sobota, 30 czerwca 2018

Rozdział trzydziesty siódmy


Vi POV:

Zakładam na tyłek niebieskie jeansy, na górę wkładam krótki, szary crop top, a na nogi szpilki w kolorze nude. Roztrzepuję włosy palcami, aby swobodnie opadły, a usta pociągam czerwoną szminką. Gotowe. Przyglądam się sobie w lustrze, odwracam i oglądam tyłek. No, no! Muszę przyznać, że te spodnie są niesamowite! Opłacało się wydać na nie całkiem sporo, są tego warte, a moja dupa wygląda obłędnie.
- Jesteś gotowa? Powinniśmy już jechać - do pokoju wchodzi Jay. Poprawia mankiet czarnej koszuli, skupia na nim całą uwagę, uroczo marszcząc brwi. Aż muszę przełknąć ślinę na jego widok. Jasna cholera, ależ z niego ciacho! Ubrany cały na czarno wygląda jak milion dolców - Vivi? - unosi głowę, zamiera i zatrzymuje się w połowie kroku - Wow, cóż za piękność. Masz zamiar w wyjść w tej bluzce? Odsłania twój brzuch!
- Oczywiście, że mam zamiar wyjść w tej bluzce. A czy z moim brzuchem jest coś nie tak, kochanie?
- Nie, rybko, twój brzuch jest boski. Nie podoba mi się jednie fakt, że zobaczy go całkiem sporo osób.
- Och, nie marudź - przewracam oczami, podchodzę do niego i niewinnie cmokam w usta - Idziemy?
- Jesteś niegrzeczną dziewczynką, wiesz? Nie słuchasz mnie - mruży oczy, układa dłonie na moim tyłku, a zębami przegryza skórę na moje szyi. Czuję ten znajomy, przyjemny prąd który przelatuje przez moje ciało niczym tornado - Najchętniej zostałbym w domu i nie opuszczał łóżka. Mam na ciebie ochotę.
- Widzę! Niestety musisz obejść się smakiem, Jay. Mój przyjaciel obchodzi dzisiaj urodziny, musimy tam być. Może wynagrodzę ci to później, o ile będę w stanie - mrugam okiem, chwytam torebkę i wychodzimy.

Kiedy tylko wchodzimy do Seven, moją twarz rozświetla ogromny uśmiech. Główne pomieszczenie zastawione jest długim stołem z przekąskami, z sufitu zwisają balony, a pod oknem stoi DJ, który puszcza fajne kawałki. Całość dopełniają strzelające na każdą stronę światła. Wow! Chłopcy się postarali.
- Hej, solenizancie! - krzyczę wesoło, podbiegam do Josha i rzucam się w jego ramiona. Okręca mnie dookoła, aż wiruje mi w głowie i całuje soczyście w policzek - Wszystkiego najlepszego, wróbelku. Kocham cię, zawsze będziesz w moim sercu i proszę, nigdy o tym nie zapominaj, dobrze? Jesteś moim bratem.
- Och, maleńka - wzrusza się, wtula głowę w zagłębienie mojej szyi i wręcz miażdży mi kości. Nie odsuwam się, jednak dobrze mi w jego ramionach - Ja ciebie też kocham, zawsze możesz do mnie przyjść, a ja ci pomogę. Tylko nie nazywaj mnie bratem, okej? Spaliśmy ze sobą, to dziwnie brzmi - patrzy na mnie, zaciskając usta, nie możemy dłużej wytrzymać i wreszcie wybuchamy śmiechem - Stęskniłem się, wiesz?
- Och, ja bardziej. To dla ciebie - wręczam mu kwadratowe pudełeczko z ogromną, czerwoną kokardą.
- Wszystkiego najlepszego, stary - Jay ściska jego dłoń i klepie po plecach - Oby spodobał ci się prezent.

- Jeśli ona go wybierała - kiwa na mnie głową i mruga okiem - Na pewno tak będzie - rozdziera papier, rozwiązuje kokardkę, a kiedy tylko dostrzega logo na wieczku, unosi brew i posyła mi chytry uśmieszek - No, no. Ktoś się postarał, co? - otwiera pudełeczko, a jego oczom ukazuje się najnowszy model zegarka. Gwiżdże z uznaniem, wyjmuje go i natychmiast zakłada na nadgarstek - Wygląda zajebiście, prawda?
- Się wie! Nie kupiłabym byle czego dla mojego najlepszego przyjaciela. Cieszę się, że ci się podoba.
- Dziękuję wam, jest piękny - ponownie mnie obejmuje i całuje w czubek głowy - Nigdy go nie zdejmę.
- Hej - przekręcam głowę na dźwięk dziewczęco głosu. Obok Josha staje blondynka, którą widzę po raz pierwszy - Ty jesteś Vivienne, tak? Josh wiele mi o tobie opowiadał, jestem Mila - ach, jego dziewczyna!
- Tak, to ja. Miło cię poznać - uśmiecham się, ściskam jej dłoń i podziwiam tę drobną, słodką buźkę. Muszę przyznać, że bardzo pasuje do mojego przyjaciela. Jest szczupła, urocza i nieco zawstydzona. Fajnie, że znalazł sobie odpowiednią dziewczynę - To Justin, mój narzeczony - Jay również ściska jej drobną dłoń, a następnie obejmuje mnie w talii i przyciąga do siebie - To niesamowite, że nie poznałyśmy się wcześniej.
- Wiesz, jak było - Josh wzdycha ciężko i niepewnie spogląda na Milę - Kiedy chciałem was poznać, nagle wydarzyło się coś nieoczekiwanego, a potem były ważniejsze sprawy. Na przykład twoje zdrowie.
- Nie mów tak, jakby twoje nie było ważne, Josh, bo było! Oberwałeś bardziej niż ja, Dave nieźle cię załatwił, a siniaki długo schodziły z twojego ciała - złoszczę się. Dlaczego do cholery nie bierze pod uwagę własnego stanu, w którym się znajdował? - Na szczęście mamy to już za sobą, już o tym zapomniałam.
- I bardzo dobrze, czas pójść do przodu - Josh mruga okiem i szturcha mnie w ramię - To kiedy wasz ślub?
- Josh! - burczę oburzona i posyłam mu mordercze spojrzenie - Nie tak prędko, trochę sobie poczekasz.
- Och, nie bądź taka pewna, rybko - do rozmowy włącza się Jay, ściska moje biodro i mruga zadziornie do mojego przyjaciela - Myślę, że jeszcze w tym roku Vivienne zostanie moją żoną. Szykuj garnitur, stary.
- Chyba ponosi cię wyobraźnia, kochanie - posyłam mu złośliwy uśmieszek, jednak on nic sobie z tego nie robi. Odgarnia kosmyk moich włosów, sunie opuszką palca po policzku, a jego wzrok przepełnia miłość. O rany! - Nie patrz tak na mnie, dobra? - Josh wybucha śmiechem, ciągnie za sobą Milę i zostajemy sami.
- Lubię tak na ciebie patrzeć, kwiatuszku - oblizuje usta, pochyla się i całuje mnie czule, powoli.




Jay POV:
Impreza rozkręca się na dobre. Dochodzi druga trzydzieści, a Vi nie ma jeszcze dość. Wlewa w siebie alkohol, tańczy, śpiewa, świruje. Siedzę obok Dantego i podziwiam tę piękną kobietę, która należy tylko do mnie. Muszę przyznać, że widok jej szerokiego uśmiechu i świetnego humoru sprawia mi radość. Jeszcze niedawno była cieniem samej siebie, a ja bałem się, że sytuacja z Dave'em coś w niej zmieni. Najbardziej obawiałem się tego, że Vi nigdy nie będzie taka sama, wydarzenia przygniotą ją swoją siłą i sprawią, że zmieni się w kogoś innego. Na szczęście mój strach i obawy się nie spełniły, a ona pozostała sobą. Tą zwariowaną, niesamowitą dziewczyną, na której punkcie zwariowałem. Była dla mnie najważniejsza.
- Nigdy wcześniej nie widziałem, aby ktoś patrzył na Vi tak, jak ty na nią patrzysz - głos Dantego wyrywa mnie z gapiostwa, przekręcam głowę i patrzę mu w oczy - To niesamowite, że cię pokochała. Wciąż powtarzała, że nigdy tego nie zrobi, bo miłość nie jest dla niej. Bolały mnie te słowa, bo Vi dużo przeszła.
- Wiem, pewnego wieczoru opowiedziała mi o swoim dzieciństwie. Nie martw się, zaopiekuję się nią.
- Wierzę, Jay. Ufam ci, widzę, jak bardzo ją zmieniłeś. Trzymaj ją od tego syfu jak najdalej, okej?
- Masz to jak w banku. Nie pozwolę jej się w tym babrać. Za miesiąc idzie na studia, skupi się na nich.
- I dobrze. Jest za młoda, żeby spieprzyć sobie przyszłość. Nie powinienem był się zgadzać na Seven.
- Daj spokój, Dante. Nie ma sensu teraz tego rozpamiętywać, stary. To był jej wybór, tak zdecydowała.
- Poważnie? Miała zaledwie szesnaście lat, Justin, była dzieckiem. Mogłem się po prostu nie zgodzić.
- Och, jakbyś jej nie znał. Na pewno znalazłaby inny sposób, żeby do was dołączyć. To w końcu Vi, tak?
- Tsa, święta racja. Jak się na coś uprze to nie ma przebacz. Ale taką ją kocham, jest moją dziecinką.

- Weź, bo zaraz zrobię się zazdrosny i skopię ci dupę - Dante wybucha śmiechem, dolewa mi whisky do szklaneczki i stuka w nią - Za Vivienne. Aby zawsze była uśmiechnięta i szczęśliwa. No i żeby wreszcie za mnie wyszła - poruszam brwiami, Dante szturcha mnie w ramię i wypijamy całość na raz.

Budzi mnie pukanie do drzwi. Leniwie otwieram oczy, rozbudzam się i spoglądam na śpiącą, wtuloną we mnie Vi. Uśmiech sam pojawia się na moich ustach, wygląda tak pięknie i spokojnie. Moja księżniczka.
- Jay! - przewracam oczami, ostrożnie uwalniam się z jej uścisku i uchylam drzwi - Ktoś przyszedł do Vivi.
- Co? - marszczę brwi, drapię się po brzuchu i ziewam - Niby kurwa kto? Liczę, że go przeszukałeś?
- To ona. Mówi, że jest jej siostrą - o cholera! Przekręcam głowę, wpatruję się w moją narzeczoną i myślę, jak jej to powiedzieć. Z tego co wiem, nie kontaktowała się z rodziną od sześciu lat - Obudź ją.
- Daj nam chwilę - Savage odchodzi, a ja wracam do łóżka. Odgarniam jej włosy, całuję po czole, nosku, powiekach i budzę. Mruczy jak kotek, próbując przekręcić się na drugą stronę - Rybko, pobudka.
- Jezu, Jay. Dlaczego nie dasz mi jeszcze pospać, co? Przecież wróciliśmy nad ranem, miej litość, dobrze?
- Chętnie, jednak ktoś do ciebie przyszedł - gwałtownie uchyla powieki i wlepia we mnie te ciemne, piękne oczy - To twoja siostra - rozdziawia usta, zrywa się na równe nogi i wyskakuje z łóżka jak poparzona.
- Ellie? - pyta szeptem, przeczesuje włosy, a jej ruchy są dość nerwowe - Nie widziałam jej od sześciu lat. Boże - biegnie do łazienki, w tym czasie wkładam na tyłek dresowe spodnie i biały t-shirt. Kiedy wychodzi ma na sobie bieliznę, a z szafy wyjmuje jeansowe spodenki i błękitną koszulę, którą wsuwa za pasek.
- Kochanie, uspokój się - podchodzę do niej, układam dłonie na ramionach i ściskam - Spójrz na mnie - rozkazuję surowo, jednak mam wrażenie, że zaraz wybuchnie ze stresu. Niepewnie unosi głowę, a nasze oczy się spotykają - Wdech i wydech, już - zamyka oczy, oddycha głęboko i odrobinę się rozluźnia - Będzie dobrze, kochanie. Jestem przy tobie - obejmuję ją i prowadzę na dół. Kiedy tylko docieramy do salonu, nieznajoma mi dziewczyna zrywa się z kanapy. Muszę przyznać, że ani trochę nie jest podoba do Vivienne. Jest niższa, szczupła i ma niemal białe włosy. Wow! - Witaj. Jestem Justin, narzeczony Vivi.
- H-hej, jestem Ellie, jej siostra - ściska moją dłoń, przenosi wzrok na uczepioną mojego ramienia Vivienne, a na jej ustach pojawia się lekki uśmiech - Dobrze cię widzieć, siostrzyczko. Pięknie wyglądasz.
- Ty również - odrywa się ode mnie i przytula do siostry. Nie widziały się tyle lat, nie kontaktowały i poniekąd jestem zaskoczony obecnością Ellie w moim domu - Skąd wiedziałaś gdzie mnie szukać?
- Naprawdę mnie o to pytasz? - Ellie przewraca oczami i dopiero teraz dostrzegam podobieństwo. Wygląda tak samo jak Vi, kiedy to robi - Plotki się roznoszą, doskonale wiem, czym się zajmujesz - karci ją spojrzeniem, Vi odsuwa się i zaczepnie unosi brew - Dotarłam do twoich przyjaciół, oni zaś skierowali mnie tutaj. Nie wiedziałam, że masz narzeczonego - zerka na mnie, natychmiast się zawstydzając. Urocza.
- To długa i skomplikowana historia - chwyta mnie za rękę i posyła ten pełnen miłości uśmiech.

- Cieszę się, że jesteś szczęśliwa. Mama prosiła, żebym cię od niej ucałowała - na wzmiankę o matce Vi cała się spina - Bardzo chciałaby cię zobaczyć, tęskni za tobą. Tak samo, jak ja. Spotkaj się z nią, proszę.
- Zastanowię się na tym. Wiesz, że nasze stosunki były bardzo napięte. Teraz pewnie będzie gorzej.
- Mylisz się, mama jest inną osobą - a to ciekawe! Vi opowiadała mi o niej, niestety nie było to nic przyjemnego - Właściwie przyszłam powiedzieć ci, że ojciec zmarł - nogi uginają się pod ciężarem jej ciała, chwytam ją w ostatniej chwili i sadzam na kanapie. Jest blada jak ściana! - Przyniosę ci wody.



Vi POV:
Gapię się w Justina, który krząta się po kuchni, nalewa wody do szklanki i wraca. Wypijam całość jednym haustem, a w mojej głowie szaleje tornado. Nie dowierzam w to, co powiedziała moja siostra. Kiedy ostatnio widziałam ojca, był schlany, ledwo kontaktował i miał w nosie cały świat. Leżał zalany w trupa z butelką wódki obok siebie. Przywykłam do tego widoku. Rzadko kiedy bywał trzeźwy.
- Zmarł tydzień temu. Miał marskość wątroby, alkohol przez tyle lat zrobił swoje. Chciałam odszukać cię wcześniej, ale ojciec mi zabronił. Stwierdził, że już nie jesteś członkiem naszej rodziny, ale myślę, że wcale tak nie uważał. Kochał nas, niestety przez alkohol tak bardzo się zmienił. To był dobry człowiek.
- Mówisz poważnie? - pytam z niedowierzaniem, odkładam szklankę na stolik i podchodzę do okna, owijając się ramionami - Ojciec był tyranem, Ellie. Bił matkę, my też wiele razy oberwałyśmy. Zburzył nasze dzieciństwo, przez alkohol nie otrzymałyśmy od niego grama miłości, jedynie awantury i krzyki. Naprawdę uważasz, że był dobrym człowiekiem? - odwracam się, wlepiam w nią wzrok, a ona schyla głowę.
- Już sama nie wiem, Vivi. Po prostu był naszym ojcem i nie chcę mówić o nim źle. On chciał się zmienić.
- Jakoś słabo mu to szło przez tyle lat. Ja nie mam zamiaru mówić o nim dobrze, przecież to przez niego uciekłam z domu. Miałam dość tego koszmaru, który fundował nam każdego dnia. Ty też miałaś dość.
- Owszem. Po twoim odejściu było jeszcze gorzej. Wpadł w szał, chciał cię szukać, a potem stwierdził, że od tamtej chwili nie jesteś już jego córką. Pokłóciłam się z nim, a on dał mi z twarz - zaciskam szczękę i żałuję, że nie żyje. Chętnie wyładowałabym na nim swoją złość - To już przeszłość, nie ma sensu do niej wracać. Przyjedziesz na pogrzeb? - cholera! Ja i pogrzeb? W dodatku ojca, którego nienawidziłam?
- Nie - odpowiadam pewnie, Justin patrzy na mnie wyczekująco, ale niech nie spodziewa się, że zmienię zdanie - Proszę, nie patrz tak na mnie, Jay. Wiem, że chcesz mnie zmienić, ale nie przekonasz mnie.
- To był twój ojciec, kochanie. Myślę, że powinnaś przez chwilę się nad tym zastanowić. Możesz żałować.
- Nie mam czego. Przeżyłam przez niego koszmar, sam słyszałeś, co powiedział. Przestał uważać mnie za swoje dziecko, na pewno nie chciałby, żebym przyszła na pogrzeb. Tak więc oszczędzę sobie tego.
- Przemyśl to, dobrze? Pogrzeb jest w poniedziałek. Masz na to cały weekend, Vivenne. A co z mamą?
- Za dużo rewelacji jak na jeden dzień, Ellie. Nie wiem! Cholera nic nie wiem. Daj mi trochę czasu.
- W porządku, zostawię ci swój numer. W razie czego zadzwoń - posyła mi lekki uśmiech, podchodzi i przytula do siebie. Tak dobrze mieć ją blisko siebie. W najgorszych chwilach trzymałyśmy się razem, wciśnięte w kąt pokoju, trzymające się za ręce. Po cichutku modliłyśmy się, aby krzyki ustały, a ojciec wreszcie zasnął. To był ciężki czas - Fajnie było cię zobaczyć, siostrzyczko. Może spotkamy się na plotki?
- Chętnie, Ellie. Chciałabym wiedzieć, czy u ciebie wszystko w porządku, co teraz porabiasz.
- A ja chętnie ci o tym opowiem. Umówimy się na konkretny dzień, teraz muszę wspierać mamę.
- Pozdrów ją ode mnie. Może pewnego dnia zbiorę w sobie siłę, aby stanąć z nią twarzą w twarz.


Po wyjściu Ellie jestem przygnębiona. Śmierć ojca była dla mnie szokiem, ponieważ wydawało mi się, że ten człowiek jest ze stali. Nigdy nie widziałam, aby ktoś wlał w sobie tyle alkoholu, co on i miał chęć na więcej. Co za ironia, że to właśnie on go pokonał. To, co tak kochał, wreszcie posłało go do piachu.
Czy było mi z tego powodu smutno? Trudno powiedzieć. Nie widziałam go od sześciu lat, nie myślałam o nim, ani nie zastanawiałam się, w jakim jest stanie. Po prostu szłam dalej, zapomniałam i cieszyłam się tym, co mam. Pojawienie się Ellie zburzyło mój odzyskany spokój, a na deser miałam pogrzeb oraz propozycję spotkania z mamą. Nie byłam gotowa na żadną z tych dwóch rzeczy i nie zamierzałam robić nic w ich kierunku. Rodzice nie próbowali mnie odnaleźć, a miałam zaledwie czternaście lat. Pogodzili się z tym, że odeszłam, nawet nie próbując mnie zatrzymać. Ojca już nie ma, a matka nagle sobie o mnie przypomniała. Chyba zapomniałam, jak wygląda jej twarz. Zapomniałam, jak to jest mieć mamę.
- Rybko? - Jay wyrywa mnie z moich myśli, unoszę głowę i patrzę w jego piękne, brązowe oczy - Dłubiesz widelcem w tej biednej jajecznicy i prawie nic nie tknęłaś. Dręczy cię wizyta siostry, mam rację?
- Mhm. Nie spodziewałam się jej tutaj, a minęło tyle lat. W dodatku śmierć ojca trochę mnie zaskoczyła.
- To nic dziwnego, daj sobie czas na przemyślenia. Tylko nie podejmuj pochopnych decyzji, dobrze?
- Masz na myśli pogrzeb? - przytakuje głową, a ja przewracam oczami - Na to mnie nie namówisz, nie pójdę tam. Nie wiesz, jak to jest, kiedy rodzice cię nie chcą, nie okazują ci miłości. Może i twoja rodzina to mafia, ale kochali cię, na pewno miałeś spokojne dzieciństwo. Nie musiałeś się bać, słuchać awantur.
- To prawda, moje dzieciństwo było wspaniałe. Jednak to twój ojciec, kochanie. Pożegnaj się z nim.
- Nie potrafię tego zrobić, nie przełamię się. Zobaczę tam swoją rodzinę, której nie widziałam sześć lat. Ciotki, wujków, kuzynki. Oni wiedzą, że uciekłam. Ciotka Barbara na pewno mnie przeklęła.
- Nie idziesz tam dla nich, idziesz tam dla samej siebie, Vivi. To twoje pożegnanie z ojcem, nie ich.
- Pomyślę nad tym - wymuszam uśmiech, ściskam jego dłoń i próbuję odgonić niechciane łzy.


W sobotę dzwoni Dorothy. Zaprasza nas na kawę i szarlotkę, Justin zgadza się bez wahania, nawet nie pytając mnie o zdanie. Jestem trochę zła, ponieważ znowu podejmuje za mnie decyzje, pozbawiając mnie możliwości zabrania głosu. Oczywiście złość rozchodzi się w moich żyłach niczym kwas, wyżerając wszystko, co spotka na swojej drodze i pojawia się chęć zrobienia mu na złość. Pokazania, że mogę sama o sobie decydować. Raz na zawsze powinien przyhamować te swoje chore, władcze zapędy.
- Okej, idę się przebrać i wziąć szybki prysznic. Ile potrzebujesz czasu na wyszykowanie się, kochanie?
- Zero - wzruszam ramionami, wpycham do ust garść orzeszków, a Savage zaciska usta ze śmiechu.
- Co to znaczy? - marszczy brwi, podchodzi i ujmuje moją twarz w dłonie - Nie chcesz ze mną pojechać?
- Nie. Nie chce mi sie, poza tym chętnie wybrałabym się na zakupy. Spodobała mi się pewna torebka.
- I musisz ją kupić akurat dzisiaj? - unosi brew i patrzy na mnie mówiąc bezgłośnie; "nawet o tym nie myśl".
- Tak, chciałam to zrobić już wcześniej, ale nie chciało mi się ruszyć dupy. To ta sama, co kupiłam Taylor.
- Zamówię ci ją z dostawą do domu, może być? Będziesz ją miała jeszcze dzisiaj, skoro tak jej pragniesz.
- Jesteś bardzo miły, kotku - uśmiecham się chytrze, cmokam go w usta i zeskakuję z krzesełka. Savage skupia uwagę na monitorze laptopa, ale widzę rozbawiony wyraz jego twarzy - Chętnie się przejadę.
- Dlaczego mam dziwne wrażenie, że chcesz zrobić mi na złość? - och, zajarzył - O co właściwie chodzi?
- Powinieneś to widzieć, jesteś bardzo inteligenty - przewracam oczami, otwieram lodówkę i nalewam soku do szklanki - Zrobiłeś coś, czego bardzo nie lubię, Jay. Nadal niczego się nie nauczyłeś, nie dobrze.
- Och, a więc wszystko jasne! Strzelasz fochem, ponieważ podjąłem za ciebie decyzję z wizytą u mamy?

- Bingo! - klaszczę w dłonie, do kuchni wchodzi Nathan i patrzy na nas zaskoczony - Wciąż to robisz, Jay.
- Daj spokój, rybko. Ile my mamy lat, huh? Pięć? Nie wydaje mi się, żebyś miała jakieś inne plany.
- Więc mogłeś mnie o nie łaskawie zapytać! - podnoszę głos, a moja cierpliwość wisi na włosku.
- Dobrze, przepraszam! - wyrzuca ręce w górę, głośno wypuszcza powietrze i mija mnie - Jak zawsze robisz wielkie halo z niczego, a chciałem jedynie miło spędzić z tobą czas, pokazać ci ogród w domu matki. Ale nie to nie, nie będę cię błagał - prycha wkurwiony i wychodzi z kuchni, w której zapada niezręczna cisza.
Nie mogę znieść spojrzeń Savage'a oraz Nathana, więc szybko się ewakuuję. Wychodzę do ogrodu, oddycham głęboko i schylam głowę. Nie chciałam, aby odebrał to w ten sposób i obrócił wszystko przeciwko mnie. Czuję się winna, a przecież nie zrobiłam nic złego. Powinien był zapytać mnie o zdanie, ponieważ tak się robi. Jak zwykle to ja wyszłam na niewdzięczną sukę, która robi problemy.



Jay POV:
Do mamy jadę sam. Nie mam ochoty na ponowne pokazy niezależności Vivienne. Nie przywykłem do tego, aby kogokolwiek pytać o zdanie, a ona wręcz tego ode mnie wymaga. Związek to nic prostego, o czym przekonuję się codziennie. Mam świadomość, że popełniam błędy i jeszcze sporo muszę się nauczyć, jednak ona wcale mi tego nie ułatwia. Co rusz rzuca mi kłody pod nogi, żeby mnie przeorać i pokazać, że nie mam nad nią żadnej władzy. A ja kocham władzę, nie tylko w biznesie. Moje kobiety, które pieprzyłem zawsze były na skinienie mojego palca, potulne niczym baranki, nigdy się nie wykłócały ani nie podnosiły głosu. I tak przeważnie był to jeden raz, jednak niektórym dawałem szanse kilkakrotnie. Jeśli były naprawdę dobre i wyjątkowo mi się spodobały, zapraszałem je do mojego biura częściej. Mimo to nigdy nie pozwoliłby sobie na żaden sprzeciw. Vi była ich przeciwieństwem, a pewnością siebie pokonałaby wszystkie kobiety, z którymi spałem. Czasami doprowadzała mnie do białej gorączki, ale nic nie mogłem zrobić. Kochałem ją za to, jaka była i ten cięty język niezmiernie mnie kręcił. Niestety nie dzisiaj.
- Och, a gdzie Vivienne? - mama wita mnie w progu, marszczy brwi i spogląda na mój samochód.
- Przyjechałem sam, wypadło jej coś ważnego - ściemniam, ponieważ nie chcę zrobić jej przykrości. Polubiła ją, a gdybym powiedział prawdę byłaby rozczarowana zachowaniem mojej narzeczonej.
- W porządku, wejdź. Musimy porozmawiać - ton jej głosu nieco mnie niepokoi. Mama rzadko bywa poważna, a jeśli już do tego dochodzi, powód nie jest błahy - Jak wiesz, po śmierci ojca to Thomas przejął jego interesy. Co nie zmienia faktu, że nie trzymam ręki na pulsie - siadam na fotelu, mama naprzeciwko mnie, a jej mina nie wróży nic dobrego - Dowiedziałam się czegoś, co zjeżyło mi włos na głowie, Justin - jasna cholera! Nieprzyjemny dreszcz przebiega mi po plecach i mam złe przeczucia - Nie mam bladego pojęcia, co zrobiła Vivienne... - ucina, a krew odpływa mi z twarzy. Vivi? To o nią chodzi? - Ale zadzwonił dzisiaj do mnie Joshua - szlag! Joshua Walker, szpieg zatrudniony wiele lat temu przez mojego ojca, człowiek od wielu zadań, od brudnej roboty. Zawsze tam, gdzie powinien być, w gotowości. Jeśli wymienia się jego nazwisko, sprawa wygląda nieciekawie. A to, że dotyczy mojej narzeczonej, odrobinę mnie przeraża - Powiedział, że na mieście krąży zlecenie. Jest anonimowe i ograniczone - uchylam usta, a serce podskakuje mi do gardła. Ostatnio, kiedy Joshua powiedział to samo, ojciec został zamordowany przed własnym domem - To znaczy, że na życie twojej narzeczonej zostało wydane zlecenie, synu. Ktoś chce ją zabić - chowam twarz w dłoniach, a ta wiadomość jest dla mnie niczym kubeł lodowatej wody. 
 








wtorek, 26 czerwca 2018

Rozdział trzydziesty szósty


Jay POV:

Atmosfera natychmiast gęstnieje. Czuję, jak Vivienne spina się i wbija palce w moje ramię. Domyślam się, że nie czuje się zbyt komfortowo stojąc przed siostrą kobiety, której pomogła zwiać, czego robić nie powinna. Nadal nie mogę w to uwierzyć, jednak jej wyskok za wszelką cenę musi pozostać tajemnicą. Nikt nie może o tym wiedzieć, inaczej w mojej rodzinie rozstąpią się wrota piekieł, a diabeł wylezie z samego jego dna. Henry był na nią cięty od samego początku. Bardzo nie podobało mu się jej nastawienie, niezależność, pewność siebie. Nie jest przyzwyczajony do tego, aby kobieta mówiła tak odważnie i w dodatku bez żadnych ograniczeń. Vi była wolna, mogła mówić to, na co tylko miała ochotę, a Henry musiał to zaakceptować. Niestety to uparty skurczybyk i zawsze robi to, co chce, resztę mając w dupie.
- Więc! Wieść, że ta kretynka uciekła i wystawiła Henry'ego rozeszła się niczym świeże bułeczki, co?
- Tak, wszyscy byliśmy bardzo zaskoczeni. Nie rozumiem, co ją do tego skłoniło. Mówiła ci coś może?
- Skąd! Jak wiesz, nigdy nie byłyśmy zbyt blisko. Jednak Henry powiedział mi kilka ciekawych rzeczy, które dotyczą twojej narzeczonej - bez skrępowania przesuwa kpiacym spojrzeniem po mojej kobiecie. Nie podoba mi się to, jak na nią patrzy. Jakby była lepsza - Jest na nią wściekły, ponieważ powiedziała o kilka słów za dużo i być może moja siostra chciała spróbować być równie samodzielna jak ona. Naiwna, Kath.
- Jeśli możesz, nie mów tak, jakby mnie tutaj nie było - Vi nie wytrzymuje, a jej ton tnie powietrze.
- Och, przemówiła! - Anja chichocze beztrosko, upijając łyk szampana - Ponoć niezłe z ciebie ziółko.
- To nie jest odpowiedni moment na taką rozmowę - wcinam się, zanim Vi wpadnie w szał i zdecyduje się wydrapać Anji oczy. Jest do tego zdolna - Taylor ma urodziny, świętujmy, a nie mówmy o czymś, co jest zamkniętym tematem - obejmuję moją narzeczoną, zmuszając ją do ruchu. Robi to bardzo niechętnie.
- Zamknięty temat? Chyba tylko ty tak myślisz - zatrzymuję się w połowie kroku, odwracam i posyłam jej zdziwione spojrzenie. Co jest kurwa?! - Henry szuka Katheriny i wątpię, żeby kiedykolwiek dał sobie spokój. Wiesz, odszuka ją chociażby po to, żeby strzelić jej w łeb za nieposłuszeństwo - obojętnie wzrusza ramionami, jakby nie mówiła o siostrze, puszcza mi oczko i odchodzi, kręcąc przy tym biodrami.
- Rany! Ta dziewczyna jest tak samo pierdolnięta jak twój wujaszek, kochanie. Mafia to porąbani ludzie.

- Nigdy nie mów tego na głos, rybko - mrużę oczy, patrzę na nią, jednak musi wiedzieć, że ten temat nie jest odpowiedni do żartów - Zachowuj się grzecznie, dobrze? Zapewne poznasz większość mojej rodziny, która, jak wiesz, to mafia - przewraca oczami, chwyta mnie za rękę i wreszcie docieramy do Taylor.
- Kochana, pięknie wyglądasz! - Vi tuli ją do siebie, składa życzenia i wymienia bez końca! Życzy jej zdrowia, szczęścia, spełnienia marzeń, planów, a ja wyłączam się i czekam, aż skończy ten monolog.
- Bracie! - Thomas wali mnie dłonią w plecy, aż się krzywię - Jak dobrze cię widzieć! Cieszę się, że tu przyjechaliście. Vivienne - rozchyla ramiona, moja narzeczona przytula się do niego i całuje w policzek - Pięknie wyglądasz, jak zawsze - cmoka ustami, a ja przewracam oczami - Więc! Kiedy wasz ślub?
- Uspokój się, stary! Jeśli ustalimy datę, na pewno się o tym dowiedz. Będziesz musiał trochę poczekać.
- Och, dlaczego? Przecież mówiłeś, że chcesz się ożenić, prawda? Po co czekać? Trzeba działać, bracie!
- Zadziałam, spokojna twoja głowa. To Vivienne musi być gotowa, więc dam jej odrobinę więcej czasu.
- Ach! Zapomniałem, jak odbywają się małżeństwa z miłości - Vi marszczy brwi i patrzy na niego zaskoczona - Ja nie miałem nic do gadania, ojciec postawił na mojej drodze Taylor i chcąc nie chcąc, musiałem się ożenić. Miałem szczęście, że trafiłem na wspaniałą kobietę - patrzy na nią z czułością i przyciąga do siebie, składając na jej czerwonych ustach pocałunek - A niebawem urodzi mi dziecko.
- C-co? - jąkam się, prawie dławiąc własną śliną. Jasna cholera! Dlaczego czuję ten dziwny skurcz w brzuchu na wzmiankę o dziecku? Natychmiast przypominam sobie o własnym, które nie miało wielkich szans. Niech cię szlag, Dave! - To znaczy, wspaniale! Zaskoczyłeś mnie. Który to miesiąc? Nic nie widać.
- Początek - Taylor zakłada kosmyk włosów za ucho i zawstydza się uroczo - Zaledwie ósmy tydzień.
- Wspaniała wiadomość, gratulacje dla was - Vi tuli ją ponownie, ale dostrzegam, że jest spięta.
- Słyszałam o waszym dziecku - mówi cicho, Vi schyla głowę i chwyta moją dłoń - Bardzo mi przykro.
- Mnie również, Jay - Thomas klepie mnie po plecach i ściska ramię - Cieszę się, że ten skurwiel nie żyje.
- Gdyby Vi go nie zabiła, sam wpakowałbym w niego cały magazynek. Nawet teraz mam na to ochotę.
- Justin - spogląda na mnie smutno, kręcąc głową, jakby chciała powiedzieć mi, że to już przeszłość.
- Jestem pewny, że będziecie mieli dziecko, Justin. Przyjdzie taki dzień, a tak się stanie. Musisz wierzyć.
- Wierzę - uśmiecham się i naprawdę chcę wierzyć, że jeszcze dane nam będzie zostać rodzicami. 


Impreza rozkręca się na całego. Bawimy się świetnie, Vivi ma wspaniały humor, wywija na parkiecie i tańczy z połową mojej rodziny. Kiedy przedstawiałem ją wujkom, ciociom, kuzynom, kuzynkom i znajomym, byli nią oczarowani. Wcale im się nie dziwiłem, bo sam byłem pod wpływem jej uroku. Kiedy tylko chciała, potrafiła zrobić niesamowite wrażenie i dzisiaj jej się to udało. Grzeczna, uśmiechnięta, pięknie wyglądająca i stojąca u mojego boku, zachowywała się jak prawdziwa kobieta mafii, którą oczywiście nie była. Przez chwilę zastanawiam się, jakby wyglądał nasz związek, gdybym jednak przejął interesy ojca. Widziałem na własne oczy, jak wygląda takie życie i nie jestem pewny, czy Vi kiedykolwiek by się z nim pogodziła. Nie wyobrażam sobie jej potulnej jak baranek, niezabierającej głosu wtedy, kiedy nikt jej o to nie prosi, akceptującej wszystko, co powiem. Musiałaby być na każde skinienie mojego palca, a tego nie widzę tym bardziej. Oczywiście niektórzy członkowie są bardziej uczuciowi, inni mniej. Nigdy nie pokazują swojej słabszej strony w towarzystwie, aby nikt nie uznał ich za miękkich w stosunku do swojej kobiety. Na czułości przychodził czas jedynie za zamkniętymi drzwiami, kiedy nikt inny nie patrzył. Z jednej strony to rozumiałem, bo sam byłem tak wychowany. Z drugiej gardziłem tym całym sercem. Nie wyobrażałem sobie siebie w roli szefa, a Vi w roli mojej żony, kochanki, niewolnicy. Wiem, że buntowałaby się, a ja miałbym przez nią spore kłopoty. Już słyszę głos wujków, którzy ochrzaniają mnie za pobłażanie jej, a ja nie mógłbym zrobić jej krzywdy. Kocham ją. Chcę być dla niej dobry, troszczyć się o nią, dbać, opiekować, nie ranić. Teraz cieszę się podwójnie, że udało mi się wykaraskać z mafijnego życia.

Vivienne nareszcie zostaje uwolniona przez mojego kuzyna, Petera i teraz ja porywam ją do tańca. Ma zaróżowione policzki, szeroki uśmiech na twarzy i patrzy na mnie tym spojrzeniem, które kocham.
- Byłam pewna, że to przyjęcie będzie wielkim niewypałem, a jednak się myliłam. Świetnie się bawię. 

- Widzę! Wciąż jesteś porywana, a mi ciężko się do ciebie dostać. Od teraz już cię nikomu nie oddam.
- Okej, staruszku - mruga okiem, zarzuca dłonie na moją szyję i kręci tyłkiem - Wiem, czego chcesz.
- Naprawdę? - unoszę brew, dociskam ją do siebie mocniej i układam dłonie na pupie. Swoją drogą uwielbiam tę sukienkę. Wygląda w niej jak bogini, w dodatku idealnie przylega do jej ciała - Powiedz mi.
- Chciałbyś zemścić się za staruszka. Położyć swoją wielką łapę na moim tyłku, który tak uwielbiasz.
- Masz rację, rybko. Zapewniam cię, że zrobię to, jak tylko znajdziemy się sam na sam. Może zaboleć.


Zostajemy na noc w domu mojej matki. Wypiłem zbyt dużo, aby prowadzić, a ona prosiła, abyśmy przenocowali. Vivi nie miała nic przeciwko temu, więc ja również. Mieliśmy nocować w moim pokoju, w zachodnim skrzydle domu, który oddzielał od reszty długi, jasny korytarz. Jego ściany obwieszone były rodzinnymi zdjęciami. Byłem pewny, że Vi jutro obejrzy je wszystkie. Dzisiaj była na to zbyt pijana.
- Kręci mi się w głowie - chichocze rozbawiona, opada na łóżko i uśmiecha się szeroko - Nawaliłam się.
- Nie zaprzeczę, rybko - zsuwam z ramion marynarkę, zdejmuję krawat, rozpinam guziki koszuli i zawieszam na ramę krzesła. Vi gryzie wargę, nie spuszcza ze mnie wzroku i podpiera się na łokciach.
- Kawał seksownego z ciebie skurczybyka, wiesz? - co?! Zatyka mnie po jej słowach - Rozbieraj się.
- Jak sobie życzysz - uśmiecham się chytrze, zdejmuję skarpetki, buty, spodnie oraz bokserki. Jej widok wystarczy, abym był gotowy do działania - I co teraz, hmm? Jestem nagi, ty nie. To niesprawiedliwe.
- Rozbierz mnie - podnosi się leniwie, staje do mnie tyłem i pozwala, abym rozpiął mały guziczek na jej karku oraz w dole pleców. Sukienka opada na dół, wychodzi z niej, a widok jej bielizny ścina mnie z nóg. Nie ma na sobie stanika, jedynie seksowne stringi z paseczkami i pończochy z koronką. No to przepadłem!
- Mam zamiar zlać twój seksowny tyłek za nazwanie mnie staruszkiem, ale nie waż się wydobyć z siebie nawet jęku - podchodzę do niej, przytulam i układam dłonie na pupie. Patrzy na mnie wyzywająco, nie okazując grama strachu. Bestia! - Gotowa? - przewraca oczami, chce się odsunąć, na co jej nie pozwalam. Odchylam dłoń, a po pokoju roznosi się odgłos zderzającej się ze sobą skóry. Unoszę brew, jednak Vi nie wydaje z siebie nawet pisku, zaciska usta i wyczekuje - Grzeczna dziewczynka - wpijam się w jej kuszące usta, a moja dłoń ponownie, i ponownie, i ponownie spotyka się z jej pośladkami. 


Budzi mnie ciepło. Leniwie uchylam powieki, mrugam kilka razy i przecieram twarz ręką. Włosy Vivienne łaskoczą mnie po czole, odsuwam się nieco i spoglądam na jej plecy. Leży przede mną naga, taka ciepła i rozkoszna. Całuję jej nagie ramię, mruczy pod nosem i porusza się. Niestety tym ruchem wciska tyłek centralnie w moje krocze, co działa na mnie niemal natychmiast. To szalone, że wciąż jest mi jej za mało.
- Dzień dobry, kochanie - muskam płatek jej ucha, przygryzając delikatnie - Nie kuś mnie tym tyłeczkiem.
- Przecież nic nie robię - mówi jeszcze zaspana, ziewa i ponownie wciska go w moje krocze. Szlag!
- Czyżby? - zaciskam palce na jej biodrze, a między nami nie ma skrawka wolnej przestrzeni - Jeszcze chwila, a wejdę w ciebie od tyłu. Chcesz tego? - ochoczo przytakuje, przekręca głowę i posyła mi to lubieżne spojrzenie, które dobrze znam - Tak cholernie na mnie działasz, wiesz? Mógłbym wcale nie opuszczać łóżka - przenoszę dłoń na jej pierś, ściskam sutek w palcach, a cichutki jęk opuszcza jej usta.
- Justin, Vivienne! - kurwa! Wzdrygam się na walenie w drzwi, aż prawie dostaję zawału! - Śniadanie!
- Już idziemy, mamo! - wydzieram się, Vi opuszcza ciepłe łózko i marszczy brwi - Co się dzieje, rybko?
- Cholera! W co ja mam się ubrać? - patrzy na mnie zrezygnowana, uśmiecham się i dołączam do niej.
- Nie martw się - cmokam czubek jej nosa i otwieram szafę - Mama zostawiła to zanim przyjechaliśmy - wręczam jej krótką, błękitną tunikę, którą ogląda dość sceptycznie - Coś nie tak? Nie podoba ci się?
- Jest śliczna, chociaż dość... krótka - unoszę brew zaskoczony. Przecież ona uwielbia krótkie sukienki! - Wiesz, twoja rodzina. Nie chciałabym paradować przed nimi z gołym tyłkiem. Tak nie wypada.
- Och, rybko - uśmiecham się szeroko, porywam ją w swoje ramiona i unoszę, po czym moje usta lądują na jej delikatnym policzku - Ta szmatka zakrywa wszystko to, co powinno być zakryte. Nie obawiaj się. Poza tym niech podziwiają twoje boskie nogi, które należą tylko do mnie - poruszam brwiami, Vivi prycha rozbawiona, zarzuca dłonie na moją szyję i wtula się we mnie niczym mała małpka.




Vi POV:
Kiedy tylko schodzimy po schodach, dociera do nas gwar rozmów. Byłam pewna, że w domu jest Thomas z żoną, jego mama i ewentualnie Roger, jednak cholernie się pomyliłam, bo najbliższa rodzina właśnie wcina śniadanie. Śmieją się przy tym, ich humory dopisują, a to dobry znak. Może wcale nie będzie tak źle?
- No nareszcie! Siadajcie! - Dorothy kiwa głową na dwa wolne miejsca specjalnie dla nas - Wyspani?
- Tak. Już zapomniałem, jak to jest spać w rodzinnym domu, we własnym trochę za ciasnym łóżku. 

- Kupimy większe. Musisz częściej przyjeżdżać, kochanie. Zdecydowanie mnie zaniedbujesz, syneczku.
- Mamo - Justin burczy pod nosem, karcąc ją spojrzeniem - Staram się być tak często, jak tylko mogę.
- Wiem, wiem - Dorothy puszcza mu oczko i nalewa kawy do mojej filiżanki - Jeremy, jeszcze kawy?
- Poproszę - wujek Justina spogląda na mnie, posyłając mi uśmiech. Wczoraj dowiedziałam się, że również jest bratem ojca Justina. Łącznie było ich pięciu. Roger - lekarz oraz ojciec Jamesa, Henry, Jeremy i Benjamin, najmłodszy z nich. Wszyscy w mafii, a ja siedziałam właśnie między nimi. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że taka sytuacja będzie miała miejsce, od razu bym go wyśmiała - Jay, masz pozdrowienia od wuja Henry'ego, twoja narzeczona również - kurwa! Przełykam ślinę i ściskam pod stołem jego dłoń - Dzwoniłem do niego kilka dni temu. Pytał, co u was słychać - cholera, dlaczego go to interesuje?

- Jeśli tak bardzo chce to wiedzieć, niech sam do mnie zadzwoni - ton Justina jest poważny i ostry.
- Wiem, że sprawy między wami bardzo się skomplikowały i wiedz, że Thomas słusznie go ukarał.
- Dziękuję, wujku. Jaka szkoda, że swoim zachowaniem narobił sobie kłopotów i nie ma go tutaj z nami.
- Właściwie prosił o kilka dni odstąpienia od kary - Thomas chrząka niezręcznie i wierci się na krześle. Jasna cholera, to żart? - Twierdzi, że ma kilka spraw do załatwienia w Chicago. Co o tym myślisz?
- Wolałbym, żebyś tego nie robił, bracie. Kara to kara, prawda? Jeszcze pomyśli, że może cię urobić.
- Justin! - Dorothy kręci głową i zaciska usta - Thomas nigdy nie podaruje Henry'emu tego, co zrobił.
- Właśnie taką mam nadzieję, mamo. Przekroczył wszelkie granice. A gdybym się wtedy nie uwolnił?
- Ale się uwolniłeś, tak? Pomogłeś swojej narzeczonej i wszyscy skończyło się dobrze. Henry poniósł karę.
- Wiesz, że udusiłby Vivienne tego dnia, prawda? - Dorothy wzdycha ciężko, spogląda na mnie i posyła mi przepraszający uśmiech, jakby czuła się winna - Zabiłbym go z własnej broni, nawet nie drgnęłaby mi powieka - jezu! Czuję się koszmarnie, kiedy mówią o tym w mojej obecności. Chyba nawet żałuję, że pokazałam Henry'emu prawdziwą siebie, sprowadzając mnóstwo kłopotów - Rozczarował mnie.
- Nie tylko ciebie, Justin - głos zabiera Jeremy - Zachował się jak dzieciak! Jest poważnym człowiekiem, a sprowokowała go tak młoda osoba. Tylko dlatego, że ma prawo do własnego życia. Co z niego za dureń.
- Oj tam, miał prawo się wkurzyć - Benjamin wlepia wzrok prosto we mnie, aż robi mi się gorąco - Jego przyszła żona uciekła i to zaledwie kilka dni przed ślubem, kto by nie wpadł w szał? Ja na pewno tak.
- Trzeba zachować zimną krew w takich sytuacjach. Nie wszyscy w naszej rodzinie siedzą w tym samym, Ben - Jeremy wymownie patrzy na Justina, który nic sobie z tego nie robi - Musisz szanować innych ludzi, a Henry nie miał prawa dotknąć Vivienne. To, że w ogóle zbliżył się do niej i próbował udusić przechodzi ludzkie pojęcie. Thomas i tak był dla niego bardzo łaskawy. Ma więcej szczęścia niż rozumu.
- Możemy zmienić temat? Nie pomyśleliście, że Vivienne może czuć się nieswojo, kiedy wspominacie o incydencie, który był dla mniej ogromnym przeżyciem? - Dorothy wtrąca się do rozmowy, a po chwili temat zmienia tor. Oddycham z ulgą i posyłam mamie Justina wdzięczny uśmiech. Jest kochana. 


Wracamy w południe. Justin prowadzi, a ja marzę, aby być już na miejscu i po prostu poleniuchować. Od wypitego alkoholu łeb mi pęka i męczy mnie lekki kac. Prosiłam Justina, aby zadzwonił po kogoś, kto mógłby po nas przyjechać, ale uparł się, że będzie prowadził. Lepiej, żeby nie złapała nas policja.
- Ta rozmowa przy śniadaniu była bardzo niezręczna, prawda? - Justin przerywa ciszę, układa dłoń na moim udzie i kreśli na nim wzroki - Tylko sobie wszystko przypomniałem, a to nie było zbyt przyjemne.
- Tak, masz rację. Ale to miłe, że twoi wujkowie stanęli po naszej stronie. Nie spodziewałam się tego.
- To ludzie, którzy od młodych lat są w mafii, znają to życie. Swoje przeszli i wiele się przez to nauczyli.
Są ostrożni, ale i bardzo sprawiedliwi. Jeśli jeden z nich popełnia poważny błąd, żaden z nich nie będzie głaskał go za to po głowie. Kara musi być, jeśli przekracza się granice. A Henry przeszedł samego siebie.
- Cieszę się, że jest daleko stąd. Ciekawa jestem, czy Thomas jednak pozwoli mu wrócić do Chicago.
- Tego nie wiem, ale mam zamiar jeszcze do niego zadzwonić i odwieść go od zgody na to szaleństwo.
- Oby ci się udało. Wiesz, boję się o Katherinę - Jay marszczy brwi, oblizuje usta i spogląda na mnie przelotnie - Henry nadal jej szuka, a ja nie chcę, żeby znalazł. Nie chcę, żeby ją zabił, a chce to zrobić.
- Wiem, rybko, ale nie masz na to wpływu. Pomogłaś jej, nigdy nikomu o tym nie mów, i koniec tematu.
- Może powinnam ją ostrzec? - czuję uścisk na udzie, przekręcam głowę i obserwuję, jak zaciska szczękę oraz palce na kierownicy. Oho! - Nie złość się, proszę. Ja chcę dla niej dobrze, Justin. To coś złego?
- Nie, Vivi, to nic złego. Mam świadomość, że nie tolerujesz przemocy wobec kobiet i doskonale to rozumiem. Jednak tutaj sprawa ma się ciut inaczej, nie zauważyłaś? Maczasz palce w mafijnym świecie,
od którego powinnaś trzymać się jak najdalej. Katherina zapewne jest bardzo daleko stąd, tak?
- Oczywiście, ale boję się, że ten skurwiel ją znajdzie i pociągnie za spust. Powinna na siebie uważać.
- Na pewno to robi, spokojnie. Nie mieszaj się do tego, dobrze? Nie waż się do niej pisać, obiecaj mi to.
- Nie mogę - wzdycham ciężko, przekręcam głowę w stronę okna i podziwiam szybko zmieniający się krajobraz. Martwię się o nią, mimo tego, iż tak krótko ją znam. Przypominam sobie jej pobitą twarz, rozciętą wargę, przerażenie. Czy jest bezpieczna? - Żadna kobieta nie zasługuje na takie gówno.
- Wiem o tym, kochanie. Ale zrozum, że ta sprawa już ciebie nie dotyczy. Nie kontaktuj się z Katheriną.
- Chciałabym się jedynie upewnić, że u niej wszystko dobrze, Jay! Uprzedzić ją, aby była ostrożna. 

- Wykluczone, Vivienne - burczy wkurzony, a jego głos jest poważny jak diabli - Nie wyrażam zgody.
- Przecież ja nie potrzebuję twojej zgody - prycham rozbawiona. Chyba ponownie się rozpędza.
- Nie podnoś mi ciśnienia, proszę. Ten dzień zaczął się naprawdę fajnie, prawda? Niech tak zostanie.
- Pojedziemy kupić nowy telefon? Obiecałeś mi to, a nawet nie mam jak skontaktować się z chłopcami.
- Tak, zajedziemy do sklepu. Wybierzesz sobie super wypasiony model - och, jakby mi na tym zależało.


Wchodzimy do domu punkt czternasta. W moje nozdrza uderza przepiękny zapach aromatycznych przypraw, aż robię się głodna. Wybieranie telefonu to nie taka prosta sprawa, a w sklepie zeszło nam naprawdę długo. Na szczęście jestem posiadaczką najnowszego modelu, najbardziej wypasionego i w pięknym, srebrnym kolorze. Podoba mi się. Muszę przełożyć jedynie kartę, która ocalała, i gotowe!
- Dzień dobry, Marie - podnoszę głowę, Justin cmoka kobietę w policzek i chwyta moją dłoń - Przedstawiam ci moją narzeczoną, Vivienne. Kochanie, to Marie, moja gosposia i druga matka. Jest wspaniała!
- Miło mi Panią poznać - ściska moją dłoń, a ja myślę, dlaczego nigdy wcześniej jej tutaj nie widziałam.
- Ciebie również, jesteś prześliczna. Przygotowałam dla was pieczeń, Justin bardzo ją lubi oraz ciasto.
- Dziękujemy, na pewno jest pyszne! - Maria macha nam wesoło i zostajemy sami - Umieram z głodu!
- Ja też - siadam na krzesełku, otwieram pudełeczko i wkładam swoją kartę, kiedy Justin stawia na stole talerze. Jem, jednocześnie przechodząc przez masę ustawień, aż wreszcie mam okazję cieszyć się nowym telefonem - Jest dużo większy. Nie zmieści mi się do kieszeni jeansów. Cholerka, nie pomyślałam o tym.
- Poważnie, rybko? - parska śmiechem, nabijając się ze mnie. Pff! - Przyzwyczaisz się, im większy tym lepszy. Pamiętaj, rozmiar ma znaczenie - patrzę na niego z niedowierzaniem i wybucham śmiechem. 

Po obiedzie Jay jedzie do swojego klubu. Nalega, żebym pojechała z nim, jednak nadal boli mnie głowa i nie mam zamiaru ruszać się dzisiaj z domu. Układam się na ogromnej kanapie w jego salonie, pod ciepłym kocem z kubkiem herbaty z miodem i sokiem malinowym, włączam telewizor i szperam w swoim nowym telefonie. Szybko odzyskuję kontakty, szukam tego jednego i kiedy znajduję numer z podpisem "mama", mój palec zaczyna drżeć. Oczywiście nie jest to numer do mojej matki, bo nawet go nie posiadam. To zmyłka, aby nikt nie zorientował się, że to Katherina. Toczę w głowie prawdziwą wojnę, czy odezwać się do niej, czy jednak zrezygnować. Jay wspomniał, że w wiadomości dziękowała mi, życzyła szczęścia i wyznała, że poznała mężczyznę. Cholera, naprawdę jej się udało. Poradziła sobie, jest bardzo daleko stąd, na dodatek poznała kogoś, kto być może się nią opiekuje. Więc dlaczego czuję w sercu ten dziwny niepokój, że coś może być nie tak? A jeśli ten "ktoś", to człowiek Henry'ego? Nie, to niemożliwe. Anja wspomniała, że wciąż jej szuka, więc ta opcja odpada. Nie wiem, czy Kath uważa na siebie, zachowując wszelkie środki ostrożności, ale jeśli na moment się zapomni, może przypłacić to życiem. Chciałabym ją jedynie ostrzec, aby wiedziała, że jej niedoszły mąż czai się gdzieś, tylko nie wiadomo gdzie.
Niepewnie otwieram okienko wiadomości i myślę, co powinnam jej napisać. Co ma być, to będzie.
 









niedziela, 24 czerwca 2018

Hejka, pyszczusie!

Postanowiłam zgłosić opowiadanie do konkursu - WATTONATORS2018
Właśnie zaczęło się głosowanie czytelników, dlatego piszę notkę :)

Jeśli ktoś z Was, moich kochanych czytelników, ma ochotę oddać głos na Show Me The Way,
będę bardzo wdzięczna. 

Możecie zrobić to pod tym linkiem: KLIK

Opowiadanie jest w kategorii "Szybcy i Wściekli" (swoją drogą, zacna nazwa kategorii) :D
Wystarczy, że przy opowiadaniu zostawicie komentarz o treści "głosuję". I gotowe! :D

W podziękowaniu zrobię weekend z obiema opowiadaniami. Co wy na to?


Ściskam was! 
Kasia







wtorek, 19 czerwca 2018

Rozdział trzydziesty piąty


Jay POV:

Wpadam do sypialni niczym huragan, zwijam dłonie w pięści i wlepiam wzrok w śpiącą Vi. Dziwię się nawet, że nie obudził jej huk roztrzaskującego się o ścianę telefonu. Skończyło się tylko na nim, chociaż miałem ochotę rozpieprzyć wszystko, co znajdowało się w zasięgu moich dłoni. Nie panuję nad sobą, powinienem wyjść, ochłonąć, schlać się i uspokoić nerwy, jednak nie jestem w stanie tego zrobić. Szok jest zbyt ogromny, abym mógł po prostu odpuścić. Czy ona zdaje sobie sprawę z tego, co zrobiła? Pomogła dziewczynie, która jest córką szefa rosyjskiej mafii, która miała zostać żoną mojego wuja! Postradała rozum, czy jest aż taka głupia?! To niesamowite, że sama pcha się w paszczę pieprzonego lwa, który, jeśli tylko się o tym dowie, przetrzepie każdą norę, aby dorwać ją w swoje ręce. Myślę, że udusiłby ją przy ścianie w domu mojej matki, gdybym nie uwolnił się spod ciężkich łap jego goryla. To było dla niej za mało? Przecież przeraził ją na śmierć, przez niego straciła przytomność i o mały włos nie skończyła gorzej.
Nie powinna się wtrącać, wchodzić w coś, co może sprowadzić na nią kłopoty, jednak to szalona Vivienne! Czy kiedykolwiek wcześniej mnie słuchała? Nie. Czy brała do serca moje słowa? Nie. Więc dlaczego do cholery tym razem miałoby być inaczej? Jest uparta jak jasny chuj, zawsze robi to, co chce, ale tym przeszła samą siebie. Cóż skłoniło ją do pomocy? Co takiego podarowała jej Katherina, skoro zaryzykowała własne życie, aby zaplanować ucieczkę? Wręcz nie dowierzam, żeby dała się czymkolwiek przekupić. Każdy, ale nie ona. Przez tyle lat w Seven zapewne uzbierała tyle szmalu, że wystarczy jej do końca życia. Czy Katherina zaproponowała jej miliony, skoro pomogła jej zwiać? Mam zamiar się tego dowiedzieć.
- Wstawaj! - podnoszę głos, Vi wzdryga się przestraszona i uchyla zaspane powieki. Wygląda tak słodko i apatycznie, że na chwilę tracę rezon. Mam ochotę podejść, pocałować ją i przytulić do swojej piersi, nie robię tego jednak. Nie mogę - Jakim prawem, huh?! Coś ty sobie do kurwy nędzy myślała, Vivienne?!
- O czym ty mówisz? - siada, przytula kołdrę do piersi i przeciera oczy palcami - Co się stało, Jay?
- Jeszcze pytasz?! - wydzieram się, wsuwam palce we włosy i szarpię, aby opanować żądzę rzucenia się na nią i przetrzepania jej tyłka. Jest kurwa taka nieodpowiedzialna! - Nie wierzę, że to zrobiłaś, wiesz?!
- Nie, nie wiem! Możesz powiedzieć mi, o co ci chodzi? Nie mam zamiaru się tego kurwa domyślać!
- O Katherinę - po wypowiedzeniu imienia mojej byłej narzeczony, Vi blednie. Widzę, jak nerwowo przełyka ślinę i schyla głowę - Wysłała wiadomość, którą przeczytałem. Niestety nie będziesz miała okazji tego zrobić, ponieważ twój telefon rozpierdoliłem o ścianę. W skrócie; podziękowała ci za pomoc, życzyła szczęścia i oświadczyła, że poznała jakiegoś frajera! - lekki uśmiech, który pojawia się na jej twarzy całkowicie wyprowadza mnie z pieprzonej równowagi - Bawi cię to?! Po tym, co zrobiłaś?! Odpowiadaj.
- Pierdol się, Jay! - podnosi głos, zrywa się na równe nogi i zwija dłonie w pięści - Nie mam zamiaru ci się tłumaczyć, kapujesz?! Pomogłam jej, ponieważ czułam, że muszę to zrobić! Powinna żyć na własnych zasadach, a nie na zasadach twojego popierdolonego do granic możliwości wujka! Chrzanię to, że nie podoba ci się to, co zrobiłam. Nie mogłam pozwolić, aby ten bydlak bił ją i gwałcił, bo miałby taki kaprys!
- To nie jest twoja sprawa!! Nie należysz do tego świata, a Katherina była własnością Henry'ego!
- Gówno prawda! Nie była niczyją własnością, to nie jest pies! Nie można przywłaszczyć sobie kobiety!
- Czyżby? - unoszę brew, posyłając jej kpiący uśmiech - Ty również należysz do mnie. Jesteś moja, Vi.
- Jestem twoją narzeczoną, nie własnością. Mylisz pojęcia, Jay. Nigdy nie będę twoją niewolnicą.
- Ale nigdy też nie będziesz należeć do innego mężczyzny. Jesteś moja na wyłączność, na zawsze, rybko.
- Nie myśl sobie, że przejmę się twoim gadaniem. Mam to w dupie. Będę żyć tak, jak mi się podoba, a ty masz gówno do powiedzenia! Nie miej nadziei na to, że założysz mi obrożę jak psu, a ja będę posłuszna. Nigdy tak się nie stanie, zapewniam cię. Jestem wolna, tak, jak Katherina. Pogódź się z tym.
- Jesteś taka naiwna, rybko, ale nie winię cię. Jesteś bardzo młoda, życie jeszcze cię nieźle przeora.
- To mój problem, nie twój. Nie podoba mi się ta rozmowa, wiesz? Daj mi spokój, wracam do łózka.
- Nie skończyliśmy - podchodzę do niej, cofa się i dumnie unosi głowę, pokazując mi swoją odwagę. Wiem, że się mnie nie boi, udowodniła mi to wiele razy - Zdajesz sobie sprawę, że Henry mógłby cię za to zabić?
- Wiem, pomogłam jej biorąc pod uwagę twojego szurniętego wujka. Jednak udało się i nie ma tematu.
- Jest! - podnoszę głos, chwytam ją pod ramię i opieram o ścianę - Brak mi do ciebie sił, wiesz? Robisz coś, czego nie powinnaś, pchasz się w niebezpieczeństwo! Błagam cię, pomyśl czasami, zanim zechcesz pomóc komuś, przez kogo mogłaś stracić życie! I dlaczego do chuja nic mi o tym nie powiedziałaś, huh?!
- Naprawdę mnie o to pytasz? - prycha z kpiną i przewraca oczami, czym ponownie mnie wkurza - To proste. Nigdy byś mi na to nie pozwolił, a Katherina wyszłaby za tego bydlaka, który traktowałby ją jak szmatę. Żadna kobieta na to nie zasługuje, i wiesz co? Gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym dokładnie to samo - zaciskam szczękę z nerwów, jednym ruchem rzucam ją na łóżko, aż piszczy. Patrzę na nią z góry, a w mojej głowie błyska myśl, aby zrobić coś, przez co skuli się ze strachu. Żeby na własnej skórze poczuła mój gniew za to, co odpieprzyła. Jest taka głupia! - Och, nie zgrywaj twardziela. Nie boję się ciebie.
- Naprawdę? - bardzo powoli odpinam skórzany pasek, wyciągam go ze szlufek i zwijam na pół. Wiele razy dostałem po dupie, kiedy ojciec się na mnie wściekał. Nie zawsze byłem grzecznym dzieckiem, tak samo jak i Thomas, a ojciec nie akceptował nieposłuszeństwa. Może Vi powinna poczuć odrobinę bólu? - Mam ogromną ochotę zlać cię na kwaśne jabłko, żeby wreszcie dotarło do ciebie to, co zrobiłaś, Vivienne.
- Zrób to - odpowiada pewna siebie, czym mnie szokuje. Patrzymy sobie w oczy, jednak w jej nie dostrzegam nawet grama strachu - No dalej! Na co kurwa czekasz, huh?! - podkręca napiętą atmosferę, podnosi się, zrzuca z siebie majtki, koszulkę i ku mojemu zaskoczeniu, przekręca się na brzuch i zaplata dłonie na plecach. Kurwa! Nie podoba mi się ten widok - Czekam, Jay. Wiem, że bardzo tego chcesz, więc pokaż, jak bardzo mnie kochasz i zlej mnie za karę. Przecież zasłużyłam na nią, pomagając bezbronnej dziewczynie - sarkazm aż wylewa się z jej słów. Nie widzę wyrazu jej twarzy, opiera policzek o łóżko, a lampka, która daje zbyt mało światła, nie pozwala mi ujrzeć niczego więcej - Och, wahasz się? Nie żartuj, skarbie - prycha rozbawiona, a moje serce dziwnie kuje. Cholera, moja złość ulatuje niczym chmara motyli, a oddech przyśpiesza - Uderz mnie, zbij, jak małe, nieposłuszne dziecko, jednak wiedz, że nigdy więcej już mnie nie zobaczysz - upuszczam pas, a ból ogarnia całe moje ciało. Jej słowa ranią mnie jak nic innego - Pamiętaj, że nie wybaczę ci tego, jeśli kiedykolwiek mnie zranisz. Nie trafiłeś na posłuszną sukę.
- C-co? - to krótkie słowo lewo przechodzi mi przez gardło, Vi podnosi się, staje przede mną naga i odważnie patrzy mi w oczy. Na jej twarzy nie dostrzegam nic, oprócz złości - Co ty mówisz, Vivi?
- To, co powinieneś sobie zakodować w głowie. Jeśli masz do mnie pretensje, żal, czy jakieś inne gówno, to powiedz mi otwarcie, wyjaśnij, jednak nigdy nie groź, że spierzesz mnie pasem. Nigdy ci na to nie pozwolę, rozumiesz? Nigdy!! - wydziera się, chwyta majtki, koszulkę i znika w łazience. Gapię się przed siebie, a moje wnętrzności wywijają salto. Boże! Ta kobieta mnie wykończy! Jak to możliwe, że jest tak pewna siebie, odważna, pyskata? Nie schyliła głowy nawet przed Henry'm, chociaż doskonale wie, w jakim świecie się obraca. Co za pieprzony obłęd! - Wracam do Seven - jej głos wyrywa mnie z myśli/ Potrząsam głową, aby wziąć się w garść i wlepiam w nią wzrok. Jest już ubrana, gotowa do wyjścia. Szlag!
- Nie możesz! - podchodzę do niej, wystawia dłoń na znak, abym się zatrzymał więc robię to - Odchodzisz?
- Nie, po prostu zanocuję u chłopców. Jak ochłoniesz i uspokoisz się, możesz do mnie zadzwonić.
- Proszę, zostań. Wybacz, poniosło mnie. Bardzo się zdenerwowałem. Już dobrze, porozmawiaj ze mną.
- Nie chcę rozmawiać, Jay. Jestem zmęczona, chce mi się spać i mam zamiar wrócić do łóżka. Tyle.
- Więc wróć, ale do naszego. Proszę! - ostrożnie chwytam jej dłoń, przytulam do swojego policzka i zamykam oczy - Przepraszam, kochanie. Wiem, że mnie poniosło, ale nie uderzyłbym cię! Wierzysz mi?
- Nie - gwałtownie uchylam powieki, a jej odpowiedź mnie szokuje - Widziałam na własne oczy, jak wielką miałeś na to ochotę. Gdybym nie wygłosiła swojego monologu, zrobiłbyś to. Zlałbyś mnie jak dziecko, które coś przeskrobało. Co to ma kurwa być, huh?! Właśnie tak chcesz się bawić? Masz zamiar mnie karać?
- Nie! Oczywiście, że nie! - przyciągam ją do siebie, wtulam nos w jej włosy i całuję je czule - Po prostu wyprowadziłaś mnie z równowagi. Ojciec tak nas karał, więc odruchowo pomyślałem o tym samym - odchyla się, patrzy mi w oczy, jednak widzę w nich mniej złości, niż sekundę temu - Nie chcę być taki jak on, wiesz? Kocham cię, chcę traktować cię jak księżniczkę, nie niewolnicę. Przysięgam, rybko.
- Jesteś dobrym człowiekiem, Justin. Boję się jednak, że pewnego dnia zapomnisz się i zrobisz to, co chciałeś zrobić przed chwilą. Pozwoliłabym ci na to, wiesz? Pozwoliłabym, abyś wyżył się na moim ciele, a to utwierdziłoby mnie w tym, że nasz związek nie ma przyszłości. Nigdy nie dopuszczę do tego, żeby jakikolwiek mężczyzna mnie ranił, bił, poniewierał. Ojciec wyrządził mi zbyt wiele krzywd, abym teraz tolerowała to samo - odgarniam kosmyk jej włosów, a to, co mówi wręcz miażdży moje bebechy.
- Nie skrzywdzę cię, Vivi. Czy kiedykolwiek podniosłem na ciebie rękę? - kręci przecząco głową, zamyka oczy, a na jej twarzy pojawia się zmęczenie i rezygnacja - I nie mam zamiaru tego zmieniać - zaczynam ją rozbierać, zakładam na nią czarną, satynową koszulkę i sam zrzucam z siebie ciuchy. Układam ją w łóżku, blisko siebie, skóra przy skórze i czule całuję w czoło - Jutro o tym porozmawiamy, śpij - obejmuje mnie w pasie, przytula głowę do mojej piersi i oddycha głęboko. Ja pierdolę, ależ skończony ze mnie dureń! Jednym ruchem mogłem wszystko przekreślić, a tego na pewno by mi nie wybaczyła. 




Vi POV:
Budzę się przed Justinem. Narzucam na siebie jego szarą bluzę, zakładam kaptur na głowę i schodzę na dół. Mój humor jest dzisiaj na samym dnie, mam ochotę schować się pod kocem i nie wystawiać spod niego nosa. Wczorajsza akcja wytrąciła mnie z równowagi odbierając spokój. Jaka szkoda, że Katherina napisała akurat wtedy, kiedy mój telefon został na dole i trafiła na Justina. Gdybym miała więcej szczęścia nic by się nie wydało, a mój narzeczony nie wpadłby w dziką furię. Rany! Naprawdę nieźle się wkurwił.
Wchodzę do kuchni, a w moje oczy natychmiast rzuca się mój telefon, a raczej to, co z niego zostało. Faktycznie rozpieprzył go o ścianę, mało z niego zostało. Sprzątam wszystko, układam na blacie i wskakuję na krzesełko. Podpieram brodę na dłoni i gapię się w to, co leży przede mną. Lubiłam mój telefon, dobrze mi służył, jednak okrutnie skończył. Mam nadzieję, że Jay ruszy dzisiaj dupę i kupi mi nowy, bo ja nie mam najmniejszego zamiaru wydawać własnych pieniędzy. Co to, to nie! Zapewne nawet tego nie odczuje.
- Hej, mała - do kuchni wchodzi zadowolony Nathan, ale kiedy tylko widzi moją minę jego uśmiech znika - Co się stało? Wyglądasz na smutną i przygnębioną - opiera łokcie na blacie i wlepia we mnie wzrok.
- Bo tak się czuję - wzdycham ciężko i kiwam głową na szczątki - Tylko tyle zostało z mojego telefonu.
- Ouć, chyba ktoś tutaj wczoraj wylazł z siebie i stanął obok. Przychodzi mi na myśl taki jeden nerwus.
- Tsa! Wcale nie trzeba daleko szukać, nie? - przekręcam głowę i puszczam mu oczko - Wkurzył się.
- To nic nowego, Vi. Jay ciągnie się wkurza, kiedy coś idzie nie tak. Ja się tym już nawet nie przejmuję.
- Zazdroszczę. Też chciałabym się nie przejmować, gorzej, jak wyżywa się na mnie i traktuje podle.
- On? Ciebie? Nie wierzę! - prycha rozbawiony i szturcha mnie w bok - Przecież on ma klapki na oczach.
- Wczoraj nie miał - mówię smutno, opieram ramiona na blacie i chowam w nich twarz - Było ostro.
- Cholercia, skoro jesteś w takim nastroju, chyba uwierzę ci na słowo. Może pogadajcie na spokojnie, co?
- Nie jestem pewna, czy w ogóle mam ochotę o tym rozmawiać. On i tak mnie nie rozumie, Nathan.
- Musisz przetłumaczyć mu tak, żeby zrozumiał. Wiesz, faceci działają na trochę innych falach niż kobiety.
- Zdarzyłam to zauważyć. My nie jesteśmy jak ogień i woda. My jesteśmy dwoma ogniami, spalamy się.
- Oj, tam! Pieprzysz głupoty, wiesz? Widzę, jak na siebie lecicie. Musicie jedynie zacząć się komunikować.
- Nie mamy problemu z dogadaniem się, tylko ze złością. On od razu na mnie napada i wydziera się.
- Może kupimy mu coś na uspokojenie? - zaciskam usta, spoglądam na Nathana i nie mogę powstrzymać się od szerokiego uśmiechu - Ziołowe tabletki, hmm? Będzie spokojny jak aniołek - mruga okiem, obejmuje mnie ramieniem i pociesza - Nie przejmuj się nim, to taki typ. Kocha cię, wiem to, a uwierz mi, to chyba pierwszy raz w jego życiu. Savage wciąż nawija, że nigdy go takiego nie widział. Zwariował dla ciebie.
- Tak jak ja dla niego. Co nie zmienia faktu, że mam ochotę sprzedać mu buta, żeby ogarnął dupę i przestał zachowywać się jak Pan i Władca - buczę pod nosem, a Nathan wybucha śmiechem. Lubię go. 




Jay POV:
Schodzę na dół, ziewam i drapię się po brzuchu. W domu panuje cisza, nigdzie nie widzę Vivi, a niepokój ogarnia moje ciało. Cholera, gdzie ona się podziewa?! Rozglądam się po salonie, wchodzę do kuchni, ale ani śladu. Wczoraj dałem ciała, Vivienne wkurzyła się na mnie i zapewne uciekła do Seven. Wzdycham ciężko, opadam na krzesło i przecieram twarz rękami. Naprawdę moja ciemna strona wychodzi ze mnie w najmniej odpowiednim momencie. Mam tylko nadzieję, że nie wystarczyłem jej tak na poważnie.
Nawet w pierwszym odruchu chcę do niej zadzwonić, jednak przypominam sobie, że rozwaliłem jej telefon o ścianę. Będę musiał podjechać do sklepu i kupić nowy. Wybiorę lepszy model, większy i będę się modlił, żeby mi wybaczyła. Powinienem też kupić kwiaty i zabrać ją na kolację. Wczoraj grubo przesadziłem.
Podnoszę tyłek z krzesła, włączam ekspres i wyjmuję kubek z szafki. Rozdzwania się mój telefon, marszczę brwi i spoglądam na wyświetlacz. Bosko, dzwoni mama. Jestem pewny, że wymyśliła jakieś spotkanie.
- Syneczku! - krzyczy radośnie, zanim mam szansę otworzyć usta - Nie obudziłam cię, prawda?
- Witaj, mamo. Nie, nie obudziłaś mnie, dochodzi dziesiąta. Mam nadzieję, że u ciebie wszystko dobrze?
- Oczywiście, nie martw się. Dzwonię w sprawie dzisiejszego przyjęcia. Taylor ma urodziny, pamiętasz?
- Szlag - burczę pod nosem, jednak mam słabą pamięć do dat - Organizujesz z tej okazji przyjęcie?
- Jak zawsze, Justin. Zaprosiłam całą rodzinę, będziemy świętować. Liczę, że przyjedziesz z Vivienne?
- Muszę z nią porozmawiać, zaskoczyłaś mnie. Dlaczego nie zadzwoniłaś wcześniej? Vi może mieć plany.

- Och, poproś ją, aby zmieniła, dobrze? - no tak, wszystko na mnie - Taylor bardzo ją polubiła, wiesz?
- Naprawdę? Cóż, cieszę się. Vi również, więc na pewno chętnie się z nią zobaczy. Co mamy kupić?
- W wyborze prezentu niestety ci nie pomogę, kochanie. Na pewno Vivienne coś wybierze, ma dobry gust.
- Tak, to prawda. No dobrze, dam ci znać, czy nie zaplanowała nic innego i postaram się oddzwonić.
- W porządku. Czekam! Całuję cię, syneczku - cmoka w słuchawkę i kończy połączenie. Cała mama!
- Joł - do kuchni wchodzi Savage i przybija mi żółwika - Dragon dzwonił, przygotował nową dostawę. Pojadę odebrać w południe - chwyta garść orzeszków, wkłada do buzi i miele jęzorem - Pasuje?
- Świetnie! Bądź ostrożny, okej? - przewraca oczami, przytakując głową - Widziałeś może Vivienne?
- Tsa, wyszła z Nathanem - że.co.kurwa?! Robi sobie ze mnie jaja? - Chyba poszli pobiegać, tak myślę.
- Tak myślisz? Dlaczego do cholery w ogóle pozwoliłeś jej wyjść, w dodatku z Nathanem? Co to ma być?
- Wyluzuj, stary. Zrobiłeś się ostatnio strasznie nerwowy, wiesz? Daj dziewczynie żyć, inaczej zwariuje.
- Raczej to ja zwariuję! Wczoraj się pożarliśmy, budzę się, a jej nie ma. I na dodatek wyszła z Nathanem?
- Jesteś zazdrosny? - uśmiecha się szeroko, aż mam chęć mu przywalić - No nie wierzę! Ty? Poważnie?!
- A co cię tak dziwi, huh? Vivienne jest moją narzeczoną, w dodatku to gorąca kobieta. Muszę być ostrożny.
- Spoko, rozumiem cię, ale zazdrość o Nathana? Stary, pracujesz z nim kilka dobrych lat, ufasz mu, prawda?
- Ufam, i lepiej, aby tego zaufania nie zaprzepaścił, bo rozpieprzę go na miejscu. Tak tylko mówię.

- Ona naprawdę cię zmieniła - och, wspaniale! Zaczyna się - To dobrze, potrzebujesz takiej kobiety obok siebie, a ona umie poskromić twoją wybuchowość. Swoją drogą, to dość zabawny widok. Nieprawdaż?
- Och, wal się, Savage! - burczę pod nosem i wreszcie zabieram się za zrobienie kawy - Nie nabijaj się.
- Hej - naszą rozmowę przerywa wchodząca do kuchni Vi. Przekręcam głowę, a jej widok prawie ścina mnie z nóg. Przełykam ślinę, wręcz nie mogąc oderwać od niej wzroku. Założyła szare, obcisłe spodnie z białymi wstawkami, krótki top, który odsłania jej płaski brzuch i granatowe adidasy. Na głowie ma czapkę z daszkiem. Jasna cholera, wygląda obłędnie w tym wydaniu - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Ja tylko po wodę i spadam pod prysznic - uśmiecha się uroczo, mija mnie i otwiera lodówkę, wyciągając butelkę.
- Jesteś na mnie zła? - kiwa przecząco głową, zdejmuje czapkę i upija wodę - Wyszłaś z Nathanem?
- Mhm, był tutaj rano. Porozmawialiśmy chwilę i rzucił propozycję pobiegania. Potrzebowałam tego.
- Mogłaś mnie obudzić, pobiegałbym z tobą - gwałtownie wypluwa wodę, mocząc sobie top i przy okazji podłogę. Savage zaciska usta, aby nie wybuchnąć śmiechem - Co jest do cholery takie zabawne, huh?
- N-nic, po prostu nigdy nie widziałam, żebyś biegał, Jay. Chyba zdecydowanie wolisz siłownię, prawda?
- Owszem, ale zrobiłbym to dla ciebie - jej spojrzenie się zmienia, odkłada wodę i podchodzi do mnie, ujmując moją twarz w dłonie. Głaszcze policzki kciukami, a ja chłonę widok jej pięknych oczu. Są tak ciemne, tajemnicze, przyciągające - Nie lubię budzić się, kiedy nie ma cię obok, rybko. Tęskniłem.
- Jestem tutaj - cmoka mnie w usta, chwyta za rękę i ciągnie na górę. Wchodzimy po schodach, otwiera drzwi od naszej sypialni i przechodzi do łazienki. Rozbiera się przede mną, stoję jak słup soli i nie mogę się ruszyć. Jej ciało to mój narkotyk, wciąż jest mi go za mało - Na co czekasz? Rozbieraj się - kiwa głową na moje dresowe spodnie, wchodzi do kabiny i odkręca wodę. Szybko zsuwam je w dół, dołączam do niej i przyciągam do siebie. Zarzuca dłonie na moją szyję, muskając moje usta - Wisisz mi nowy telefon.
- Nie martw się o to, jeszcze dzisiaj dostaniesz wypasiony model - sunę nosem po jej szyi, Vi odsuwa się i wchodzi pod deszczownicę. Obserwuję ją uważnie, biorę żel i wcieram w miękką skórę. Uwielbiam to robić, dotykanie jej jest takie przyjemne - Niedawno dzwoniła do mnie mama - odwraca się, marszczy brwi i posyła mi zaskoczone spojrzenie - Taylor ma dzisiaj urodziny, zaprosiła nas z tej okazji na przyjęcie, które dla niej organizuje. Masz ochotę pojechać? Uprzedziłem ją, że możesz mieć inne plany. Mam oddzwonić.
- Nie mam innych planów, chętnie pojadę. Polubiłam żonę twojego brata, wydaje się być normalna.
- Normalna, tak? - unoszę brew, Vi przewraca oczami i teraz ona mnie myje - Co masz przez to na myśli?
- To proste. Mimo tego całego świata, w którym musi żyć jest miła, wesoła i czułam, że słucha tego, co do niej mówię. Miałyśmy się wybrać na babskie spotkanie, ale widocznie twój brat się na to nie zgodził.
- Thomas? Wątpię. Dlaczego miałby się nie zgodzić, hmm? Polubił cię, poza tym będziemy rodziną.
- W dalekiej przyszłości, zapomniałeś dodać - mruga okiem i uśmiecha się szeroko - Ślub musi poczekać.
- Jeśli myślisz, że będę czekał pieprzone pięć lat, to jesteś w ogromnym błę... - nie kończę. Bezwstydnie chwyta mojego penisa i ściska mocno, wysyłając w moje ciało falę potężnego podniecenia - Och, kurwa!
- Będziesz czekał tyle, ile będę chciała, zrozumiano? - masuje go zdecydowanym, zbyt wolnym ruchem doprowadzając mnie do obłędu. Chcę szybciej, mocniej, a najlepiej znaleźć się w cieple między jej nogami - Jeśli powiem ci, że jestem gotowa na ślub, możesz wziąć się za organizację. Nie wcześniej.
- Vivi - sapię pod nosem, ledwo mogę ustać na nogach, a jej zebrało się na rozmowę o ślubie? Teraz, kiedy ma nade mną taką przewagę?! - Ooooch, tak! - przyśpiesza, opiera mnie o ścianę i znęca się bez grama litości. Wsuwam palce w jej włosy, zaciskam pięści, a moje biodra same poruszają się, goniąc jej ciepłą, małą dłoń - Pragnę cię, rybko. Tutaj, teraz! Jesteś taka mokra, seksowna, podniecająca. Wariuję!
- Musisz być cierpliwy, tygrysie - przysuwa się, wbija zęby w wargę i nie spuszcza ze mnie wzroku. Jej pracująca dłoń i to spojrzenie pcha mnie na skraj. Wiem, że nie brakuje mi już wiele, czuję ten dreszcz przebiegający przez moje ciało i kumulujący się na dole. Jeszcze kilka ruchów i będzie po wszystkim. Czy tego właśnie chce? - Nigdy więcej nie zachowuj się tak, jak wczoraj. Czy to jasne? - zaciska szczękę, mruży oczy i szczypie w palcach mój sutek. Kurwa! Serce prawie wyskakuje mi gardłem, tłucze się obijając żebra, a brzuch zaciska niewidzialna pięść, gniotąc mi bebechy - Jestem twoja, Jay. Kocham cię, uwielbiam, pożądam, ale nie będę posłuszną dziewczynką wykonującą twoje rozkazy. Nigdy - uśmiecha się pewna siebie, jej słowa i tak ledwo do mnie docierają, a orgazm puka do drzwi. Już prawie! - Patrząc teraz na ciebie, mam ochotę po prostu cię przelecieć, ale na to musisz poczekać - pociąga za moją wargę, odsuwa się i opada na kolana. Schylam głowę, rozdziawiam usta i podziwiam, jak znęca się nad moim kutasem, doprowadzając mnie do końca. Spinam się, szarpię ją za włosy, a przyjemność rozlewa się niczym fala tsunami. Vi uwalnia mnie w ostatniej chwili, a ciepła sperma oblewa jej niesamowite cycki, na których punkcie mam pierdolca. Rany Boskie! Czy ja jeszcze żyję, czy właśnie wyzionąłem ducha?! - Mmm.
- Ja pierdolę - chwytam ją za ramię i gwałtownie przyciągam do siebie. Nie spuszczamy z siebie wzroku, a widok jej zadowolonej miny sprawia mi radość - Wykończysz mnie, Vi. Wciąż mnie zaskakujesz.
- Staram się, inaczej byłoby nudno, staruszku - przygryza wargę, odchylam dłoń i uderzam w jej pośladek. Piszczy zaskoczona, dociska się do mnie ponownie rozbudzając podniecenie - Przepraszam - patrzy na mnie spod rzęs i mruga niewinne. Wiem, że wcale nie jest jej przykro - W łóżku możesz dawać mi klapsy.
- Lubisz to, ty diablico - jednym ruchem odwracam się i teraz ona przylega plecami do ściany - Co mam z tobą zrobić, huh? Doprowadzasz mnie do obłędu, szaleję za tobą, chociaż mnie wkurzasz, wiesz?
- To działa w obie strony, Jay - wsuwa palce w moje włosy, przeczesuje delikatnie i patrzy na mnie tym spojrzeniem, które dobrze znam. Przepełnionym czułością - Może dlatego nasz związek to wariactwo?

- Pasuje mi to, nie chcę niczego zmieniać. Wybacz za wczoraj - muskam jej usta i nic już nie mówimy. 
 


Vi POV:
Przed domem Dorothy parkujemy punkt dwudziesta. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy to ilość samochodów, które zastawiają cały podjazd, jak i trawnik. Jasna cholera, ile osób zaprosiła na przyjęcie?
- Denerwujesz się? - Jay gasi silnik i spogląda na mnie. Czy się denerwuję? Cholera, to oczywiste!
- Odrobinkę - posyłam mu lekki uśmiech i mocniej ściskam sznureczki od ozdobnej torby z prezentem dla solenizantki. Oczywiście Jay zwalił to na mnie, uprzedził jedynie, żebym nie patrzyła na cenę. Więc nie patrzyłam. Wybrałam piękną torebkę od Gucciego, za jedyne tysiąc sto dolców, ale cóż to dla niego? Bardzo mi się spodobała i obiecałam sobie, że wrócę po taką samą - Idziemy? Nie wypada się spóźnić.
- Jasne - opuszcza samochód, otwiera drzwi od mojej strony i pomaga mi wysiąść - Mówiłem to już, ale wyglądasz obłędnie, rybko - cmoka z uznaniem, a ja się zawstydzam. Rzadko mi się to zdarza, jednak jego wzrok wręcz przewierca mnie na wylot. Nie miałam pojęcia, co założyć na dzisiejsze przyjęcie. Wiedziałam jedynie, że to impreza z wyżej półki i należy wyglądać elegancko. Kupiłam, a raczej Justin kupił dla mnie, białą, długą, piękną sukienkę ze zdobieniami, w której czułam się wyjątkowo - Och, jeszcze kwiaty! - otwiera tylne drzwi i chwyta ogromny bukiet różowych róż - Gotowa? - przytakuję głową, chwytam go pod ramię i pewnie wchodzimy do środka. Prowadzi mnie w kierunku, którego nie znam i po chwili docieramy do ogromnego pomieszczenia na tyłach domu. Wow! - Ja pierdolę, ale matkę poniosło - Justin burczy pod nosem, a ja zaciskam usta podziwiając widok przed sobą. Mam wrażenie, że to specjalnie zaprojektowana sala na te ich mafijne przyjęcia, to widać na pierwszy rzut oka! - Zaprosiła całą naszą rodzinę. Bosko!
- Syneczku! - jej krzyk sprowadza mnie na ziemię. Podchodzi do nas odstrzelona jak prawdziwa dama i wita nas całusami w policzki - Wygadacie obłędnie! Nie mogę doczekać się waszego ślubu! - o nie, tylko nie to!
- Ja również, mamo - co?! Wbijam palce w jego ramię, jednak zachowuję się grzecznie i przyklejam na twarz szeroki uśmiech - Gdzie solenizantka? - rozglądam się w poszukiwaniu Taylor, Dorothy wskazuje palcem w prawo i ruszamy w jej kierunku. Wygląda przepięknie w czerwonej, długiej sukni z koronką - O nie - nim mam okazję zapytać, o co mu chodzi przed, nami zatrzymuje się kobieta. Ma długie, piękne brązowe włosy, a jej krótka, fikuśna sukienka różni się od pozostałych kreacji - Anja? Co tutaj robisz?
- Naprawdę o to pytasz, Jay? - uśmiecha się do niego i upija łyczek szampana. Kim.ona.kurwa.jest?! - Tak jak ty, zostałam zaproszona na przyjęcie urodzinowe Taylor. To chyba nic dziwnego, prawda?
- I przyleciałaś aż z Rosji? - o kurka wodna, znam już jedną Rosjankę, której pomogłam uciec daleko stąd.
- Nie, przyleciałam z Teksasu. Byłam u twojego wuja - na wzmiankę o Henry'm dreszcz przebiega mi po plecach - Cieszę się, że cię widzę. Gdyby moja siostra miała rozum, nigdy nie wypuściłaby cię wolno - dopiero teraz, po tych słowach dociera do mnie, kim jest stojąca przed nami kobieta. Jest siostrą Kath! 
 






wtorek, 12 czerwca 2018

Rozdział trzydziesty czwarty


Vi POV:

Ponad miesiąc od porwania, a trzy i pół miesiąca od naszego pierwszego spotkania, Jay ma dla mnie niespodziankę. Już wcześniej był strasznie tajemniczy, ukrywał coś przede mną, a ja prawie wyszłam ze skóry, byłam tak ciekawa! Nie pisnął jednak nawet słowa, organizował jakąś akcję, o której niestety nie miałam prawa wiedzieć. Wszystko stało się jasne, kiedy zaprowadził mnie, ze związanymi oczami, z bijącym szaleńczo sercem, na dach budynku. Kiedy tylko zsunął opaskę z moich oczu, zaparło mi dech w piersi. Długo wpatrywałam się w przepiękny widok przed nami, chłonąc go całą sobą. Słońce właśnie chyliło się ku zachodowi, tworząc na niebie piękne kolory. Panująca cisza otulała nas niczym ciepły kocyk.
- Masz ochotę na szampana? - chwyta mnie za rękę i dopiero teraz dostrzegam pięknie zastawiony stół. Pali się mnóstwo świec, małych i dużych, oraz uroczych kuleczek w różnych kolorach, tworząc niesamowicie romantyczny nastrój. Wokół jest również mnóstwo kwiatów, co w połączeniu z zachodem słońca, świecami wprowadza mnie w niesamowity nastrój. Nie ukrywam, cholernie się postarał czym mi zaimponował.

- Oczywiście - uśmiecham się, podchodzimy do stołu, a Justin jak dżentelmen odsuwa dla mnie krzesło. 
- Wspaniale, bo mamy co świętować - och! Wlepiam w niego wzrok i przyglądam się, jak nalewa do wysokich kieliszków bursztynowy płyn, a następnie wrzuca po truskawce. Kiedy stukamy się kieliszkami i upijamy po łyczku, nagle znikąd zjawia się dwóch mężczyzn, a po ich ubiorze wnioskuję, iż to kelnerzy! Wow - Zjemy kolację, kochanie. Na ciąg dalszy będziesz musiała chwilę poczekać - całuje wierzch mojej dłoni, puszcza mi oczko i uśmiecha się szeroko. Boże, ależ ja kocham tego pięknego mężczyznę!

Po kolacji, która swoją drogą była przepyszna, przenosimy się na białą kanapę, nad którą stoi urocza altanka z tiulowym baldachimem. Jestem pod wrażeniem dzisiejszego wieczoru, który jest wspaniały! Ostatni miesiąc był spokojny. Po wydarzeniach z moim porwaniem, utratą dziecka, potrzebowaliśmy trochę czasu, odrobinę oddechu. Wspólnie dodawaliśmy sobie siły, dużo rozmawialiśmy i pod wpływem własnego cierpienia opowiedziałam Justinowi o moim smutnym dzieciństwie. Słuchał uważnie, ściskał moją dłoń i co rusz się denerwował. Uspokajałam go i zapewniałam, że to już przeszłość, a moją przyszłością jest on. Zmienił wszystko, kompletnie rozwalając moje życie i składając je na nowo. Czułam, że tak powinno być, że ja powinnam taka być. Wejście do Seven było swojego rodzaju ucieczką, zapomnieniem od tego, z czym próbowałam się zmierzyć. Byłam wdzięczna Justinowi, że odkopał moje prawdziwe "ja", które podobało
mu się równie mocno, jak moja nieco bardziej buntownicza i pyskata strona.
- Pamiętasz - zaczyna cicho, odrywam wzrok od niesamowitego widoku z dachu i skupiam uwagę na jego pięknych oczach - Po wydarzeniach sprzed miesiąca, kiedy wyszłaś ze szpitala powiedziałaś coś, co było prawdą. Dlatego chciałbym to zmienić - próbuję zrozumieć, o czym on mówi, jednak nie mam bladego pojęcia! Ja naprawdę dużo mówię - Tak więc - odstawia kieliszki na stolik, stawia mnie na nogach i sięga do kieszeni czarnej marynarki - Zamknij oczy - rozkazuje, a ja natychmiast wykonuję jego polecenie. Nie słyszę nic niepokojącego, na dodatek wciąż czuję przed sobą jego ciało - Okej, otwórz - uchylam powieki, schylam głowę i przykładam dłoń do ust. Jasna cholera, co on wyprawia?! - Przypominasz sobie, co wtedy powiedziałaś? - kręcę przecząco głową. Jestem zbyt zszokowana, aby w ogóle myśleć! - Powiem ci. Wyznałaś, że nigdy nie oświadczyłem ci się naprawdę, a szopka była wyłącznie dla mojej matki. Miałaś całkowitą rację, dlatego dzisiejsze oświadczyny są jak najbardziej na poważnie, rybko - gapię się na niego z rozdziawionymi ustami, zapewne nie wyglądając zbyt atrakcyjnie, ale nie wierzę, że to robi. Co innego bawić się w narzeczeństwo, co innego naprawdę nim być! Jestem na to gotowa? Przecież znamy się zaledwie trzy miesiące! - Wiesz, że cię kocham i żadna siła tego nie zmieni, wpadłem po uszy. Dlatego pragnę, abyś została moją żoną - i bum! Wypowiada te jakże ważne słowa, a serce podskakuje mi do gardła. W dodatku otwiera czarne, małe pudełeczko, a przed moimi oczami pojawia się piękny pierścionek. Zupełnie inny od tego, który wcisnął mi na palec tuż pod drzwiami domu jego matki, ten podoba mi się o wiele bardziej. Jest mniejszy, co niezmiernie mnie cieszy, a maleńkie brylanciki połyskują na wszystkie strony, odbijając od siebie światło padające ze świec i lampek - Powiedz coś, zaczynam się stresować.
- J-ja... - jąkam się jak idiotka, ze świstem wypuszczam powietrze i staram się coś z siebie wydukać.
- Wiedz, że nie przyjmę odmowy - no tak, kto jest zaskoczony ręka w górę - Wiem, co do mnie czujesz, a ty wiesz, co ja czuję do ciebie. Nie myśl teraz o ślubie, dobrze? Nie będę na ciebie naciskał, Vivienne.
- Obiecujesz? - żwawo przytakuje głową, patrzę w jego oczekujące spojrzenie i modlę się w duchu, abym nie żałowała swojej decyzji - Więc tak, zostanę twoją żoną, Jay. Pewnego dnia - wystawiam palec na znak groźby, uśmiecha się szeroko i podnosi, po czym wsuwa na mój palec piękny pierścionek. Pasuje idealnie!
- Moja - odrzuca pudełeczko, ujmuje moją głowę w dłonie i miażdży nasze usta w czułym pocałunku. 


Budzę się przed Justinem, który jeszcze smacznie śpi. Wkładam na siebie dresowe spodenki, białą koszulkę i człapię na dół. Przeciągam się, ziewam, a kiedy docieram do kuchni, zastaję w niej Nathana oraz Savage'a, którzy siedzą przed laptopem i coś intensywnie oglądają. Przyzwyczaiłam się do ich częstego widoku, jak i tego, że bywają w tym domu. Polubiłam ich, a Savage nawet wybaczył mi kopnięcie w jaja.
- No proszę, kogo mu tu mamy - Nathan puszcza mi oczko i włącza ekspres - Wstała Pani tego domu.
- Ochujałeś? - przewracam oczami, wyjmuję kubek z szafki i stawiam pod dyszą ekspresu - Jarałeś coś?
- Skąd! Dochodzi dopiero dziesiąta, Vi. Nigdy nie zaczynam tak wcześnie - szczerzy się szeroko i chcąc nie chcąc jego dobry humor udziela się i mnie - Jesteś nie tylko Panią tego domu, ale i serca Justina.
- Proszę, odstaw to, co bierzesz, dobrze? Albo bierz pół, ponieważ to cholerstwo wyżera ci mózg.
- No patrz, Savage! Mówisz, jak jest, a ona jeszcze jedzie po mnie jak po burej suce! Ranisz mnie, Vi.
- Jak tak dalej pójdzie, chyba zabiorę cię do lekarza - uśmiecham się, pienię mleko i włączam podwójną porcję. Kiedy tylko młynek zaczyna mielić ziarenka, po kuchni rozchodzi się piękny zapach kawy.
- Nic mi nie jest, zapewniam. Ale to bardzo miłe z twojej strony, że tak bardzo się o mnie martwisz.
- No wiesz, szkoda by cię było. Jesteś jeszcze młody, masz tylko dwadzieścia trzy lata. Pożyj jeszcze.
- Dla ciebie wszystko - dumnie wypina pierś, a Savage wybucha śmiechem. Naszą wesołą rozmowę przerywa dźwięk mojego telefonu, który zawiadamia mnie o przyjściu nowego e-maila. Biorę go z blatu wyspy kuchennej, wchodzę w pocztę, a widok adresu prawie ścina mnie z nóg - Hej, co jest?
- Co się stało, Vivi? To coś złego? Mam obudzić Jay'a? - Savage zrywa się z miejsca i podchodzi do mnie.
- Nie! - podnoszę głos, szybko się ogarniam i odkładam telefon - Ja po prostu... dostałam się na studia.
- To świetna wiadomość! Gratulacje, maluchu! - Nathan czochra moje włosy i lekko szturcha w ramię.
- No proszę, będziemy mieć w rodzinie studentkę. Czyż to nie wspaniale? Jay będzie z ciebie dumny.
- Co się dzieje?! - do kuchni wpada zziajany Justin, a w dłoni trzyma broń. Kurwa mać! - Krzyczałaś.

- Hej, nic się nie stało. Spokojnie - podchodzę do niego, owijam dłonie wokół jego pasa i całuję w brodę - No już, uspokój się - głaszczę go po plecach, dyszy ciężko i nie spuszcza ze mnie wzroku. Rany! Naprawdę jest przewrażliwiony - Jedynie podniosłam głos, ponieważ coś mnie zaskoczyło. Przepraszam, skarbie.
- Nie masz za co, rybko - rzuca broń Nathanowi, dociska mnie do siebie i całuje w głowę. Czuję, jak szybko i gwałtownie bije jego serce - Co tak bardzo cię zaskoczyło, hmm? Prawie dostałem przez ciebie zawału.

- Nie waż się - mrużę oczy, uśmiecha się i cmoka czubek mojego nosa - Dostałam się na studia, Jay.
- Naprawdę? - pyta z niedowierzaniem, a kiedy ta wiadomość wreszcie do niego dociera, unosi mnie i okręca dookoła, aż kręci mi się w głowie - Kurwa, ale się cieszę! Jestem z ciebie taki dumny! - spoglądam na Savage'a, który unosi brew i posyła mi spojrzenie typu; "a nie mówiłem?" i prycha pod nosem.
- Tak, ja też się cieszę, kochanie - wsuwam palce w jego włosy, wtulam się w nie i zamykam oczy.


Siedzę na tarasie, piję kawę i rozmawiam z chłopakami. Josh włączył mnie na tryb głośnomówiący i wszyscy z dziecięcym podekscytowaniem słuchają o dzisiejszym e-mailu. Słyszę od nich to samo, co od Justina, że są ze mnie dumni. Nie rozumiem tego, ponieważ ja tylko dostałam się na studia, nawet ich nie zaczęłam! Mogą być dumni, jeśli jakimś cudem dobrnę do końca. Chyba dopiero teraz odczuwam strach. Cholera. Będę musiała na nowo muszę wdrożyć się w tryb studentki, chodzić na zajęcia i wkuwać. Bosko!
- Hej, mam coś dla ciebie - obok mnie pojawia się Jay, którzy rozkłada mnie na łopatki przepięknym uśmiechem - Proszę - otwiera dłoń, na której leżą trzy klucze przywiązane czerwoną kokardką - Do mojego domu. Zamieszkaj ze mną - kurwa! Uczucie osaczenia wręcz ściska mnie za gardło, odcinając powietrze.
- Justin, zaledwie wczoraj mi się oświadczyłeś, tak? Kocham cię skarbie, ale strasznie szybko działasz.
- Naprawdę? Przecież praktycznie cały czas ze mną mieszkasz. Kiedy ostatnio nocowałaś u chłopców? - marszczę brwi, próbując przypomnieć sobie ten moment. Cholera, to było wieku temu, kiedy spałam we własnym łóżku - No właśnie! Mieszkasz ze mną, a teraz proszę cię o to oficjalnie. Błagam wręcz - wzdycha ciężko, przysuwa się bliżej i układa głowę na moich kolanach. Głaszczę go po włosach, patrzę w jego oczy i doskonale wiem, że się złamię. Wcale nie chcę być z dala od niego, a i tak ma całkowitą rację. To jedynie potwierdzenie tego, co i tak dzieje się od kilku miesięcy - Pragnę, abyś była obok mnie przez cały czas.
- No dobrze - uśmiecham się, odbieram klucze i ściskam w dłoni - Musisz dać mi jeden pokój do nauki.
- Och, rybko. Dam ci nawet pięć - podrywa się z miejsca, chwyta mnie za ręce i przytula tak mocno, aż brakuje mi tlenu! - Życie jest tak kurewsko pięknie - szepcze mi na ucho, odchyla się i całuje namiętnie. Wdziera język w moje usta, pieści go, przygryza, ssie, a ciepło szybko spływa między moje nogi. Cholera! To niesamowite, że potrafi rozpalić mnie w jedną sekundę! Moje ciało poddaje mu się całkowicie - Muszę porwać cię na górę, nie wytrzymam - unosi mnie, owijam nogi wokół jego bioder i zsuwam usta na jego szczękę. Skubię ją zębami, dmucham na nią i robię mu małą malinkę. Urocza! - Zapłacisz za to - wchodzi do pokoju, stawia mnie na nogach i jednym ruchem pozbywa się mojej sukienki. Zostaję jedynie w białym komplecie, który niedawno mi podarował. Oczywiście więcej odkrywa niż zakrywa, to jego styl - Mmm, bardzo podoba mi się ten widok - wbija zęby w wargę, obserwuje mnie niczym zwierze gotowe do skoku i zsuwa z siebie t-shirt, a za nim krótkie spodenki. Jest bez bielizny, a jego męskość pręży się gotowa do działania. Oblizuję usta, klękam przed nim i chowam go do ust - Jeeezu - jęczy przeciągle, układa dłoń na mojej głowie chcąc wcisnąć się jeszcze głębiej. Pozwalam mu na to, zgadzam się, aby przejął kontrolę  ponieważ wiem, jak bardzo to kocha - Mam ogromną ochotę dojść w twoich ustach, rybko, ale nie dzisiaj - pozwala sobie jeszcze na dwa, mocne pchnięcia i wysuwa się ostrożnie. Jego oddech szaleje, brzuch unosi się i opada gwałtownie, a spojrzenie wwierca się we mnie intensywnie - Podejdź do ściany - rozkazuje pewnie, schylam głowę i posłusznie opieram dłonie na pomalowanej na szary kolor ścianie. Słyszę go gdzieś za sobą, wraca do mnie i chwyta moje dłonie, związując je na moich plecach. Lubił, kiedy nie miałam możliwości ruchu, ale ufałam mu i nie odczuwałam strachu. Po wydarzeniach, których autorem był Dave przez pewien czas skrepowanie napawało mnie czystym przerażeniem. Wiele nocy budziłam się z krzykiem, zlana potem, całkowicie roztrzaskana. Gdyby nie Justin, nie byłabym w stanie poradzić sobie z tym sama. Wspomnienia były zbyt bolesne - Jesteś taka piękna, kotku - uśmiecham się na ostatnie słowo. Rzadko tak do mnie mówił, przeważnie byłam jego rybką - Co mam z tobą zrobić, hmm? Chcę usłyszeć, jak to mówisz.
- Nie powiem, staruszku. Zapomnij - uśmiecham się pod nosem, a moje słowa działają na niego niemal  natychmiast. Czuję mocne uderzenie w pupę, a pisk przecina ciszę. Rany! Ależ on ma uderzenie!
- Od tego zaczniemy. Ostatnio znowu jesteś niegrzeczną dziewczynką, co? - sunie nosem po moim karku, lizę go językiem, a przez moje ciało niczym huragan przelatuje ten dobrze znajomy dreszcz podniecenia. Wiem, że tak łatwo mi nie odpuści, znam go! Wręcz uwielbia się nade mną znęcać.




Jay POV:
Wieczorem zostawiam Vivi pod opieką Nathana, a sam jadę odebrać dostawę. Upierała się, że pojedzie ze mną, ale nie zgodziłem się. Zawsze coś może pójść nie tak, a ja nie miałem zamiaru aż tak ryzykować. Wszystko zajebiście się układało i nie chciałem, aby cokolwiek się spieprzyło. Przed wyjazdem odbyłem poważną rozmowę i przekazałem dokładne instrukcje Savage'owi, który tylko przewrócił oczami. Cóż,
życie czasami różnie się układa, a ja chciałem, aby Vivi była bezpieczna. W razie czego miał się nią zaopiekować, przekazać jej mój dom oraz wszystkie pieniądze. Patrzył na mnie jakbym przyleciał z kosmosu, z dwoma głowami i fiutem na czole. Widziałem w jego oczach ogromne zaskoczenie i jeszcze coś, czego nie mogłem rozpoznać. Savage pracuje ze mną od sześciu lat i nigdy wcześniej nie widział mnie w takim stanie, a ja całkowicie przepadłem. To pierwszy raz, kiedy straciłem głowę dla kobiety, w dodatku o wiele młodszej, zwariowanej i uwielbiającej mi się stawiać. Nic na to nie poradzę, wzięło mnie na maksa i za nic w świecie z niej nie zrezygnuję. Powoli, krok po kroku realizowałem swój założony wcześniej plan. Była moja ciałem, duszą i sercem. Przyjęła oświadczyny, zgodziła się ze mną zamieszkać, a na ślub przyjdzie odpowiednia pora. Broni się, jednak dopnę swojego i wcisnę jej na palec obrączkę, znak tego, że do końca życia należeć będzie tylko do mnie. Dam jej trochę czasu, nieco wolności, ale nie za dużo, i pozwolę cieszyć się młodością, studiami. Niech wyszaleje się teraz, a nie wtedy, kiedy będzie związana ze mną przysięgą. Nie jestem pewny, jak zniósłbym chociażby wzrok innego frajera na ciele, które jest moje. Lepiej nie kusić losu. Dawno nikogo nie zabiłem, to się mogło bardzo szybko zmienić.


Parkuję przed dobrze znanym sklepem muzycznym, wchodzę do środka i witam się z Frankiem. Jak zawsze dostawa na mnie czeka, płacę odliczoną kwotę i ściskam mu dłoń. Szybko, sprawnie i bez problemów. To lubię. Nie mam czasu na owijanie w bawełnę, a zaledwie przecznicę dalej znajduje się komisariat policji. Nie ukrywam, Frank chyba lubi życie na krawędzi, ja bym aż tak bardzo nie zaryzykował. 

Dostarczam towar do Dragona. Przy okazji zerkam w papiery, na których są dokładne obliczenia. Nie ukrywam, towar rozchodzi się jak świeże bułki, a zera na koncie w zastraszającym tempie idą w górę. Przybywa nam klientów, Dragon wręcz nie wyrabia, jednak zapewnia, że nie potrzebuje nikogo do pomocy. To lepiej. Zawęziłem krąg zaufanych do minimum, im więcej osób kręci się wokół tym gorzej. Nie mam zamiaru użerać się z kimś, kto sprawia problemy. Eliminuje się słabe ogniwo, na szczęście dobrałem sobie świetny zespół. Dragon był lojalnym przyjacielem, ufałem mu i ceniłem za to, że odwala kawał dobrej roboty. Dzięki niemu każdy rozpoznawał, że towar jest od nas. Zmieniliśmy nieco koncepcję, a nasze pigułki wyróżniał kolor. Jedna połowa była biała, druga czarna. Dzięki temu ludzie wiedzieli gdzie przyjść, aby dostać czystą kokę zmieszaną ze złotym dodatkiem, który pozwalał odlecieć.
 

Przekraczam próg domu pięć minut po północy. Zsuwam z ramion skórzaną kurtkę, odkładam broń i zamykam wszystkie zamki, włączając dodatkowo alarm. W salonie cicho gra telewizor, Vi leży na ogromnej kanapie opatulona kocem, aż ledwo ją widać. Uśmiecham się na ten widok, podchodzę bliżej i przyglądam się jej twarzy. Śpi sobie smacznie, lekko rozchyliła usta, a włosy opadają jej na czoło. Muszę przyznać, że jest przepiękna i taka słodka. Wcześniej nie zwracałem uwagi na szczegóły, przy Vivi szybko się to zmieniło. Uwielbiałem jej mały nosek, kilka ledwie widocznych piegów na policzkach i te wesołe, tańczące wyzwaniem iskierki w jej ciemnych oczach. Była moim ideałem kobiety. Ześwirowałem na jej punkcie.
- O, wróciłeś - w salonie pojawia się Nathan, który ziewa przeciągle i drapie się po brzuchu - Zasnęła niedawno, film ją znudził. Skoro jesteś, wracam do siebie. Padam na pysk i marzę o łóżku. Do jutra.
- Jasne, dzięki - odprowadzam go do tylnego wyjścia, zabezpieczam drzwi i wracam do Vi, która przekręciła się na bok. Kątem oka spoglądam na pierścionek, który zdobi jej palec, a głupi uśmiech sam wkrada się na moje usta. Poprzedni oddała mi tuż po tym, jak Zayn wypaplał o naszym nieaktualnym planie. Położyła go na płytkach i po prostu uciekła, a potem było tylko gorzej. Na szczęście zła karta się odwróciła, a ja bujałem w obłokach - Rybko - szepczę cicho, przysiadam obok i ogarniam jej włosy. Porusza ramionami, oblizuje usta, jednak nie budzi się. Biorę ją więc na ręce, zanoszę na górę i układam w naszym łóżku. Po kolei zdejmuję z niej spodnie, bluzkę i moją bluzę. Zauważyłem, że wręcz uwielbia moje bluzy! Wciąż mi je podkrada, mała bestia! - Hop - wsuwam na nią swój t-shirt, odkrywam kołdrą i całuję w czoło. Szybko schodzę na dół, aby pogasić światła, a kiedy robię to w kuchni, rozlega się dźwięk przychodzącej wiadomości. Podchodzę do blatu wyspy kuchennej, wciskam guzik, a wyświetlacz w telefonie Vi rozbudza się do życia. Wpisuję kod zabezpieczający i chociaż nie powinienem tego robić, jednak robię. Nieznany numer budzi mój niepokój i czytam szeptem treść sms-a - "Witaj, Vivienne. Wiem, że nie powinnam do ciebie pisać, ale tak trudno mi wytrzymać! Mam tylko ciebie. Poznałam kogoś, rozumiesz to?! Ma na imię Rory i jest posiadaczem najpiękniejszych, błękitnych oczu jakie kiedykolwiek widziałam. A to wszystko dzięki tobie, wiesz? Pomogłaś mi, a ja już zawsze będę ci za to wdzięczna. Mam szansę na nowe, szczęśliwe życie, to takie piękne! Dziękuję ci, jesteś niesamowita! Chciałabym być tak odważna i silna jak ty, kto wie? Może pewnego dnia będzie mi to dane. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa, Vivi, zasługujesz na to. Kath" - kończę czytać, gapię się w telefon, który po chwili gaśnie, a moje ciało oblewa zimny pot. Jestem zszokowany, furia przelewa mi się w żyłach próbując znaleźć ujście i wreszcie pozwalam wyleźć jej na powierzchnię. Z całej siły rzucam telefon, który uderza w ścianę rozbryzgując się na kawałki. Nie wierzę w to, że Vivienne pomogła uciec Katherinie. Kurwa mać!