wtorek, 12 czerwca 2018

Rozdział trzydziesty czwarty


Vi POV:

Ponad miesiąc od porwania, a trzy i pół miesiąca od naszego pierwszego spotkania, Jay ma dla mnie niespodziankę. Już wcześniej był strasznie tajemniczy, ukrywał coś przede mną, a ja prawie wyszłam ze skóry, byłam tak ciekawa! Nie pisnął jednak nawet słowa, organizował jakąś akcję, o której niestety nie miałam prawa wiedzieć. Wszystko stało się jasne, kiedy zaprowadził mnie, ze związanymi oczami, z bijącym szaleńczo sercem, na dach budynku. Kiedy tylko zsunął opaskę z moich oczu, zaparło mi dech w piersi. Długo wpatrywałam się w przepiękny widok przed nami, chłonąc go całą sobą. Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi, tworząc na niebie piękne kolory. Panująca cisza otulała nas niczym ciepły kocyk.
- Masz ochotę na szampana? - chwyta mnie za rękę i dopiero teraz dostrzegam pięknie zastawiony stół. Pali się mnóstwo świec, małych i dużych, oraz uroczych kuleczek w różnych kolorach, tworząc niesamowicie romantyczny nastrój. Wokół jest również mnóstwo kwiatów, co w połączeniu z zachodem słońca, świecami wprowadza mnie w niesamowity nastrój. Nie ukrywam, cholernie się postarał czym mi zaimponował.

- Oczywiście - uśmiecham się, podchodzimy do stołu, a Justin jak dżentelmen odsuwa dla mnie krzesło. 
- Wspaniale, bo mamy co świętować - och! Wlepiam w niego wzrok i przyglądam się, jak nalewa do wysokich kieliszków bursztynowy płyn, a następnie wrzuca po truskawce. Kiedy stukamy się kieliszkami i upijamy po łyczku, nagle znikąd zjawia się dwóch mężczyzn, a po ich ubiorze wnioskuję, iż to kelnerzy! Wow - Zjemy kolację, kochanie. Na ciąg dalszy będziesz musiała chwilę poczekać - całuje wierzch mojej dłoni, puszcza mi oczko i uśmiecha się szeroko. Boże, ależ ja kocham tego pięknego mężczyznę!

Po kolacji, która swoją drogą była przepyszna, przenosimy się na białą kanapę, nad którą stoi urocza altanka z tiulowym baldachimem. Jestem pod wrażeniem dzisiejszego wieczoru, który jest wspaniały! Ostatni miesiąc był spokojny. Po wydarzeniach z moim porwaniem, utratą dziecka, potrzebowaliśmy trochę czasu, odrobinę oddechu. Wspólnie dodawaliśmy sobie siły, dużo rozmawialiśmy i pod wpływem własnego cierpienia opowiedziałam Justinowi o moim smutnym dzieciństwie. Słuchał uważnie, ściskał moją dłoń i co rusz się denerwował. Uspokajałam go i zapewniałam, że to już przeszłość, a moją przyszłością jest on. Zmienił wszystko, kompletnie rozwalając moje życie i składając je na nowo. Czułam, że tak powinno być, że ja powinnam taka być. Wejście do Seven było swojego rodzaju ucieczką, zapomnieniem od tego, z czym próbowałam się zmierzyć. Byłam wdzięczna Justinowi, że odkopał moje prawdziwe "ja", które podobało
mu się równie mocno, jak moja nieco bardziej buntownicza i pyskata strona.
- Pamiętasz - zaczyna cicho, odrywam wzrok od niesamowitego widoku z dachu i skupiam uwagę na jego pięknych oczach - Po wydarzeniach sprzed miesiąca, kiedy wyszłaś ze szpitala powiedziałaś coś, co było prawdą. Dlatego chciałbym to zmienić - próbuję zrozumieć, o czym on mówi, jednak nie mam bladego pojęcia! Ja naprawdę dużo mówię - Tak więc - odstawia kieliszki na stolik, stawia mnie na nogach i sięga do kieszeni czarnej marynarki - Zamknij oczy - rozkazuje, a ja natychmiast wykonuję jego polecenie. Nie słyszę nic niepokojącego, na dodatek wciąż czuję przed sobą jego ciało - Okej, otwórz - uchylam powieki, schylam głowę i przykładam dłoń do ust. Jasna cholera, co on wyprawia?! - Przypominasz sobie, co wtedy powiedziałaś? - kręcę przecząco głową. Jestem zbyt zszokowana, aby w ogóle myśleć! - Powiem ci. Wyznałaś, że nigdy nie oświadczyłem ci się naprawdę, a szopka była wyłącznie dla mojej matki. Miałaś całkowitą rację, dlatego dzisiejsze oświadczyny są jak najbardziej na poważnie, rybko - gapię się na niego z rozdziawionymi ustami, zapewne nie wyglądając zbyt atrakcyjnie, ale nie wierzę, że to robi. Co innego bawić się w narzeczeństwo, co innego naprawdę nim być! Jestem na to gotowa? Przecież znamy się zaledwie trzy miesiące! - Wiesz, że cię kocham i żadna siła tego nie zmieni, wpadłem po uszy. Dlatego pragnę, abyś została moją żoną - i bum! Wypowiada te jakże ważne słowa, a serce podskakuje mi do gardła. W dodatku otwiera czarne, małe pudełeczko, a przed moimi oczami pojawia się piękny pierścionek. Zupełnie inny od tego, który wcisnął mi na palec tuż pod drzwiami domu jego matki, ten podoba mi się o wiele bardziej. Jest mniejszy, co niezmiernie mnie cieszy, a maleńkie brylanciki połyskują na wszystkie strony, odbijając od siebie światło padające ze świec i lampek - Powiedz coś, zaczynam się stresować.
- J-ja... - jąkam się jak idiotka, ze świstem wypuszczam powietrze i staram się coś z siebie wydukać.
- Wiedz, że nie przyjmę odmowy - no tak, kto jest zaskoczony ręka w górę - Wiem, co do mnie czujesz, a ty wiesz, co ja czuję do ciebie. Nie myśl teraz o ślubie, dobrze? Nie będę na ciebie naciskał, Vivienne.
- Obiecujesz? - żwawo przytakuje głową, patrzę w jego oczekujące spojrzenie i modlę się w duchu, abym nie żałowała swojej decyzji - Więc tak, zostanę twoją żoną, Jay. Pewnego dnia - wystawiam palec na znak groźby, uśmiecha się szeroko i podnosi, po czym wsuwa na mój palec piękny pierścionek. Pasuje idealnie!
- Moja - odrzuca pudełeczko, ujmuje moją głowę w dłonie i miażdży nasze usta w czułym pocałunku. 


Budzę się przed Justinem, który jeszcze smacznie śpi. Wkładam na siebie dresowe spodenki, białą koszulkę i człapię na dół. Przeciągam się, ziewam, a kiedy docieram do kuchni, zastaję w niej Nathana oraz Savage'a, którzy siedzą przed laptopem i coś intensywnie oglądają. Przyzwyczaiłam się do ich częstego widoku, jak i tego, że bywają w tym domu. Polubiłam ich, a Savage nawet wybaczył mi kopnięcie w jaja.
- No proszę, kogo mu tu mamy - Nathan puszcza mi oczko i włącza ekspres - Wstała Pani tego domu.
- Ochujałeś? - przewracam oczami, wyjmuję kubek z szafki i stawiam pod dyszą ekspresu - Jarałeś coś?
- Skąd! Dochodzi dopiero dziesiąta, Vi. Nigdy nie zaczynam tak wcześnie - szczerzy się szeroko i chcąc nie chcąc jego dobry humor udziela się i mnie - Jesteś nie tylko Panią tego domu, ale i serca Justina.
- Proszę, odstaw to, co bierzesz, dobrze? Albo bierz pół, ponieważ to cholerstwo wyżera ci mózg.
- No patrz, Savage! Mówisz, jak jest, a ona jeszcze jedzie po mnie jak po burej suce! Ranisz mnie, Vi.
- Jak tak dalej pójdzie, chyba zabiorę cię do lekarza - uśmiecham się, pienię mleko i włączam podwójną porcję. Kiedy tylko młynek zaczyna mielić ziarenka, po kuchni rozchodzi się piękny zapach kawy.
- Nic mi nie jest, zapewniam. Ale to bardzo miłe z twojej strony, że tak bardzo się o mnie martwisz.
- No wiesz, szkoda by cię było. Jesteś jeszcze młody, masz tylko dwadzieścia trzy lata. Pożyj jeszcze.
- Dla ciebie wszystko - dumnie wypina pierś, a Savage wybucha śmiechem. Naszą wesołą rozmowę przerywa dźwięk mojego telefonu, który zawiadamia mnie o przyjściu nowego e-maila. Biorę go z blatu wyspy kuchennej, wchodzę w pocztę, a widok adresu prawie ścina mnie z nóg - Hej, co jest?
- Co się stało, Vivi? To coś złego? Mam obudzić Jay'a? - Savage zrywa się z miejsca i podchodzi do mnie.
- Nie! - podnoszę głos, szybko się ogarniam i odkładam telefon - Ja po prostu... dostałam się na studia.
- To świetna wiadomość! Gratulacje, maluchu! - Nathan czochra moje włosy i lekko szturcha w ramię.
- No proszę, będziemy mieć w rodzinie studentkę. Czyż to nie wspaniale? Jay będzie z ciebie dumny.
- Co się dzieje?! - do kuchni wpada zziajany Justin, a w dłoni trzyma broń. Kurwa mać! - Krzyczałaś.

- Hej, nic się nie stało. Spokojnie - podchodzę do niego, owijam dłonie wokół jego pasa i całuję w brodę - No już, uspokój się - głaszczę go po plecach, dyszy ciężko i nie spuszcza ze mnie wzroku. Rany! Naprawdę jest przewrażliwiony - Jedynie podniosłam głos, ponieważ coś mnie zaskoczyło. Przepraszam, skarbie.
- Nie masz za co, rybko - rzuca broń Nathanowi, dociska mnie do siebie i całuje w głowę. Czuję, jak szybko i gwałtownie bije jego serce - Co tak bardzo cię zaskoczyło, hmm? Prawie dostałem przez ciebie zawału.

- Nie waż się - mrużę oczy, uśmiecha się i cmoka czubek mojego nosa - Dostałam się na studia, Jay.
- Naprawdę? - pyta z niedowierzaniem, a kiedy ta wiadomość wreszcie do niego dociera, unosi mnie i okręca dookoła, aż kręci mi się w głowie - Kurwa, ale się cieszę! Jestem z ciebie taki dumny! - spoglądam na Savage'a, który unosi brew i posyła mi spojrzenie typu; "a nie mówiłem?" i prycha pod nosem.
- Tak, ja też się cieszę, kochanie - wsuwam palce w jego włosy, wtulam się w nie i zamykam oczy.


Siedzę na tarasie, piję kawę i rozmawiam z chłopakami. Josh włączył mnie na tryb głośnomówiący i wszyscy z dziecięcym podekscytowaniem słuchają o dzisiejszym e-mailu. Słyszę od nich to samo, co od Justina, że są ze mnie dumni. Nie rozumiem tego, ponieważ ja tylko dostałam się na studia, nawet ich nie zaczęłam! Mogą być dumni, jeśli jakimś cudem dobrnę do końca. Chyba dopiero teraz odczuwam strach. Cholera. Będę musiała na nowo muszę wdrożyć się w tryb studentki, chodzić na zajęcia i wkuwać. Bosko!
- Hej, mam coś dla ciebie - obok mnie pojawia się Jay, którzy rozkłada mnie na łopatki przepięknym uśmiechem - Proszę - otwiera dłoń, na której leżą trzy klucze przywiązane czerwoną kokardką - Do mojego domu. Zamieszkaj ze mną - kurwa! Uczucie osaczenia wręcz ściska mnie za gardło, odcinając powietrze.
- Justin, zaledwie wczoraj mi się oświadczyłeś, tak? Kocham cię skarbie, ale strasznie szybko działasz.
- Naprawdę? Przecież praktycznie cały czas ze mną mieszkasz. Kiedy ostatnio nocowałaś u chłopców? - marszczę brwi, próbując przypomnieć sobie ten moment. Cholera, to było wieku temu, kiedy spałam we własnym łóżku - No właśnie! Mieszkasz ze mną, a teraz proszę cię o to oficjalnie. Błagam wręcz - wzdycha ciężko, przysuwa się bliżej i układa głowę na moich kolanach. Głaszczę go po włosach, patrzę w jego oczy i doskonale wiem, że się złamię. Wcale nie chcę być z dala od niego, a i tak ma całkowitą rację. To jedynie potwierdzenie tego, co i tak dzieje się od kilku miesięcy - Pragnę, abyś była obok mnie przez cały czas.
- No dobrze - uśmiecham się, odbieram klucze i ściskam w dłoni - Musisz dać mi jeden pokój do nauki.
- Och, rybko. Dam ci nawet pięć - podrywa się z miejsca, chwyta mnie za ręce i przytula tak mocno, aż brakuje mi tlenu! - Życie jest tak kurewsko pięknie - szepcze mi na ucho, odchyla się i całuje namiętnie. Wdziera język w moje usta, pieści go, przygryza, ssie, a ciepło szybko spływa między moje nogi. Cholera! To niesamowite, że potrafi rozpalić mnie w jedną sekundę! Moje ciało poddaje mu się całkowicie - Muszę porwać cię na górę, nie wytrzymam - unosi mnie, owijam nogi wokół jego bioder i zsuwam usta na jego szczękę. Skubię ją zębami, dmucham na nią i robię mu małą malinkę. Urocza! - Zapłacisz za to - wchodzi do pokoju, stawia mnie na nogach i jednym ruchem pozbywa się mojej sukienki. Zostaję jedynie w białym komplecie, który niedawno mi podarował. Oczywiście więcej odkrywa niż zakrywa, to jego styl - Mmm, bardzo podoba mi się ten widok - wbija zęby w wargę, obserwuje mnie niczym zwierze gotowe do skoku i zsuwa z siebie t-shirt, a za nim krótkie spodenki. Jest bez bielizny, a jego męskość pręży się gotowa do działania. Oblizuję usta, klękam przed nim i chowam go do ust - Jeeezu - jęczy przeciągle, układa dłoń na mojej głowie chcąc wcisnąć się jeszcze głębiej. Pozwalam mu na to, zgadzam się, aby przejął kontrolę  ponieważ wiem, jak bardzo to kocha - Mam ogromną ochotę dojść w twoich ustach, rybko, ale nie dzisiaj - pozwala sobie jeszcze na dwa, mocne pchnięcia i wysuwa się ostrożnie. Jego oddech szaleje, brzuch unosi się i opada gwałtownie, a spojrzenie wwierca się we mnie intensywnie - Podejdź do ściany - rozkazuje pewnie, schylam głowę i posłusznie opieram dłonie na pomalowanej na szary kolor ścianie. Słyszę go gdzieś za sobą, wraca do mnie i chwyta moje dłonie, związując je na moich plecach. Lubił, kiedy nie miałam możliwości ruchu, ale ufałam mu i nie odczuwałam strachu. Po wydarzeniach, których autorem był Dave przez pewien czas skrepowanie napawało mnie czystym przerażeniem. Wiele nocy budziłam się z krzykiem, zlana potem, całkowicie roztrzaskana. Gdyby nie Justin, nie byłabym w stanie poradzić sobie z tym sama. Wspomnienia były zbyt bolesne - Jesteś taka piękna, kotku - uśmiecham się na ostatnie słowo. Rzadko tak do mnie mówił, przeważnie byłam jego rybką - Co mam z tobą zrobić, hmm? Chcę usłyszeć, jak to mówisz.
- Nie powiem, staruszku. Zapomnij - uśmiecham się pod nosem, a moje słowa działają na niego niemal  natychmiast. Czuję mocne uderzenie w pupę, a pisk przecina ciszę. Rany! Ależ on ma uderzenie!
- Od tego zaczniemy. Ostatnio znowu jesteś niegrzeczną dziewczynką, co? - sunie nosem po moim karku, lizę go językiem, a przez moje ciało niczym huragan przelatuje ten dobrze znajomy dreszcz podniecenia. Wiem, że tak łatwo mi nie odpuści, znam go! Wręcz uwielbia się nade mną znęcać.




Jay POV:
Wieczorem zostawiam Vivi pod opieką Nathana, a sam jadę odebrać dostawę. Upierała się, że pojedzie ze mną, ale nie zgodziłem się. Zawsze coś może pójść nie tak, a ja nie miałem zamiaru aż tak ryzykować. Wszystko zajebiście się układało i nie chciałem, aby cokolwiek się spieprzyło. Przed wyjazdem odbyłem poważną rozmowę i przekazałem dokładne instrukcje Savage'owi, który tylko przewrócił oczami. Cóż,
życie czasami różnie się układa, a ja chciałem, aby Vivi była bezpieczna. W razie czego miał się nią zaopiekować, przekazać jej mój dom oraz wszystkie pieniądze. Patrzył na mnie jakbym przyleciał z kosmosu, z dwoma głowami i fiutem na czole. Widziałem w jego oczach ogromne zaskoczenie i jeszcze coś, czego nie mogłem rozpoznać. Savage pracuje ze mną od sześciu lat i nigdy wcześniej nie widział mnie w takim stanie, a ja całkowicie przepadłem. To pierwszy raz, kiedy straciłem głowę dla kobiety, w dodatku o wiele młodszej, zwariowanej i uwielbiającej mi się stawiać. Nic na to nie poradzę, wzięło mnie na maksa i za nic w świecie z niej nie zrezygnuję. Powoli, krok po kroku realizowałem swój założony wcześniej plan. Była moja ciałem, duszą i sercem. Przyjęła oświadczyny, zgodziła się ze mną zamieszkać, a na ślub przyjdzie odpowiednia pora. Broni się, jednak dopnę swojego i wcisnę jej na palec obrączkę, znak tego, że do końca życia należeć będzie tylko do mnie. Dam jej trochę czasu, nieco wolności, ale nie za dużo, i pozwolę cieszyć się młodością, studiami. Niech wyszaleje się teraz, a nie wtedy, kiedy będzie związana ze mną przysięgą. Nie jestem pewny, jak zniósłbym chociażby wzrok innego frajera na ciele, które jest moje. Lepiej nie kusić losu. Dawno nikogo nie zabiłem, to się mogło bardzo szybko zmienić.


Parkuję przed dobrze znanym sklepem muzycznym, wchodzę do środka i witam się z Frankiem. Jak zawsze dostawa na mnie czeka, płacę odliczoną kwotę i ściskam mu dłoń. Szybko, sprawnie i bez problemów. To lubię. Nie mam czasu na owijanie w bawełnę, a zaledwie przecznicę dalej znajduje się komisariat policji. Nie ukrywam, Frank chyba lubi życie na krawędzi, ja bym aż tak bardzo nie zaryzykował. 

Dostarczam towar do Dragona. Przy okazji zerkam w papiery, na których są dokładne obliczenia. Nie ukrywam, towar rozchodzi się jak świeże bułki, a zera na koncie w zastraszającym tempie idą w górę. Przybywa nam klientów, Dragon wręcz nie wyrabia, jednak zapewnia, że nie potrzebuje nikogo do pomocy. To lepiej. Zawęziłem krąg zaufanych do minimum, im więcej osób kręci się wokół tym gorzej. Nie mam zamiaru użerać się z kimś, kto sprawia problemy. Eliminuje się słabe ogniwo, na szczęście dobrałem sobie świetny zespół. Dragon był lojalnym przyjacielem, ufałem mu i ceniłem za to, że odwala kawał dobrej roboty. Dzięki niemu każdy rozpoznawał, że towar jest od nas. Zmieniliśmy nieco koncepcję, a nasze pigułki wyróżniał kolor. Jedna połowa była biała, druga czarna. Dzięki temu ludzie wiedzieli gdzie przyjść, aby dostać czystą kokę zmieszaną ze złotym dodatkiem, który pozwalał odlecieć.
 

Przekraczam próg domu pięć minut po północy. Zsuwam z ramion skórzaną kurtkę, odkładam broń i zamykam wszystkie zamki, włączając dodatkowo alarm. W salonie cicho gra telewizor, Vi leży na ogromnej kanapie opatulona kocem, aż ledwo ją widać. Uśmiecham się na ten widok, podchodzę bliżej i przyglądam się jej twarzy. Śpi sobie smacznie, lekko rozchyliła usta, a włosy opadają jej na czoło. Muszę przyznać, że jest przepiękna i taka słodka. Wcześniej nie zwracałem uwagi na szczegóły, przy Vivi szybko się to zmieniło. Uwielbiałem jej mały nosek, kilka ledwie widocznych piegów na policzkach i te wesołe, tańczące wyzwaniem iskierki w jej ciemnych oczach. Była moim ideałem kobiety. Ześwirowałem na jej punkcie.
- O, wróciłeś - w salonie pojawia się Nathan, który ziewa przeciągle i drapie się po brzuchu - Zasnęła niedawno, film ją znudził. Skoro jesteś, wracam do siebie. Padam na pysk i marzę o łóżku. Do jutra.
- Jasne, dzięki - odprowadzam go do tylnego wyjścia, zabezpieczam drzwi i wracam do Vi, która przekręciła się na bok. Kątem oka spoglądam na pierścionek, który zdobi jej palec, a głupi uśmiech sam wkrada się na moje usta. Poprzedni oddała mi tuż po tym, jak Zayn wypaplał o naszym nieaktualnym planie. Położyła go na płytkach i po prostu uciekła, a potem było tylko gorzej. Na szczęście zła karta się odwróciła, a ja bujałem w obłokach - Rybko - szepczę cicho, przysiadam obok i ogarniam jej włosy. Porusza ramionami, oblizuje usta, jednak nie budzi się. Biorę ją więc na ręce, zanoszę na górę i układam w naszym łóżku. Po kolei zdejmuję z niej spodnie, bluzkę i moją bluzę. Zauważyłem, że wręcz uwielbia moje bluzy! Wciąż mi je podkrada, mała bestia! - Hop - wsuwam na nią swój t-shirt, odkrywam kołdrą i całuję w czoło. Szybko schodzę na dół, aby pogasić światła, a kiedy robię to w kuchni, rozlega się dźwięk przychodzącej wiadomości. Podchodzę do blatu wyspy kuchennej, wciskam guzik, a wyświetlacz w telefonie Vi rozbudza się do życia. Wpisuję kod zabezpieczający i chociaż nie powinienem tego robić, jednak robię. Nieznany numer budzi mój niepokój i czytam szeptem treść sms-a - "Witaj, Vivienne. Wiem, że nie powinnam do ciebie pisać, ale tak trudno mi wytrzymać! Mam tylko ciebie. Poznałam kogoś, rozumiesz to?! Ma na imię Rory i jest posiadaczem najpiękniejszych, błękitnych oczu jakie kiedykolwiek widziałam. A to wszystko dzięki tobie, wiesz? Pomogłaś mi, a ja już zawsze będę ci za to wdzięczna. Mam szansę na nowe, szczęśliwe życie, to takie piękne! Dziękuję ci, jesteś niesamowita! Chciałabym być tak odważna i silna jak ty, kto wie? Może pewnego dnia będzie mi to dane. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa, Vivi, zasługujesz na to. Kath" - kończę czytać, gapię się w telefon, który po chwili gaśnie, a moje ciało oblewa zimny pot. Jestem zszokowany, furia przelewa mi się w żyłach próbując znaleźć ujście i wreszcie pozwalam wyleźć jej na powierzchnię. Z całej siły rzucam telefon, który uderza w ścianę rozbryzgując się na kawałki. Nie wierzę w to, że Vivienne pomogła uciec Katherinie. Kurwa mać!
 










środa, 6 czerwca 2018

Rozdział trzydziesty trzeci


Jay POV:

Dochodzi pierwsza w nocy, siedzę w salonie i piję trzecie piwo. Nie mogę zasnąć, a w moim ciele roznosi się dziwny niepokój. Nienawidzę tego uczucia, kiedy Vivi nie ma obok mnie. Nie mam wtedy pewności, czy
z nią wszystko w porządku, czy jest cała i zdrowa. Nie próbowałem jej dzisiaj zatrzymać, bo wiem, że skończyłoby się to ogromną awanturą. Rozumiem, że potrzebuje babskiego towarzystwa, jednak dopiero uciekła śmierci z rąk przez tego popaprańca, w dodatku straciliśmy dziecko. Powinna być tutaj ze mną, oprzeć głowę na moim ramieniu i poczuć moją miłość oraz troskę. Martwiłem się o nią, coś nie grało mi w jej zachowaniu i obawiałem się, że słowa Bangera zaczynają się sprawdzać. Naprawdę mimo cierpienia, które rozsadza ją od środka, ma zamiar udawać, uśmiechać się i zachowywać, jak gdyby nigdy nic się nie stało? Tak nie można, po prostu kurwa nie i już! Jeśli cierpi, niech to pokaże, wyrzuci z siebie, a ja będę cierpiał razem z nią. Boli mnie, że małymi krokami odsuwa się ode mnie, jakby za wszelką cenę próbowała wyprzeć to, co się stało. Muszę ją tutaj sprowadzić, choćbym miał zamknąć ją na trzy spusty! 


Przed drugą nie mogę wytrzymać i próbuję się do niej dodzwonić. Robię to raz za razem, niestety nie odbiera, a mój niepokój wybija skalę. Nie potrafię się uspokoić, mam złe przeczucia i boję się o nią.
- Co jest, stary? Dlaczego nie śpisz? - do salonu wchodzi Savage, który na mój widok marszczy brwi.
- Nie mogę. Vivi miała dzisiaj babski wieczór z przyjaciółką, ale nie odbiera ode mnie telefonów.
- Nie wpadłeś na to, że może po prostu śpi? - co? Gapię się na niego zdezorientowany, ale nawet mi to nie przeszło przez myśl. Cholera! - Jest druga w nocy, to chyba całkiem normalna pora na sen, prawda?
- Masz rację - wzdycham ciężko, przecieram twarz rękami i próbuję się uspokoić - Wariuję przez nią.
- Właśnie widzę - prycha rozbawiony i uderza mnie w ramię - Idź spać, Vivi na pewno zrobiła to samo.
- A może dowiem się od Bangera, gdzie mieszka jego siostra i pojadę się upewnić, czy wszystko okej?
- Hola, hola! Nie popadaj w paranoję, dobra? Daj jej trochę luzu, Jay. Dziewczyny nie znoszą kontroli.
- To nie jest kontrola, Savage. Raczej coś na kształt uspokojenia mojego biednego, szalejącego serca.
- Rób, jak uważasz. Jeśli masz zamiar świrować i zejść na zawał, może faktycznie jedź i sprawdź to.
- Zejście na zawał w tym wieku nie jest na liście moich priorytetów - podnoszę tyłek z kanapy, już mam opuszczać salon, jednak zatrzymuje mnie dzwonek mojego telefonu. Wyjmuję go z kieszeni bluzy, a na widok dzwoniącego Quebo przewracam oczami - Co tam, ziomek? Towar schodzi jak świeże bułeczki?
- Jay! - wydziera się, aż muszę odchylić telefon od ucha - Zbieraj dupę do Nonsens! Natychmiast!
- Co znowu, huh? Miałeś jedynie sprzedać towar dzieciakom, naprawdę muszę tam jechać? Po co?
- Po swoją dziewczynę! - po tych słowach blednę. Moje niespokojne serce żywcem chce wyrwać moją pierś, a dłonie się pocą. Kurwa! Czułem to! Czułem, że coś jest nie tak! - Znalazłem ją na korytarzu, coś wzięła. Nie wiem co to, ale kurwa ledwo żyje! Ma dziwne drgawki i jest blada jak ściana! Pośpiesz się!
- Już jadę, pilnuj jej - kończę połączenie, ale moje nogi tak się trzęsą, że ledwo mogę na nich ustać!
- Justin? Co się dzieje? - Savage podchodzi do mnie, a widok mojej twarzy chyba go szokuje - Mów!
- Jedziemy do Nonses, Vivi się naćpała. Kurwa!! - krzyczę, ile mam sił w płucach, chwytam pierwszą z brzegu rzecz i rzucam o ścianę. Wazon z kolorowymi tulipanami, które dzisiaj przywiozła moja gosposia, roztrzaskuje się z hukiem, a szkło rozbryzguje się na wszystkie strony. Niech to szlag!


Do klubu docieram łamiąc wszystkie przepisy. Z piskiem opon hamuję przed wejściem, wbijam do środka i rozglądam się po sali. Quebo wspomniał, że mam go szukać w korytarzu, a że klub jest nowy, nie mam pojęcia gdzie to kurwa jest! Zaczepiam więc pierwszego z brzegu chłopaka, który szybko udziela mi instrukcji. Skręcamy w prawo, popycham ciężkie drzwi i docieram na ów korytarz. Podbiegam do mojego człowieka, który pochyla się nad Vi, a jej widok prawie ścina mnie z nóg. Trzęsie się niekontrolowanie, jest cała spocona, a wzrok rozbiegany. Jest źle, a ja nie dowierzam, że zachowała się tak nieodpowiedzialnie!
- Muszę zabrać ją do szpitala - tylko tyle jestem w stanie z siebie wydukać, biorę ją na ręce, opuszczam klub i wsiadam na tylne siedzenie. Savage rusza z piskiem opon, a ja ze strachem schylam głowę i odgarniam włosy z jej twarzy - Boże, coś ty zrobiła, Vivienne - szepczę cicho, zaciskam usta, a moje serce pęka na milion kawałków. Nie chcę myśleć, że być może w ten sposób chciała odebrać sobie życie.


Scenariusz się powtarza. Siedziałem w tym samym miejscu, kiedy przywiozłem Vi po spotkaniu z drzewem. Jeśli wtedy się o nią bałem, teraz wręcz umieram! Próbuję zachować spokój, podryguję nogą i zaciskam szczękę, aby nie wybuchnąć i nie wydrzeć się na całe gardło przynosząc sobie tym ulgę. Pociesza mnie jedynie myśl, że Vivienne jest w dobrych rękach, a mój wuj zrobi wszystko, żeby postawić ją na nogi.
- Będzie dobrze, stary - Savage próbuje mnie pocieszyć, jednak nawet jego głos brzmi dziwnie obco.
- Czułem, że coś jest nie tak. Byłem niespokojny, jakbym przeczuwał, że dzieje jej się jakaś krzywda.
- Nie mogłeś przewidzieć tego, że coś weźmie. Daj spokój, Jay. Vivienne jest dorosła, wie, co robi.
- Poważnie? To jeszcze dziecko, ma zaledwie dwadzieścia lat. Poza tym kurwa jest ledwo po tragicznych przejściach, poroniła, a teraz coś takiego? Ja pierdolę, to jakiś obłęd. A jeśli ona chciała się zabić?
- Zwariowałeś? Na pewno nic takiego nie przyszło jej do głowy, wyluzuj. Nie zrobiłaby ci tego, tak?
- A bo ja wiem? Cierpi, ale za cholerę nie chce tego pokazać i przeżyć bólu razem ze mną. Odsuwa się, odgradza ode mnie murem, jakbym nic dla niej nie znaczył. Przeżywam jej porwanie równie mocno jak ona, chociaż to ją ten zjeb torturował. Straciłem przez niego dziecko! - podnoszę głos, zrywam się na nogi i szarpię za włosy. Jeśli wyjdzie z tego cało, a musi wyjść, nie spuszczę z niej oka nawet na chwilę. Choćby miała mi za to wydrapać oczy. Pieprzę to! - Kurwa, co to był za chłam? Skąd to w ogóle miała?
- Naprawdę o to pytasz? Jakby nie patrzeć, robi dokładnie to samo co ty. To nic trudnego zdobyć dragi.
- Justin - naszą rozmowę przerywa wujek, który stoi w drzwiach sali - Pozwól ze mną - kiwa głową, przechodzimy do jego gabinetu, a mój strach się potęguje - Zrobiliśmy jej płukanie żołądka, będzie dobrze. Spokojnie - ja, pierdolę! Dzięki Bogu! - Będziemy podawać jej specjalne kroplówki na odtrucie organizmu. Nie wiem, co to było, ale zrobiło spięcie w jej organizmie. Czy Vivienne przyjmuje inne leki?
- Inne leki? Cholera, nie mam pojęcia! Może w szpitalu jej coś podali? Trafiła do niego po porwaniu - wujek gwałtownie podnosi głowę, a jego mina wyraża niedowierzanie - To nie jest rozmowa na teraz, opowiem ci o tym przy innej okazji. Vivi również poroniła - zapada cisza, a wujek jest blady jak ściana!
- Mój Boże, była w ciąży? - marszczy brwi, niepewnie przytakuje głową, a wuj wstaje i podchodzi do okna. W naszej rodzinie wieść o ciąży jest najwspanialszą nowiną pod słońcem. Mimo tego, czym zajmują się moi wujkowie, brat, kuzyni, rodzina jest dla nich na pierwszym miejscu. Nawet najgorszy mafiozo kocha swoje dzieci. Może i zasady są pojebane, jednak rodzina to świętość - Tak bardzo mi przykro, Justin. Koniecznie musisz mi opowiedzieć, jak do tego doszło. Czy ten, kto porwał twoją narzeczoną za to zapłacił?
- Tak, Vivienne go zabiła, aby móc uciec. To długa historia, ale jest po wszystkim. Co z nią będzie?
- Miała sporo szczęścia. Od zażycia narkotyku do przyjazdu do mnie nie minęło dużo czasu. Gdyby było inaczej, nie mielibyśmy co ratować - skóra mi cierpnie na jego słowa, wręcz ciężko zakodować mi to, co mówi. Nie dowierzam, że Vivienne zrobiła coś takiego! Dlaczego, do cholery?! - Poradzimy sobie z tym, obiecuję. Zostanie tutaj przez kilka dni, aby mogła dojść do siebie. Oby to była dla niej nauczka.
- Na pewno będzie, niestety nie dopilnowałem jej. Sporo przeszła, a ja pozwoliłem wyjść jej do przyjaciółki. Skoro mój człowiek znalazł ją w klubie, to pewne, że perfidnie mnie okłamała. Szlag!
- Zachowaj spokój, dobrze? Wiem, że to może być trudne, jednak ona nie może się denerwować. Sam powiedziałeś, że sporo przeszła i to mogło być jej odreagowanie ostatnich wydarzeń. Wiele ludzi ucieka w alkohol, środki nasenne, narkotyki, aby nie myśleć o tym, co musieli przejść - sens tych słów rani mnie jak nic innego. Wuj ma rację, Vi próbowała zapomnieć poprzeć alkohol i narkotyki, zamiast być ze mną. Próbuję zablokować to podłe uczucie odtrącenia, które chce mnie dobić i biorę się w garść - Idź do niej. Kiedy wychodziłem nie spała, jest przygnębiona i zmarnowana. Daj jej wsparcie, potrzebuje tego.
- Dzięki, wujku - ściskam jego dłoń, opuszczam gabinet i wracam na korytarz, na którym wciąż siedzi Savage - Wracaj do domu, stary. Zostanę z nią - kiwa głową, zbiera tyłek do wyjścia, a ja oddycham kilka razy i niepewnie otwieram drzwi. Vivi leży na łóżku, okryta kołdrą po samą szyję, z przekręconą w stronę okna głową. Po cichutku podchodzę do niej i siadam na krzesełku. Kiedy niechcący szuram nim, aby przysunąć się bliżej, otwiera oczy, a nasze spojrzenia się spotykają. Sam nie wiem, co widzę w jej oczach. Strach, bezradność, ból, czy zwątpienie? Na pewno jej widok łamie moje serce na kawałki - Hej, rybko.
- Hej - charczy niczym robot, przełyka ślinę i krzywi się - Czekam na jakąś super pouczającą gadkę.
- Nie będzie żadnej super pouczającej gadki - marszczy brwi, jakby nie dowierzała - Nie mam zamiaru prawić ci kazań, stało się i już - wzruszam ramionami, biorę jej szczupłą dłoń i przykładam do swoich ust, aby złożyć na wierzchu pocałunek - Boli mnie jedynie to, że okłamałaś mnie, poszłaś do klubu i chlałaś.
- Gdybym powiedziała ci prawdę, nigdy w życiu nie wypuściłbyś mnie z domu. Dlatego skłamałam.
- Opłaciło się? - patrzę na nią z rezygnacją, zaciska usta i odwraca wzrok - Nie masz pojęcia, co czułem, kiedy Quebo zadzwonił do mnie i wykrzyczał, że leżysz w korytarzu klubu, blada jak ściana, trzęsąca się niczym tężejąca galaretka. Kocham cię, Vivienne, i za nic w świecie nie chcę cię kurwa stracić - zamyka oczy, a po jej policzkach płyną łzy. Przysiadam na brzegu łóżka, wsuwam dłonie pod jej plecy i przytulam do siebie. Jest taka szczupła, bezwładna, aż mam wrażenie, że przeleci mi przez palce - Ciii, nie płacz, rybko. Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Tylko nie wywijaj mi takich numerów, bo roztrzaskujesz mi serce, wiesz? - pociąga nosem, przytakuje głową i niepewnie układa dłonie na moich plecach. Tak dobrze mieć ją blisko siebie! - Nie odsuwaj się ode mnie, błagam cię. Wiem, że cierpisz więc pozwól mi cierpieć razem z tobą. Mamy siebie, kochamy się i przetrwamy ten trudny czas, zobaczysz. Zaopiekuję się tobą.
- Dziękuję - szepcze ledwo słyszalnie - I przepraszam. Za kłamstwo i za to, że wzięłam to cholerstwo.
- Wiesz, że ci wybaczę, ponieważ bardzo cię kocham - odchylam jej głowę, patrzy na mnie cała zapłakana, zrezygnowana i smutna. Mimo tego i tak jest najpiękniejszą kobietą na świecie - Będziesz grzeczna?
- Będę - ocieram jej łzy i wreszcie zaszczyca mnie lekkim, zmęczonym uśmiechem - Nie mów Dantemu.
- C-co? - jąkam się jak debil, ale bardzo mnie tym zaskoczyła - Jak to mam mu nie mówić? Dlaczego?
- Bo będzie rozczarowany moim zachowaniem. Znalazł mnie pod mostem w najgorszej części Chicago, zaćpaną - kurwa mać! Jestem zszokowany tym, co mówi - Robiłam to przez pół roku, dopóki przypadkiem nie przejeżdżał tamtędy. Kazał mi przysiąc, że nigdy więcej się nie naćpam. Zawiodłam go, Justin.
- Nie zawiodłaś, nie myśl tak. Dante cię kocha, na pewno ci wybaczy. To był pierwszy raz od tego czasu?
- Tak, oprócz wypalenia kilku jointów, o których wiedział. Nie chciałam tego zrobić, ale Tinny to mi...
- Ciii - kręcę głową, aby nic więcej nie mówiła i ponownie przytulam ją do siebie - Teraz to nie jest istotne. Najważniejsze, że jesteś cała i zdrowa, rybko. Potwornie się o ciebie bałem, boże! Umierałem ze strachu.
- Przepraszam - wybucha nową falą płaczu, drży w moich ramionach, jednak pozwalam jej wylać z siebie cały żal - T-tak bardzo cię kocham, w-wiesz? - jąka się, zaciska w palcach moją kurtkę i wtula we mnie niczym rzep - Jesteś najlepszym, co przytrafiło mi się w życiu - jasna cholera, sam mam ochotę wyć.
- Och, Vivi - odchylam się, aby pocałunkiem zgnieść jej słone od łez usta. Żyje, jest bezpieczna.


Vivienne zostaje na obserwacji przez dziesięć dni. Prosiła, abym nie mówił o tym Dantemu, a skoro jest moją narzeczoną, wziąłem sobie jej słowa do serca. Napisałem mu wiadomość, że zabieram ją za miasto na kilka dni, aby odpoczęła, zapomniała, nabrała wigoru. Przez cały czas miała z nim kontakt, wypisywała, jak świetne wybrałem miejsce i wciskała mu kit, w który wierzył. Nie czułem się z tym dobrze, Vi tym bardziej jednak tak bardzo nie chciała go rozczarować, że wybrała kłamstwo. Widziałem po wyrazie jej twarzy, jak bardzo było jej z tym źle, ale chyba nieco ją rozumiałem. Kiedy byłem młody, również za nic w świecie nie chciałem rozczarować ojca. Uwielbiałem, kiedy patrzył na mnie z dumą, chwalił i mówił do swoich ludzi, jak wspaniałego ma syna. Każdy mnie szanował, mimo iż miałem zaledwie osiemnaście lat. Miałem świetlaną przyszłość, a i tak wszystko posypało się, jak domek z kart. Tak czy siak, rozczarowałem ojca, odszedłem z domu i przyniosłem mu wstyd. Gdybym miał możliwość podjąć decyzję jeszcze raz, wybrałbym dokładnie tak samo. Niczego nie żałuję, mam zajebiste życie, z którego jestem zadowolony. Nie czuję na sobie presji, mam zaufaną grupę ludzi, którzy są lojalni i odwalają kawał dobrej roboty. Mafia działa na innych zasadach. Jeśli się w to wchodzi, wychodzi się dopiero po śmierci. Nie chciałem rządzić ludźmi swojego ojca, nie chciałem wydawać im rozkazów i toczyć co rusz nowych wojen. Wolałem swoje wygodne życie, handlowanie dobrym towarem i spokój. Chyba ten spokój doceniałem najbardziej.

Wuj Roger chciał ze mną porozmawiać, jednak poprosiłem go, abyśmy ów rozmowę przełożyli na inny czas. Nie odstępowałem Vivienne na krok, a przywracanie bolesnych wspomnień również nie było dla mnie niczym przyjemnym. Niestety wujek wygadał się matce, która wydzwaniała do mnie niemal codziennie! Wariowałem przez nią, przez jej biadolenie, troskę. Doceniałem to, naprawdę, ale przechodziła samą siebie. Oświadczyła nawet, że odwiedzi Vivi w szpitalu, ale kategorycznie jej tego zabroniłem. Zapewniłem ją, że jak tylko moja narzeczona opuści szpital, odwiedzimy ją. Nieco wyluzowała, chociaż stwierdziła naburmuszona, że odsuwam się od niej i izoluję. Bzdura! Kochałem ją, jednak Vi potrzebowała spokoju i odpoczynku. Na poważne rozmowy z pewnością przyjdzie jeszcze odpowiedni czas.





***
Kiedy przekraczamy próg mojego domu, Vivienne okręca się dookoła. Ten czas spędzony w szpitalu dobrze jej zrobił, doszła do siebie, a po tej zmarnowanej, smutnej dziewczynie nie było nawet śladu. Wuj zaproponował wizytę psychologa, a ja podświadomie czułem, że Vi nigdy się na to nie zgodzi. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy przystała na to bez żadnych sprzeciwów. Po prostu rozmawiała z doktor Penelope, którą polecił wuj, a te rozmowy przynosiły niesamowite efekty. Otworzyła się, opowiadała dosłownie wszystko, co ją dręczyło i widziałem na własne oczy, że naprawdę odczuła ulgę. Na szczęście doktor Penelope obracała się w kręgach mafii, więc Vi bez przeszkód opowiedziała o porwaniu, jak i poronieniu. Nie sądziłem, że obca osoba może przekazać jej, jak i mnie, taki ogrom wsparcia. Na koniec stwierdziła, że oboje jesteśmy wspaniałymi ludźmi, którzy dobrali się idealnie. No cóż, nie śmiałem się z nią kłócić.
- Umieram z głodu! - Vi posyła mi uroczy uśmiech, oplata dłonie wokół mojego pasa i patrzy na mnie z dołu. To niesamowicie słodkie, kiedy ma na nogach trampki i jest taka malutka - Co cię bawi, huh?
- Ty - podsuwam dłonie pod jej pupę, unoszę ją, a ona owija nogi wokół mnie - Jesteś strasznie niska.
- Niska, powiadasz - zarzuca dłonie na moją szyję i wydyma usta - Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
- Świetnie, rybko! Uwielbiam cię taką, jaka jesteś - pocieram nosem o jej i cmokam te kuszące usteczka - A teraz czas coś zjeść, gosposia zostawiła dla nas pyszne jedzonko i spory zapas - poruszam brwiami, a Vi gwiżdże z uznaniem - Zjemy, a potem możemy zajrzeć do chłopców. Chcesz? Pewnie się stęskniłaś.
- Bardzo! - klaszcze w dłonie, wskakuje na krzesełko, a jej telefon informuje o przyjściu wiadomości. Wyjmuje go z torebki, zakłada kosmyk włosów za ucho i czyta, marszcząc brwi - To od Tinny - niepewnie unosi głowę i patrzy na mnie z miną zbitego psa - Przeczytać? - przytakuję głową, wyjmuję talerze i nakładam porcję kurczaka, ziemniaków i sosu - Hej, Vi. Nie odezwałaś się przez dziesięć, pieprzonych dni, a ja umieram z niepokoju! Byłam u chłopaków, ale mój brat powiedział, że wyjechałaś z Justinem. Proszę, daj mi znać, że u ciebie wszystko dobrze. Nie mam pojęcia, co wydarzyło się po zażyciu tego gówna. Urwał mi się film, a tobie? Jakim cudem się rozdzieliłyśmy?" - kończy czytać, odkłada telefon i chowa twarz w dłoniach. Robi mi się jej żal, bo naprawdę to przeżyła - Nic nie pamiętam.
- Kochanie, nie zadręczaj się tym - wkładam talerze do kuchenki, włączam odpowiednią temperaturę do pogrzania i podchodzę do niej, okręcając ją na krzesełku w moją stronę - Było, minęło. Jesteś cała i zdrowa, czas zapomnieć i pójść do przodu, tak? - biorę jej głowę w dłonie, głaszczę policzki kciukami czym wywołuję na jej ustach lekki uśmiech - Wszystko będzie dobrze, obiecuję ci to. Pod warunkiem, że nigdy więcej nie będziesz odsuwać mnie od siebie i ukrywać prawdziwych uczuć. Obiecasz mi to?
- Obiecam, Jay - wtula się w moje dłonie, zamyka oczy, a ja chłonę widok jej pięknej, uroczej buźki. To niewiarygodne ile wydarzyło się przez cholerne, dwa miesiące! - Zjedzmy już i zabierz mnie do łóżka.
- Do łóżka, tak? - szepczę zmysłowo, Vi gwałtownie uchyla powieki i wbija zęby w wargę. Nie kochaliśmy się wieczność, jednak nie mam zamiaru na nią naciskać - Niech nie chodzą ci po głowie brudne myśli.
- Odezwał się ten, który ma jedynie czyste - prycha rozbawiona, wsuwa palce za szlufki moich jeansów i przyciąga mnie do siebie bliżej - Miałam na myśli sen, zboczeńcu, ale chyba zmieniłam zdanie.
- Nie chcę psuć nastroju, ale muszę zapytać. Czy po poronieniu możemy w się w ogóle kochać, rybko?
- Mhm - mruczy cicho, przysuwa się i sunie nosem po mojej szyi - Twój wujek to bardzo dobry lekarz, jak i wpływowy człowiek. Przed wyjściem zbadał mnie ginekolog, zrobił również usg. Jest w porządku, Jay. Wszystko oczyściło się samo, nie krwawię już - wzdycham ciężko, a ta myśl nadal kurewsko mnie boli.
- Zawsze będę przy tobie, Vivi. Nigdy nie pozwolę, aby ktokolwiek ponownie zrobił ci krzywdę.
- Wierzę, staruszku - uśmiecha się szeroko, a ja doskonale wiem, że powiedziała to z premedytacją! 

- Powinienem sprać ci za to tyłek, ale przełożę to na inny dzień. Nie myśl, że ominie cię lanie, skarbie.
- Już się boję - przewraca oczami, zarzuca dłonie na moją szyję i całuje mnie namiętnie. Moja.


Po posiłku i dwugodzinnej drzemce, Vi jest wypoczęta i prosi, żebyśmy odwiedzili chłopców. Oczywiście spełniam jej prośbę bez gadania i kilka minut po czternastej parkuję przed magazynem Seven.
- Rybko - zaczynam niepewnie, chrząkam, a Vi wlepia we mnie te piękne oczy - Bo wiesz, wujek wygadał się matce, że leżysz w szpitalu i wciąż mnie dręczy, że musi się z tobą zobaczyć. Odwiedzimy ją?

- Chętnie - uśmiecha się, wysiada z samochodu i chwyta moją dłoń. Poszło sprawniej, niż myślałem! - Dlaczego mam dziwne wrażenie, że bałeś się mnie o to zapytać? Przecież lubię twoją mamę, Justin.
- Cieszę się. Po prostu wiem, że czasami bywa przytłaczająca. Nie chciałem, aby cię zbytnio męczyła.
- Nic mi nie jest, dam radę - mruga okiem, otwieram drzwi, a naszym oczom ukazuje się cała szóstka, i ku mojemu zaskoczeniu, Zayn. Byłem pewny, że po naszym nieudanym planie odsunie się od Seven. Swoją drogą ani ja, ani Zayn, ani a tym bardziej Vivienne nie wyjawiła Seven tego, co wspólnie planowaliśmy. Nie bardzo to rozumiałem, ale czułem, że nie chce zburzyć mojej relacji z chłopakami - Hej, wam! - Vi krzyczy radośnie, Dante zrywa się z miejsca i miażdży ją w niedźwiedzim uścisku - Tęskniłam wa wami.
- My też, dziecinko - odchyla się, odgarnia kosmyk jej włosów i uważnie przygląda się jej twarzy. Jakby szukał na niej odpowiedzi na własne, dręczące go pytania - Cholera, wyglądasz przepięknie - zgadzam się. Wygląda obłędnie w krótkiej, luźnej, błękitnej sukience i uroczych, białych sandałkach z kamyczkami, które wspólnie kupiliśmy kilka tygodni temu. Na szczęście Vi miała w moim domu sporo ciuchów. Oczywiście miałem zamiar to zmienić i dokupić praktycznie wszystko - Kwitniesz, co bardzo mnie cieszy.
- Mnie również. Ten wyjazd naprawdę dobrze mi zrobił - zaciska usta, niepewnie na mnie spogląda i chrząka. Wiem, o czym sobie myśli, jednak skoro tak postanowiła, musi się tego trzymać do końca - Odpoczęłam, naładowałam akumulatory i spędziłam ten czas z Justinem. Bardzo się o mnie troszczył.
- Prawidłowo. Jesteś szczęśliwa, tylko to się liczy - mruga okiem i pstryka palcem w czubek jej nosa.


O siedemnastej docieramy do mojej matki. Kiedy tylko widzi Vivienne wręcz rzuca się na nią, przytula i pocieszająco głaszcze jej plecy. Czuję się trochę niezręcznie, bo od ostatniej wizyty wydarzyło się naprawdę sporo. Nie jestem pewny, czy mam siłę na to, aby ponownie o wszystkim opowiadać.

- Wyglądasz przepięknie, kochanie - mama uśmiecha się szeroko, ogląda ją z góry na dół i wreszcie zaszczyca mnie spojrzeniem - Mam nadzieję, że uszczęśliwiasz Vivienne i opiekujesz się nią, syneczku.
- Robi to, zapewniam - Vi odpowiada za mnie, a ja zaciskam usta, aby nie wyszczerzyć się jak zakochany kundel. Kocham ją jak szaleniec! - Jest wspaniałym mężczyzną, który nie odstępuje mnie nawet na krok.
- I tak właśnie powinno być. Więc jednak dobrze go wychowałam - mruga okiem, podchodzi do mnie i przytula do siebie - Dbaj o nią - szepcze mi na ucho i ciągnie nas do ogrodu, gdzie czeka kawa i szarlotka.

W tamtym momencie wierzyłem, że wszystko, co złe już za nami i musiało być już tylko lepiej. Niestety życie kopie w dupę w najmniej oczekiwanym momencie i chociaż jedno zło odchodzi, nagle nie wiadomo skąd, przychodzi drugie. Całkowicie obezwładniając, zwalając z nóg, zaskakując. A takiego obrotu sprawy nie spodziewałbym się nigdy w życiu. Jaka szkoda, że nikt mnie na to nie przygotował...