wreszcie bierzemy się w garść.
- Chyba przerwaliśmy dość namiętną scenę, bracie. Nic się nie zmieniło, co? Wiecznie napalony!
- Jezu, Thomas! - wzdycham ciężko, a Vi wybucha śmiechem - Och, daj spokój, rybko! Nie słuchaj go!
- Zapewniam cię, że dzisiaj nasłucha się wystarczająco. Mam zamiar opowiedzieć jej o tobie kilka pikanych szczegółów - o, kurwa! Byle nie to, kiedy przyłapał mnie na waleniu konia na wyjątkowo ostrym pornolu. Jest skłonny jej to wyjawić - To Taylor, moja żona. Kochanie, poznaj narzeczoną Justina, Vivienne.
- Bardzo miło cię poznać. Thomas wspominał, że Justin ma narzeczoną czym mnie zaskoczył.
- Tak, mnie również - Vi mruga okiem, chwyta Taylor pod ramię i porywa do salonu. Może się zaprzyjaźnią?
- Zamienimy słówko? - Thomas kiwa głową na taras, zostawiamy panie i wychodzimy na świeże powietrze - Wczorajszy incydent zapewne był dla twojej narzeczonej sporym przeżyciem, dlatego nie chciałbym poruszać tego tematu przy obiedzie. To mogłoby zepsuć nastrój, a chcę, aby było miło. Jak się miewa?
- Tak, ja również. Pytałem ją kilka razy jak się czuje, ale to twarda sztuka i ciężko jej przyznać, że coś jest nie tak. Wydaje mi się, że będzie dobrze. Lepiej powiedz, jaką podjąłeś decyzję w sprawie Henry'ego?
- Cóż, wuj naprawdę bardzo się rozpędził i przekroczył kilka granic. Nie powinien zachować się tak wobec Vivienne, ponieważ nasze zasady jej nie obowiązują. Rozczarował mnie swoim zachowaniem, matkę zresztą też, dlatego nie cackałem się z nim. Jeszcze dzisiaj wróci do Teksasu i ma zakaz powrotu przez rok. Poza tym nie może również poszerzyć swoich działalności na terenie Rosji, a właśnie po to potrzebował Katheriny. Nie masz pojęcia, jak bardzo się na mnie za to wkurwił - prycha rozbawiony, a ja oczami wyobraźni widzę furię wuja. Nagrabił sobie - Niech się cieszy, że mam dobre serce i nie wymyśliłem czegoś o wiele gorszego. Gdyby nie był moim wujem strzeliłbym mu w łeb. W ogóle nie powinien był opowiadać o naszych zasadach twojej narzeczonej. Nikt nie ma prawa o nich wiedzieć, jedynie członkowie rodziny.
- Jeśli obawiasz się, że Vivi mogłaby komuś o nich powiedzieć to zapewniam cię, że możesz spać spokojnie. Jest lojalna, poza tym liczę na to, że niebawem będzie członkiem naszej rodziny. Naszej, nie twojej.
- Rozumiem, rozumiem, już nie musisz mnie uświadamiać, że nie masz zamiaru się do mnie przyłączyć. Zakodowałem to dawno temu - przewraca oczami i dąsa się jak małe dziecko. Przysięgam, czasami naprawdę tak się zachowuje - Więc! Chcesz się ożenić, huh? Vivienne wygląda na bardzo młodą.
- Tak, niedawno obchodziła dwudzieste urodziny - Thomas gwiżdże pod nosem i uderza mnie w plecy - Och, daj spokój. Nie róbmy z tego czegoś wielkiego, bracie. Taylor jest od niej starsza o zaledwie pięć lat.
- Nie pięć, tylko siedem, a to duża różnica. Taka młoda dziewczyna może sprawić ci sporo problemów.
- Umiem sobie z nią poradzić, nie obawiaj się. Owszem, jest szalona, zadziorna, ale za to ją kocham.
- Skoro tak, cieszy mnie to. Poinformuj mnie proszę, kiedy odbędzie się wasz ślub. Muszę na nim być.

- Nie nabijaj się, stary - szczerzy się jak debil i wiem, że robi sobie ze mnie jaja. Już ja go znam! 

Obiad mija w prze sympatycznej atmosferze. Co ciekawe, Taylor i Vi świetnie się dogadują, buzie im się nie zamykają i wręcz nie mają czasu na posiłek. Nie sądziłem, że Vi polubi żonę mojego brata, ponieważ to typowa dziewczyna, która uwielbia rozmawiać o kosmetykach, paznokciach i zakupach. A jakież jest moje zdziwienie, kiedy umawiają się na pedicure, czy coś takiego. Och, te ich babskie sprawy, których za cholerę nie ogarniam. Patrzę na moją narzeczoną wręcz zszokowany, bo mimo, iż jej wygląd zapiera dech w piersiach nigdy nie widziałem, żeby biegała od kosmetyczki do fryzjera, a od fryzjera do masażysty, aby zadbał o jej delikatną, aksamitną skórę, którą uwielbiałem pieścić. A jednak cieszyłem się, że się polubiły. Nie wiedziałem, czy Vi posiadała jakiekolwiek koleżanki, bo nigdy takowej nie widziałem. Przebywała jedynie w gronie chłopaków z Seven i w moim, a tak nie powinno być. Zdecydowanie była bardzo młoda i chciałem, aby wykorzystała ten czas jak najlepiej. Na zabawę, wypady z przyjaciółkami, kino czy kręgle. Nie miałem zamiaru jej zmieniać, ale miałem zamiar zaszczepić w niej nieco młodości, które gdzieś po drodze zgubiła. Widocznie dzieciństwo, o którym wspomniał mi Josh musiało zostawić w jej psychice trwały ślad. Bardzo chciałem się dowiedzieć, cóż takiego spotkało osobę, którą pokochałem, ale nie chciałem na nią naciskać. Kiedy będzie gotowa, sama mi o tym powie. Taką mam nadzieję.

Wieczorem, kiedy leżę już w łóżku i obserwuję, jak Vi bezwstydnie przebiera się na moich oczach, przyłapuję się na tym, jak bardzo jestem dzięki niej szczęśliwy. Jak to możliwe, że jedna osoba może zmienić dosłownie wszystko? Jej jakimś cudem się to udało i wiem, że zrobiłbym dla niej wszystko. Jest taka urocza, zabawna, ale kiedy trzeba potrafi zachować powagę i przystosować się do odpowiedniego towarzystwa, jak w domu mojej matki. Zawsze słucha tego, co mam do powiedzenia i stara się pomóc, jeśli może. Mimo młodego wieku jest bardzo dojrzała, sprytna i czuję, że mam w niej oparcie.
- Chciałabym pójść na studia - kiedy wypowiada te cztery słowa, uchylam usta i wlepiam w nią wzrok. Okej, spodziewałbym się wszystko, ale na pewno nie tego! - Dlaczego tak dziwnie na mnie patrzysz?
- Ponieważ bardzo mnie zaskoczyłaś, rybko. Chodź tutaj - wystawiam dłoń, wskakuje do łóżka i siada na mnie. Seksowna, satynowa koszulka skutecznie odwraca moją uwagę, jednak staram się wziąć w garść i sklecić sensowną odpowiedź - To bardzo dobry pomysł. Jesteś jeszcze bardzo młoda, powinnaś się uczyć,
a nie zabijać, wiesz? - przewraca oczami, zaciska usta i układa się na moim ciele - Pamiętaj, że chcę dla ciebie jak najlepiej, kochanie. Do tej pory byłaś sama, miałaś jedynie chłopaków z Seven, ale żaden nie próbował wybić ci z głowy tego, co robisz, a powinni byli to zrobić. To ryzykowne i niebezpieczne.
- Wiem, jednak oni po prostu zaakceptowali moją decyzję. Nie mieli nic do gadania, ty też nie masz.
- Och, czyżby? - unoszę brew, podsuwam koszulkę nieco w górę i wślizguję dłonie w jej majtki, dotykając pośladków - Bolą? - karci mnie spojrzeniem, chowa się przede mną i opiera policzek na moim torsie - Chciałbym móc mieć coś do powiedzenia, Vivi. Pragnę cię chronić, zrobiłaś swoje i czas pójść inną drogą, kwiatuszku. Czasami trzeba przestać być tym, kim się było, aby zacząć być tym, kim się powinno być.
- To naprawdę mądrze zabrzmiało, wiesz? - uśmiecham się, zabieram jedną dłoń i wsuwam w jej włosy.
- Czasami uda mi się powiedzieć coś z sensem. Przemyślisz to chociaż? Zastanów się nad innym życiem.
- W porządku, zrobię to, ale nic nie obiecuję, dobrze? Nie wiem, do jakich wniosków uda mi się dojść.
- Daj sobie trochę czasu, a na pewno coś zdecydujesz. A skoro wspomniałaś o "dochodzeniu", mogę zaserwować ci nieziemskie dojście - odchyla głowę, jej policzki pokrywają rumieńce, a jednak widzę w jej oczach błysk podniecenia - Powiedz, że tego chcesz. Pragnę usłyszeć to z tych pyskatych usteczek.
- Chcę - i to wystarcza. Rzucam ją na łóżko, zawisam nad jej ciałem i obmyślam słodkie tortury. 
  





sobota, 21 kwietnia 2018

Rozdział dwudziesty czwarty


Jay POV:

Docieram do Seven zaledwie dziesięć minut później, chociaż droga zajmuje co najmniej dwadzieścia. Łamię chyba wszystkie możliwe przepisy, ale w tym momencie obchodzi mnie to tyle, co zeszłoroczny  śnieg. Jeśli Vivienne tutaj nie ma, będzie bardzo źle. Dante ukręci mi łeb, a James wpakuje we mnie cały magazynek, ale i to jest mało ważne, bo Vi może być w niebezpieczeństwie, czego mój mózg nie ogarnia. Jestem takim kretynem, że aż mam ochotę przypierdolić sobie w twarz! Zostawiłem ją samą!

Dobijam się do drzwi, uderzam w nie pięściami, a w progu staje Josh. Jest ubrany, co trochę mnie zaskakuje, a jego mina właściwie nie zdradza nic. Ani złości, ani strachu, ani niepokoju. Nie pomaga mi!
- Powiedz, że Vivienne tutaj jest, Josh - zaciskam szczękę, a mój oddech szaleje - Błagam, powiedz to!
- Jest tutaj - odpowiada spokojnie, zakłada ręce na piersiach, a ja prawie dostaję zawału! - Właśnie śpi.
- Muszę się z nią zobaczyć. Wyszedłem do klubu, a kiedy wróciłem jej nie było! Przestraszyła mnie!
- Zostawiłeś ją, stary. W dodatku zraniłeś ją głupią gadką, a odkąd z tobą jest zrobiła się dziwne wrażliwa.
- Wiem, byłem zdenerwowany, bo Dave znowu zakratkował. Nie powinienem był jej zostawiać.
- Zgadzam się, nie powinieneś. Lubię cię, Jay. Wiem, że Vi na tobie zależy i nie chciałbym, żebyś to spierdolił. Ona naprawdę cię kocha, a to pierwszy raz w jej życiu. Nie miała łatwo w dzieciństwie.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - gapię się na niego zdziwiony, jednak Vi nic nie mówiła na ten temat.
- To ona musi ci o tym powiedzieć, nie ja. Wróć jutro rano, okej? Jest bezpieczna, nic jej nie jest.
- Nie mogę wrócić nie widząc jej na oczy, Josh! Nie masz pojęcia, co przed chwilą przeszedłem.
- Dobra! Wpuszczę cię, ale jak ją obudzisz to masz wpierdol, jasne? Była przez ciebie smutna, idioto!
- Kurwa, zamknij się już. Zaraz wyrzuty sumienia wyżrą mi bebechy, dobijasz mnie - burczę pod nosem, mijam go i wbiegam na górę. Po chichotku otwieram drzwi, wchodzę do środka i wpatruję się w jej piękną, spokojną twarz. Bez namysłu zrzucam z siebie ciuchy, ostrożnie wślizguję się za nią i przytulam do jej pleców. Założyła moją szarą bluzę, którą pewnego dnia sobie przywłaszczyła - Kocham cię, rybko. Całe szczęście, że jesteś bezpieczna - szepczę cicho, zamykam oczy i odprężam się. To była długa noc.

Budzi mnie ruch obok, gwałtownie otwieram oczy i wpatruję się w Vi, która próbuje uwolnić się z mojego uścisku i wstać. Cholera! Będę musiał ją przeprosić, a coś czuję, że to wcale nie będzie takie proste.
- Zostań - mamroczę pod nosem i przyciągam ją do siebie, chowając nos w jej włosach - Uciekłaś wczoraj.
- Owszem, uciekłam. Nie miałam zamiaru zostać w twoim domu sama, po tym, jak mnie potraktowałeś.
- Wybacz mi, rybko. Nie chciałem na ciebie nakrzyczeć, po prostu byłem wściekły i wyżyłem się na tobie.
- Więc następnym razem znajdź sobie inną osobę do wyżycia się. A teraz chcę wstać i pójść coś zejść.
- Nie bądź taka, no. Jest mi przykro, że byłem takim chujem - przekręcam ją w swoją stronę, wsuwam palce w jej włosy i przeczesuję, bo wiem, że to lubi - Przepraszam raz jeszcze. Rozpędziłem się.
- Nie chcę, żebyś mnie tak traktował, rozumiesz? To, że jesteś wściekły nie upoważnia cię do pieprzenia głupot, jak, cytuję; "od kiedy zrobiłaś się taka strachliwa?". Myślisz, że się boję, Jay? Że jestem słaba?
- Ależ skąd! Jesteś najodważniejszą kobietą jaką znam, maleńka - uśmiecham się na myśl o widoku jej z wycelowanym we mnie pistoletem. O tych wszystkich razach, kiedy mi się stawiała i nie okazywała grama strachu. Mimo wszystko wiem, że Vi gdzieś w środku jest bardzo krucha, ale nie mogę jej tego powiedzieć. Urwałaby mi jaja! - Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Po prostu po telefonie od Savage'a wpadłem w furię, a reszta poszła już sama. Nie chcę się z tobą kłócić, naprawdę jest mi cholernie przykro, Vivi.
- Zastanowię się, czy ci wybaczyć - zaciska usta, jednak widzę w jej oczach, że wszystko między nami gra - Jestem głodna, a w takim stanie źle mi się myśli. Tak więc rusz dupę, jeśli chcesz załapać się na najlepsze śniadanko na świecie - mruga okiem, całuje czubek mojego nosa, a kiedy chce wstać, przyciągam ją do siebie i próbuję pocałować. Nie pozwala mi na to, czym mnie zaskakuje - Nie umyłam zębów, więc zakaz całowania - wybucham śmiechem, Vi wykorzystuje sytuację i wyskakuje z łóżka jak z procy.

Schodzimy na dół punkt dziesiąta. Nie mogę się napatrzeć na moją piękną narzeczoną, która założyła krótką, białą sukienkę i upięła włosy w kucyk. Wygląda jak słodka dziewczynka. Jest tylko moja.
- No i proszę! Są nasze gołąbeczki - Banger porusza brwiami i wymownie spogląda na Vi - Zakochana para.
- Nawet nie zaczynaj, inaczej możesz tego gorzko pożałować - Vivi mruży oczy, a Banger się z niej nabija.
- Więc! Mój ulubiony kuzyn w moim domu, niebywałe - James prycha z kpiną i przewraca oczami - Kto by się tego spodziewał, huh? Jak za starych dobrych czasów będziemy jeść razem śniadanie. Jak słodko!
- Nie przyzwyczajaj się, James. To wyjątkowa sytuacja, musiałem przeprosić Vivi, więc zostałem na noc.
- Tsa! Wróciła wczoraj wkurwiona ja diabli, psiocząc, że jesteś skończonym skurwielem, dupkiem, palantem i chamem! - unoszę brew, podpieram brodę na dłoni i wlepiam wzrok w moją ukochaną.
- O mój Boże, James! Zamknij się do jasnej cholery i nie pleć bzdur! Nic takiego nie powiedziałam!
- Oj, tam! Nie psuj nastroju, co? Skoro ty nie powiedziałaś, ja mówię. Doceń, że cię wyręczam, Vi.
- Nie słuchaj go, Jay. Wcale na ciebie nie psioczyłem i rozmawiałam jedynie z Joshem. James, ogarnij się.
- Dlaczego? Lubię robić mu na złość, to ciekawe zajęcie. Poza tym nagrabił sobie, więc niech cierpi.
- Już nie cierpię, dla twojej wiadomości. Vivi mi wybaczyła i wszystko między nami w porządku.
- Poważnie?! Jezu, nie możesz być taką ciepłą kluchą! Powinien się bardziej postarać i kajać na kolanach.
- Jeszcze słowo, a przysięgam, że dostaniesz patelnią w łeb! I możesz zapomnieć o moich naleśnikach!
- Okej, już się zamykam - mam ochotę wybuchnąć śmiechem na ich przekomarzanie. Kto by się spodziewał, że James zmieni swoje podejście do Vi. Wystarczyło, że uratowała mu tyłek i proszę! Aniołek. 


O jedenastej zbieram się do wyjścia. Mam kilka spraw do załatwienia, jednak cholernie ciężko jest mi się rozstać z Vivi. Chciałbym porwać ją do łózka, poprzytulać się i po prostu leniwie spędzić czas, niestety czeka na mnie odbiór dostawy i podwózka do Dragona. Oby poszło szybko, sprawnie i bez problemów.
- Jak tylko załatwię co trzeba przyjadę po ciebie i zabiorę w jakieś fajne miejsce. W ramach przeprosin.
- Wcale nie musisz tego robić, wiesz? Nie zależy mi na tym, mogę spędzić ten czas w twoich ramionach.
- To też mi się podoba - przyciągam ją do siebie, układam dłonie na jej tyłku i ściskam, aż piszczy.
- Więc wszystko załatwione! Spadaj do swojej roboty, a ja w tym czasie poprzytulam się do Josha.
- Co? - marszczę brwi, a siedzący na kanapie Tookie wybucha śmiechem - Zapomnij, rybko! Ani mi się waż.
- Nie bądź zazdrosny, kotku - uśmiecha się chytrze, ale dobrze wiem, że robi to specjalnie! Bestia!
- Jestem, Vi. Nie rób tego albo zafunduję ci powtórkę z wczoraj. Chcesz tego? Chcesz błagać o litość?
- Nie, już będę grzeczna. Obiecuję - staje na palcach i składa na moich ustach buziaka - Kocham cię.
- A ja kocham ciebie, kwiatuszku. Mów mi to jak najczęściej, uwielbiam słyszeć te słowa z twoich ust.
- W porządku. Nie uważasz, że zrobiliśmy się zbyt słodcy i ckliwi? Co ta miłość z nami zrobiła, Jay?
- Nie mam pojęcia, ale wcale mi to nie przeszkadza - unoszę ją, okręcam dookoła i ponownie wpijam się
w jej usta. Niestety nasze czułe pożegnanie przerywa dzwonek mojego telefonu, wzdycham ciężko i niechętnie odstawiam Vi na podłogę - Kto znowu truje dupę - burczę pod nosem, wyjmuję telefon z kieszeni i marszczę brwi - Halo? - wsłuchuję się we wrzeszczącego wujka, a krew odpływa mi z twarzy.




Vi POV:
Justin patrzy mi w oczy, ale mam wrażenie, że odpłynął i jest gdzieś daleko stąd. Zastanawiam się, z kim rozmawia i dlaczego nic nie mówi, jedynie słucha uważnie. Czy znowu nadchodzą jakieś kłopoty?
- Dobrze, zaraz przyjedziemy. Do zobaczenia - kończy połączenie, chowa telefon, ale nic nie mówi. Zaczynam się martwić, bo wygląda cholernie dziwnie - Dzwonił Henry, Katherina uciekła - o.mój.Boże! Udało jej się! Czekam na znak, kiedy dotrze na miejsce i zapewni, że wszystko u niej w porządku. Potem nasz kontakt całkowicie się urwie, aby przypadkiem nikt nie doszukał się śladów. Akcja idealna, tak bardzo się kurwa cieszę! - Musimy pojechać do mojej matki, Henry szaleje ze złości. Ja pierdolę, jest źle.
- "Musimy"? Ja również? - przytakuje głową i nerwowo przeczesuje włosy - Ale po co? To mnie nie dotyczy.
- Nie wiem, rybko. Prosił, abyśmy przyjechali we dwoje. Ubierz się, dobrze? I koniecznie załóż jeansy.
- Zaraz wracam - biegnę na górę, prycham wkurzona i zakładam na tyłek białe jeansy, bluzeczkę z dekoltem w serek i białe trampki. W biegu chwytam torebkę i ponownie schodzę na dół - Jestem gotowa.
- Piękna jak zawsze. Nawet w trampkach - uśmiecham się, chwytam go za rękę i ciągnę w stronę drzwi.

Przez całą drogę jestem zestresowana jak cholera! Nie bardzo rozumiem, dlaczego Henry zażyczył sobie mojej obecności, ale jeśli cokolwiek podejrzewa lub trafił na jakiś ślad, mam przejebane! Może zdarzyć
się tak, że po przekroczeniu progu tego domu już z niego nie wyjdę, ponieważ ten bydlak zastrzeli mnie bez mrugnięcia okiem. Byłam ostrożna, Katherina na pewno się nie wygadała, więc o co tutaj chodzi?

- Och, jesteście! - Dorothy wita nas w salonie. Wygląda na zmęczoną, a w jej oczach dostrzegam zmartwienie - Henry szaleje odkąd przeczytał list od Katheriny - list? Jaki kurwa znowu list? Czy ona zwariowała?! Wydała mnie? - Uciekła, rozumiecie to? Córka rosyjskiej mafii przepadła jak kamień w wodę!
- Spokojnie, mamo. To na pewno da się jakoś wytłumaczyć. Może po prostu poleciała do Rosji, hmm?
- Tak, z całą, kurwa pewnością! - do salonu wchodzi Henry, płonie ze złości i podaje mu list - Czytaj.
- Co to jest? - Justin marszczy brwi, rozwija kartkę, a ja modlę się w duchu, aby Kath nie zostawiła na mnie żadnych śladów - "Drogi przyszły "niedoszły" mężu. Zostawiam dla ciebie ten list, chociaż nie zasługujesz nawet na to. Wiedz, że dla mnie jesteś potworem, dlatego uciekam od ciebie jak najdalej. Liczę na to, że nigdy więcej się nie spotkamy. Żyj sobie w świecie tej chorej, przepełnionej nienawiścią mafii, ale mnie w to nie mieszaj. Nie będę twoją żoną, własnością, a tym bardziej niewolnicą. Jestem wolną, niezależną kobietą, która ma zamiar cieszyć się życiem z dala od ciebie. Nie szukaj mnie, nie znajdziesz. A nawet, jeśli jakimś cudem naprawdę ci się to uda, wolę strzelić sobie w łeb, niż dzielić z tobą życie. Nienawidzę cię, zgnij w piekle"Justin kończy czytać, a w salonie zapada cisza. Gapię się w swoje buty, moje serce tłucze się w piersi, jednak odczuwam ulgę, bo Katherina nie wymieniła mojego imienia. Nie zdradziła naszego planu, okazała się być lojalna, chociaż praktycznie w ogóle się nie znamy. Najważniejsze, że się udało, że jest już bardzo daleko stąd, bezpieczna - Mój Boże, co jej strzeliło do głowy? Zwariowała?
- Dobre pytanie, bratanku! Jest moją narzeczoną od kilku miesięcy, chodziła jak w zegarku i nie śmiała mi się sprzeciwić. Jak myślisz, dlaczego tak nagle zrobiła się pyskata, odważna i postanowiła zwiać?
- Nie mam pojęcia! Jeszcze wczoraj wszystko grało w salonie ślubnym, wyglądała na szczęśliwą.
- Wątpię, aby szczęście przepełniało moją narzeczoną. Wiem, że mnie nienawidziła, a słuchała mnie tylko dlatego, ponieważ nie miała innego wyjścia. Aż do czasu odwiedzin Vivienne - co?! Gwałtownie podnoszę głowę, spotykam wzrok Henry'ego, a po moim ciele niczym tornado przelatuje nieprzyjemny dreszcz. Jego oczy są ciemne jak smoła, przepełnione gniewem, nienawiścią i wiercą we mnie dziurę - To jej wina.
- Co takiego? - Justin prycha z kpiną i przyciąga mnie do swojego boku - A co Vivi ma z tym wspólnego?
- Bardzo wiele. To ona otwarcie mówiła o nieposłuszeństwie wobec ciebie, Jay. Stwierdziła, że nie obowiązują jej żadne zasady, jest wolna, niezależna, samodzielna. Czyż nie to w liście napisała Katherina? - jezu! Faktycznie! Dlaczego do cholery nie mogła sobie tego podarować? - Doszła do wniosku, że może pójść w jej ślady i uciec! Gdyby twoja narzeczona nie była taka pyskata, nic by się nie wydarzyło!
- Jesteś niesprawiedliwy, wujku. Dobrze wiesz, że Vivienne nie obowiązują twoje zasady i miała prawo o tym powiedzieć. To, jak zinterpretowała jej słowa Katherina nie jest winą Vivi. To była jej decyzja.
- Której nie miała prawa podjąć!! - wydziera się, aż podskakuję. Justin wzmacnia uścisk na mojej talii, jakby chciał dodać mi nieco więcej otuchy. Mimo tego, iż stoi tuż obok mnie wcale nie czuję się bezpiecznie. Henry wygląda jak wcielenie diabła - Jest moją własnością, należy do mnie od dnia, kiedy jej ojciec oddał mi jej rękę! Miała zostać moją żoną za trzy, pierdolone dni, a ona po prostu uciekła!
- Przykro mi, Henry - szepczę cicho, chociaż nie powinnam się odzywać - Mówiłam jedynie w swoim imieniu, nigdy nie spodziewałabym się, że Katherina zrobi coś takiego. Na pewno ją odszukasz.
- A żebyś kurwa wiedziała! Znajdę ją, wygrzebię choćby spod ziemi i strzelę w łeb, za nieposłuszeństwo, którego się dopuściła! - Boże! Nie mogę tego słuchać! Ten człowiek to potwór! - Popełniła ogromny błąd słuchając tego, co mówiłaś! To twoja wina, popchnęłaś ją do ucieczki, dodałaś odwagi! - nim zdążę mrugnąć, Henry dopada do mnie, chwyta za szyję i z całej siły przypiera do ściany. Moja głowa odbija się od niej niczym piłeczka pingpongowa, na kila sekund pozbawiając mnie kontaktu ze światem. Jak przez mgłę widzę Justina, który próbuje odciągnąć go ode mnie, jednak znikąd pojawia się postawny facet, przytrzymujący go z dala od nas - Jesteś tylko zwykłą suką, która nie ma prawa głosu, rozumiesz?! - wrzeszczy wprost w moją twarz, moja świadomość wreszcie wraca i dociera do mnie, jak mocno ściska moją szyję - Macie być posłuszne, słuchać nas i pięknie wyglądać! Nic więcej! - dyszy ciężko, jego oddech odbija się od moich ust i wręcz nie mogę oderwać wzroku od jego oczu. Chyba pierwszy raz w życiu tak naprawdę się boję. Strach pełza po moim ciele niczym czarna mgła i wdziera się w każdy jego zakamarek, rozsiewają chłód. Nawet w najgorszych chwilach, kiedy ojciec po pijanemu wpadał w furię nie wyglądał tak strasznie jak Henry. Mam wrażenie, że opuścił swoje ciało, a przejął je ktoś inny, ktoś, kto bardzo chce pozbawić mnie życia, a ja nic nie mogę zrobić. Jestem zbyt słaba, zbyt krucha w jego silnych jak stal ramionach - I gdzie podziała się twoja odwaga, skarbie? Jeszcze niedawno byłaś taka pewna siebie.
- Puść ją, Henry! Ona nie ma z tym nic wspólnego! - Justin szarpie się, jednak goryl wzmacnia uścisk i walka na nic się zdaje - Szukasz kozła ofiarnego, bo Katherina utarła ci nosa. Ogarnij się, do cholery!
- Pierdol się, Jay! Gdybyś utemperował buźkę swojej narzeczonej do niczego by nie doszło! Ale ty pieprzysz, że nie obowiązują jej żadne zasady, pozwalasz jej na wszystko i takie są tego konsekwencje!
- Vivienne nie należy do mafii, zrozum to! Może żyć tak, jak jej się tylko podoba! Natychmiast ją zostaw!
- On ma rację - Dorothy podchodzi do nas i niepewnie układa dłoń na ramieniu Henry'ego - To narzeczona mojego syna, nie masz prawa robić jej krzywdy. Vivienne nie jest winna, musisz się uspokoić.
- Jesteś ślepa, Dorothy? To jest jej wina, to przez nią Kath pomieszało się w głowie! Pomyślała, że może być tak samo wolna i decydować o swoim życiu, a to gówno prawda. Pomogłaś jej uciec?! Odpowiadaj!!
- N-nie - jąkam się, chwytam jego nadgarstki i próbuję odciągnąć od mojej szyi. Mój ruch jeszcze bardziej go denerwuje, ponieważ wzmacnia uścisk i posyła mi chytry uśmieszek - N-nie mam z tym nic wspólnego. 
- Och, doprawdy? Jakoś średnio ci wierzę, kochanie. Jesteś pewną siebie kobietą, natomiast Katherina była uległa pod moim wpływem. Dlaczego do tej pory nie uciekła, a zrobiła to tuż przed ślubem? Wyjaśnij.
- Nie wiem! - podnoszę głos, a moja złość wyłazi na powierzchnię niczym potwór z najczarniejszej części mojej duszy - Może miała cię kurwa po prostu dość, nie wpadłeś na to? Jesteś popierdolonym sukinsynem, a ona piękną, młodą kobietą. Na jej miejscu zrobiłabym dokładnie to samo, ale przed tym strzeliłabym ci w łeb! - dyszę ciężko, z trudem przełykam ślinę, a w salonie zapada grobowa cisza. Dorothy patrzy na mnie ze współczuciem, Justin szarpie się z gorylem, a Henry? Henry ma mord w oczach. Zginę tutaj.
- Ty mała, nieposłuszna, nic nie znacząca dziwko. Myślisz, że jesteś taka cwana, huh?! Mógłbym zrobić z tobą dosłownie wszystko! Wrzucić cię do piwnicy, żebyś tam kurwa zdechła! Mógłbym prowadzić cię po domu jak wytresowanego pudla albo pieprzyć, aż wrzeszczałabyś na całe gardło. To całkiem kusząca perspektywa, nie uważasz? - przysuwa się bliżej, sunie nosem po jej szyi i zaciąga się moim zapachem. Żołądek podjeżdża mi do gardła, robi mi się niedobrze, a wizja jego ciała na moim napawa mnie obrzydzeniem - Więc jak będzie, hmm? Podzielisz się z wujkiem swoją piękną narzeczoną, Jay?
- Nawet o tym nie myśl! Przekraczasz granicę, rozumiesz to?! Mówię po raz ostatni, zostaw ją. Nie należy do twojego świata! - Jay podnosi głos, Henry ma go w nosie i bezczelnie wsuwa dłoń pod moją bluzkę - Nie rób tego! Szalejesz z wściekłości, ale nie wyżywaj się na kimś, kto nie ma z tym nic wspólnego! - och, kotku, gdybyś tylko wiedział nie broniłbyś mnie tak zacięcie. Jaka szkoda, że nie mogę ci tego powiedzieć.
- Uspokój się, Jay. Nie zrobię jej krzywdy. Jestem dobry w te klocki, możemy się razem świetnie bawić.
- Wolałabym umrzeć, niż oddać ci swoje ciało - spluwam z kpiną, Henry mruży oczy i przechyla głowę.
- Sęk w tym, że ty nic nie musisz mi oddawać, skarbie. Sam sobie wezmę - układa dłoń na mojej piersi, zbiera mi się na płacz i wreszcie spoglądam na Justina. Jest wściekły, zaciska szczękę i próbuje pokonać dwa razy większego od siebie osiłka - Spójrz na mnie - wydaje rozkaz jak psu, a ja nie byłabym sobą, gdybym go posłuchała. Nie spuszczam wzroku z Justina, Henry zaczyna się denerwować, wzmacniajac uścisk na mojej szyi - Patrz na mnie!! - krzyczy wprost w moją twarz, unosi mnie do góry, a moje stopy odrywają się od podłogi. Dorothy gwałtownie wciąga powietrze, a ja je tracę. Przytyka mnie, walczę z nim ile mam tylko sił, jednak jest ode mnie o wiele silniejszy - Widzisz, ślicznotko? Kobiety są miękkie i służą jedynie po to, aby rozkładać nogi - przydusza mnie mocniej, czuję, jak słabnę i jak niewiele dzieli mnie od śmierci. On naprawdę to zrobi, udusi mnie na oczach miłości mojego życia oraz jego matki.
- Nie rób tego, proszę - kobieta szepcze cicho i chwyta go za ramię - Będziesz musiał za to zapłacić.
- Puszczają ją, Henry! Nie zadzieraj ze mną! - ledwo dociera do mnie głos Justina, prawie dopływam, ale przed tym słyszę głośny wystrzał z pistoletu i wreszcie robi się tak cicho, ciemno i spokojnie. 





czwartek, 19 kwietnia 2018

Rozdział dwudziesty trzeci


Vi POV:

Za wszelką cenę staram się nie dać po sobie poznać, jak bardzo jestem zaskoczona. Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, a widok Henry'ego to ostatnie, na co mam ochotę. Nie po tym, co zrobił tej biednej dziewczynie. Nie mam pewności, czy przypadkiem nie podejrzewa ucieczki Kath, a przebywanie z nim w jednym pomieszczeniu będzie katorgą! Obie będziemy musiały przywdziać maski i dobrze udawać. To również okazja, aby sprawdzić, jak Kath czuje się przed tak ważnym krokiem. Czy nie zrezygnowała.

- Jeśli nie chcesz, wcale nie musisz tam jechać, rybko. Nie masz obowiązku pomagać Katherinie, wiesz?
- Mhm, ale to nic wielkiego, naprawdę. Chętnie jej pomogę, w końcu kobiety muszą trzymać się razem.
- Jesteś tego pewna? - Jay patrzy na mnie niepewnie, jakby coś podejrzewał - Nie lubisz jej, Vivi.
- Och tam, od razu nie lubię! Nie przesadzaj, staruszku - mrugam okiem, zeskakuję z krzesełka i cmokam go w usta - Pójdę się ubrać i mogę jechać. Wybierzesz się ze mną, czy masz coś do załatwienia?
- Nie, nie mam. Pojadę z tobą, nie chcę spuszczać cię z oka, skoro wykrzyczałaś, że jesteś moja.
- Jesteś okrutny, wiesz? - wyginam usta w podkówkę i patrzę na niego z miną szczeniaka - Wymusiłeś to!
- Nieprawda! Po prostu odrobinkę cię zmobilizowałem - porusza brwiami, przyciąga mnie do siebie i układa dłonie na moim tyłku, ściskając go mocno - Wiedziałaś, że jesteś moja. Musiałaś to wreszcie powiedzieć.
- Okej, więc teraz ty powiedz, że jesteś mój - zarzucam dłonie na jego szyję i czekam na jego ruch.
- Jestem twój, kwiatuszku - szepcze w moje usta i gryzie dolną wargę - Tylko twój, chyba nie wątpisz?
- Nie i lepiej dla ciebie, żebyś nigdy nie dał mi powodu do zwątpienia. Rozdrażnisz mnie, tygrysie.
- Uciekaj się przebrać, albo ponownie cię przelecę. Uwielbiam, kiedy jesteś wściekła. Podnieca mnie to.
- Nie jestem zaskoczona. Zboczeniec - przewracam oczami, uwalniam się z jego uścisku i biegnę na górę. 


Kiedy Justin parkuje pod ekskluzywnym butikiem z sukniami ślubnymi, dopada mnie stres. Muszę założyć maskę, przykleić uśmiech na twarz i udawać, że wszytko jest w porządku. Chociaż nie jest. Mam ochotę rozpierdolić tego gościa na miazgę, pokazać mu, że kobiety nie są słabe, za jakie je uważa. Nie może poniewierać Katheriny, bo ma na to ochotę. Jest potworem, a miejsce potworów jest w zamknięciu lub
pod ziemią. Mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, w którym zapłaci za wszystkie wyrządzone krzywdy.
- Idziemy? - potrząsam głową, aby pozbyć się tych myśli i otwieram drzwi. Oddycham głęboko, wygładzam bordową spódnicę i chwytam dłoń Justina. Prowadzi nas do uroczego, białego budynku z oknami przyozdobionymi białymi witrażami, otwiera drzwi i przepuszcza mnie pierwszą. Jest pusto, nie ma klientek oprócz stojącej na środku Katheriny. Serce podskakuje mi do gardła na widok pięknej, ogromnej sukni. Zastanawiam się nawet, jakim cudem jej drobne ciało utrzymuje ten ciężar - Wujku - Justin wita się z nim uściskiem dłoni, a Kath cmoka w policzek. Zakryła siniaki podkładem, ale ja wiem, co jest pod nim.
- Vivienne - Henry rozchyla ramiona, przytulam się do niego niechętnie i próbuję zachować pozory - Cieszę się, że przyjechałaś. Katherina nie ma tutaj przyjaciółek, a ktoś musi pomóc jej w wyborze sukni ślubnej. Jesteś piękną kobietą, na pewno masz świetny gust - oblizuje usta, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Oczywiście. Mam nadzieję, że na coś się przydam - podaję swoją torebkę Justinowi i przyglądam się przyszłej, mam nadzieję, że niedoszłej pannie młodej - Nie wiem, kto doradził ci tą suknię, ale jest zbyt duża do twojej sylwetki. Poszukam coś innego - ściskam jej dłoń i przechadzam się między wieszakami. Sukien jest bardzo dużo, w różnych kolorach, fasonach, zdobieniach. Gdybym była na miejscu Katheriny nie wybrałabym stąd ani jednej! Co za kicz, aż mdli mnie od tej bieli - Kath, jaki preferujesz kolor?
- Biały, kochanie - Henry odpowiada za nią, aż muszę stłumić w sobie chęć przypierdolenia mu.
- Okej - szukam dalej, ekspedientka krzywi się, jakbym wybiła jej połowę rodziny, ale pewnie właśnie zabrałam jej robotę jak i sowity napiwek. Wiem, jak to działa - Proszę przynieść do przymierzalni te trzy - wskazuję niskiej, pulchnej kobiecie wybrane przeze mnie modele. Przytakuje głową, wracam do blondynki i pomagam jej zejść z podestu - Z
araz wrócimy, panowie. Mój wybór na pewno będzie lepszy - puszczam oczko Henry'emu, aby nie wzbudzać żadnych podejrzeń i wreszcie znikamy z zasięgu ich wzroku - Jezu, ale ten dupek mnie wkurwia - burczę pod nosem, Kath chichocze cicho i zasuwa szarą kotarę - Zdejmuj to.
- To Henry wybrał tą sukienkę. Jest koszmarne ciężka, tandetna, a te koraliki wyglądają jak z plastiku!
- Faceci nie mają gustu! - odpinam kilka guziczków na plecach i po chwili sukienka wisi na wieszaku, a ekspedientka dostarcza nam te wybrane przeze mnie - Przymierz, chociaż to i tak bez znaczenia - wciąga ją na swoje szczupłe ciało, związuję gorset i pochylam się, aby być bliżej niej - Gotowa na wolność?

- Tak bardzo się boję, Vi - przykłada dłoń do ust i próbuje się nie rozpłakać. Moje serce reaguje na ten widok, bo ta Bogu ducha winna dziewczyna naprawdę cierpi - Jeśli nas złapią, będzie po wszystkim.
- Ciii, nikt nas nie złapie. Henry nic nie podejrzewa, a to, że z nim nie mieszkasz ułatwia nam sprawę. Jeśli masz jakąś perukę, wykorzystaj ją. A jeśli nie masz, zafarbuj włosy. Musisz zmienić wygląd, aby w razie czego kamery nie rozpoznały, że to ty. Domyślam się, że macki Henry'ego sięgną i do monitoringu lotniska.
- Wierz mi, o wiele, wiele dalej również. Ten człowiek ma ogromne możliwości, może nas obie zniszczyć.
- Nie możesz myśleć w ten sposób, bo gówno z tego wyjdzie, Kath. Weź się w garść, bądź dzielna i udawaj.
- Nie masz pojęcia, jakie to trudne. Wczoraj wziął moje ciało nie pytając o zgodę. To było straszne.
- Ja pierdolę - odsuwam się, opieram czoło o ścianę, a moje bebechy wywijają salto. Zbiera mi się na wymioty, ponieważ nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić, jakie to uczucie. Uprawiam seks z człowiekiem, którego kocham, który kocha mnie. Który jest czuły, troskliwy, delikatny. Nigdy nie robi nic, na co nie mam ochoty, zawsze pyta, czy wszystko w porządku. A ona musiała rozłożyć nogi dla tego bydlaka, bo nie dał jej innego wyjścia - Spokojnie, Vivi. Jest dobrze, poradzę sobie z tym - układa dłoń na moich plecach i głaszcze uspokajająco - Jutro już mnie tutaj nie będzie. Ten koszmar się skończy.
- Właśnie tak - odwracam się, przytulam ją do siebie i dodaję otuchy - Mimo tego, iż prawie w ogóle cię nie znam czuję, że jesteś dobrą osobą, Kartherina. Dlatego ci pomagam, ponieważ zasługujesz, aby żyć na własnych warunkach. Nie na zasadach mafii - szlocha cichutko i wciąż szepcze "dziękuję".


Katherina pokazuje wszystkie trzy suknie, które dla niej wybrałam. Stoję obok Justina, ściskam jego dłoń i tak bardzo chciałabym mu powiedzieć czego się podjęłam. Pragnę, żeby mnie uspokoił, dodał otuchy, poparł, a nawet pomógł. Niestety nie mogę pisnąć nawet słowa! Gdyby tylko wiedział, zapewne wściekłby się niemiłosiernie i nie jestem pewna, do czego byłby w stanie się posunąć. Nie wierzę, że mógłby mnie skrzywdzić fizycznie, nie dopuszczam do siebie takiej myśli. Nigdy nie pozwolę na to żadnemu mężczyźnie, Justinowi tym bardziej. Liczę na to, że tajemnica nigdy się nie wyda, Katherina wyjedzie daleko stąd i będzie wiodła normalne, spokojne życie. Z dala od tych chorych, wyrządzających krzywdę ludzi.

Wieczorem lądujemy u Justina. Oglądamy film akcji, zajadając się pyszną pizzą z sosem. Patrząc na nas siedzących na dywanie, w dresowych spodniach i zwykłych, białych koszulkach, upapranych od sosu i przejedzonych, mam ochotę roześmiać się na głos. Trzy i pół tygodnia temu nigdy nie pomyślałabym, że będę tak obrzydliwie szczęśliwa i zakochana. Jak to możliwe, że potrafiłam to zrobić? Zakochałam się w tak krótkim czasie, kompletnie straciłam głowę i pragnę więcej, więcej jego, więcej szczęścia, które mi daje. Za każdym razem, kiedy mnie dotyka, przytula, całuje, moje serce zaciska się przyjemnie, a przez ciało przechodzi znajomy prąd. Uwielbiam wpatrywać się w jego piękne, czekoladowe oczy, całować te pulchne słodkie usta i wsuwać palce w jego włosy. Jest moim ideałem, chociaż niedawno nie sądziłam, że w ogóle go mam! Justin zmienił tak wiele w moim życiu. Zmienił mnie. Przy nim czuję się sobą, nie przeszkadza mi to, że zobaczył moją drugą twarz, tą dziewczęcą, nieco zagubioną, tęskniącą za uczuciem. Tak długo ukrywałam się przed wszystkimi, grałam twardą, pewną siebie kobietę, aby nie widzieli smutku w moich oczach, zwątpienia, popapranego dzieciństwa. Tak było po prostu lepiej, wygodniej. Po co obnażać swoją duszę? Aby ktoś mógł rozerwać ją na strzępy, wyrzucić do kosza? Lepiej było się schować i maskować prawdziwe uczucia, które teraz wychodzą na powierzchnię. Czy to naprawdę jestem ja?

W tym momencie wszystko było idealne. I po raz pierwszy od dłuższego czasu, mogłam wyobrazić sobie przyszłość, gdzie jestem szczęśliwa...


O dwudziestej trzeciej przebieram się w czarną, satynową koszulkę, prezent od Justina. Kupił go dzisiaj razem z tymi dziwnymi sznurkami, klamerkami, i jak zapewnił, jeszcze kilkoma gadżetami, które pokaże mi innym razem. Nie wiedziałam, że lubi takie rzeczy, jednak pozytywnie mnie tym zaskoczył. Nigdy wcześniej nie używaliśmy z Joshem niczego podobnego, dlatego tym bardziej jestem ciekawa, co jeszcze wymyśli Jay. Eksperymenty są fajne, a dzięki temu można przeżyć coś niesamowicie zmysłowego.
- Ta koszulka wygląda na tobie obłędnie, wiesz? - Jay pojawia się w drzwiach sypialni, opiera się ramieniem o futrynę i wlepia we mnie te piękne oczy - Mam naprawdę świetny gust, prawda? Przyznaj to, rybko.
- Tak, staruszku, masz świetny gust. Nawet wstrzeliłeś się w rozmiar i... - nie kończę. Justin przypiera moje ciało do ściany, chwyta nadgarstki i unieruchamia na plecach - Co ty wyprawiasz, do cholery?
- Jak to co? Mówiłem ci, że nienawidzę tego słowa - zaciskam usta ze śmiechu i wręcz nie wierzę, że właśnie na to tak gwałtownie zareagował - Mam zamiar zafundować ci karę, żebyś wreszcie przestała mnie tak nazywać - burczy pod nosem i wsuwa dłoń w moje majtki. O nie! - Może mała powtórka, hmm?
- Ani mi się waż, Jay! Mówię poważnie! Przysięgam, że nigdy więcej tak do ciebie nie powiem! Naprawdę!
- W porządku, daruję ci ten ostatni raz. Ale ostrzegam, jeśli ponownie się zapomnisz, spiorę ci tyłek. Masz to jak w banku - wypycham pupę w jego krocze, wzmacnia uścisk na moich nadgarstkach i napiera na moje ciało, mocniej dociskając mnie do ściany - Jesteś dzisiaj niegrzeczną dziewczynką, wiesz? - gryzie płatek mojego ucha, sunie ustami po karku i to samo robi z drugim uchem - Mam ogromną ochotę robić z tobą bardzo sprośne rzeczy, aż będziesz mnie błagać o koniec. Chcesz tego? - zaczyna poruszać palcami, pieści ten wrażliwy guziczek, aż ledwo mogę ustać na nogach - Odpowiedz na moje pytanie, kwiatuszku.
- Chcę - poruszam biodrami, wbijam zęby w wargę, a podniecenie rozlewa się po moim ciele - Proszę.
- Uwielbiam, kiedy prosisz - odwraca mnie w swoją stronę i gwałtownie wpija się w moje usta, pozbawiając mnie tchu. Przykładam dłoń do jego nabrzmiałego penisa, pieszczę przez materiał dresowych spodni i już mam wkładać dłoń do środka, kiedy dzwoni jego telefon - Kurwa mać, ja pierdolę - puszcza wiązankę, wyjmuje telefon z kieszeni i odbiera - Savage! Naprawdę wybrałeś sobie idealny moment na trucie mi dupy! - podnosi głos, jednak to, co mówi Savage zaskakuje go, bo milknie i posłusznie słucha. Ciekawa jestem, o czym rozmawiają - Mówisz poważnie?! Zaraz tam będę, czekaj na mnie - kończy połączenie i zaczyna się ubierać. Stoję zdezorientowana i myślę, co się do cholery znowu stało - Wychodzę.
- Co? Tylko tyle masz mi do powiedzenia?! - prycham wkurzona i wyrzucam ręce w górę - Co się stało?
- Nic wielkiego, muszę wyskoczyć do klubu - wsuwa na siebie bluzę, kurtkę i bierze dokumenty.
- Proszę, nie zachowuj się w ten sposób, dobrze? Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć? To coś złego?
- Nie, rybko! To nic złego, okej? Po prostu mam pewne sprawy do obgadania z Savage'em. To wszystko.
- Martwię się, nie odcinaj mnie od siebie! Mogę pojechać tam z tobą, chcesz? Nie zostawiaj mnie samej.
- Od kiedy zrobiłaś się taka strachliwa, huh? - przewraca oczami, a ja zamieram zszokowana. Układam dłoń na brzuchu, który kuje nieprzyjemnie i wlepiam wzrok w ścianę. Czy on naprawdę to powiedział? - Idź spać, wrócę późno - nie obdarza mnie nawet spojrzeniem, po prostu wychodzi trzaskając drzwiami.




Jay POV:
Wchodzę do klubu wkurwiony jak diabli. Lepiej dla wszystkich, żeby dzisiaj zeszli mi z drogi, inaczej może zrobić się kurewsko nieprzyjemnie. Nikt nie będzie ze mną zadzierał, a już na pewno nie jeden skurwiel, który i tak zaszedł mi za skórę. Przysięgam, jak tylko dorwę go w swoje ręce, pożałuje, że się urodził.
- Szybki jesteś - Savage uśmiecha się szeroko, jednak kiedy tylko widzi moją minę, uśmiech znika - Dave pojawił się piętnaście minut temu, podjechał pod klub i po prostu zaczął strzelać jak obłąkany.
- Czy jego już kompletnie popierdoliło?! Co on sobie wyobraża, żeby robić nalot na mój klub, huh?!
- Nie mam pojęcia, ale czuję, że to jeszcze nie koniec niespodzianek. Svenson zaraz tutaj będzie.
- Świetnie! Pogawędka z komisarzem to jedyne, na co mam w tej chwili ochotę! Mógłby wyluzować.
- Mówisz poważnie? Dave ostrzelał klub, przed którym byli ludzie. Ktoś mógł zginąć, a wtedy gliny nie dałyby ci żyć, stary! Ciesz się, że nie celował w nich, a jedynie zrobił niezłe zamieszanie. Trzeba będzie wymienić dwadzieścia trzy okna i odmalować boczną ścianę. Wpakował w nią chyba ze dwieście naboi.
- Parszywy gnojek, uduszę go kurwa własnymi rękoma - chodzę nerwowo i szarpię za włosy. Ten człowiek od dawna przechodzi samego siebie - Gdzie on teraz jest? Wysłałeś chłopców, żeby go śledzili? Mają coś?
- Uspokój się. Tak, wyjechali chwilę po tym, jak otworzył ogień. Do tej pory jednak nie mają nic.
- To są chyba jakieś jaja! Jakim cudem?! Ma jakieś mocne znikania, bo rozpływa się w powietrzu!
- Dobrze się maskuje, ty również to potrafisz. Atakuje, spierdala, a trzy przecznice dalej przesiada się do innego samochodu i odjeżdża, jak gdyby nigdy nic. Wiesz jak to działa, skąd to zaskoczenie?
- Stąd, że jestem kurewsko sfrustrowany tym, iż wciąż się nam wymyka! Tak nie może być, Savage! Ten człowiek jest popierdolony i musi zginąć. Nie wiemy, co jeszcze siedzi mu w głowie, jakie ma plany.
- To prawda. Uderza niespodziewanie, z ukrycia. Zadziwia mnie nawet jego spryt. Od zawsze był mięczakiem, cykorem i wyręczał się innymi. To dziwne, że nagle postanowił działać sam. Nie uważasz?

- Coś w tym jest, ale nie mam ochoty nad tym myśleć. Muszę go dorwać, zanim posunie się jeszcze dalej.
- Jay - do środka zagląda Nathan i kiwa głową w tył - Komisarz Svenson chce zamienić z tobą kilka słów.
- Tsa! Już widzę to kilka słów. Dawaj go - siadam w fotelu, odpalam fajkę i nalewam whisky do szklanki.
- Miło cię widzieć, Justin - zaciskam szczękę, kiedy komisarz wchodzi do środka i siada w fotelu naprzeciwko mnie. Jestem zbyt wkurwiony, aby z nim rozmawiać - Słyszałem, że ktoś ostrzelał twój klub?
- Poważnie? Niemożliwe! Tak się składa, że ja również o tym słyszałem i chcę mieć tutaj tego skurwiela!
- Wiem, że masz na celowniku Dave'a Waldorf'a. Nam również zależy na schwytaniu go, ale jest sprytny.
- Wiem o tym. Gdyby było inaczej, już dawno gryzłby glebę. Ci wasi gliniarze do niczego się nie nadają.
- Radzę odrobinę wyhamować, mój drogi. Mogę zapomnieć o sprawie albo rozdmuchać ją, co wybierasz?
- Opcję numer jeden. Zawsze, komisarzu - podchodzę do szafki, kucam i otwieram ją. Ukazuje mi się sejf, wpisuję kod i odliczam dwadzieścia tysięcy - Tyle powinno wystarczyć za zapomnienie. Może być?
- Oczywiście - zagląda do koperty, wsuwa ją do kurtki i po sprawie. Tak właśnie działa Svenson.

Wracam do domu o trzeciej nad ranem. Jestem nieprzytomny, marzę o śnie i ledwo wlokę dupę na górę. Kiedy uchylam drzwi od sypialni, a światło z korytarza wkrada się do środka, zastaję puste łóżko. Marszczę brwi, gwałtownie popycham drzwi, aż odbijają się od ściany i rozglądam się po pokoju. Co to ma być?!
- Vivienne?! - podnoszę głos, zaglądam do łazienki, garderoby i zbiegam na dół. Adrenalina wybucha w moich żyłach niczym fajerwerki, zmęczenie odchodzi, a alkohol wyparowuje ze mnie w mgnieniu oka - Rybko, gdzie jesteś?! - wrzeszczę jak obłąkany, sprawdzam kolejne pomieszczenia chociaż wiem, że to bez sensu. Nie ma jej! Zostawiłem ją samą, wyszedłem wkurwiony i w dodatku wyżyłem się na niej, a nic nie zrobiła! Zastanawiam się, czy Dave mógł tu wtargnąć i zabrać ją, a ta myśl napawa mnie pierdolonym przerażeniem! Gdyby wpadła w jego ręce, zemściłby się na niej bez cienia litości - Jasny chuj - wyjmuję telefon, wykręcam jej numer i wsłuchuję się w sygnał. Jeden, drugi, trzeci, czwarty, poczta głosowa. Jebana.poczta.głosowa, która sieje w mojej głowie spustoszenie - Niech to szlag - opuszczam dom, wsiadam do samochodu i ruszam z piskiem opon. Jeśli coś jej się stało, rozpieprzę to miasto na drzazgi! 






********************************
Hejka :)
Niżej macie sondę, z którym ff ma być weekend :)

Btw. Czy ktoś z was w ogóle zagląda na FB?
Bo tak się zastanawiam, czy jest sens dodawać spojlery rozdziałów.
Dajcie znać, plis ;)

Ściskam
Kasia




wtorek, 17 kwietnia 2018

Rozdział dwudziesty drugi


Vi POV:

Ziewam przeciągle, zasłaniam usta dłonią i człapiąc ze schodów wystawiam ręce nad głowę, przeciągając się. Kiedy docieram na dół w kuchni zastaję Dantego, Zayn'a, Bangera oraz Josha. Dyskutują o czymś cicho, zerkają na stół, na którym rozłożone są plany i przesuwają palcem od prawej do lewej. Są skupieni, nawet mnie zauważają więc postawiam przysiąść na schodku, podeprzeć brodę na kolanie i posłuchać ich. Muszę przyznać, że stęskniłam się za nimi. Ostatnio Jay pochłania cały mój czas, nawet sypiam u niego w domu zaniedbując moich kochanych chłopców. Na samą myśl wyrzuty sumienia dają o sobie znać.
- Ten port jest ogromny, Zayn. Spakowanie sześćdziesięciu kilogramów kokainy zajmie nam trochę czasu - och! Mówię o dostawie, a ja nawet nie znam szczegółów. Cholera! Jestem do bani! - Transport do naszego magazynu zajmie mniej więcej dwadzieścia minut. Potrzebujemy naprawdę dużo zaufanych ludzi.
- Nie obawiaj się, wszystko zostanie tajemnicą. Nikt nie piśnie nawet słowa, sporo na tym zarobią.
- Lepiej, żeby tak było. Jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, nawet nie chcę myśleć, co się będzie działo.
- Trzeba utrzymać dostawę w tajemnicy tak długo, jak się tylko da. Im mniej ludzi o niej wie, tym lepiej dla nas. Jeśli coś pójdzie nie tak, rozpęta się tam cholerne piekło! Nie możemy do tego dopuścić.
- Mamy kilka dni na zorganizowanie zajebistej organizacji. Zaufanie ludzi jest tutaj priorytetem. Jeśli oni zdradzą, reszta pójdzie sama - Josh wzrusza ramionami, poprawia włosy, a na moich ustach pojawia się uśmiech. Jeszcze trzy tygodnie temu pieprzyliśmy się do utraty tchu, a teraz sprawy między nami wyglądają zupełnie inaczej. Cieszę się, że nadal pozostaliśmy przyjaciółmi - Szczerze mówiąc wolałbym uniknąć rozpierduchy. Wtedy ściągniemy na siebie gliny, a trupów będzie od cholery - wzdycha ciężko, podnoszę tyłek ze schodów i podchodzę do niego, przytulając się do jego umięśnionych pleców - Cześć wróbelku - odwraca się, przyciąga do swojego ciała i całuje w czoło - Jak się czujesz? Jak głowa?
- W porządku, nie ma dramatu. Poradzę sobie z tym - pocieram nosem o jego i cmokam czubek.
- Hej, a co ze mną? - Dante wygina usta w podkówkę, przewracam oczami, odklejam się od Josha i ląduje w jego ramionach. Wręcz miażdży mi kości! - Stęskniłem się za tobą. Ostatnio jesteś gościem w domu.
- Przepraszam! Wiem, że jestem złą dziewczynką. Po prostu Justin nie chce mnie od siebie wypuszczać.
- Miłość kwitnie, co? - Banger porusza brwiami, wypuszcza dym z papierosa i patrzy na mnie chytrze.
- Coś w tym stylu - zawstydzam się, chowam w ramionach Dantego, aby ukryć rumieńce na policzkach.
- Jesteś szczęśliwa, a to jest dla mnie najważniejsze - Dante szepcze cichutko, a moje biedne serce się zaciska. Tak bardzo go kocham! - A teraz rusz tyłek i spójrz na plany. Dostawa zbliża się wielkimi krokami, a ty się obijasz - odsuwa mnie od siebie i kręci głową - Będzie w przyszłym tygodniu. Mało czasu.
- Wspaniale! Co my tu mamy? - zacieram ręce, zerkam na plany i zaznajamiam się ze szczegółami.


Spędzam czas z chłopakami. Ogólnie wylegujemy się na kanapie, śmiejemy i oglądamy filmy. Bardzo mi ich brakowało, naszych rozmów, żartów i wygłupów. Im chyba też, bo nie odstępowali mnie nawet na krok.
Dopiero kilka minut po czternastej dostaję telefon, który prawie ścina mnie z nóg. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że zadzwoni do mnie Katherina! Nawijała szybko, błagała o spotkanie za miastem, a jej głos brzmiał przerażająco! Bała się, chociaż nie wiedziałam czego. Zgodziłam się na spotkanie, inaczej wyrzuty sumienia nie dałyby mi spokoju. Coś się stało i byłam pewna, że to sprawka Henry'ego.


Miejsce, do którego docieram po dobrej godzinie jest okropne! To pustostan w szemranej dzielnicy, z dala od miasta, ludzi, ciekawskich oczu. Niepokoi mnie ten widok, na szczęście zabrałam ze sobą broń.
- Vivi - słyszę szept, przekręcam głowę i wpatruję się w nią zszokowana. Uchylam usta, mój żołądek  wywija koziołka i mam wrażenie, że ktoś dał mi w twarz - Chodź tutaj, nikt nas nie zobaczy - biorę się w garść, wchodzę do małego pomieszczenia, a Kath zamyka drzwi, a raczej to, co z nich zostało - Jesteś.

- Oczywiście - przykładam opuszek do jej policzka, schyla głowę i cofa się - Kto ci to zrobił? On?
- Tak - zaciska usta, kręci głową jak w amoku i robi mi się jej żal. Jest jeszcze taka młoda, pewnie niewiele starsza ode mnie, a ktoś każe wyjść jej za tyrana - Postawiłam się, kiedy chciał mnie pieprzyć po pijanemu. Znam Henry'ego, bywa brutalny. Ja nie mogę za niego wyjść, Vivienne. To mnie zniszczy.
- Więc nie rób tego, do cholery! Nikt nie ma prawa cię zmusić, jesteś wolną kobietą! Powiedz mu to.
- Nie mogę! Nie widzisz, jak wyglądam? - wskazuje palcem na swoją twarz, która wygląda jakby zderzyła się z nadjeżdżającym pociągiem. Ma podbite oko, a siniak przybrał przeróżne kolory. Zaczynając od śliwkowego, a kończąc na fioletowo-żółtym. Dzieło wieńczy rozcięta warga - Jestem bezradna, rozumiesz?
- Pierdolenie! Nie jesteś, Kath. Musisz uciec stąd jak najdalej. Henry nigdy nie może cię odnaleźć.
- Wiesz, jakie spotkają mnie za to konsekwencje? Henry może mnie za to zabić, a ojciec wydziedziczyć!
- Więc odpowiedz sobie teraz na ważne pytanie; co jest dla ciebie ważne, huh? Majątek, pozycja, szacunek ludzi twojego ojca, czy jednak własne życie? Jeśli za niego wyjdziesz nigdy już się nie uwolnisz, będziesz jego niewolnicą na każde skinienie palca! Kurwa! Naprawdę chcesz tak żyć? Przecież to chore!

- Wiem, Vi! Wiem! Po prostu się boję, wiesz? - schyla głowę, chowa twarz w dłoniach i wybucha płaczem.
- Proszę, nie płacz - przytulam ją do siebie, głaszczę po plecach, a w moim ciele roznosi się furia. Marzę o tym, aby pociągnąć za spust i wpakować kulkę w głowę Henry'ego, jak i każdego popierdolonego faceta, który podnosi rękę na kobietę - Jeśli chcesz, pomogę ci - ociera policzki, marszczy brwi i patrzy na mnie, jak na ostatnią deskę ratunku. Sama nie wiem, w co się właściwie pakuję, a za coś takiego mogę zapłacić życiem - Ucieczka to jedyne rozwiązanie, inaczej się z tego nie wykaraskasz. Decyzja należy do ciebie. 

- Naprawdę chcę to zrobić. Nie pozwolić, aby ten bydlak mnie bił i gwałcił, bo ma na to pieprzoną ochotę. Nikt nie dał mi jednak wyboru. Nie mogę wrócić do domu, do Rosji, bo ojciec mnie zabije. Nie mam nikogo, na kogo mogłabym liczyć. Nie wiem, co mam robić! Zostałam z tym sama i jestem przerażona.
- Wiem, ale jestem tutaj - mrugam okiem, ogarniam kosmyk jej włosów i zakładam za ucho - Muszę coś wymyślić i szybko działać. Dzisiaj wtorek, do ślubu pozostało ledwo cztery dni. Gdzie chciałabyś pojechać?
- Bardzo daleko stąd, na sam koniec świata, Vi. Tam, gdzie nie ma ludzi, gdzie nie dotrze Henry.
- Poszperam w internecie i coś znajdę. Musisz jedynie wymknąć się z domu, tak, aby nikt cię nie widział.
- Na szczęście z nim nie mieszkam, dopiero po ślubie sobie tego zażyczył. Poleciał do Teksasu z samego rana, ale wraca wieczorem. Niestety jego ludzie mają mnie na oku, wyrwałam się z domu podstępem.

- Walnij ściemę, że masz nocowanie u koleżanki. To zawsze działa. Musimy być bardzo ostrożne.
- Wiesz, że ryzykujesz życie pomagając mi? Możesz się jeszcze wycofać, zastanów się, czy warto to robić.
- Jak możesz tak mówisz? Czy warto? Cholera, tutaj chodzi o twoje życie, przyszłość. Wiem, że to niebezpieczne, ale nie mogę cię tak zostawić. Myślisz, że mogłabym z tym żyć? Patrzeć, jak cierpisz?
- Jesteś taka dobra, wiesz? Justin ma ogromne szczęście, że ma przy swoim boku taką kobietę. Wybacz, że go pocałowałam. Nie chciał tego, zaskoczyłam go - posyła mi smutny uśmiech, chwyta moją dłoń i ściska mocniej - Jeśli to się uda, będę zawdzięczać ci życie, Vivienne. Oprócz ciebie nikt mi nie pomoże.
- Uda się, tylko musisz w to wierzyć - ocieram łzę, która spływa po jej policzku, a ona ociera moją.


Wracam do domu nabuzowana, przerażona i wkurwiona. Wbiegam do pokoju ignorując chłopców, zrzucam z ramion kurtkę i siadam przed komputerem. Włącza się raz dwa, a ja myszkuję i szukam odpowiedniego miejsca. Uważnie wpatruję się w mapę świata i szukam miejsca, które jest daleko stąd, które ma małą ilość mieszkańców tym samym członków mafii, którzy zapewne będą jej szukać. Dopiero teraz dociera do mnie, że Katherina nie może podróżować pod własnym nazwiskiem. Musi skołować fałszywy paszport, a jeśli jej się to nie uda będziemy w dupie! Biorę telefon, piszę wiadomość pod numer, z którego zadzwoniła i informuję ją o paszporcie. Klikam wyślij, wracam do monitora i po chwili coś znajduję. Uśmiecham się, klaszczę w dłonie, bo miejsce jest wręcz idealne! Miasteczko Greymouth w Nowej Zelandii. Małe, spokojne, z dala od niebezpieczeństwa. Miejscówka w sam raz do zaszycia się i nie rzucania się w oczy.

Kilka minut później, kiedy właśnie wbijam zęby w arbuza przychodzi sms. Otwieram wiadomość, która jest od Katheriny i oddycham z ulgą. Ma lewy paszport na nazwisko Jennifer Smith, a dzięki temu jeden problem z głowy. Wysyłam jej szczegóły moich poszukiwań, które o dziwo bardzo jej się podobają. Akceptuje wszystko i oznajmia, że jest gotowa uciec nawet dzisiaj. Woah! Nie sądziłam, że chce zrobić to tak szybko, ale z drugiej strony na co czekać? Henry jest nieobliczalny, więc może posunąć się o wiele dalej. Naprawdę żal mi jej, ponieważ musi uciekać przed czymś, na co nie ma żadnego wpływu.

Bukuję bilety na samolot. Niestety nie było żadnego na dzisiaj, najwcześniejszy lot jest jutro o godzinie piątej rano. Liczę na to, że Katherina wytrzyma jeszcze te kilka godzin, a Henry będzie grzeczny. Kasuję historię, nie zostawiam żadnych śladów ucieczki i wyłączam komputer. Gapię się w czarny monitor, opieram łokcie na stole i chowam twarz w dłoniach. Jasna cholera, czy ja wiem, co robię? Jeśli to się wyda, ten pojebaniec na bank mnie zastrzeli. Oczami wyobraźni widzę wykrzywioną gniewem twarz Henry'ego i spluwę wycelowaną wprost we mnie. A jeśli kazałby zrobić to Justinowi, czy pociągnąłby za spust? W samochodzie stwierdził, że musiałby wykonać polecenie wuja, gdyby tylko należał do mafii, ale nie należy i pozostaje mi mieć nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli i nikt się o tym nie dowie. 


Po telefonie od Justina jadę do niego. Nie widzieliśmy się od wczoraj, marudził, że tęskni więc uściskałam chłopców i wchodzę do domu mojego "narzeczonego". Wyleguje się na kanapie, wcina chipsy i ogląda mecz. Przewracam oczami, uśmiecham się szeroko i podchodzę do kanapy. Zarzucam dłonie na jego szyję, całuję w czubek głowy, a on unosi ją i wystawia usta do pocałunku. Cmokam go przelotnie, jednak nie pozwala mi się oderwać zbyt szybko i jednym ruchem przerzuca mnie przez oparcie i wciska na swoje kolana. Wygląda tak uroczo z rozczochranymi włosami, leniwym uśmieszkiem i nagim torsem, który pokrywają tatuaże. Zsuwam kurtkę z ramion, sunę opuszką palca po skórze zahaczając o sutek. Mruży oczy i wsuwa dłonie pod moją bluzkę. Odprężam się pod wpływem jego dotyku i wyrzucam Kath z głowy.
- Coś nie tak, rybko? - marszczy brwi, przytula mnie do siebie i układa dłonie na moich plecach - Co jest?
- Nic, a co ma być? Wszystko jest w porządku - gryzę go w brodę, jęk ucieka z jego ust i coś zaczyna uwierać mnie między nogami - Jak zawsze szybki, co? - sunie ustami po mojej szyi, przygryza ją i przesuwa się na szczękę. Uwielbiam, kiedy jest taki czuły - Kocham cię, Jay - te słowa same uciekają z moich ust, zanim zdążę nad nimi pomyśleć. Justin natychmiast zaprzestaje pieszczot i patrzy mi w oczy. 

- Tak dobrze słyszeć te słowa z twoich ust, wiesz? - dotyka palcami mojej twarzy, zahacza o czoło, nos, usta. Jakby badał każdy zakamarek - A ja kocham ciebie, rybko. Jesteś moja, wiesz o tym. Prawda?
- Nie jestem, tygrysie - uśmiecham się zadziornie. Nie dam się zapędzić w kozi róg. Co to, to nie!
- Pamiętasz, co ci niedawno powiedziałem? Będziesz krzyczeć te słowa, kiedy będę cię ostro posuwał. 

- Cóż, pozostaje mi jedynie życzyć ci powodzenia, staruszku - piszczę, kiedy zrywa się na równe nogi, wchodzi po schodach i rzuca mnie na łóżko. Wręcz zrywa ze mnie ubrania, sam pozbywa się swoich w sekundę i patrzy na mnie z góry. Jezu, ależ on jest przystojny! Mogłabym gapić się na niego bez przerwy,
a ten widok nigdy by mi się nie znudził - Co mam z tobą zrobić, aby wydusić z ciebie te słowa, hmm?
- Nic, kotku. Nic nie sprawi, że je wypowiem. Pozostaje ci się z tym pogodzić - przygryzam wargę i postanawiam się z nim podroczyć. Lubię, kiedy się złości, wydaje się być wtedy jeszcze seksowniejszy.
- To się jeszcze okaże, kwiatuszku - mruga okiem, otwiera szufladę i wyjmuje coś dziwnego. Jestem zaciekawiona - Usiądź - wykonuję polecenie, a Jay zakłada na mnie coś, czego nie rozumiem. To jakby body, ale ze sznurków. Są pod moimi piersiami, nad, na brzuchu, plecach, we wrażliwym miejscu, które jest pobudzane. Waruję przez to cholerstwo! - Zobaczyłem to dzisiaj na wystawie sklepu erotycznego i zapragnąłem cię w tym zobaczyć. Mam coś jeszcze - otwiera dłoń, na której spoczywa srebrny łańcuszek, który łączą kamerki - To na sutki - o kurwa! Podnosi mnie za ramię, unoszę się nieco i podpieram na kolanach, a on bez ostrzeżenia zasysa jeden sutek, aż twardnieje i zapina na nim klamrę. To samo robi z drugim, a kiedy kończy czuję dziwne mrowienie. O rany, ale to dziwne uczucie! - A teraz odwróć się - przegryzam wargę i patrzę na niego, napawając się widokiem jego podnieconej twarzy. Odwracam się, a Jay związuje moje nadgarstki na plecach. Spinam się natychmiast - Nie bój się, to tylko zabawa, rybko - szepcze do mojego usta i popycha mnie na łózko. Opieram na nim policzek, jestem skrępowana, unieruchomiona i sama nie wiem, jakie wzbudza to we mnie uczucia. Co on chce ze mną zrobić?! - Zaraz będziesz wrzeszczeć, że należysz tylko do mnie. Zapewniam - unosi moją pupę, czuję jego ciepły język, a jęk opuszcza moje usta. O Boże! Jest tak dobrze, intensywnie, inaczej. Wariuję, kiedy rozbudza każdy nerw w moim ciele, trudno uleżeć mi w takiej pozycji i próbuję się przekręcić. Nie pozwala mi na to, wbija palce w moje biodra i bezlitośnie się nade mną znęca. A więc związał mnie specjalnie, abym nie mogła mu przerwać? Bestia! - Mmm, lubisz to, prawda? Powiedz mi, kwiatuszku, chcę to usłyszeć z twoich usteczek.
- T-tak - jąkam się, kiedy przyjemność przelatuje przeze mnie niczym stado motyli, zostawiając uczucie ciepła. Jestem blisko, jego język i palce doprowadzają mnie na skraj - Och, tak! - jęczę przeciągle, ale nagle wszystko znika. Nie czuję jego placów, ani tym bardziej języka - Dlaczego przerwałeś? - dyszę jak lokomotywa, a moje uda drżą. Nie wierzę, że zostawił mnie przy końcu! - O nie! Zaplanowałeś to sobie?
- Oczywiście! Mam zamiar męczyć cię tak długo, aż nie wypowiesz tych słów. Zastanów się, Vivienne.


Moje męki trwały ponad godzinę. Jay pieścił mnie, a kiedy prawie dochodziłam, nagle zostawiał. Wszystko zaczynał od nowa, kiedy tylko moje ciało nieco ochłonęło. Klęłam na niego, krzyczałam, że go nienawidzę, ale moje słowa nie robiły na nim żadnego wrażenia. Próbowałam nawet wstać, pójść sobie w cholerę, niestety nie miałam takiej możliwości, skoro mnie związał. Byłam spocona, zmęczona, wykończona oczekiwaniem i dziwnym bólem, który ogarniał moje ciało za każdym razem, kiedy orgazm odchodził. Pragnęłam go, byłam nakręcona, a klamerki, które pociągał za łańcuszek potęgowały podniecenie. Wrzeszczałam na cały dom, licząc po cichu, że nie było w nim ani Savage'a, ani Nathana. Po czymś takim nie byłabym w stanie spojrzeć im w oczy, nie czując zażenowania. Lepiej dla nich, gdyby byli daleko stąd.
Skapitulowałam dopiero wtedy, kiedy wbił się we mnie i posuwał tak ostro, aż za nim nie nadążałam. A potem znowu mnie zostawił, wyduszając ze mnie łzy bezradności, których na szczęście nie widział. Więc wreszcie usłyszał ode mnie słowa, których tak pragnął. Nie miałam więcej sił na tę walkę, przegrałam.

- Jestem twoja, Jay. Proszę, przestań już! - oddycham głęboko, schylam głowę, a on pociąga za łańcuszek.
- Twarda z ciebie sztuka, rybko - wbija się we mnie głęboko i wreszcie dostaję upragniony orgazm. Po tych cholernych męczarniach, które fundował mi przez godzinę jest niczym zbawienie dla mojego ciała - Moja, na zawsze - szepcze do mojego ucha i sam pozwala sobie na spełnienie. Podziwiam go za samokontrolę.




Jay POV:
Po wyczerpującej zabawie funduję nam gorącą kąpiel z ogromną ilością wody oraz pachnącego płynu,
który poleciła mi ekspedientka w sklepie erotycznym. Ma dziwny zapach, jednak cholernie zmysłowy.
- Jak się czujesz? - masuję jej ramiona, odpręża się i schyla głowę - Bardzo cię wymęczyłem, rybko?
- Mam ochotę cię zabić, ale nie mam na to siły - uśmiecham się na jej słowa, pochylam się i składam pocałunki na jej nagich plecach, zlizując wodę - Masz farta, że się w tobie zakochałam, skurczybyku.
- Jesteś taka pyskata - chichoczę, Vi przekręca głowę i unosi brew - Co mi się w tobie bardzo podoba.
- Masz szczęście, bo i tak nie planuję się zmieniać. Więc albo bierzesz wszystko, albo nic, kochanie.
- Biorę wszystko, co mi dasz - marszczy brwi, odwraca się w moją stronę i owija nogi wokół moich bioder.
- To niesamowite, że nasza znajomość poszła w tym kierunku - odgarnia moje mokre włosy, patrzy na mnie z rozczuleniem i dotyka twarzy. Widok jej spełnionej, uśmiechniętej, szczęśliwej roztapia moje serce. Naprawdę ma w sobie coś takiego, co rozmiękcza mnie niczym rozdeptanego żelka. Jest moją słodką dziewczynką - Zaufałam ci, Justin. Proszę, obiecaj, że nigdy mnie nie skrzywdzisz. J-ja nigdy niko...
- Ciii - przykładam palec do jej ust i kręcę głową - Nie musisz kończyć. Wiem, że nigdy nie kochałaś, ale to przeszłość. Jesteśmy tutaj, kochamy się, nie zranię cię. Obiecuję. Pragnę cię uszczęśliwiać, maleńka - łączę nasze usta w krótkim pocałunku, opieram plecy o wannę i przyciągam ją na swoje ciało. 

Od dzisiejszego dnia wiedziałem, że nawet najpiękniejsze rzeczy można zniszczyć jednym ruchem.

Kiedy jemy późny obiad rozdzwania się mój telefon. Vi spogląda na mnie zaciekawiona i marszczy brwi.
- To Henry - wzdycham ciężko, a Vivi upuszcza widelec - Hej, wszystko okej? - przytakuje nerwowo, a ja odbieram - No witam cię, wujku. Co tam? - grzebię w jedzeniu i szybko dowiaduję, o co chodzi - Zapytam, ale nic nie obiecuję. Zaraz dam ci znać - kończę połączenie, odkładam telefon i zastanawiam się, o co tutaj kurwa chodzi - Henry poprosił, żebyś przyjechała do butiku z sukniami ślubnymi. Katherinie przydałaby się pomoc - Vivienne blednie i patrzy na mnie tak, jakbym był pieprzonym duchem!






*********************************************
Hejka! :)

Chciałam tylko napisać, że next pojawi się wyjątkowo w czwartek. Zakręciłam się, zapowiedziałam pierwszy rozdział drugiej części Ivy na piątek, a przecież w piątki jest Vivi. Soł, rozdział będzie w czwartek, a w piątek Ivy.
A jak będziecie chciały, to może zrobię weekend z którymś ff?

Ps. Zbliżamy się do kolejnej akcji :D

Ściskam mocno! 
Kasia