wtorek, 22 maja 2018

Rozdział trzydziesty pierwszy


Vi POV:

Zapada cisza. Jedyne, co do dociera do moich uszu to mój urywany oddech i ciężkie sapanie Dave'a gdzieś obok. Pociemniało mi przed oczami i zastanawiam się, czy moje ciało zaraz nie rozsypie się w drobny mak.
- Akurat wtedy, kiedy chciałem cię pieprzyć musiałaś zalać się krwią? - prycha wkurwiony, jakby to była moja wina! Chwyta mnie w talii, odwraca na plecy i układa na stole. Jęczę z bólu, zaciskam nogi jeszcze mocniej, chociaż i tak siłą je rozchyla - Ja pierdolę, co się z tobą dzieje, huh? Dostałaś pieprzony okres?
- N-nie - trzęsę się jak galareta, próbuję opanować swoje ciało, ale nie jestem w stanie. Dół mojego brzucha zaciska niewidzialna siła i mam wrażenie, że moja miednica pęka na kawałki - B-bardzo boli.
- Mam to w dupie, Vi. Schrzaniłaś moje plany - kręci głową, podnosi mnie i stawia na nogi. Jezu! Nie wiem, jakim cudem udaje mi się utrzymać równowagę, a kiedy schylam głowę dostrzegam mnóstwo krwi, która wsiąkła w moje jasne jeansy. Żołądek podjeżdża mi do gardła, pochylam się i wymiotuję, chociaż właściwie nie mam czym - Wspaniale! Jeszcze tego brakowało! - wlecze mnie do drzwi, przekręca zamek i wychodzi na korytarz. W progu stoi Jason, który dobijał się przez cały czas - Zaprowadź ją do pokoju i pilnuj.
- Jasne - pomaga mi, a jego dotyk w przeciwieństwie do Dave'a jest bardzo delikatny, jakby nie chciał mnie skrzywdzić - Dasz radę? Czy wziąć cię na ręce? - och, zaskakuje mnie tym, jednak kręcę głową i stawiam krok za krokiem. Powoli docieramy do pokoju, chłopak przyciąga mnie do swojego boku, a drugą dłonią otwiera drzwi. Dopiero teraz, kiedy przylegam do niego ciałem czuję broń, którą wsunął za pasek jeansów. I ponownie, mimo mojego stanu rodzi się nadzieja na ocalenie - Okej, położysz się, a ja przyniosę ci bluzę.
- Dziękuję - moje zęby zderzają się ze sobą, chłopak zostawia mnie i biegnie po okrycie. Staram się nieco wziąć w garść i przygotować na kolejną walkę. Tym razem to moja ostatnia szansa, kolejnej nie będzie.
- Jestem, załóż - pomaga mi wsunąć dłonie w rękawy bluzy, zasuwa ją pod samą szyję i poprawia, aby dobrze leżała - Musisz odpocząć, potrzebujesz czegoś? Skąd ta cholerna krew? Dostałaś okres? - on też?!
- N-nie, walnęłam w stół i chyba coś mi pękło. Strasznie boli - opieram dłoń na jego biodrze, tuż obok broni. Niemal czuję ją opuszkami palców, jest tak blisko! - Dlaczego jesteś dla mnie taki dobry, Jason?
- Ponieważ wcale nie mam ochoty brać udziału w tej szopce - co? Podnoszę głowę, patrzę mu w oczy i marszczę brwi z zaskoczenia - Dave ma moją siostrę, zmusił mnie do tego i jak sama widzisz, nie bardzo podoba mi się taka robota. Nie mam wyjścia. Tylko nie mów mu tego, dobrze? Natychmiast mnie zabije.

- Nie powiem, spokojnie - uśmiecham się, Jason odgarnia kosmyk moich włosów i zakłada za ucho.
- Jesteś bardzo ładna, Vivienne. Gdybym nie był pod ścianą, najchętniej pomógłbym ci stąd spieprzyć.
- Sam musisz uciec. Proszę, zrób to - jednym ruchem szarpię za broń, robię krok w tył i celuję prosto w niego. Wystawia ręce w górę, rozchyla usta, a na jego twarzy maluje się szok - Nie chcę cię zabić, wiesz? Byłeś dla mnie dobry, za co ci dziękuję. Odejdź, Dave i tak zaraz umrze. Możesz odzyskać siostrę.
- M-masz zamiar go zabić? - pyta z niedowierzaniem i nawet nie mruga - Nie uda ci się to, skrzywdzi cię.
- Nie martw się, po prostu uciekaj - przytakuje głową i wychodzi bez słowa. Cieszę się, że nie walczył ze mną i wybrał mądrze. Nie warto ginąć za kogoś takiego, jak Dave - Okej, do dzieła, Vi - mobilizuję samą siebie, przykładam dłoń do brzucha i wlokę nogi do pomieszczenia, gdzie trzyma Josha. Uchylam drzwi, wystawiam przed siebie broń i celuję w Dave'a, który stoi przed zwisającym ciałem mojego przyjaciela i właśnie zakłada na pięść kastet - Nawet nie waż się tego kurwa robić! - gwałtownie przekręca głowę, a jego mina jest wręcz komiczna - Koniec zabawy, Dave. Zabieram Josha i opuszczamy tą norę. Uwolnij go.
- Chyba śnisz, księżniczko. Myślisz, że masz broń i możesz zgrywać panią świata? - wybucha śmiechem, a we mnie gotuje się krew. Niestety również słabnę, co nie działa na moją korzyść - Odłóż to, bo jeszcze zrobisz sobie krzywdę - pociągam za spust dwa razy, a dwie kulki trafiają w prawe i lewe kolano - Kurwa!!
- Nie zadzieraj ze mną, nie mam ochoty na przeciąganie tego cyrku - podchodzę do komody, biorę pierwszy z brzegu nóż i próbuję przeciąć liny. Jedną ręką idzie mi to dość opornie, jednak w drugiej trzymam broń, w razie gdyby Dave chciał wyciąć jakiś numer - Spieprzamy stąd, kochanie. Tylko musisz się trzymać.
- Jesteś tak kurewsko uparta, wróbelku - dyszy ciężko, lina puszcza, a jego ciało opada na moje. Oboje opadamy z sił, a walka się jeszcze nie skończyła - Druga lina - sięgam do niej, staję na palcach i próbuję wykrzesać z siebie chociaż odrobinę więcej - Damy radę, już prawie jesteśmy w domu. Żyjesz?
- Mhm - mruczy pod nosem, opiera czoło o moje ramię, a druga lina zostaje przecięta - Udało ci się.
- I tak stąd nie wyjdziecie - Dave chwyta mnie za nogi i powala na ziemię. Josh upada obok, ale ledwo kontaktuje - Postrzelone kolana to nie śmierć, cukiereczku - siada na mnie, unieruchamia mnie i perfidnie się uśmiecha - I co teraz, hmm? Nie masz siły, aby mnie pokonać. Ja nigdy nie przegrywam i tym razem również nie przegram - wytrąca broń z moich dłoni, odrzuca ją, a moje nadzieje idą się pieprzyć!
- Jesteś śmieciem - spluwam z pogardą, Dave wybucha śmiechem i chwyta moją szyję, zaczynając dusić. W tym momencie dzieje się coś, co zaskakuje nas wszystkich. Rozlega się strzał, Dave sztywnieje i patrzy na mnie z szeroko otwartymi oczami. Z jego barku sączy się krew, która zabarwia białą koszulkę czerwienią.
- Chcesz dokończyć? - zaciskam usta, ostatkiem sił spycham z siebie Dave'a i spoglądam na Jasona, który podchodzi do mnie, podsuwa dłoń pod moje plecy i podnosi - Kiepsko wyglądasz, musimy się pośpieszyć.

- Daj mi broń - wręcza mi ją bez wahania, nie puszcza dzięki czemu mam podparcie, a ja celuje prosto w Dave'a. Nawet w obliczu śmierci uśmiecha się szeroko, jakby wygrał - Masz ochotę na ostatnie słowo?
- Jesteś nic nie wartą suk... - nie ma szansy dokończyć, pociągam za spust, a kula trafia prosto w głowę.




Jay POV:
Nie mam pojęcia, jakim cudem wreszcie zdobywamy hasło. Banger sprowadził kogoś, kto się na tym znał i to właśnie on doszedł do złamania zabezpieczenia. Co dziwne i wręcz przerażające, sygnał z telefonu Vi wskazywał zaledwie kilka przecznic dalej. Ruszyliśmy tam bez namysłu, a kiedy tylko przekroczyliśmy próg starej pralni, zastaliśmy jedynie martwe ciało Dave'a. Nie było Vivienne, ani nikogo innego. Miałem złe przeczucia, bałem się, że być może przybyliśmy za późno, a Vivi zabrał ktoś inny. Nie czekaliśmy jednak ani chwili dłużej, po prostu rozdzieliliśmy się i przeszukaliśmy całe miasto. Nie znaleźliśmy jej, a moja rozpacz sięgała zenitu! Tak bardzo się o nią bałem, pragnąłem wziąć ją w ramiona i przytulić. Upewnić się, że jest cała, zdrowa i bezpieczna. Każda mijająca sekunda była dla mnie prawdziwą męką i jedyne, o czym marzyłem to o końcu tego koszmaru. I tak się właśnie stało, kiedy jako pierwszy wróciłem do magazynu Seven. Przed budynkiem stał zaparkowany samochód, wyjąłem spluwę i podszedłem na tyle blisko, aby zobaczyć Vivienne siedzącą za kółkiem oraz Josha. Oboje byli nieprzytomni. Ten widok sparaliżował mnie na kilka chwil, straciłem rezon i nie mogłem uwierzyć, że żyją! Byli w opłakanym stanie, Josh pobity, a Vi z zakrwawionymi nogami. Dopiero ten widok mnie otrzeźwił, przeniosłem ją na tylne siedzenie i zawiozłem do szpitala. Chłopcy przybyli kilka minut później, a od dwóch godzin nie opuściliśmy tego miejsca.
Lekarz nie chciał udzielić nam żadnych informacji o stanie ich zdrowia, jednak zapewniłem go, że jestem narzeczonym Vivienne. Patrzył na mnie spod byka i śmiał zapytać o pierścionek! Miałem ochotę strzelić mu między oczy i bardzo żałowałem, że to nie szpital, w którym pracuje wujek Roger. Ten szpital był najbliżej więc jedyne, co mi pozostało to ze spokojem wyjaśnić, że narzeczona po prostu zapomniała go założyć. Nie wiem, jakim cudem mi uwierzył, ale wreszcie rozwiązał mu się język. Josh był cały, po prostu jego ciało było obite, ale poza tym nic poważnego mu nie dolegało. Z Vivienne niestety było ciut gorzej.




Vi POV:
Uchylam powieki, mrugam kilka razy i przesuwam wzrokiem po pomieszczeniu. Jest białe, sterylne i bardzo ciche. Cholera żyję? Jak przez mgłę pamiętam kłótnię z Jasonem, który upierał się, że zawiezie nas do szpitala. Nie pozwoliłam mu na to, wzięłam samochód i przywiozłam nasze tyłki do Seven. Nie miałam siły, aby wysiąść więc przysnęłam na chwilę, aż budzę się tutaj. Boże, gdzie jest mój przyjaciel?!
- Rybko - przekręcam głowę, a moje oczy spotykają się z tym spojrzeniem, które tak bardzo kocham. Siedzi obok, trzyma moją dłoń, a na jego ustach błąka się lekki uśmiech. Ależ on jest piękny - Jesteś w szpitalu. Przywiozłem tutaj was oboje. Josh leży w sali obok, jest cały i zdrowy, jedynie trochę poobijany.
- Żyje - szepczę cicho, Jay przytakuje głową, a łzy cisną się do oczu - Więc naprawdę nam się udało.
- Tak, naprawdę. Spóźniliśmy się nie więcej, niż trzydzieści minut. Zastaliśmy tylko ciało Dave'a. Zabiłaś go, rybko? - przytakuję głową, uśmiecham się, a uczucie ulgi roznosi się po moim ciele niczym lekka mgiełka osiadająca na skórze - Jestem z ciebie taki dumny, wiesz? Jesteś silna, dzielna, odważna! Jedyna!
- J-ja tylko walczyłam. Josh kazał mi uciekać, ale ja nie mogłam go tam zostawić. Dave by go zabił.
- Ocaliłaś i siebie, i jego. Dave nie żyje, wszystko już będzie dobrze. Nie pozwolę, aby ktoś cię skrzywdził. Tak bardzo się o ciebie bałem, Vi! Umierałem z niepokoju, szukaliśmy cię, a ten skurwiel dostarczał nam nowe płyty, na których robił ci krzywdę! - na samo wspomnienie tego koszmaru spinam się. Justin wyczuwa to, siada na brzegu łóżka i przytula mnie do siebie. Zamykam oczy, wdycham znajomy zapach i wreszcie dociera do mnie, że to naprawdę koniec - Kocham cię, Vivienne. Nie masz pojęcia, jak bardzo cię kocham.
- Kochasz? - pytam zaskoczona, a Justin wzmacnia uścisk na moich plecach - Przecież Zayn powiedział...
- To nie jest ważne, to przeszłość - odchyla się nieco, patrzy mi w oczy i odgarnia kosmyk moich włosów za ucho - Posłuchaj mnie uważnie, bo nigdy więcej do tego nie wrócę, okej? - przytakuję i patrzę na niego zdziwiona - Owszem, miałem inne plany wobec ciebie, kiedy się poznaliśmy - a jednak! - Nie znaliśmy się, a Savage wiedział, kim jesteś. Zayn wpadł na pomysł, aby cię wykorzystać i przystałem na to. Ale później... cholera! Później wariowałem na twoim punkcie, zawładnęłaś moim sercem całkowicie i zapomniałem, co miałem zrobić. To przestało się już liczyć, bo byłaś dla mnie najważniejsza. Nadal jesteś.
- Byłam pewna, że mnie oszukałeś. Że twoja miłość to tylko stek bzdur, po prostu gra. Nic więcej.
- Absolutnie nie! Naprawdę nie przewidziałem, że tak bardzo zawrócisz mi w głowie. Proszę, wybacz mi. Nie chciałem cię skrzywdzić, wiesz o tym! Udowodnię ci swoją miłość, zrobię dla ciebie wszystko.
- Teraz mnie tylko przytul, jestem taka zmęczona i obolała - wzdycham ciężko, Justin przytula mnie do siebie i delikatnie kołysze na boki. Oczy same mi się zamykają, niestety do środka wchodzi lekarz.
- Dzień dobry - uśmiecha się, sprawdza przepływ kroplówki i zerka w kartę - Jak się Pani czuje?
- Dobrze, jedynie jestem strasznie zmęczona i boli mnie każda część ciała. Czy wszystko w porządku?

- Tak, nie ma Pani żadnych poważnych obrażeń. Czy rozmawialiście już Państwo? - spogląda na Justina, który kręci głową i wlepia wzrok w dłonie. Cholera! Co to za tajemnice? - No dobrze. Jak zapewne Pani zauważyła, wystąpiło spore krwawienie - och! Dopiero teraz sobie o nim przypominam! - Był to efekt poronienia - koduję jedynie ostatnie słowo na P. Uchylam usta, patrzę na niego jak na wariata i nie dowierzam w to, co właśnie wyszło z jego ust - Przez mocne uderzenie straciła Pani dziecko. Przykro mi.
- D-dziecko? - jąkam się, a szok nie pozwala na racjonalne myślenie. W mojej głowie panuje tornado, wiruje dookoła i nie pozwala się skupić. Boże, byłam w ciąży?! Jakim cudem?! A te pieprzone zastrzyki, które robiłam od roku?! Kurwa, niedobrze mi - M-muszę stąd wyjść. Chcę wrócić do domu - odrzucam kołdrę, podnoszę się, niestety zatrzymuje mnie rurka od kroplówki - Proszę to odpiąć, natychmiast!

- Viviennie, uspokój się - Justin dopada do mnie, obejmuje w talii i przytula do siebie - Jestem przy tobie.
- Zawołam pielęgniarkę, poda coś na uspokojenie - lekarz spogląda na Justina i wychodzi z sali.
- Zabierz mnie stąd, Jay. Nie chcę tu być ani minut dłużej, rozumiesz? J-jestem zdezorientowana, j-ja...
- Ciii, wszystko będzie dobrze, obiecuję - głaszcze mnie po głowie, uspokaja, ale to na nic. Wewnątrz mnie panuje jakaś bitwa, serce tłucze się w piersi, a szok nie mija - Wróć do łózka, dobrze? Odpocznij.
- Nie, wychodzę stąd - sama odpinam kroplówkę, wyciągam wenflon i nie pozwalam, aby Justin mnie powstrzymał. Biorę swoje ciuchy, które leżą ułożone w kostkę i zakładam na siebie. Kręci mi się w głowie, dłonie drżą, a mózg blokuje niechciane myśli. To nie dzieje się naprawdę, zaraz się obudzę.



Jay POV:
Obserwuję, jak Vi wciąga na siebie ubrania, próbuję ją powstrzymać, ale nie pozwala mi na to. Rękawem koszulki ociera strużkę krwi, która spływa po wierzchu jej dłoni, co jest skutkiem wyszarpnięcia wenflonu. Jest w szoku, ale ja również byłem, kiedy lekarz powiedział mi o ciąży. Zastanawiałem się, jak mogło do tego dojść skoro Vi co trzy miesiące robiła zastrzyk, ale lekarz uświadomił mnie, że żadna antykoncepcja nie daje stu procent pewności ochrony. Wcale mnie to nie uspokoiło. Może i byłem zszokowany, ale myśl, że tego dziecka już nie ma dziwnie mnie przytłoczyła. Cholera, miałem być ojcem, a Dave mi to odebrał.
- Rybko, spokojnie - biorę się w garść, podchodzę i chowam ją w swoich ramionach. Opiera głowę na moim torsie, jej ciało drży, a oddech szaleje. Jest mi jej żal, ponieważ tyle przeszła, a na dokładkę jeszcze taka wiadomość. Może lekarz nie powinien był jej tego mówić? - Wróć do łóżka, proszę. Jesteś wykończona!
- Nie, opuszczam to miejsce - chwyta mnie za rękę, otwiera drzwi i rozgląda się po korytarzu. Chłopcy jak na komendę zrywają się z krzesełek i wlepiają w nią wzrok - D-dante - jąka się, Ruster przytula ją do siebie, a w jego oczach dostrzegam łzy - Tak dobrze, że jesteś. J-ja p-przepraszam, to moja wina.
- Nic nie jest twoją winą, dziecinko. Ale to nie czas na taką rozmowę. Dlaczego jesteś ubrana, huh?
- Uparła się, że wraca do domu - przewracam oczami, a na horyzoncie pojawia się doktor i pielęgniarka.
- Co się tutaj dzieje? Powinna Pani odpoczywać, przyniosłem coś na uspokojenie. Pozwoli Pani zasnąć.
- Nie mam zamiaru spać, chcę wypisać 
się na żądanie. Nie zatrzyma mnie tutaj Pan, nie ma szans!
- Nawet gdybym chciał, nie mogę tego zrobić. Skoro tego Pani chce, w porządku. Zaraz przygotują wypis. Jedyne, o co proszę to o chwilę rozmowy i instrukcje, które mam Pani do przekazania. Jest Pani po tak zwanym poronieniu wczesnym, czyli ciąża przed dwunastym tygodniem. Chciałbym Panią jeszcze zbadać.
- Chodźmy, miejmy to z głowy. Zaraz wracam - posyła nam lekki uśmiech i po chwili znika w gabinecie.
- Co on właśnie powiedział? - Shot patrzy na mnie, rozdziawia usta i nawet nie mruga - Była w ciąży?
- Nie patrz tak na mnie, okej? Sam dowiedziałem się tego dopiero wtedy, kiedy Vi tutaj trafiła. Nie miałem o tym zielonego pojęcia, ona chyba zresztą też. To musiał być dopiero początek - przecieram twarz rękami, ale to zbyt dużo rewelacji jak na jeden dzień - Niech to szlag, mam ochotę zabić tego skurwiela jeszcze raz. Zabrał ją, sponiewierał jej biedne ciało i przez to kurwa poroniła. Zabił mi dziecko.
- Już nic z tym nie zrobimy, Jay - Dante podchodzi, układa dłoń na moim ramieniu i ściska mocno - Stało się, Dave nie żyje. Teraz musimy skupić się na Vi. Coś nie gra mi w jej zachowaniu, jest jakaś dziwna.
- Wydaje mi się, że jest w szoku. Poza tym chyba nie przyjęła zbyt dobrze wiadomości o ciąży.
- Jakbyście jej nie znali - Banger przewraca oczami i opiera plecy o ścianę - Vi może cierpieć jak diabli, ale nigdy nam tego nie pokaże. Będzie się uśmiechać i udawać, że wszystko jest w porządku, robiła tak wiele razy. Ma twardą skorupę, ale w środku ją rozpierdala.


Chciałem zabrać Vivi do siebie, ale Dante poprosił, żeby chociaż dzisiaj była w domu. Ona również nie protestowała, więc po krótkich odwiedzinach u Josha, który również miał zamiar wypisać się na żądanie, pojechaliśmy wszyscy do Seven. W czasie, kiedy chłopcy zamówili żarcie na wynos, pomogłem jej wziąć szybki prysznic. Nie pytałem, o czym rozmawiała z lekarzem. Doszedłem do wniosku, że jeśli będzie chciała, sama mi o tym powie. Nie miałem zamiaru na nią naciskać, pragnąłem tylko, aby było jak dawniej i obiecałem sobie, że zrobię wszystko, żeby tak było. Potrzeba tylko czasu, który pozwoli jej zapomnieć.
- Tęskniłam za tobą - podnoszę głowę i obserwuję ją, jak wciąga na tyłek czarne legginsy, białą bluzkę z długim rękawem i śmieszne skarpetki w renifery. Myślę o tym, co Banger powiedział w szpitalu. Mimo tego, iż jej zachowanie nie zdradza nic podejrzanego czuję, że w środku jest zupełnie inaczej. Nie chcę, żeby trzymała te negatywne emocje w sobie i udawała, że wszystko gra - Byłam pewna, że umrę w tej przeklętej pralni i żałowałam, że nie dane było nam porozmawiać. Chciałam ci podziękować za te piękne dni, w których byłam dzięki tobie szczęśliwa. Wtedy z pewnością umarłabym spokojniejsza.
- Ale nie umarłaś, rybko. Jesteś tutaj, ja również tutaj jestem i odbudujemy to, co odrobinę się zburzyło. Kocham cię i chcę się o ciebie zatroszczyć, musisz mi jedynie uwierzyć, że mówię prawdę, a to, co zaplanowałem było głupie i dziecinne. Nie wiem, dlaczego w ogóle się na to zgodziłem. Przez ostatnie wydarzenia nawet Zayn przyznał mi rację, że ten plan był idiotyczny. Zżył się z chłopakami. Seven nie zasłużyło na takie gówno, zapracowaliście sobie na uznanie. Odwaliliście kawał dobrej roboty z dostawą. 

- Bo z nami się nie zadziera, Jay - uśmiecha się i dumnie unosi brodę - Lepiej nie wchodzić nam w drogę.
- Tak, masz rację - podchodzę do niej, ujmuję jej głowę w dłonie i patrzę w oczy - Czy między nami może być tak, jak dawniej? Czy możesz zapomnieć o tym incydencie, którego bardzo, bardzo żałuję?
- Chciałabym. 
Sama nie wiem, co mam o tym myśleć - zaciska usta, spuszcza wzrok i wzdycha ciężko.
- Nic nie myśl, kwiatuszku. Popełniłem błąd, dostałem za niego nauczkę i błagam cię o wybaczenie. Kocham cię, doskonale o tym wiesz - klękam przed nią, obejmuję mocno i przytulam głowę do jej brzucha. Myśl, że było w nim nasze dziecko ponownie mnie dołuje - Nigdy więcej cię już nie zawiodę. Przysięgam.
- Lepiej, żeby tak było, bo inaczej naprawdę cię zabiję - unoszę wzrok, a Vi uśmiecha się uroczo, przykłada dłoń do mojego policzka, czule głaszcząc go kciukiem - Postaram się o tym zapomnieć, daj mi czas.
- Dam ci go tyle, ile będziesz potrzebować - podnoszę się, układam dłoń na jej karku i całuję w usta. Ostrożnie, delikatnie, uważając na jej pękniętą wargę - Zwariowałem na twoim punkcie. Uwielbiam cię.
- A ja ciebie. Bardzo bałam się, że już nigdy więcej cię nie zobaczę. Myślałam o tobie w tej piwnicy.
- A ja bez przerwy myślałem o tobie tutaj. Już po wszystkim, zaopiekuję się tobą. Jak się czujesz?
- Nieswojo - opiera głowę na moim torsie i mam dziwne wrażenie, że chowa się przede mną - Jestem obolała. Bolą mnie mięśnie, głowa i dół brzucha. Na szczęście lekarz przepisał mi proszki na receptę.
- Wykupię je jeszcze dzisiaj, nie obawiaj się. Właściwie... wiedziałaś, że byłaś w ciąży, kochanie?
- Nie - szepcze cichutko, mocniej się we mnie wtulając - Nie miałam pojęcia, nic nie podejrzewałam. Teraz, kiedy o tym myślę, wydaje mi się, że dałam ciała z zastrzykiem. Zapomniałam o nim, Jay - niepewnie unosi głowę, a w jej oczach dostrzegam poczucie winy - Jesteś na mnie zły? Masz prawo.
- Zły? Zwariowałaś? - uśmiecham się, umuję jej głowę w dłonie i pocieram nosem o jej - Czuję się paskudnie z myślą, że przez tego zjeba straciliśmy dziecko. Byłabyś cudowną mamą, rybko.
- N-nie mów tego - kręci głową, odsuwa się i cofa pod ścianę. Patrzę na nią zaskoczony, jednak w jej zachowaniu jest coś dziwnego, coś, co bardzo mnie niepokoi - J-ja nie byłam gotowa. T-to za dużo.
- Nie myśl o tym teraz. Musisz dojść do siebie, wyzdrowieć, nabrać sił. Porozmawiamy innym razem.
- Nie! Obiecaj mi, że nigdy nie będziemy o tym mówić, Jay! - patrzę na nią i nic już z tego nie rozumiem. Co się z nią dzieje? - To przeszłość, jego już nie ma. Nie chcę do tego wracać. Obiecaj mi to, proszę.
- Dlaczego, Vivi? Dlaczego tak bardzo nie chcesz, żebym z tobą o tym rozmawiał? To było nasze dziecko!
- Nie!! - wydziera się, aż chce wywalić bębenki. Kuca, osłania się ramionami, a ja uchylam usta w szoku. Jasna cholera, chyba nigdy nie widziałem jej w takim stanie - J-jego już nie ma, Dave je zabił! Odeszło!
- Ciii - siadam obok, chowam ją w swoich ramionach i próbuję uspokoić. Do pokoju wpadają chłopcy, ale przykładam palec do ust na znak, aby nic nie mówili. Są tak samo zaskoczeni jak ja, Dante przeciera twarz rękami i patrzy na nią z bólem w oczach - Jestem przy tobie, wszystko się ułoży. Obiecuję - szepczę cicho, wsuwam palce w jej włosy i przeczesuję, żeby ją uspokoić. Co dziwne, działa natychmiast. 


Chwilę później wspólnie jemy obiad. Siedzimy na podłodze w salonie, rozmawiamy, a w tle leci włączony telewizor. Chłopcy starają się, aby było normalnie, nikt nie milczy, nawet się uśmiechają i żartują między sobą. Kątem oka obserwuję Vivi, która dłubie widelcem w pudełku z makaronem i całkowicie się wyłącza. Mimo tego, iż przez cały czas udaje twardą, ja widzę, że ostatnie wydarzenia wręcz ją dobiły. Stanęła oko w oko z człowiekiem, który sprawiał jej ból. Raził prądem, topił, polewał gorącym woskiem. Jest kruchą, młodą dziewczyną, ma prawo do słabości, a ona za nic w świecie nie chce pokazać nam bólu, który rozsadza ją od środka. Dlaczego tak uparcie nie pozwala sobie na łzy, oczyszczenie? To nic złego.
- Kochanie? - układam dłoń na jej udzie, chłopcy milkną i wlepiają w nią spojrzenia. Vi przełyka ślinę, przykleja na twarz ten sztuczny uśmiech pod tytułem; "Tylko spójrz, jestem cała i zdrowa! Nie dręcz mnie już!", i układa dłoń na mojej. Nie wierzę w tą ściemę - Jesteśmy tutaj dla ciebie, wiesz? Proszę, przestań udawać, że wszystko jest w porządku, bo nie jest. Jeśli chcesz krzyczeć, krzycz. Jeśli chcesz płakać, to płacz, ale nie staraj się przekonać nas, że jest okej. Nie jesteśmy śle... - nie kończę. Jej oddech przyśpiesza, robi się blada jak ściana i po prostu wybucha płaczem. Głośnym, rozpaczliwym, wręcz rozdzierającym. Wtula się we mnie niczym rzep, ściska w dłoniach moją koszulkę i cała drży, wylewają z siebie ból, strach, przerażenie - Płacz, rybko, płacz - dociskam ją do siebie mocno, głaszczę po plecach i staram się przekazać jej całe wsparcie i miłość, którą ją darzę. 
 






wtorek, 15 maja 2018

Rozdział trzydziesty


Vi POV:

Miałam szesnaście lat, kiedy Dane zabrał mnie na akcję po raz pierwszy. Nic wielkiego, po prostu koleś wziął od niego sporo towaru na "kreskę", a z oddaniem kasy jakoś się nie śpieszył. Więc odwiedziliśmy go pewnego dnia, aby odzyskać dług. Oczywiście nie miał pieniędzy, co nie było dla nas zaskoczeniem. Jak zawsze pojawiły się obietnice, że na pewno go spłaci, tylko potrzebuje nieco więcej czasu. Gadka, która pada w takich sytuacjach za każdym razem. Dante był już na to odporny i miał swoje własne sposoby.
Wtedy tylko się przyglądałam, chociaż mój przyjaciel pozwolił potrzymać mi broń w dłoni. Właśnie tego chłodnego wieczora podjęłam decyzję, że chcę być z nimi. Spodobało mi się byciem "kimś". Myślałam, że mogę zawojować cały świat, co oczywiście było strasznie dziecinne. Właściwie byłam dzieckiem, dopiero wchodziłam w dorosłość i to całkiem inną niż moi rówieśnicy. Chciałam wejść w coś niebezpiecznego, ryzykownego i zdecydowanie nie dla takiej gówniary, jaką byłam. To nie tak, że Dante zgodził się bez wahania i poklepał mnie po plecach, skądże znowu. Kłócił się ze mną i kategorycznie odmówił. Nie chciał wyrazić zgody na coś, co mogło sprowadzić na mnie kłopoty. Więc usiedliśmy we dwójkę, a ja z bólem opowiedziałam mu o swoim żałosnym dzieciństwie, wiecznie kłócących się rodzicach, o ojcu pijaku, napiętej atmosferze, braku miłości. Słuchał tego, patrząc mi w oczy, a ja nie chciałam pokazać swojej słabości. Byłam szesnastolatką, która w jakiś sposób była złamała, odtrącona, samotna. Już wtedy mój charakter się zmieniał, a ja przysięgłam sobie samej, że nigdy nie pozwolę, aby ktoś ponownie mnie zranił, tak, jak ranili mnie rodzice, machając na mnie ręką, jakbym była natrętną muchą. Nic tak nie bolało, a czasami ten ból odczuwałam do dzisiaj. Co dziwne Dante mnie zrozumiał, mocno uścisnął moją dłoń i stwierdził, że pozwoli mi na to, ale bardzo powoli i stopniowo. Chciałam pokazać i sobie, i jemu, że jestem czegoś warta. Rodzice mieli mnie za nic, nie interesowali się swoimi dziećmi, wybrali skakanie sobie do gardeł niż troskę o nas. Nie dali nam miłości, której obie z Ellie potrzebowałyśmy. Niestety ojcu nie pozwalał na to alkohol, więc liczyłam na cokolwiek po wytrzeźwieniu. Problem w tym, że on nigdy nie trzeźwiał, a matka była wykończona patologią, która odgrywała się w naszym domu dzień w dzień.
To Dante zmienił moje podejście. Minęło trochę czasu zanim mu zaufałam, trzymając się go, nie odstępując na krok. Na początku reszta chłopców nieco mnie przerażała i bałam się, że mogą zrobić mi krzywdę. Z czasem pokochałam ich i traktowałam jak starszych braci. Jedynie James pałał do mnie nienawiścią, jednak tym starałam się nie przejmować i hartowałam swój charakter, aby nie dać mu się złamać. Az nagle ochroniłam jego tyłek, a jemu włączyć się instynkt opiekuńczy. Nigdy bym się tego po nim nie spodziewała, ale nie narzekałam. Wreszcie mogło być normalnie, gdyby na naszej drodze nie pojawił się Dave i jego pojebane pomysły względem mojej osoby. Jaka szkoda, że nie zabiliśmy go wtedy, kiedy mieliśmy okazję. Teraz mielibyśmy spokój i być może mogłabym znowu schlać się w klubie i zapomnieć o całym świecie, o Justinie. Swoją drogą... Dave niebawem mnie zabije, tym samym nie będę musiała cierpieć. Uwolni mnie od tego rozdzierającego bólu w klatce piersiowej i wreszcie przestanę czuć.
Kiedy raził mnie prądem i topił, zastanawiałam się, czy zapomni się i dobije mnie na amen. Mówi się, że ponoć przed śmiercią nagle całe życie przelatuje nam przed oczami. Nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale ja nic przed oczami nie widziałam. Widocznie wtedy jeszcze nie był mój czas. Tylko Dave wie, co na mnie jeszcze czeka, a na pewno będzie to coś paskudnego. Może kolejna tortura będzie moją ostatnią?


Jay POV:
Palę papierosa, stoję przed miejscówką Seven i czekam na cud. Przeszukaliśmy całe miasto, każdą norę, przycisnęliśmy informatorów, ćpunów i kogo się tylko dało. Jedynie człowiek Zayn'a widział Vi, a potem ślad po nim zaginął. To niesamowite, że nikt na nią nie trafił, nikt jej nie widział. Skoro miała się ze mną spotkać, co robiła w dzielnicy, która nie jest po drodze do mojego domu? Po co tam poszła i jakim cudem przepadła jak kamień w wodę? Pytań było coraz więcej, a odpowiedzi żadnych. Jakby tego było mało, Tookie również zniknął i podejrzewaliśmy, że Dave mógł maczać w tym swoje paluchy. 

Rzucam fajkę na ziemię, gaszę butem i wracam z powrotem. Chłopcy siedzą przed laptopem i próbują namierzyć telefon Vi. Nowoczesna technologia jest niesamowicie rozwinięta i wystarczy trochę smykałki, aby dojść do zguby. Niestety zabezpieczeń było sporo, w tym hasła do konta Vivi, którego nie znaliśmy.
- Potrzebujemy hasło do jej konta. Wtedy będziemy mogli włączyć namierzanie i pójdzie z górki.
- Problem w tym, że nie znamy hasła, Shot! Gdyby tak było już dawno mielibyśmy jej telefon.
- Nie mówiła żadnemu z was? - pytam i patrzę na każdego po kolei. Ich spojrzenia mówią więcej niż mogłyby powiedzieć słowa - To może gdzieś je zapisała? Moja siostra zapisywała hasła do wszystkiego.
- Nie mam pojęcia, Jay. Trzeba sprawdzić jej rzeczy. Nie lubię tego robić, ale chyba nie mam wyjścia.
- Nie masz, lepiej bierz się do roboty. Nie ma jej trzeci dzień, a ja nie chcę dostać kolejnej płyty. 



Vi POV:

Nie mam pojęcia, czy jest dzień, czy noc. W obskurnym pokoju, w którym zamknął mnie Dave, nie ma żadnego okna, co bardzo mnie dezorientuje. Jest też zbyt ciemno, a żarówka w zwisającej nad stołem lampie zaczyna złowieszczo mrugać. Moje ciało na szczęście doszło trochę do siebie, mam więcej sił, a to oznacza moc do walki, gdy zajdzie taka potrzeba. Mam zamiar wydostać się stąd i uciec razem z Joshem. Nie widziałam go od ostatniego razu i mam wrażenie, że minęła wieczność. Tęsknię za nim i mam nadzieję, że Dave nie zrobił mu krzywdy. Na pewno go nie wypuścił, a to, że nie było go u mnie już jakiś czas, nie wróżyło zbyt dobrze. Kończył mi się czas, a każda mijająca sekunda, minuta, godzina zbliżała mnie do śmierci. Jeszcze kilka godzin temu, po okrutnym topieniu poddałam się, nie w głowie była mi walka. Teraz kiedy mój mózg wrócił do żywych, nie mogłam zrezygnować i bezczynnie czekać na koniec. Chciałam wrócić do chłopców, pójść na studia! Może nawet porozmawiać z Justinem? Cholera! Muszę wziąć się w garść, drapać, gryźć, w końcu należę do Seven! To nie czas na umieranie, jestem na to za młoda!
- Pobudka! - wgryzam się na głos Dave'a, który mnie zaskakuje i wyrywa z myśli. Podnoszę się z materaca, zwijam dłonie w pięści i przygotowuję się do obrony. Muszę go jedynie pokonać, pobiec do drzwi i poszukać Josha. A potem? Potem pieprzona ucieczka! - Jeśli właśnie myślisz o tym, żeby mnie wyrolować, porzuć złudną nadzieję. Nie opuścisz tego miejsca bez moje zgody - mruga okiem, podchodzi, a ja się cofam. Nie spuszczam z niego wzroku, staram się grać twardą i pokazać, że mnie nie złamał - Jesteś gotowa na ciąg dalszy? Wyglądasz na wypoczętą - wystawia dłoń i uśmiecha się chytrze. Odruchowo rzucam się na niego z pięściami, trafiam w szczękę, niestety mój cios nie robi na nim wrażenia. Walczę, okładam go pięściami, ale on jedynie wybucha śmiechem. Chwyta moje ramiona, przysuwa mnie do swojej twarzy, kręcąc głową z rozbawieniem - Jesteś za mała, aby wyrządzić mi jakąkolwiek krzywdę. Mam nad tobą całkowitą przewagę.
- Pierdol się! Nie pozwolę ci mnie tknąć małym palcem, dosyć tego! Zapłacisz mi za wszystko, skurwielu!
- Och, nie strasz - przewraca oczami, wlecze mnie przez korytarz i wpycha do pokoju, w którym już byłam. Nadal stoi tutaj ten cholerny fotel, jednak dołączył również stół. Co dziwne, na rogach zamocowane są metalowe kajdanki, a po moim ciele przebiega nieprzyjemny dreszcz - Było już zimno, teraz będzie ciepło - marszczę brwi i nim mam szansę pomyśleć, o co chodzi tym razem, do pokoju wchodzi dobrze znany mi chłopak. Był dla mnie dobry, nawet oddał mi swoją bluzę która uratowała mnie przed zimnem. Niestety teraz zdejmuje ją ze mnie, odrzuca na fotel i siłą, razem z Dave'em układają mnie na stole. Wiję się niczym ryba bez wody, ale to wszystko na nic. Przypinają moje dłonie oraz nogi, a brak możliwości poruszenia się paraliżuje mnie natychmiast - Możesz odejść - kiwa głową do chłopaka, który opuszcza pokój i zamyka za sobą drzwi. Mój oddech szaleje, brzuch unosi się i opada gwałtownie, a Dave sięga po coś na podłogę, a ciszę przecina coś na kształt pstryknięcia. Kiedy się podnosi, wszystko staje się dla mnie jasne! Kurwa! - Uwielbiam się z tobą bawić, wiesz? Wciąż do głowy wpadają mi co rusz nowe pomysły, a ten dzisiejszy powinien ci się spodobać. Twoja skóra jest taka delikatna - przysuwa się, wciska dłoń pod moje plecy i odpina stanik, po czym podsuwa go do góry aż nad moją głowę. Ma idealny widok na moje cycki i widzę w jego oczach zaskoczenie oraz nutkę podniecenia - Jasna cholera, tego bym się w życiu nie spodziewał. No, no - zagryza wargę, opiera dłoń na stole i uważnie przygląda się moim sutkom, okrążając palcem dookoła - Nie masz pojęcia, jak bardzo podoba mi się ten widok, Vivienne. Zaimponowałaś mi, kochanie. To musiało naprawdę boleć, ale efekt powala! Na pewno do nich wrócę - oblizuje usta, przekręca głowę w stronę drzwi i prycha z kpiną. Dopiero teraz orientuję się, że w rogu stoi kamera, a moje serce zaciska niewidzialna pięść - Zróbmy kolejny pokaz dla twojego przyjaciela. Na pewno mu się spodoba - podnosi się, bierze do ręki czerwoną świecę i ustawia nad moim ciałem. Kiedy ją przechyla, wosk spada na moją skórę parząc ją niemiłosiernie. Krzyk ucieka z moich ust, uczucie jest nieprzyjemne, szczypiące, parzące. Każda kolejna kropla jest dla mnie udręką, wiję się, szarpię rękami, a Dave polewa moje ciało. Nigdy wcześniej nikt nie raził mnie prądem, nie topił i nie parzył woskiem. Nie ukrywam, tortury w jego wykonaniu są naprawdę bolesne, ale widocznie o to mu chodziło, abym cierpiała - Mmm, czerwony wosk idealnie komponuje się z twoją skórą, Pięknie - odkłada świecę, oddycham z ulgą i unoszę nieco głowę. Mój brzuch jest czerwony, wosk przykleił się do skóry i zastygł. Nie zmienia to faktu, że nadal parzy - Podkręcimy atmosferę - kiedy widzę w jego dłoniach jeszcze cztery świecie o różnych kolorach, mam ochotę rzewnie się rozpłakać. Wystarczyła jedna, kilka kropel, a już miałam dość. Jak mam znieść więcej?! - Pokoloruję cię, będziesz jeszcze piękniejsza - i robi to, co mówi. Przechyla świece, a wosk skapuje na mój brzuch, ramiona, piersi. Wrzeszczę, aż zdzieram sobie gardło i próbuję wstać. Boże! Mam wrażenie, jakby wrzucił mnie do wrzątku, a skóra odkleja się od mojego ciała. Nigdy nie cierpiałam tak bardzo, jak teraz. Nawet postrzał w ramię nie przysporzył mi takiego cierpienia, chociaż bolało jak diabli. Chyba wolałabym, żeby już mnie zabił - Ależ dzieło sztuki. Zrobię zdjęcie na pamiątkę - odkłada świecie, bierze telefon i faktycznie cyka fotkę. Jestem zażenowana sytuacją, tym, że jestem naga. W moich oczach zbierają się niechciane łzy, ale nie pozwalam im wypłynąć. Zaciskam zęby i gram twardą do samego końca. I tak zginie, Dante na pewno zemści się za moją krzywdę - No dobrze, czas zdjąć to z ciebie - wyjmuje z kieszeni mały nożyk, wskakuje na stół i siada na moich udach. Jestem przerażona do szpiku kości, a Dave zaczyna odklejać wosk od mojej skóry. Czasami robi to palcami, czasami nożykiem, a ja ponownie zdzieram sobie gardło. Kiedy dociera do sutka i zrywa kawałeczek wosku jednym, mocnym ruchem mam wrażenie, że oderwał tą część mojego ciała. Nie wytrzymuję bólu, a łzy wreszcie spływają po moich policzkach - Och, Vivienne - odpada na mnie, podpiera łokcie obok mojej głowy, a jego usta prawie stykają się z moimi. Wstrzymuję oddech, ale jeśli dotknie mnie w "ten" sposób, chyba sama strzelę sobie w łeb - Wiesz, jaka będzie następna tortura? - szepcze cicho, muska nosem mój policzek, a jego ciepły oddech odbija się od mojego ucha - Ja, między twoimi szeroko rozsuniętymi nogami. To będzie najprzyjemniejsza tortura, czyż nie? - odwracam wzrok, wbijam go w ścianę, a Dave opuszką palca sunie w dół i dotyka kciukiem sutka - Przygotuj się na mnie, kruszyno. Sprawię ci mnóstwo przyjemności, no chyba, że będziesz niegrzeczną dziewczynką. Więc jak będzie? - chwyta moją szczękę, szarpie ją i zmusza, abym spojrzała mu w oczy - Wybierz dobrze, inaczej może zrobić się naprawdę nieprzyjemnie. Czasami bywam porywczy.
- Pierdol się - syczę przez zęby i spluwam mu prosto w twarz. Ociera ślinę, a jego wzrok mnie morduje.
- Jesteś suką i właśnie popełniłaś ogromny błąd - podnosi się w górę, a jego dłoń ląduje na moim policzku. Cios jest mocny, aż chwilowo mnie omamia. Mrugam kilka razy, próbuję wziąć się w garść, niestety na jednym ciosie się nie kończy. Dave się rozkręca, a z mojej wargi tryska krew.



Jay POV:
Pomagam Dantemu przeszukać rzeczy Vi. Niestety nie posiada żadnego pamiętnika, co wcale mnie nie dziwi, a w notesie nie znajdujemy hasła. To oznacza, że toniemy i właśnie sięgamy dna. Mimo tego, że wszyscy pracujemy na najwyższych obrotach, a nasi ludzie przeczesują miasto, jesteśmy w dupie! W jebanej.czarnej.dupie! Mam ochotę rozpieprzyć dosłownie wszystko, chociaż to i tak bez sensu. To niemożliwe, aby zniknąć z powierzchni ziemi, tak się nie da! Więc gdzie ten zjeb ukrył kogoś, kogo tak mocno kocham?! Więzi ją, rani, a być może właśnie w tym momencie sprawia jej koszmarny ból, a ja siedzę tutaj i grzebię w jej rzeczach! Muszę natychmiast ją znaleźć, inaczej wszystko szlag trafi.
- Nie mogę tutaj kurwa siedzieć. Jadę na miasto. Będę jeździł tak długo, aż trafię na jakiś pieprzony ślad.
- Robi to ponad czterdzieści osób, Jay. Gdzie chcesz jechać, huh? Nie ma Dave'a, nie ma nawet jego ludzi, a jego nora została przeszukana od A do Z. Gdybyśmy tylko mieli cokolwiek, niestety nie mamy nic.
- Ale to nie powód do tego, aby siedzieć na dupie, Dante. Ona nas potrzebuje! Ten zjeb ją krzywdzi.
- Wiem o tym! Doskonale o tym kurwa wiem! Myślisz, że mnie to nie boli? Vi jest dla mnie jak siostra, od sześciu lat opiekuję się nią i kocham z całego serca! Jeśli coś jej się stanie, nie wiem, co się wtedy...
- Nie kończ tego zdania - wystawiam palec, Dante wzdycha ciężko i schyla głowę - Znajdziemy ją.
- Jay, Dante! Ruszyć dupy! - Shot woła nas z dołu, szybko dołączamy do reszty, a na widok leżącej na stole płyty serce podskakuje mi do gardła - Leżała pod drzwiami. Nie powinniśmy tego oglądać. Wyrzućmy to.

- Musimy. A jeśli tym razem Dave ma nam coś do powiedzenia? Albo wyłapiemy coś znajomego?
- Dobra, jebać to - Shot wkłada płytę do cd-romu, wciska play, a na ekranie pojawia się Vivienne i ten psychol. Sam nie wiem, czego oczekiwałem tym razem, jednak to, co widzę przeraża mnie do szpiku kości. Rozebrał ją, po prostu ją kurwa rozebrał i polewał gorącym woskiem! Jej krzyk wręcz wybija mi bębenki, twarz wyraża ból, szok, przerażenie, a ja stoję jak słup soli i nie dowierzam w ten widok - Jasny chuj.
- On jest chory. Ten człowiek nadaje się do psychiatryka, bez kitu! Jeśli jej nie znajdziemy, będzie gorzej.
- Muszę stąd wyjść - szepczę cicho, przecieram twarz rękami i wypadam z magazynu jak z procy. Podchodzę do barierki, opieram na niej dłonie i ryczę jak małe dziecko. To dla mnie zbyt wiele.
 


Vi POV:
Dave zostawia mnie przywiązaną i wychodzi, zabierając płytę i wracając dużo później. Widocznie moje słowa musiały go tak wkurzyć, chociaż nie mam pojęcia, czego się spodziewał. Że mu się oddam? Poproszę o to? Będę skakać z radości? Nie chcę mieć z nim nic wspólnego, a już na pewno nie w "ten" sposób. Jedynym facetem, który mógł mnie dotykać był Justin, nikt inny. Dotyk Dave'a byłby niczym kulka w łeb.
- Wracasz do pokoju - odpina mnie, szarpie za ramię, wyprowadza i zmierza w znanym mi kierunku. Z całego serca nienawidzę tego pokoju, tego dziwnego budynku w którym jesteśmy i staram się zorientować, cóż to za miejsce - Nie rozglądaj się - karci mnie jak dziecko, jednak w moje oczy rzuca się coś ciekawego. Na ścianie po przeciwnej stronie dostrzegam tabliczkę. Starą, zniszczoną przez czas i z brzegu lekko odłamaną. Na szczęście doskonale widać napis, który czytam w myślach; 
"PRALNIA". A więc tutaj mnie trzyma. Pamiętam, jak kilka lat temu było o tym głośno, ponieważ zamknięto ją wbrew woli mieszkańców, dla których to miejsce było istotne. Teraz nie ma tutaj zupełnie nic, a z budynku zrobiła się rudera. Co dziwne, miałam wrażenie, że jedziemy całą wieczność, a pralnia znajduje się zaledwie kilka przecznic od naszego magazynu. Czy chłopak zrobił to specjalnie, aby mnie zmylić? - Za karę nie dostaniesz posiłku.
- Jakbym w ogóle je dostawała - prycham pod nosem, Dave niespodziewanie przypiera moje plecy do lodowatej ściany i chwyta szczękę - Nie wkurzaj się, przecież tylko stwierdziłam fakt. Wypuściłeś Josha?
- Nie pyskuj, Vivienne - wystawia palec na znak groźby, jakbym co najmniej miała się go przestraszyć - Co do twojego przyjaciela, nie, nie wypuściłem go. Dlaczego miałbym to zrobić, hmm? Polubiłem go.
- Chciałeś mnie i masz mnie, Dave. Zostaw go w spokoju, on w niczym nie zawinił. Proszę, uwolnij go.
- Istnieje jeden, poważny powód żebym tego jednak nie robił. Wróci do Seven i wypapla gdzie cię trzymam. Przypadkiem się tego dowiedział - tak jak ja, ale nie mówię tego na głos. Ten mały szczegół działa na moją korzyść i nawet dziwię się, że nie widzi tej pieprzonej tabliczki - Jak widzisz, sytuacja nieco się zmieniła i Josh zostaje tutaj. Zastanowię się, co z nim zrobię. Może mi się jeszcze przyda?

- Jesteś popierdolony, Dave. Powinieneś się leczyć! Nic ci nie zrobiliśmy, a ty urządziłeś sobie tortury!
- A czego się spodziewałaś, huh? Tak działa ten świat, wiesz o tym! Dante zalazł mi za skórę, pieprzył moją kobietę, więc ją będą pieprzył jego siostrę, za którą cię uważa. Idealna zemsta, no sama przyznaj.
- Myślisz, że ci na to pozwolę? Zapomnij! - odpycham się od jego torsu, macham rękami na oślep byle tylko trafić gdziekolwiek. Nie ważne gdzie, ważne, aby stracił czujność i uwolnił mnie z uścisku - Puszczaj!
- Nie trać sił, Vi. Chcę, żebyś brała udział w tym, co się niebawem wydarzy. Nie będę pieprzył twojego zmarnowanego ciała, masz być w pełni świadoma - żółć podchodzi mi do gardła, robi mi się niedobrze i jeszcze chwila, a się porzygam! - A teraz marsz do pokoju i nie wkurwiaj mnie więcej - burczy pod nosem, odrywa moje plecy od ściany, dając mi tym samym ruch. Bez wahania zginam nogę, a moje kolano spotyka się z jego kroczem. To najlepsze miejsce na znokautowanie mężczyzny. Nic nie zaboli bardziej, niż cios w to jakże wrażliwe miejsce. Dave odsuwa się, zgina w pół i przykłada dłonie do obolałego miejsca - Ja pierdolę, zabiję cię za to - dyszy ciężko, a ja zrywam się z miejsca. Nie mam bladego pojęcia dokąd biec, korytarz jest spory, ale nie mogę uciec bez Josha! Nawet, jeśli mi się to uda Dave zabije go bez wahania lub ponownie użyje jako karty przetargowej - I tak nie uciekniesz! - olewam go, zaglądam do różnych pokoi, a jest ich tutaj kilkanaście. Wygląda mi to na pomieszczenia gospodarcze, ale nie ma w nich Josha. Niech to szlag, gdzie on mógł go ukryć?! - Widzisz? Nadal tutaj jesteś - sapie pod nosem, nie zmienia pozycji, jedynie opiera dłoń o ścianę i próbuje pokonać ból. Mój czas się kończy, wpadam do ostatniego pokoju, a w moje oczy rzuca się Tookie. Ten widok wręcz mnie łamie, a łzy spływają po policzkach. Jego dłonie są obwiązanie w nadgarstkach, a lina przywiązana do sufitu. Głowa całkowicie bezwładna, opadająca w dół, a ciało w siniakach, z zaschniętą na skórze krwią - Jason, do mnie! Natychmiast!
- Josh - szepczę cicho, podchodzę bliżej i unoszę jego głowę - Otwórz oczy, błagam cię. Musimy uciekać.
- Wróbelku - jego głos jest ledwo słyszalny, a stoję tak blisko! Jest wykończony, ledwo żywy i w życiu nie uda mi się unieść ciężaru jego ciała. Boże, co za porażka - Och, Vi. Zostaw mnie, uciekaj i ratuj się.
- Zwariowałeś? Nigdy tego nie zrobię! Nie ruszę się bez ciebie. Pamiętasz? Jesteśmy w tym razem do końca.
- To jest mój koniec, maleńka. Uciekaj, nie trać czasu. On nie może cię dorwać, obiecaj mi to, proszę.
- Nie! Powiedziałam, że nie ruszę się stąd bez ciebie. We dwoje damy radę, jasne? Więcej wiary, Josh!
- Otwórz oczy, Vi. Tu nie ma miejsca na wiarę, jest po wszystkim - patrzy mi w oczy, oddycha ciężko, a widok jego obitej twarzy wyciska ze mnie świeże łzy - Zrób to dla mnie i wiej, dobrze? Wróć do Dantego.
- N-nie mogę - kręcę głową jak w amoku, rozglądam się i szukam czegokolwiek, aby przeciąć liny. W kącie dostrzegam małą komodę, podbiegam do niej, otwieram drzwi i przełykam ślinę na widok przeróżnych przedmiotów, których nie mam ochoty oglądać. Dostrzegam kastet oraz dziwny nóż z kolcami. Omijam je i biorę ten zwykły, dość mały. Wystarczający, aby przeciąć sznur - Nasza deska ratunku - nim mam szansę zacząć, do środka wchodzi chłopak. Ten, który mi pomógł, jednak wyraz jego twarzy nic nie wyraża.
- Chodź do mnie - wystawia dłoń, chowam nóż za siebie i modlę się, aby nie zorientował się, że mam go przy sobie. Na pewno przyda mi się do obrony - Wracamy do pokoju, bądź grzeczna - spoglądam na Josha, całuję go w policzek i kiwam głową. Liczę na to, że zrozumiał znak - Pośpiesz się - pogania mnie, posłusznie podchodzę do niego i chwytam za dłoń. Kiedy tylko wychodzimy na korytarz w moje oczy rzuca się oparty o ścianę Dave. Chyba już doszedł do siebie, bo właśnie zmierza w naszym kierunku - Co z nią?
- Wróć do chłopaka, pilnuj go. Zabieram ją ze sobą - szarpie mnie za ramię, chłopak odchodzi, a Dave wlecze mnie z powrotem do pokoju, w którym polewał mnie woskiem. Wpycha mnie do środka, zamyka drzwi i przekręca klucz. Wiem, co mnie zaraz czeka dlatego muszę działać szybko - Popełniłaś ogromny błąd, za który zaraz zapłacisz. Rozbieraj się - syczy przez zęby, napina szczękę i patrzy na mnie z mordem w oczach. Jest o wiele większy i silniejszy ode mnie, będzie ciężko mi go pokonać, o ile w ogóle.
- Sam mnie rozbierz - przełykam ślinę, Dave uśmiecha się chytrze i rusza w moją stronę. Serce tłucze mi się w piersi, słyszę każde uderzenie pompujące krew i rozlewające ją po moich żyłach, niczym wrzącą lawę. Jeśli mi się nie uda, umrę tutaj razem z Joshem. Muszę dać z siebie wszystko i dobrze udawać.
- Czyżbyś zmieniła zdanie? - unosi brew, staje przede mną i chwyta guzik jeansów. Rozpina go bardzo powoli, rozsuwa zamek i zaczyna ciągnąć je w dół. Kiedy dociera do kolan kuca, aby sobie pomóc, a ja bez wahania wbijam nóż w jego ramię, tuż obok obojczyka. Przerażający wrzask bólu wypełnia pomieszczenie, Dave upada na ziemię i przykłada dłoń do rany, z której obficie sączy się krew - Coś ty kurwa zrobiła?!
- To, co ci się należało - podciągam spodnie, zapinam guzik, jednak ku mojemu zaskoczeniu, Dave wstaje na nogi. Kurwa! Nie tego oczekiwałam! Byłam pewna, że już się nie podniesie! - Daj mi odejść!
- Zapomnij. Nie wyjdziesz stąd, po moim trupie - wyjmuje nóż z ramienia, aż zbiera mi się na wymioty. Podchodzi do mnie, szarpie za włosy i odchyla moją głowę w tył, aż coś strzyka mi w karku - Pierdolona suka! Zapłacisz mi za to, rozumiesz?! - wydziera się jak obłąkany, a do drzwi zaczyna dobijać się Jason. Dave nie zwraca na to uwagi, wpija się w moje usta i próbuje wedrzeć język do środka. Resztką sił uderzam go w twarz, czym potęguję jego złość - Zerżnę cię jak dziwkę, a potem będę upajał się twoją śmiercią - chwyta mój kark, z ogromną siłą rzuca mnie na stół, a blat wbija się w moją miednicę.
To, co dzieje się chwilę później jest wyłącznie bólem paraliżującym każdy skrawek mojego ciała. Czuję, jak coś we mnie pęka, niemal słyszę ten charakterystyczny dźwięk przebicia balonu. Odbiera mi oddech, przytulam policzek do drewna, a moje oczy są wielkie jak spodki. Ból przetacza się przez dół mojego brzucha niczym trzęsienie ziemi, a coś ciepłego zaczyna spływać mi po nogach.
 






wtorek, 8 maja 2018

Rozdział dwudziesty dziewiąty


Vi POV:

Dave wraca chwilę później. Bez słowa chwyta mnie pod ramię, prowadzi przez ciemny korytarz, a ja staram się zapamiętać jak najwięcej, gdyby jakimś cudem udało mi się stąd zwiać. Oczywiście moje szanse są marne, ale dopóki żyję, oddycham, zawsze jakieś są. Tego muszę się trzymać i nie poddawać.
- Wchodź - wpycha mnie do obskurnego, pustego pokoju, w którym oprócz metalowego krzesła na środku pomieszczenia, nie ma nic. Ciarki przechodzą mi po plecach, Dave popycha mnie i sadza na krześle, po czym przypina moje nadgarstki oraz kostki u stóp. Boże! Co ten świr ma w swojej głowie?! - Zabawimy się - kuca przede mną, odgarnia moje włosy i chwyta szczękę - Może odrobinę zaboleć, ale przecież twarda z ciebie sztuka, prawda? - wybucha śmiechem, wzdrygam się, a mój mózg pracuje na najwyższych obrotach. Tak, twarda ze mnie sztuka. Potrafię zabić z zimną krwią, okraść, zdobyć towar, odegrać swoją rolę. Niestety nigdy wcześniej nikt mnie nie torturował i nie jestem pewna, czy będą w stanie to znieść - Weź głęboki oddech - po tych słowach przykłada do mojego ramienia jakieś urządzenie, naciska guzik, a przez moje ciało przepływa prąd. Zapowietrzam się, rozchylam usta, a moje ciało napina się jak struna. Mam wrażenie, że każdy nerw zostaje sparaliżowany, sztywnieję i myślę z przerażeniem, czy zaraz się uduszę. Ból wypełnia mnie od czubka głowy po końce palców u stóp, tak bardzo chcę wrzeszczeć, ulżyć sobie, jednak z moich ust nie ucieka choćby cichy jęk. Nie jestem w stanie nawet mrugnąć - Nieprzyjemnie, prawda? - szepcze tuż przy moim uchu, łaskawie uwalniając mnie od bólu. Łapczywie chwytam powietrze, cała drżę i spoglądam w dół, zawieszając wzrok na moich dygoczących nogach. Jezu! Jeśli to miał na myśli mówiąc "zabawimy się", wcale nie chcę poznać ciągu dalszego tej zabawy. Wiem już, że nie zniosę zbyt wiele. Na coś takiego nie jestem odporna, jednak on ma to w nosie i ponownie wysyła dawkę koszmarnego bólu w moje ciało. Przytrzymuje kilkanaście sekund, uwalnia mnie i robi to znowu. Nie jestem pewna, po którym razie przestaje, a ja ledwo kontaktuję. Moja głowa bezwładnie zwisa, nie mam nad nią żadnej kontroli i marzę o utracie przytomności. Dlaczego moje głupie ciało nie chce mi tego podarować, przynieść ulgi? - Uśmiechnij się do swojego przyjaciela, kotku - chwyta mnie za włosy, podnosi moją głowę i kieruje ją prosto na kamerę, która stoi przed nami. Myśl, że Dante to zobaczy rozwala moje serce na kawałki.



Jay POV:
Wpatruję się w ekran laptopa, mój oddech szaleje, a dłonie odruchowo zwijają się w pieści. Widok przede mną rozdziera moje bebechy, mam wrażenie, jakby ktoś wbił mi w nie nóż i przekręcał raz za razem. Podejrzewałem, że zwiała ode mnie z Joshem, a ona wpadła w ręce Dave'a. Tego nic nie znaczącego skurwysyna, który zdecydowanie za bardzo się rozpędził. Jakim prawem, huh?! Jakim, kurwa, prawem zabrał moją kobietę, przywiązał ją jak zwierzę i raził prądem?! W dodatku nagrał to i wysłał nam, żebyśmy patrzyli na jej ból, łzy, rozpacz. Nigdy, prze nigdy nie zapomnę wyrazu jej twarzy. Tak bardzo próbowała być twarda, nie złamać się, nie uronić ani jednej łzy i pokazać temu skurwielowi, że nie uda mu się jej złamać. Jednak Vi jest taka krucha, wrażliwa, nieodporna na to, co z nią robił. A najgorsze było to, że ten śmieć z pewnością zaplanował sobie coś jeszcze większego, brutalniejszego, żeby pokazać nam, że może wszystko. Miał kogoś, dla kogo i ja, i chłopcy, zabilibyśmy bez wahania. On doskonale o tym wiedział.
- To nie dzieje się naprawdę, racja? - Banger przerywa ciszę, chowa twarz w dłoniach, a Dante wyłącza film. Jestem zdruzgotany, mam ochotę wsiąść w samochód i pojechać do niego, po czym strzelić mu prosto w łeb - Boże, ten bydlak raził ją prądem. Musimy ją znaleźć, natychmiast! Ten pojebaniec ją zabije!
- Puść film jeszcze raz - Rockstar przesiada się, przejmuje stery i włącza od nowa. Odwracam wzrok, na szczęście wycisza głos i oszczędza nam jęków bezradności - Musimy rozpoznać miejsce, gdzie ją trzyma.
- Mówisz poważnie? Niby jak? Przecież jest tam ciemno, oprócz obskurnych ścian nic nie widać, stary!
- Szczegóły, Shot, szczegóły! Nie wiem, cokolwiek, co nas naprowadzi. Chociażby jakaś mała głupota.
- Tylko że tam nie widać żadnych głupot. Jest krzesło, Vi, ten zjeb i ściana. Łysa, obskurna ściana!
- Gdzie mógł ją zabrać? Na pewno nie do swojej nory, to byłoby wręcz bez sensu. Nie jest głupi.
- Tak czy siak i tak musimy ją sprawdzić, dla zasady. Myślę, że kryjówka jest nie do znalezienia.
- Przestań bredzić, James. Jeśli nie znajdziemy kryjówki, nie znajdziemy też Vi. Więc sprężcie swoje mózgi, wysilcie się i myślcie! Inaczej możemy stracić naszą dziewczynę! Trzeba działać i to szybko!
- Masz rację - przecieram twarz, wyjmuję telefon i dzwonię do swoich ludzi. Musimy ruszyć w teren.


Vi POV:
Nie mam pojęcia, ile czasu mija. Leżę na starym materacu i modlę się, aby moje ciało doszło do siebie. Jestem tak słaba, moje mięśnie są zwiotczałe, jakby ktoś nafaszerował mnie jakimś gównem! A ja muszę się bronić, kiedy ten psychol przyjdzie tutaj ponownie. Muszę walczyć, aby wydostać stąd i siebie, i Josha, o ile jeszcze w ogóle tutaj był. Jestem pewna, że Dave na pewno z własnej woli by go nie wypuścił.
- Wróbelku - jego cichy głos przecina ciszę. Uchylam powieki, Josh kładzie się obok mnie i przytula do siebie. Wręcz nie wierzę, że pozwolił nam się zobaczyć! - Jestem przy tobie, jesteś bezpieczna - całuje mnie po twarzy, odgarnia moje włosy, a ja płaczę. Cichutko, bez jakiegokolwiek dźwięku. Jestem zbyt obolała, aby wykrzesać z siebie coś więcej - Przysięgam, że nas stąd wyciągnę. Jeszcze nie wiem jak, ale postaram się. Ten skurwiel ma pojebane pomysły względem nas, a raczej ciebie. Stwierdził, że torturowanie ciebie jest lepsze niż pozbawienie cię życia. Ma zamiar wysyłać Dantemu kasety. To chore!

- Nie wytrzymam zbyt długo, wiesz? - szepczę cicho, wtulam się w niego, a ramiona, którymi mnie obejmuje są niczym kokon oddzielający mnie od świata - Zabije mnie tym. Tylko spójrz, już ledwo żyję.
- Widzę, maleńka, a ten widok boli mnie jak nic innego - odchyla głowę, patrzy mi w oczy i głaszcze kciukiem policzek - Chwalił się tym, co ci zrobił. Opowiadał mi o tym z chytrym uśmieszkiem, żeby wyprowadzić mnie z równowagi. Udało mu się to, skoczyłem do niego z pięściami, jednak był szybszy. Przywiązał mnie do sufitu i okładał pięściami - zaciskam usta, przykładam dłoń do jego, którą trzyma na moim policzku i pozwalam sobie na kolejne łzy - Musimy coś szybko wymyślić, inaczej to koniec.
- Na ten moment chcę jedynie spać, reszta mało mnie obchodzi - Josh uśmiecha się lekko, całuje mnie w czubek nosa niestety drzwi otwierają się odbijając od ściany, a w progu staje Dave - Tylko nie ty.
- A kogo się spodziewałaś, kochanie? Czyżby swojego przyjaciela? A może chłopaka, hmm? - podchodzi bliżej, Josh pomaga mi wstać i chowa mnie za plecami - Daj spokój, stary. Nie zgrywaj bohatera, ponieważ i tak zabiorę ją ze sobą. Odpoczęła przez całą noc, czas na kolejną zabawę. Będzie wesoło, zapewniam.
- Dlaczego to robisz?! Nie widzisz, jak wielką krzywdę jej wyrządzasz? Jest kobietą, do cholery!
- A jakie to ma teraz znaczenie? Należy do Seven, tylko to się dla mnie liczy. Nie zabiję jej... na razie.
- Jesteś popierdolony, Dave. Ona nic ci nie zrobiła! Tylko tchórze załatwiają rachunki przez słabszych!
- Przez słabszych? Czy ty się słyszysz? Vivienne wcale nie jest słaba. Mówiła, że twarda z niej sztuka.
- Bo jest odważna, człowieku! Nie znaczy to, że możesz razić ją prądem, zwariowałeś! To kurwa szalone!

- Poczekaj, aż opowiem ci o naszej kolejnej zabawie - mruga okiem, do pokoju wchodzi dwóch chłopaków i siłą odciągają Josha, wyprowadzając z pokoju. Ma do mnie idealny dostęp, podchodzi pewny siebie, ujmuje moją głowę w dłonie i zmusza, abym na niego spojrzała - Kto by pomyślał, że mała dawka prądu tak szybko cię złamie. Przygotuj się na więcej - całuje mnie w czoło, chwyta pod ramię i wlecze przez znienawidzony przeze mnie korytarz. Tym razem wchodzimy do łazienki, czym jestem zaskoczona - Unieś ręce - wbijam wzrok w swoje pobrudzone trampki, moje serce zaciska niewidzialna pięść i mam dziwne przeczucie, że będzie jeszcze gorzej niż ostatnio - Chciałem po dobroci. Nie to nie - podchodzi, chwyta materiał mojej koszulki i rozrywa ją bez problemu. Piszczę z zaskoczenia, próbuję z nim walczyć, jednak strąca moje dłonie i pozbywa się przeszkody. Zostaję w samym staniku, a na moim ciele pojawia się gęsia skórka - Masz świetne cycki, że też wcześniej tego nie zauważyłem. Pobawię się nimi później, teraz zaplanowałem coś innego - chwyta mój kark, robimy zaledwie jeden krok, a moja głowa ląduje w wypełnionej lodowatą wodą wannie. Trzyma mnie mocno, szarpię się, wiję, próbuję uwolnić, niestety jego uścisk jest potwornie mocny. Jakby był wręcz ze stali! Wstrzymuję oddech ile tylko mogę, ale nie trwa to długo. Szybko robi mi się ciemno przed oczami, słabnę i przestaję walczyć. To dla niego znak, wyciąga mnie, łapczywie chwytam powietrze z ulgą wpuszczając je do swoich płuc - To dopiero początek, słodka Vivienne. Przygotuj się na więcej atrakcji - puszcza mi oczko i ponownie mnie zanurza. Ten proces powtarza kilkanaście razy, a ja za każdym razem mam wrażenie, że topię się, woda zalewa mi płuca i nie mam możliwości przerwania tego koszmaru. Wszystko zależy od niego, a on nie ma litości.


Jay POV:
Od wczoraj nie opuściłem magazynu Seven. Uruchomiliśmy wszystkie kontakty jakie posiadamy, informatorów, ludzi, którzy zawsze mają oczy szeroko otwarte. Czekamy na jakiekolwiek informacje i wreszcie dociera do nas pierwsza. Jest od człowieka Zayn'a, który widział Vi w "dzielnicy ćpunów", jak ją nazywamy. Nie pasuje mi to do niej, bo po cóż miałaby się tam kręcić? Niestety właśnie w tym miejscu ślad się urywa, a my nadal jesteśmy w dupie! Od wczoraj nie wiemy dosłownie nic, a mój strach się potęguje. Mam świadomość, że jeśli nic nie zrobimy Dave zabije Vivi. Nie udało mu się z dostawą, wcześniej również spławiliśmy go kilka razy więc ma idealny powód do zemsty. Jaka szkoda, że wybrał tą kruchą dziewczynę, aby znęcać się nad jej ciałem. Przysięgam, że za wszystko zapłaci. Będzie cierpiał przed śmiercią.

- Hej - do środka wchodzi Shot, siada na kanapie i rzuca na stolik płytę - Znalazłem to pod drzwiami.
- Kurwa - zrywam się z miejsca, a resztka mojego opanowania idzie w cholerę - Ma zamiar nas katować?
- Widocznie tak, ale musimy to obejrzeć. Może tym razem uda nam się wyłapać jakieś szczegóły.
- Okej, do dzieła - Dante oddycha ciężko, robi co trzeba i wciska play. Staję za kanapą, czuję serce w gardle i za cholerę nie jestem gotowy na to, co zaraz zobaczę. A widzę moją kruszynę, która walczy z tym zjebem, nie pozwala zdjąć sobie koszulki, jednak on i tak rozrywa ją, a potem? Potem po prostu topi ją raz za razem, wyciągając w ostatniej chwili, pozwalając na oddech i zaczyna od nowa. Wyraz jej twarzy wyraża szczery szok, przerażenie, jak i ból. Ogromny ból, który jej sprawia bez żadnych skrupułów - Boże, nie mogę na to patrzeć. To mnie przerasta - Dante podnosi się, zostawia nas i wychodzi z magazynu.
- Ja pierdolę - Banger szepcze cicho, niechętnie oglądamy dalej i próbujemy wyłapać cokolwiek. Coś, co nas naprowadzi, ale to wcale nie jest proste, skoro to obskurna łazienka w jakiejś norze! - Skurwiel!
- Musimy coś zrobić, inaczej będzie się nad nią pastwił bez końca! On robi to wszystko specjalnie!

Dante, przyjacielu - jego głos przecina ciężki oddech Vi - Bolesny widok, prawda? Tak, wiem coś o tym. To właśnie dzięki tobie czułem się podobnie, kiedy pieprzyłeś moją kobietę! - wydziera się, a ja spoglądam na chłopców. Nie wydają się być zaskoczeni słowami Dave'a, ja wręcz przeciwnie - Ty zabrałeś mi Jane, ja zabiorę ci Vivienne. Sprawiedliwie, nie uważasz? Poczujesz ból, którzy rozedrze cię na kawałki. To, co ją teraz spotyka jest tylko i wyłącznie twoją winą. Powiedziałem ci kiedyś, że się zemszczę. To jest moja zemsta. Muszę przyznać, że jest niesamowicie słodka - uśmiecha się pewny siebie, przysuwa do siebie Vi i liże jej policzek. Nie ma siły, aby walczyć, więc poddaje się, zamyka oczy i odchyla głowę w tył. Boże! Muszę ją ratować, nie mogę kurwa tak siedzieć! - Koniec przedstawienia. Do następnego razu, a zapewniam, że to już niebawem. Będzie jeszcze ciekawiej - salutuje, a obraz robi się czarny.
- Dante nie może tego zobaczyć. Kiedy posłucha co mówił Dave, będzie się za wszystko obwiniał.
- Potwierdzam, schowajmy to - Shot wyjmuje płytę, wchodzi na górę, a ja stoją jak sparaliżowany. 



Vi POV:

Ponownie ląduję na cienkim materacu, w tym zimnym, śmierdzących stęchlizną pokoju. Wszędzie jest ciemno, cicho, przerażająco. Słyszę jedynie swój własny oddech i dziwię się, że jeszcze żyję. Byłam pewna, że Dave mnie utopi, przecież było już tak blisko! Prawie odpływałam, a on wyjmował mnie i zaczynał od nowa. Z całych sił starałam się być silna, jednak to, co ze mną robi łamie mnie na milion kawałków. Moja odwaga, pewność siebie gdzieś uciekają i chowają się w kącie. Coś we mnie pęka, coś się bezpowrotnie kruszy i boję się, że jeśli uda mi się przeżyć już nigdy nie będę taka sama. To wydarzenie mnie zmieni, a ja nie chcę być miękka. Nie chcę pokazywać swoich słabości, aby inni mogli to wykorzystać. Należę do Seven, do grupy, która nigdy się nie poddaje, dzielnie kroczy do przodu i walczy do końca. Ja również walczę, chociaż brakuje mi już sił. Jestem coraz słabsza i tracę nadzieję na przeżycie. Czy to już czas, aby pogodzić się z losem i poddać? Tylko co mi to da? Dave nie okaże mi litości, świetnie bawi się znęcając nade mną, nagrywając to i wysyłając mojemu przyjacielowi. Czy widzieli to również pozostali chłopcy? Nie chciałabym, aby patrzyli na moje zmarnowane ciało i łzy, których wylałam już chyba morze. Nigdy wcześniej nie płakałam, nie pozwalałam sobie na to, teraz przyszło mi nadrobić całe sześć lat.
Myślę o Justinie. O jego uśmiechu, oczach, dłoniach, które sprawiały, że czułam się kochana i potrzebna. Mimo tego, czego się dowiedziałam tak bardzo za nim tęsknię! Żałuję, że nie dane nam było porozmawiać, może przez to umarłabym szczęśliwsza? Zobaczyłabym go ten ostatni raz, spojrzała w jego oczy i teraz czułabym się spełniona. Źle mi z myślą, że między nami wszystko się spieprzyło i być może nigdy już nie będziemy mieli okazji tego naprawić. Chciałabym mu tylko podziękować za to szczęście, które przepełniało moje serce przez te dwa miesiące. Byłam najszczęśliwszą dziewczyną na świecie! Dostałam od niego więcej, niż od własnych rodziców, którzy mieli mnie gdzieś. To dzięki niemu przekonałam się, jak piękna jest miłość, że warto o nią walczyć i choćby się potem żałowało, warto ją przeżyć mimo wszystko.
Niczego bym nie zmieniła, brałam garściami każdy dzień, uśmiechałam się, cieszyłam tym, co mam. A miałam przecież tak wiele! Wspaniałych przyjaciół, którzy wspierali mnie, byli obok, opiekowali się mną. Chłopaka, nie, narzeczonego, któremu oddałam wszystko, co miałam. Serce, ciało, duszę. Bałam się miłości, próbowałam się przed nią bronić, a ona dopadła mnie tak niespodziewanie, całkowicie wywracając moje życie do góry nogami. I mimo tego, iż nie trwało to zbyt długo, zawsze będę mu wdzięczna za to, co dla mnie zrobił. Pokazał mi, jak wygląda szczęście i tego będzie mi brakować. Był pierwszym i jedynym mężczyzną, którego pokochałam. Nie mam mu za złe tego, że mnie oszukał. Życie, które wybraliśmy i w którym się obracamy nie jest proste. Tu nie ma miejsca na sentymenty, uczucia, przywiązanie. Czasami żeby dostać to, na czym nam zależy trzeba posunąć się o wiele dalej, a nawet pociągnąć za spust. Jay chciał towaru, a ja byłam idealnym łącznikiem, aby się do niego dostać. Nie wiem, czy uda mu się go zdobyć, jednak dla mnie nie ma to już żadnego znaczenia. Nie wyjdę stąd żywa, to zależy już tylko od czasu. Dave na razie świetnie się bawi i przed śmiercią przyjdzie mi się jeszcze pomęczyć. Jaka szkoda. Wolałabym, aby strzelił mi w łeb i pozwolił odejść w spokoju, niestety nie zawsze dostajemy tego, czego chcemy. Bóg ma wobec nas plany i widocznie mój jest naprawdę paskudny. Może muszę to znieść, aby odpokutowywać za swoje grzechy? Za to, że zabijałam, kradłam, robiłam coś, czego nigdy nie powinnam? Cóż, wydaje być się to całkiem sprawiedliwe, prawda? Za złymi czynami ciągną się konsekwencje, a skoro te na ziemi jakimś cudem mnie ominęły, te na górze wciąż na mnie czekają. Oby szybko poszło, bo nie jestem pewna, ile jeszcze będę w stanie znieść. Moje ciało jest obolałe, mięśnie dziwnie pieką, a to niestety nie koniec. Chyba boję się myśleć, co czeka mnie już niedługo.


Śpię, a może już nie? Sama nie wiem. Czuję jedynie, jak moje ciało drży, skórę pokrywa gęsia skórka, a nogi dygoczą. Obejmuję się ramionami, próbuję nieco ogrzać jednak w tym pomieszczeniu jest koszmarnie zimno! W dodatku Dave rozerwał moją bluzkę i zostałam w samym staniku, co w tym momencie jest męką. Nie umiem się rozgrzać, jestem wyziębiona, a zęby zderzają się ze sobą. Nie pamiętam też, kiedy ostatnio jadłam i korzystałam z toalety. Boję się poprosić o cokolwiek, bo na pewno mi tego nie da. Dlaczego miałby? Jestem jego więźniem, po co się o mnie martwić, skoro niebawem umrę? A może chce mnie zagłodzić? Jaka szkoda, że nigdy nie interesowałam się tym, ile człowiek wytrzyma bez jedzenia.

Nie wiem, po jakim czasie otwierają się drzwi. Słyszę kroki, a po chwili ktoś chwyta moje ramiona, sadza mnie i trzyma tak długo, aż wreszcie łapię równowagę. Kiedy moja głowa zostaje uniesiona, napotykam spojrzenie chłopaka, który uważnie mi się przygląda. Marszczy brwi, wzdycha głośno i zdejmuje z siebie szarą bluzę. Zakłada ją na moje zziębnięte ciało, zasuwa zamek i zakłada kaptur na głowę. Boże! Zaciskam palce na materiale, wtulam się w niego jak dziecko i zaciągam pięknym zapachem męskich perfum. Jest mi tak ciepło, dobrze, a sen ponownie próbuje mnie zmóc. Niestety ów chłopak nie pozwala mi spać, bierze mnie na ręce, zanosi do łazienki i zostawia. Szybko robię siku, myję ręce i obmywam twarz ciepłą wodą. Rozgrzewam się nieco, chłopak wraca po mnie i ponownie wchodzimy do "mojego" pokoju, w którym czeka na mnie posiłek. Wygląda mi to na zupę, ale najważniejsze, że paruje! Tego potrzebuję, ciepła.
- Jedz, kochanie - wzdrygam się na dochodzący zza moich pleców głos Dave'a. Układa dłoń na moim brzuchu, przyciąga mnie do swojego torsu i szepcze do ucha - Musisz być silna, ponieważ jeszcze sporo przed tobą - całuje płatek, puszcza mnie i wychodzi z pokoju, zamykając go na klucz.






czwartek, 3 maja 2018

Rozdział dwudziesty ósmy


Vi POV:
Budzi mnie potworny ból głowy i suchość w gardle. Krzywię się, przekręcam na brzuch i nakrywam głowę poduszką. Boże! Mam nadzieję, że to tylko zły sen, zaraz obudzę się naprawdę i wcale nie będę tak kurewsko cierpieć! To niemożliwe, aby po kilku drinkach tak bardzo bolała głowa, a w gardle był kapeć!
Jakim cudem w ogóle znalazłam się w domu? Chwila! Czy ja jestem w domu? Gwałtownie siadam, rozglądam się i oddycham z ulgą. Tak, jestem w domu, we własnym łóżku, ubrana w biały t-shirt. Kurwa! To oznacza tylko jedno; któryś z chłopców przytaszczył tutaj mój schlany tyłek, a kazań nie będzie końca! Dante chyba wyjdzie z siebie i jeśli nie dostanę szlabanu to będzie pieprzony cud. Porażka!
Niechętnie opuszczam łóżko, ziewam przeciągle i odgarniam włosy z twarzy. Kiedy spotykam swoje odbicie w lustrze, mam ochotę przyłożyć sobie w twarz. Jasna cholera, będę odchorowywać kaca przez bity tydzień! Jaka szkoda, że alkohol na dłuższą metę wykańcza człowieka. Tak dobrze było zapomnieć o wszystkim i świetnie się bawić. Teraz już nie jest mi do śmiechu, a pół wieczoru i tak nie pamiętam.

Schodzę na dół, maszczę brwi rozglądając się, jednak zastaję wielkie nic. Jest cicho, po chłopakach nie ma nawet śladu i zaczynam zastanawiać się, o co tutaj chodzi? Zawsze w domu był chociaż jeden z nich, czy to oznacza, że znowu nadciągnęły czarne chmury? Naprawdę mam dość dramatów na długi czas.
Podchodzę do lodówki, ale zanim mam okazję ją otworzyć, w moje oczy rzucają się dwie karteczki. Najpierw czytam żółtą, która jest od Dantego. Dowiaduję się, że są na mieście, a kiedy się obudzę mam do niego zadzwonić. Druga jest błękitna, a adresatem jest... Jay. Serce natychmiast podskakuje mi do gardła, a brzuch się kurczy. I chcąc nie chcąc ponownie moją głowę zalewają wspomnienia, które są niczym pociski. Niektóre śmigną obok i tylko cię przestraszą. Inne rozerwą cię i zostawią w kawałkach.
Biorę się w garść i czytam to, co napisał, a zapełnił całą karteczkę. Ależ się rozpisał.
"Nie chciałaś ze mną rozmawiać, mam cichą nadzieję, że chociaż przeczytasz to, co napisałem. Na wstępie; przepraszam. Naprawdę źle to wszystko odebrałaś, Vivi. Chciałbym ci to osobiście wyjaśnić i proszę, abyś zechciała mnie wysłuchać. Potem zostawię wszystko w twoich rękach, rybko. Jeśli będziesz chciała odejść, odejdziesz. Daj mi ostatnią szansę. Czekam na znak od ciebie". 
Wzdycham ciężko, siadam na blacie i czytam to jeszcze dwa razy. Cóż takiego źle zrozumiałam? Czy Zayn nie wyraził się aż nadto jasno? Byłam mu potrzebna jedynie do interesów, do niczego więcej. Świetnie bawił się moim kosztem przez te dwa miesiące, pieprzył i karmił tymi słodkimi kłamstwami o miłości.
Mimo wszystko uniosę brodę, zachowam się jak na dorosłą kobietę przystało i wysłucham go. Co mi zależy? Na pewno nic nie tracę, zyskać też nic nie zyskam, więc niech mu będzie. Miłość jest naprawdę skomplikowana, zakochałam się w nim, a skoro dla niego była to jedynie gra, cierpieć będę tak czy siak.
Biorę torebkę, która leży na blacie. Nie mam pojęcia, skąd się tutaj wzięła, ale jestem wdzięczna temu, kto zatroszczył się o mnie w nocy. Wyjmuję telefon, wybieram numer do Justina i piszę mu wiadomość, że będę u niego za godzinę. Dopiero teraz orientuję się, że dochodzi szesnasta! Kurwa mać, nigdy więcej alkoholu i jointów! Oświadczę chłopcom, że mają mi na to nigdy więcej nie pozwalać.


Biorę prysznic, doprowadzam się do porządku i czuję jak nowo narodzona. Lekki makijaż ukrywa worki pod oczami, więc wreszcie wyglądam jak człowiek. Moje samopoczucie dzisiaj i tak leży i kwiczy, więc nie mam najmniejszego zamiaru się stroić. Wkładam na dupę niebieskie jeansy, zakładam stanik i białą bluzeczkę z krótkim rękawem. Zgarniam dłuższy sweterek, na nogi wkładam trampki i jestem gotowa do wyjścia.
Martwi mnie jedynie fakt, że Dante nie odebrał ode mnie telefonu ani nie odpisał na wiadomość. Mam nadzieję, że u chłopców wszystko w porządku. W drodze do Justina mam zamiar jeszcze się do nich dobijać. Nienawidzę, kiedy milczą, a ja martwię się i wychodzę ze skóry. Oby nic się nie stało.

Schodzę na dół, biorę jabłko i zmierzam do drzwi. Zatrzymuje mnie dzwonek telefonu, wyjmuję go z torebki i liczę, że to Dante nareszcie ogarnął tyłek. Niestety! Numer jest zastrzeżony, a mój niepokój się potęguje. Wbijam zęby w wargę i myślę, czy powinnam odebrać. Tylko znajome mi osoby posiadają numer mojego telefonu, więc kim jest nieznajomy? Mimo to odbieram i przysuwam telefon do ucha.
- Witaj, słodka, piękna Vivienne - krew odpływa mi z twarzy, kiedy słyszę jego głos. Opieram dłoń na ścianie i próbuję zachować spokój - Zapewne jesteś zaskoczona, że do ciebie dzwonię. Mam rację, złotko?
- T-tak, jestem bardzo zaskoczona. Skąd właściwie masz mój numer telefonu? Posiada go niewiele osób.
- A widzisz! Jednak sprytny ze mnie gość, skoro go zdobyłem. Mam dla ciebie pewną propozycję.
- Propozycję? Co ty znowu kombinujesz, Dave? Naprawdę jeszcze mało ci po ostatniej strzelaninie?
- Zawsze jest mi mało, pączusiu - pączusiu? Co jest kurwa?! - Nie przedłużając, posiadam coś, co może cię zainteresować - przykładam dłoń do czoła i zastanawiam się, co ten zjeb ma na myśli - Chcesz wiedzieć?
- Raczej nie. Nie chcę z tobą rozmawiać, a co dopiero wchodzić w jakieś układy. Żegnam cię, Dave.

- Poczekaj, Vi. Nie rozłączaj się albo ktoś dzisiaj umrze - szlag! Dostaję gęsiej skórki i coraz bardziej nie podoba mi się kierunek tej rozmowy - Doszły mnie słuchy, że wczoraj świetnie się bawiłaś. Kac męczy, co? - chichocze beztrosko, a moja cierpliwość wisi na włosku - Och, wybacz. Nie powinienem się z ciebie nabijać, masz prawo. Wracając do sprawy, zapewne ci to umknęło, ale coś zgubiliście. A raczej kogoś.
- O czym ty do mnie mówisz? - opieram czoło o zimną ścianę i wzdycham z ulgą - Przejdź do rzeczy.
- Jak sobie życzysz, skarbie. Tak się składa, że przypadkiem wpadłem na twojego przyjaciela, Josha - nie! Zamieram, telefon prawie wypada mi z dłoni, a ciało oblewa zimny pot przerażenia - Spoko z niego gość.
- Blefujesz, Dave! Nie wierzę w ani jedno twoje słowo! Znowu kombinujesz i próbujesz namieszać!
- Och, doprawdy? Sama się przekonaj - coś trzeszczy, stuka, puka, a ja ledwo nad sobą panuję. Modlę się w duchu, aby to nie była prawda, bo jakim cudem Josh miałby wpaść w ręce Dave'a? - Wróbelku - nie!
- Boże, Josh! - wybucham płaczem, zasłaniam usta dłonią i siadam na podłodze - G-gdzie jesteś?!
- Ciii, nie płacz, jestem cały. Przepraszam, zawiodłem. Nie spodziewałem się, że natknę się na niego przypadkiem - pociągam nosem, moje serce pęka na kawałki, a szok przejmuje nade mną kontrolę - Vi, posłuchaj mnie uważnie. Nie zgadzaj się na nic, co ci zaproponuje, rozumiesz? Poradzę sobie, jestem twardy, ale nie możesz się na nic zgodzić. Obiecaj mi to, maleńka - nie mam szansy na odpowiedź, bo ponownie odzywa się Dave - Och, wzruszające, czyż nie? - śmieje się, kiedy ja tonę we własnej rozpaczy - Zrobisz to, co mówię, Vi - jego głos nagle poważnieje, a żarty się kończą - Przyjedziesz pod podany adres, nie piśniesz o tym nikomu ani słowa. Rozumiesz? - słyszę w tle Josha, który wrzeszczy niemiłosiernie, że za nic w świecie mam tego nie robić. Niby jak?! Mam go tak po prostu zostawić?! - Jeśli nie zjawisz się tutaj za trzydzieści minut, zastrzelę go, Vivienne. Wiesz, że jestem do tego zdolny, prawda? - zamykam oczy i szlocham głośno kompletnie się nie hamując. Tak bardzo się o niego boję! - Odpowiedz na pytanie.
- T-tak, jesteś do tego z-zdolny! Proszę! Nie rób mu krzywdy, będę na czas, tylko nie zabijaj go!
- Czekam na ciebie, nie zawiedź mnie. Jeśli ktoś będzie cię śledził, twój przyjaciel umrze, skarbie.
- Nikt nie będzie mnie śledził, będę sama. Wyślij mi adres sms'em - kończę połączenie, ściskam w dłoniach telefon i myślę, co mam zrobić. Ponownie wykręcam numer do Dantego, jednak nie odbiera i włącza się poczta. Mój brzuch boleśnie się zaciska, bo zostałam z tym wszystkim sama. Muszę podjąć decyzję, która pozwoli wyjść mojemu przyjacielowi cało z tej popierdolonej sytuacji. Jeśli przyjadę z kimkolwiek, będzie po wszystkim. Nie mogę aż tak zaryzykować - Boże, pomóż mi - szepczę cicho, kładę się na podłodze i wylewam z siebie strach. Przez dwa miesiące wypłakałam więcej łez, niż przez sześć lat.


Na miejscu jestem dokładnie po dwudziestu pięciu minutach. Okolica jest dość nieciekawa, to ta biedniejsza część Chicago, której wolę unikać. To nie tak, że się boję, po prostu nie mam potrzeby przebywać w takich miejscach. Rozglądam się dookoła, ale nie widzę Dave'a. W parku bawią się dzieci, mamy biegają za nimi, aby nie stała im się żadna krzywda, a obok mnie siada chłopak. Przekręcam głowę, on również na mnie spogląda i wręcz nie spuszcza ze mnie wzroku. Wiem już, że nie usiadł tutaj przypadkowo, jest wysłannikiem Dave. Nawet nie miał odwagi przyjść osobiście! Pierdolony tchórz!
- Gotowa? - chłopak pyta cicho, wystawia dłoń i czeka, aż ją chwycę. Oddycham głęboko, powstrzymuję chęć ucieczki i niepewnie wsuwam dłoń w jego. Ściska ją delikatnie, posyła mi lekki uśmiech i podnosi się ciągnąc mnie w górę. Idziemy wzdłuż alejek parku, mijamy przechodniów, którzy rozmawiają wesoło, śmieją się, a my wyglądamy jak dwójka młodych ludzi, która trzyma się za ręce. Sytuacja jednak wygląda zupełnie inaczej. Właśnie maszeruję w paszczę lwa - W samochodzie oddasz mi torebkę - informuje mnie, kiedy opuszczamy park i odbijamy w prawo. Powinnam była się tego spodziewać, przecież nie zostawi mi jakiekolwiek deski ratunku w postaci telefonu i broni, którą ze sobą zabrałam. Dave nie pozwoli mi się bronić, będzie miał nade mną przewagę, a moim jedynym ratunkiem będą pięści. Jakież mam szanse w porównaniu w wysokim, silnym mężczyzną? - Okej, jesteśmy. Wskakuj - chłopak otwiera drzwi od strony pasażera, pomaga mi wejść i odbiera mi torebkę - Wystaw nadgarstki - marszczę brwi, posyłam mu pytające spojrzenie, a on macha mi przed oczami plastikowymi paskami do kabli. Zapina je na moich nadgarstkach, a na oczy zakłada mi opaskę - Podziwiam cię za odwagę - szepcze do mojego ucha, aż podskakuję - Jesteś bardzo ładna, szkoda tak pięknej buzi - wzdycha ciężko, zamyka drzwi, a po chwili zajmuje miejsce za kierowcą. Nic już nie mówi, uruchamia silnik i rusza. Żałuję, że nie pożegnałam się z chłopcami i Justinem, bo właśnie z siłą rozpędzonej ciężarówki uderza we mnie myśl, że umrę.


Nie wiem, ile jedziemy ponieważ nic nie widzę, ale zdaje mi się, że mija pieprzona wieczność zanim chłopak wreszcie zatrzymuje samochód i pomaga mi wysiąść. Obejmuje mnie w talii, chwyta za nadgarstki i prowadzi przed siebie. Mam wrażenie, że zaraz potknę się i wybiję sobie zęby, jednak jego dłonie asekurują mnie i trzymają. Niestety nie czuje się przez to bezpieczniej, wręcz przeciwnie, zbliżam się do śmierci. Oby tylko Josh był cały i zdrowy. Kocham go, nie darowałabym sobie, gdyby coś mu się stało.
- Jesteśmy - otwiera skrzypiące drzwi, prowadzi mnie do środka i wreszcie pozbywa się opaski oraz pasków. Mrugam kilka razy, przecieram oczy palcami i przyzwyczajam oczy do lekkiego światła padającego z wiszącej nad stołem lampy. Rozglądam się po pomieszczeniu, które jest obskurne i zimne. Oprócz stołu i dwóch krzeseł nie ma tutaj zupełnie nic - Dave zaraz do ciebie przyjdzie. Rozgość się - puszcza mi oczko, wychodzi i przekręca klucz w zamku. Nie wierzę, że ten śmieć tak cholernie nas wyrolował. 


Siedzę na krześle, opieram ramiona na stole, a na nich głowę. Zamykam oczy i myślę, w którym momencie sprawy tak bardzo się skomplikowały. Tak naprawdę Dave czaił się gdzieś w cieniu od akcji z Ramosem. Wydał nam go, a potem cierpliwie czekał aż odwalimy za niego całą resztę. Nie przewidział jedynie, że my będziemy walczyć o swoje i nie oddamy tego, co mu się nie należy. Zaleźliśmy mu solidnie za skórę, nie odpuścił i zemścił się zabierając Josha. Teraz ma i jego, i mnie, może zażądać od Dantego wszystkiego, a on odda mu to bez mrugnięcia okiem. Nie powinnam była przyjeżdżać tutaj sama, jednak gdybym pojawiła się z resztą, Dave zastrzeliłby Josha bez skrupułów. Ten człowiek nie ma w sobie nic dobrego.
Wzdrygam się na nieprzyjemny zgrzyt przekręcanego klucza. Podnoszę się, opieram plecy o oparcie, a w drzwiach pojawia się... Josh. Uchylam usta, mój żołądek wywija salto, a jego widok mnie szokuje. Zrywam się na równe nogi, wpadam w jego ramiona i wybucham płaczem. Tuli mnie do siebie, głaszcze po plecach i uspokaja, chociaż to nic nie daje. Jest pobity, ma ogromnego, fioletowego siniaka pod okiem i sporo zaschniętej krewi na głowie. Boże! Ten widok miażdży moje serce, cierpiał, a mnie przy nim nie było.
- Ciii, nic mi nie jest, wróbelku. Żyję - szepcze cicho, wtula nos w moje włosy i kołysze mnie na boki. Wpadam w dziwną histerię, nie mogę pohamować płaczu i wyrzucam z siebie nadmiar negatywnych  emocji, które przepełniają mnie po same brzegi - Nie powinnaś była tutaj przyjeżdżać. Dlaczego do cholery mnie nie posłuchałaś, huh? Nie widzisz, że jemu właśnie o to chodziło? Zaplanował to sobie.
- M-mam to w dupie, Josh. Bałam się o ciebie, tak bardzo się bałam. Nie mogłam cię zostawić.
- Och, wróbelku. Ja ciebie też kocham, ale nie wyjdziemy z tego cali. On nas stąd już nie wypuści.
- Josh - odchylam głowę, patrzę mu w oczy, a moje serce ponownie się roztrzaskuje - Przyjechałam cię uratować, wyjdziesz z tego, choćbym miała przypłacić to życiem. Przysięgam ci to. Będziesz żył.
- Nie mów mi takich rzeczy, zrozumiałaś? Jeśli ty umrzesz, chcę umrzeć razem z tobą. Myślisz, że mógłbym żyć z poczuciem, że poświęciłaś się dla mnie? Nigdy, Vi. Jesteśmy w tym razem, do końca, maleńka.
- Do końca - uśmiecham się lekko, opieram czoło o jego i zamykam oczy. Tak dobrze czuć go przy sobie. 


Dave nie pozwala zbyt długo nacieszyć mi się Joshem. Chłopak, który mnie tutaj przywiózł zabiera go, a zastępuje go ten skurwiel, któremu mam ochotę wydrapać oczy. Na jego widok zrywam się z miejsca, cofam i zwijam dłonie w pięści, aby być gotową do ewentualnej obrony. Nie dam mu się sponiewierać, choćbym miała walczyć do ostatniej kropli krwi. Nie trafił na biedną, strachliwą dziewczynkę.
- Usiądź, kochanie - kiwa głową na krzesło, sam zajmuje drugie i czeka. Mam ogromną ochotę zetrzeć mu ten pewny siebie, perfidny uśmieszek z gęby, bo wygląda wręcz komicznie z poczuciem zwycięstwa. Mięczak! Nigdy nie wygra - Długo mam jeszcze czekać? Chcę z tobą porozmawiać, nie będę robił tego na stojąco. Siadaj! - podnosi głos, odsuwam krzesło i zajmuję miejsce po przeciwnej stronie stołu - Od razu lepiej, prawda? - mruga okiem, układa dłonie na stole i mierzy mnie spojrzeniem - Nie sądziłem, że naprawdę mnie posłuchasz i przyjedziesz, w dodatku całkiem sama. Zaimponowałaś mi, Vivienne.
- Naprawdę? Czym? Tym, że nie miałam innego wyjścia? Gdybyś nie miał Josha nigdy bym tego nie zrobiła.
- Domyślam się, dlatego świetnie się złożyło, że dorwałem go gdy wracał od swojej dziewczyny. Cudowny zbieg okoliczności - unosi brew, wstaje i siada na stole, tuż obok mnie - Udowodniłaś swoją lojalność wobec Seven, Vi. Wiedz, że to bardzo ważna cecha, nie każdy ją posiada. Chcę, żebyś dla mnie pracowała.

- Zwariowałeś, wiesz? - prycham z kpiną, chcę wstać, ale nie pozwala mi na to. Układa dłoń na moim ramieniu, dociskając do krzesła - Nigdy nie będę dla ciebie pracować, nie zniżę się do tego poziomu.
- Ouć, ranisz moje biedne serduszko! Polubiłem cię, a ty jesteś dla mnie niemiła. Pamiętaj, że mam Josha - zaciskam zęby, odwracam wzrok, a furia wręcz wychodzi mi uszami. Boję się tylko jednego; że nie da mi wyboru - Mogę zmusić cię do wszystkiego, maleńka, a ty to zrobisz bez wahania. Jeśli zażyczę sobie, żebyś kogoś zabiła, zabijesz. Jeśli zażyczę sobie, żebyś zdobyła dla mnie towar, zrobisz to. A jeśli będę miał ochotę cię pieprzyć, będę pieprzył - żółć podchodzi mi do gardła, oddech przyśpiesza, a dłonie się pocą. Ma rację. Ma pierdoloną rację, ponieważ zrobiłabym wszystko, aby nie skrzywdził Josha. On nigdy mnie nie zawiódł, zawsze był przy mnie. Pomagał, wspierał, troszczył się. Jest moim najlepszym przyjacielem, więc jak mogłabym pozwolić, żeby przez moje źle podjęte decyzje stracił życie? Gdybym jakimś cudem wyszła z tego cało, jak miałabym żyć z myślą, że umarł właśnie przeze mnie? Wyrzuty sumienia dręczyłyby mnie do końca moich dni, rozdzierając moje serce na strzępy - Nie martw się, słodziutka. Nie zażyczę sobie dwóch pierwszych rzeczy, nad trzecią jeszcze pomyślę - podnosi się, siada na swoim miejscu i przez chwilę nic nie mówi. Nie chcę na niego patrzeć, nie chcę, żeby mój mózg przez śmiercią zapamiętał go jako ostatniego człowieka, którego dane będzie mi zobaczyć. Wolałabym, aby to był Josh lub Justin, ale o tym drugim mogę jedynie pomarzyć - Jesteś bardzo cenna. Mam tyle możliwości, ale nie skorzystam z żadnej - co? Wreszcie unoszę głowę, patrzę mu w oczy, ale nie rozumiem z jakiego powodu tutaj jestem - Mam wobec ciebie zupełnie inne plany. Widzisz, znamy się z Dantem kawał czasu, jeszcze za czasów naszych początków. Wiesz, że kiedyś należałem do jego grupy? - co?! To są chyba jakieś jaja! Dante nie byłby na tyle głupi, żeby mieć obok siebie kogoś tak kłamliwego i dwulicowego! - To było bardzo dawno temu, ale doskonale to pamiętam. Byliśmy zgrani, jednak pewnego dnia w naszych szeregach pojawiała się dziewczyna, moja dziewczyna. Chciałem, żeby poznała mojego przyjaciela, ale ona zrobiła coś, co mnie zszokowało. Zakochała się w nim - słucham tego z otwartymi ustami i mam wrażenie, że mój mózg nie nadąża. Dave i Dante jako zespół. Dziewczyna Dave'a zakochana w Dantem! Co to ma być? Moda na sukces? Jeśli tak, od razu dziękuję - Nie wiedziałem o tym przez pewien czas, a oni spotykali się za moimi plecami. Dowiedziałem się przypadkiem, kiedy postanowiłem zrobić jej niespodziankę i wpaść z winem. Jakież było moje zdziwienie na widok Jane i Dantego, między jej nogami - uśmiecha się chytrze, opiera łokcie na stole, brodę na dłoniach i wlepia we mnie te ciemne oczy - Odebrał mi ją, jak gdyby nigdy nic posuwał za moimi plecami, a ponoć byliśmy przyjaciółmi. Mieliśmy nawet nasz męski pakt o nietykaniu lasek kumpli. Jak widać Dante miał to w dupie - zastanawiam się nad wszystkim, co powiedział Dave. Takie zachowanie wręcz nie pasuje mi do mojego przyjaciela. Naprawdę zakochał się i potajemnie spotykał z dziewczyną, która była związana z jego przyjacielem? To nie brzmi dobrze - Jane przepraszała mnie, błagała o wybaczenia, a Dante nie mówił nic. Po prostu stał, jakby to, co zrobił było normalną sprawą, a nie było. Miałem ochotę go kurwa zastrzelić, ale wtedy obiecałem sobie, że pewnego dnia zemszczę się, a zemsta będzie słodka i bolesna. Nie wyszło mu z Jane, rok później wielka miłość się wypaliła, a nasze drogi rozeszły. No i proszę! Przyszedł dzień, kiedy mam coś, co jest dla niego najcenniejsze na świecie. To nie jest towar, który przypłynął z Japonii i jest wart grube miliony. To jesteś ty, Vivienne. Dante kocha cię jak własną siostrę, zabrał cię z ulicy, uratował. Myślę, że twoja śmierć zaboli go po stokroć bardziej, niż odebranie dragów - i tak oto doszliśmy do puenty tej jakże wzruszającej przemowy. Pieprzyć towar, to wszystko sprowadza się tylko i wyłącznie do mnie - Co o tym myślisz? Czyż to nie jest plan doskonały?
- Nie - obojętnie wzruszam ramionami, ale za nic w świecie nie przyznam się, jak dobrze to sobie zaplanował. Do sprytnych nie należy, a jednak jakimś cudem jestem tutaj i siedzę przed człowiekiem, który niebawem pozbawi mnie życia - Owszem, Dante nie zachował się wobec ciebie w porządku, ale nie będę go osądzać nie znając jego wersji. To nie była tylko jego wina, ale twojej dziewczyny również. Gdyby tego nie chciała, nigdy nie zdradziłaby cię z kimś innym. Widocznie wcale cię nie kochała, to smutne.
- Zamknij się! - gwałtownie pochyla się nad stołem, a jego ręka spotyka się z moim policzkiem. Zaskakuje mnie tym, ale jakimś cudem udaje mi się nie wydobyć z siebie jęku porażki - Jeszcze jedno słowo, a skończysz o wiele gorzej. Jesteś w beznadziejnej sytuacji, nie radzę pokazywać pazurków. Zrozumiano?!
- Pieprz się! Zgrywasz odważnego, bo masz przewagę. Niedawno spierdalałeś jak tchórz, zapomniałeś?
- Utemperuję twój niewyparzony język, kochanie. Mamy na to mnóstwo czasu, zapewniam - uśmiecha się przebiegle, zrywa na równe nogi i szarpie mnie w górę - Mogę zrobić z tobą wszystko, a ty odważnie pyskujesz. Zastanów się, czy to jest tego warte. Jeśli będziesz grzeczna, może będę dla ciebie dobry?
- Przestań zgrywać litościwego, Dave. Jestem twoją zemstą, czyż nie? Tak czy siak mnie zabijesz.
- Ale przed tym mam zamiar przetrzepać ci skórę, a Dante będzie tego świadkiem. Przygotuj się na to.
- Jestem gotowa - odważnie patrzę mu w oczy, zaciskam zęby, ale za nic w świecie nie okażę strachu, który pełza po moim ciele. To oczywiste, że się boję, kto by się kurwa nie bał?! Doskonale wiem, że Dave tylko czeka na oznakę słabości - Wypuść, Josha. Chciałeś mnie i masz mnie, on nie ma z tym nic wspólnego.
- Zastanowię się nad tym, kochanie - cmoka w powietrzu, puszcza mnie i wychodzi, przekręcając klucz.
 


Dante POV:
Sytuacja jest beznadziejna! Szukamy Josha od samego rana, a nasze wysiłki idą na marne. Mila, jego dziewczyna powiedziała nam, że spędził u niej noc, a potem już go nie widziała. Josh nigdy ot tak nie zapadał się pod ziemię, nie dając znaku życia. Zawsze byliśmy w stałym kontakcie, a kiedy nie odbierał, oddzwaniał chwilę później. Coś tu nie grało, nie pasowało do całości i miałem zamiar się tego dowiedzieć.
Na dokładkę była jeszcze Vivi, która wkurwiła mnie swoim zachowaniem. Pojechała do klubu, nie chciała z nami rozmawiać, urżnęła się i zjarała, a obiecała mi, że już nie sięgnie po to gówno. Widziałem po wyrazie jej twarzy, że chce o czymś zapomnieć, coś uparcie zablokować, aby jej nie złamało. Dotyczyło to Justina, który w klubie nie spuszczał z niej oka, a potem odwiózł ją do domu, przebrał i położył spać. Nie wiem, o co im poszło, ale liczyłem na to, że szybko porozmawiają i wyjaśnią sobie nieporozumienia. Nie mogłem na niego patrzeć, wyglądał jak nieszczęście, a chyba nigdy wcześniej nie widziałem go w takim stanie. Naprawdę zakochał się w niej i przepadł na amen. Jeśli ją zranił, musi stanąć na głowie, aby to naprawić.


Wchodzimy do domu punkt dziewiętnasta. Josh nie odezwał się od wczorajszego popołudnia, a ja mam coraz czarniejsze myśli. Staram się dojść do tego, co mogło się wydarzyć, ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Skoro zawsze się odzywał, a teraz milczy mogło stać się tylko jedno; ktoś go zabił. Takich myśli jednak do siebie nie dopuszczałem, po prostu kurwa nie i koniec kropka! Znajdę go!
- Ja pierdolę, co za porażka - Banger opada na kanapę, przeciera twarz rękami, a ja niestety podzielam jego zdanie - Co mogło się stać, do cholery? Skoro wyszedł od Mili i nie trafił do domu pozostają dwa rozwiązania. Albo ktoś go sprzątnął albo pojechał do domu. Druga opcja jest mało prawdopodobna.
- Josh zawsze mówił nam, kiedy wybierał się do Los Angeles. Nawet nie wspominał o odwiedzinach u rodziców, więc odpada. Poza tym na pewno powiedziałby o tym Mili, prawda? Ona nic o tym nie wiedziała.
- To niemożliwe, żeby ktoś go zabił - zaciskam usta, a ta myśl naprawa mnie przerażeniem - Josh nawet nie dałby się kurwa zabić! Kto jak kto, ale na pewno nie on. Może schlał mordę i gdzieś śpi nieprzytomny?
- Daj spokój, Dante. Wymyślamy scenariusze, żeby się pocieszyć. Na bank stało się coś strasznego.
- Niech to szlag! - syczę przez zęby, wsuwam palce we włosy, a drzwi do magazynu się otwierają. Do środka wchodzi Jay, staje przede mną i wzdycha ciężko - Cholera, a tobie co? Wyglądasz koszmarnie, stary!
- Pieprzyć to. Vi napisała mi wiadomość dwie godziny temu, miała do mnie przyjechać. Jest w domu?
- Nie wiem. Wyszliśmy rano, kiedy jeszcze spała. Czekaj - biegnę na górę, zaglądam do jej pokoju, do łazienki, jednak ani śladu. Kurwa! - To jest jakiś żart - wracam na dół, sprawdzam lodówkę, a karteczki, które napisaliśmy z Justinem leżą na blacie. Przeczytała je - Nie ma jej w pokoju. Josha też nie ma.
- Dzwonię do niej od dwóch godzin, ma wyłączony telefon. Wychodzi na to, że zniknęła razem z nim.
- Chcesz mi powiedzieć, że uciekli razem? Tak po prostu, bez słowa? Bredzisz! Nie uwierzę w to!
- Mój związek z Vi poszedł się jebać. Nie dała mi szansy na wyjaśnienia, wolała się po prostu zmyć.
- To, że jest na ciebie wściekła, nie znaczy, że jest wściekła na mnie! Nie zrobiłaby mi czegoś takiego.
- Więc gdzie jest, huh?! Nie ma ani jego, ani jej! Nie wygląda ci to podejrzanie? Poprosiła go, aby wyjechał razem z nią, przecież jest jej przyjacielem, prawda? Chciała być ode mnie jak najdalej. Koniec historii.
- Pierdolisz, to stek bzdur - zwijam dłonie w pięści, ale jego słowa skutecznie wyprowadziły mnie z równowagi. Vi może i jest zwariowana, miewa odjechane pomysły, ale kocha mnie. Na pewno nie zostawiłaby mnie w takim zawieszeniu, odchodzącego od zmysłów! - Widocznie jej nie znasz, skoro tak mówisz, Jay - mijam go, nalewam whisky do szklanki i wypijam jednym haustem. W pomieszczeniu zapada cisza jak makiem zasiał, nikt nie wypowiada nawet słowa, jedynie dzwonek do drzwi burzy wszystko. Podchodzę do nich, otwieram zamaszyście, a przede mnie ukazuje się dzieciak - Czego chcesz?
- Ktoś na rogu dał mi pięćdziesiąt dolców, żebym przekazał to komuś z Seven - unosi dłoń, w której trzyma płytę CD. Co do cholery?! - Nic więcej nie wiem, mam to jedynie dostarczyć. Weź to i już mnie nie ma.
- Dzięki - odbieram od niego plastikowe pudełeczko, młody ucieka, a ja wystawiam głowę i rozglądam się na wszystkie strony. Nie ma żywej duszy, więc wracam do środka, wsuwam płytkę do cd-romu, a po chwili na monitorze wyświetla się film. Wstrzymuję powietrze, a krew odpływa mi z twarzy.