wtorek, 31 lipca 2018

Rozdział czterdziesty drugi


Jay POV:
Wszyscy ludzie, którzy dla mnie pracują, rozjeżdżają się w różnych kierunkach miasta w poszukiwaniu Vivienne. Na szczęście Thomas do mnie dołącza i dzięki temu jest nas prawie setka. Nie ma możliwości, abyśmy jej nie znaleźli, chociaż jeśli wpadła w ręce mojego wuja, może być już na wszystko za późno.
Na razie nie chcę zadręczać się tak czarnymi myślami, ponieważ tli się we mnie nadzieja, że Vivi żyje.
Przetrzepię całe miasto, żeby ją odnaleźć i sprowadzić do domu. Na razie postanowiłem nic nie mówić chłopakom z Seven, bo znowu James by mi nie darował. Oszczędzę sobie jego pierdolenia.


O trzynastej dostaję telefon od brata. Znalazł Vivienne niedaleko parku, każe przyjechać mi do siebie, więc zapierdalam, ile fabryka dała. Oddycham z ulgą, że jest bezpieczna, pod ochroną i z dala od rąk Henry'ego. Żyje, a to jest dla mnie najważniejsze. Nigdy nie wybaczyłbym sobie tego, gdyby cokolwiek jej się stało. Fakt, nie ułatwia mi tego, wciąż się wymyka, a ja ganiam za nią niczym zakochany kundel. Pod wpływem tych myśli uderza we mnie taka furia, aż mam ochotę coś rozpierdolić. Ta dziewczyna mnie wykończy, jej charakter jest niczym bomba z opóźnionym zapłonem. Tylko czekać, aż wybuchnie i zmiecie ze sobą wszystko dookoła. Nie mam do niej sił, już nie wiem, co powiedzieć, aby do niej dotrzeć. Zawsze, kiedy na naszej drodze pojawia się problem, ona ucieka i rozwiązuje go sama, na swój własny, pokręcony sposób. Drażniąc mnie, doprowadzając do pieprzonego szału, zmartwienia, strachu. Dlaczego po prostu nie wzięła mnie za fraki i nie wyprowadziła z domu matki? Wolała zostawić mnie tam samego, uciec i pokazać pazurki. Nie tak rozwiązuje się problemy, a my chyba jeszcze się tego nie nauczyliśmy. Jak tak dalej będzie, nigdy nie pójdziemy dalej. Zatrzymamy się w miejscu, a każde z nas porażki będzie przeżywać w samotności. Nie chcę tego dla nas. Pragnę być dla niej oparciem, aby mogła się wygadać, wyżalić, a nawet wypłakać. Jestem jej narzeczonym, do cholery, więc czemu zawsze musi ode mnie uciekać?

Na miejsce dojeżdżam dwadzieścia minut później. Z piskiem opon hamuję na podjedźcie wypasionego domu mojego brata, wyskakuję z samochodu i podbiegam do Vivienne, która stoi obok Thomasa oraz postawnego osiłka. Patrzę na nią, mój oddech szaleje, a węzeł strachu puszcza. Przecieram twarz rękami, mam ogromną ochotę porwać ją w ramiona, jednak złość mi na to nie pozwala. Niech to szlag! Mogła sprowadzić na siebie Henry'ego, który odebrałby mi ją na zawsze. Czy nie zdawała sobie z tego kurwa sprawy?! Czy wie, jak pochopnie się zachowuje, uciekając ode mnie tym samym od ochrony? Chyba nie
jest aż tak głupia, prawda? Wie, jak ogromne grozi jej niebezpieczeństwo, a i tak stawia na swoim.
- Daj nam chwilę, bracie - spoglądam na Thomasa, który kiwa głową. Chwytam Vi pod ramię, wlokę ją do domu i wchodzę do pierwszego z brzegu pokoju. Trzaskam drzwiami, odwracam ją w swoją stronę i patrzę w te ciemne, przestraszone oczy - Nie zdajesz sobie sprawy, jak potwornie jestem na ciebie wkurwiony, Vivienne - zaczynam ostro, poważnie, bez grama uczuć. Niech wie, do czego mogła doprowadzić - Jesteś inteligenta, mądra, sprytna, a chodzisz po ulicach jak gdyby nigdy nic!! - wydzieram się, aż podskakuje w miejscu. Wlepia wzrok w podłogę, nerwowo bawiąc się palcami - Jak długo jeszcze będę za tobą biegał, huh?! Robię wszystko, aby zapewnić ci bezpieczeństwo, wychodzę ze skóry, żebyś była ze mną szczęśliwa, a ty kurwa wolisz uciec, zaszyć się Bóg wie gdzie i milczeć, katując moje biedne serce!! - odwracam się, szarpię za włosy, a serce zaraz wyskoczy mi gardłem. Jestem na granicy własnej wytrzymałości - Co mam z tobą zrobić?! Zamknąć cię kurwa w piwnicy?! Tego właśnie chcesz?! Wiesz, że jestem do tego zdolny!

- J-Justin - jąka się, zaciska usta i zwija dłonie w pięści. No! Jestem ciekawy, co ma do powiedzenia.
- Dalej, słucham! - podchodzę do niej, chwytam za szczękę i gwałtownie unoszę jej głowę w górę - Patrz mi w oczy, jeśli chcesz mi coś powiedzieć - syczę przez zęby, wbija zęby w wargę i mimo tego, iż ledwo nad sobą panuję, w niej nie ma za grosz złości - Na co czekasz, rybko? Wyduś to z siebie wreszcie.
- Proszę, nie krzycz - szepcze cicho, a ja uchylam usta zszokowany. Czy.ona.mówi.kurwa.serio?!

- Mam nie krzyczeć? Wolałabyś, żebym pogłaskał cię po głowie i pochwalił za to, co odjebałaś?!
- Przepraszam - przysuwa się, staje na palcach i muska moje usta. Ostrożnie, delikatnie, czule, jakby bała się, że zaraz ją od siebie odtrącę. Cóż, mam kurewską ochotę to zrobić, aby pokazać jej, do jakiego stanu mnie doprowadziła - Tak bardzo cię kocham, Jay - i chuj bombki strzela! Jej słodki, smutny głosik rozmiękcza moje serce na papkę, a mózg ucina sobie drzemkę. Zachłannie wpijam się w jej usta, wdzieram język do środka, a w palcach ściskam włosy. Wręcz pożeram ją tym pocałunkiem, ruszam do przodu, trzymając ją blisko siebie i rzucam na kanapę. Bez ceregieli zrywam z niej jeansy, razem z majtkami, rozpinam rozporek, a po chwili wbijam się w jej ciasne wnętrze. Odchyla głowę w tył, krzywi się i dopiero teraz dociera do mnie, że mogła być na to nieprzygotowana - Szlag, zraniłem cię?
- N-nie - oblizuje usta, chwyta mnie za kark i przysuwa do siebie - Nie przestawaj, potrzebuję cię.
- A ja ciebie rybko, ale nie w ten sposób - burczę pod nosem, odsuwam się od niej i opuszczam ciepłe wnętrze. Zsuwam się w dół, przyciągam ją na brzeg kanapy i pieszczę tak, jak lubi. Cichutkie jęki uciekają z jej ust, wierci się niespokojnie, szarpie mnie za włosy i co rusz dociska moją głowę jeszcze bliżej siebie. Jestem napalony jak jasna cholera, wszystkie emocje mieszają się ze sobą, chcąc rozpieprzyć mnie na kawałki. Tak potwornie się o nią bałem, na dodatek milczała, nie dawała znaku życia, a teraz leży pode mną, bezpieczna, zdrowa, żywa! - Nigdy więcej nie waż się odpierdalać takich numerów, Vivi - odrywam się od jej słodkiej cipki i napieram na nią swoim ciałem - Jeszcze jeden taki numer, a wyjdę z siebie, stanę obok i przetrzepię ci skórę, aż wreszcie usiądziesz na dupie. Mówię poważnie, rozumiesz mnie?
- Tak - szepcze cichutko, całuje linię mojej szczęki, skutecznie mnie rozpraszając - Pragnę cię, skarbie. 

- I za chuja nie powinienem ci tego dać! Powinienem ukarać cię za to, jak dziecinnie się zachowujesz.
- Ukaż mnie orgazmem - przygryza wargę, patrzy mi w oczy i zsuwa dłoń w dół, po czym obejmuje palcami mojego fiuta. Kurwa! Zaciskam zęby, żeby nie jęknąć z przyjemności, kiedy pieści mnie zachłannie - Wiem, że też tego chcesz. Powstrzymaj tego władczego dupka, który chce z ciebie wyleźć i wejdź we mnie.
- Wejść w ciebie? - uśmiecham się, a te słowa działają na mnie pobudzająco - Trzymaj się rybko, będzie ostro - ponownie wbijam się w nią jednym, mocnym ruchem, jednak teraz czuję poślizg, którego brakowało mi chwilę temu. Wzdycha z przyjemności, wbija paznokcie w moje ramiona i wypycha cycki w górę. Szarpnięciem odsuwam bluzkę w dół, odchylam miseczkę stanika i gryzę jej kuszący sutek. 


Dwadzieścia minut później doprowadzamy się do porządku. Nie planowałem takiego obrotu sytuacji, jednak to Vivienne wzięła sprawy w swoje ręce, a doskonale wie, jak na mnie działa. Wie, że ma mnie w jednym palcu i wykorzystuje to na swoją korzyść. Miałem w planach sprać jej tyłek, nawrzeszczeć na nią, żeby wreszcie zaczęła myśleć, a skończyło się zupełnie inaczej. Jestem dla niej zdecydowanie za miękki.
- Wszystko w porządku? - pytam, kiedy zmierzamy do biura Thomasa. Vi przytakuje głową, uśmiecha się uroczo i przytula do mojego ramienia. Kiedy jednak na horyzoncie pojawia się jeden z ludzi mojego brata, Vivi się spina i schyla głowę przestraszona, czym mnie zaskakuje - Hej, co się stało, kwiatuszku?
- Nic - odpowiadam obojętnie, otwieram drzwi od biura i przepuszczam ją pierwszą - Hej, Thomas.
- Hej - uśmiecha się szeroko, a po chwili zaciska usta, jakby przypomniał sobie coś ciekawego - Jak tam?
- Jakoś - burczę pod nosem, siadam na fotelu i przyciąga Vi na kolana - Chcę wiedzieć, kto ją uderzył.
- Niestety jeden z moich ludzi odrobinę się zapomniał - och, kurwa! Zaraz ja się zapomnę! - Przeprosi.
- Nie chcę jego przeprosin, Thomas! Nie miał kurwa prawa podnieść na nią ręki - podnoszę się, Vi staje obok i wpatruje się we mnie zaskoczona - Kim on myśli, że jest huh?! To moja narzeczona! Dawaj go tu.
- Justin, uspokój się - Vivi podchodzi bliżej, chwyta moje ramię i ściska mocniej - Nic mi nie jest, tak?
- Spoliczkował cię! Widzę ślad, który masz na policzku. Myślisz, że jestem ślepy?! Zabiję go kurwa!
- Nikogo nie będziesz zabijał - mówi surowo, chwyta moją szczękę i zmusza, abym spojrzał jej w oczy - Zdenerwował się na mnie, okej? To nic wielkiego, przechodziłam przez gorsze rzeczy. Poradzę sobie z tym.
- Wiem, że sobie poradzisz, ale to nie znaczy, że ten skurwiel miał prawo to zrobić! Nikt nie ma prawa!
- No już, wyluzuj - Thomas podnosi tyłek i dołącza do nas - Lee poniesie za to surowe konsekwencje, możesz być tego pewny, bracie. Masz rację, nie miał prawa uderzyć twojej narzeczonej, nawet, jeśli go zdenerwowała. Zajmę się tym, obiecuję. Możesz się wreszcie uspokoić? Chcę z tobą porozmawiać.
- Jasne, ale najpierw daj mi mocnego drinka. Mam na dzisiaj serdecznie dość - wzdycham ciężko, przyciągam Vivienne do siebie i tulę do swojego ciała - Tak bardzo się cieszę, że jesteś przy mnie, rybko.
- Ja też się cieszę, Jay. Nie złość się już, dobrze? - szepcze cicho, głaszcze mnie po karku, a w jej ramionach uspokajam się natychmiast. Jest lepsza niż drink - Chcę wrócić do domu, jestem zmęczona.
- Daj mi parę minut, zamienię kilka słów z bratem i wracamy - odchylam się, przykładam dłoń do jej policzka, a ona zamyka oczy pod wpływem mojego dotyku. Roztapia mnie jej widok, to spojrzenie szczeniaka, przepełnione smutkiem. Ochronię ją, choćbym miał zabić własnego wujka.




Vi POV:
Rozluźniam się, kiedy wracamy do domu, Justin prowadzi samochód i trzyma dłoń na moim udzie. Dochodzi dopiero piętnasta, jednak mam dość i marzę o tym, aby położyć się do naszego łózka i zasnąć.
- Kiedy odpoczniesz, będziemy musieli porozmawiać o incydencie, który miał miejsce w domu mojej mamy.
- Jeśli liczysz na to, że przeproszę Dorothy, to cię rozczaruję. Nie mam za co jej przepraszać, Justin.
- To ona chciała przeprosić ciebie - och! Przekręcam głowę i wlepiam w niego zaskoczone spojrzenia - Wie, że przesadziła. Była zdenerwowana, poniosło ją i stało się. Wiedz, że jest jej bardzo przykro, rybko.
- Nie mam teraz do tego głowy. Marzę jedynie o śnie - ziewam przeciągle, a ciszę przerywa dźwięk przychodzącego sms'a. Otwieram torebkę, którą odzyskałam z łap Lee i wyjmuję telefon. Na wyświetlaczu ukazuje się nieznany numer, a treść mnie dołuje - Kurwa, zapomniałam o pogrzebie ojca. Jest za godzinę.

- Pojedziemy? - w głosie Justina wyczuwam nutkę nadziei, jale ja mam mieszane uczucia - Zrób to, proszę.
- Niech ci będzie. Tylko nie opuszczaj mnie nawet na sekundę, dobrze? Inaczej nie dam rady.
- Obiecuję, że będę przy tobie. Zawsze - unosi moją dłoń, przysuwa do ust i składa czułu pocałunek.


Biorę prysznic, przebieram się w czarne spodnie, czarną bluzkę z wiązaniem na plecach, a na nogi zakładam klasyczne, czarne szpilki. Lubię ten kolor, jednak w połączeniu z czymś jaśniejszym. Ubrana
cała na czarno czuję się przytłoczona, a mój wisielczy humor po dzisiejszych wydarzeniach pogłębia się. Nie mam ochoty tam iść, wolałabym pójść spać i pozwolić ciału odpocząć. Nie mam pojęcia, dlaczego Justinowi tak bardzo na tym zależy, ale widocznie ma w tym jakiś cel. Sam przeżył śmierć ojca, ale nigdy nie pytałam go, czy byli ze sobą blisko. Jeśli będzie chciał, kiedyś sam mi o tym opowie.


Na miejscu jesteśmy przed czasem. Moje serce bije jak szalone, dłonie się pocą i mam ogromną ochotę brać nogi za pas. Przez szybę samochodu widzę moje ciotki oraz wujków, a także kilka kuzynek, kuzynów i znajomych rodziców. Bardziej od samego pogrzebu przeraża mnie spotkanie z nimi wszystkimi, jak i z matką. Nie widziałam ich od sześciu lat, co mam im powiedzieć? Nie czuję z nimi żadnej więzi, nie są mi bliscy, a mama już dawno odtrąciła mnie od siebie. Jak mam się zachować, kiedy stanę z nią twarzą w twarz? Uścisnąć ją? Pocałować? Jasna cholera, to będzie potwornie niezręczna sytuacja.
- Spokojnie, rybko. Jestem przy tobie - Justin doskonale wyczuwa mój niepokój, wychodzi z samochodu, obchodzi go i otwiera mi drzwi, pomagając wysiąść. Ledwo stoję na własnych nogach, które drżą niespokojnie - Wszystko będzie dobrze, obiecuję - przytula mnie do siebie, głaszcze po plecach, a ja oddycham głęboko i biorę się w garść. Dam radę, poradzę sobie z tym - Powinniśmy wejść do kościoła.
- Więc chodźmy - posyłam mu lekki uśmiech, wsuwam dłoń pod jego ramię i po chwili przekraczamy próg kościoła. Kiedy tylko zajmujemy miejsce w ławce, szeptom nie ma końca. Czuję na sobie spojrzenia wszystkich, jakby zobaczyli ducha. Czuję się niezręcznie, jednak staram się nie zwracać na nich uwagi. 


Po mszy, która ciągnie się w nieskończoność, przechodzimy na cmentarz. Krzyżuję spojrzenie ze stojącą obok mamy Ellie, posyła mi wdzięczny uśmiech i skupia się na słowach księdza. Na szczęście nie guzdrzże się i po kilku minutach jest po wszystkim. Justin zostawia mnie na moment, aby podejść bliżej i położyć wieniec, który kupiliśmy w drodze. Kiedy tylko wraca, błagam go spojrzeniem, abyśmy już sobie poszli. Karci mnie jak dziecko, a ja doskonale wiem, że chce, żebym porozmawiała z mamą.
- Vivienne - sztywnieję na jej dochodzący zza moich pleców głos. Wspomnienia uderzają we mnie niczym tona cegieł, a do oczu napływają łzy. Justin odwraca nas w jej stronę, przedstawia się kulturalnie, a mama patrzy na niego z podziwem - Nie wiedziałam, że masz narzeczonego. To wspaniale, gratuluję.
- D-dziękuję - jąkam się i chrząkam, aby pozbyć się guli w gardle - Nic dziwnego, że nie wiedziałaś. Przecież nie widziałaś mnie sześć lat, nie próbowałaś mnie odszukać. Powinnaś dostać medal dla najlepszej matki - Justin gwałtownie wciąga powietrze i patrzy na mnie zaskoczony - No, co? Czemu tak patrzysz?
- Ponieważ nie powinnaś tego mówić, Vivi. Nie tutaj. Proszę, zachowaj te uszczypliwości na później.
- Nie mów mi, co mam robić, Jay - burczę pod nosem, jednak w sekundę podnosi mi ciśnienie. Gówno wie! Miał szczęśliwe dzieciństwo mimo tego, czym zajmował się jego ojciec. Nie ma bladego pojęcia o tym, jakie to uczucie, kiedy rodzice nie kochają własnego dziecka - Miło było cię zobaczyć... mamo.
- Och, córeczko. Nie masz pojęcia, jak bardzo jest mi przykro - patrzy na mnie z bólem w oczach, aż coś przekręca mi się w brzuchu. Niech to szlag! Nie chcę nic czuć, dawniej miałam wszystko w dupie, a przez Justina moje słabe strony wylazły na światło dzienne i robią ze mną to, co im się żywnie podoba! - Musiałam zaopiekować się ojcem, nawet jeśli nie był idealny. Wiem, że ciężko jest ci to teraz zrozumieć, ale kiedy wyjdziesz za mąż, spojrzysz na to zupełnie inaczej. Twój mąż będzie dla ciebie najważniejszy.
- Owszem, będzie. Ale nigdy nie odrzucę przez niego własnych dzieci! Będę kochać ich po równo, żadne z nich nie poczuje się niechciane! Ty wybrałaś ojca, a ja i Ellie przestałyśmy się dla was liczyć.
- Masz rację, pogubiłam się w tym wszystkim. Wiedz jednak, że nigdy nie przestałam cię kochać, Vivi.
- Muszę już iść. Uważaj na siebie - odwracam się i opuszczam cmentarz. Pragnę zapomnieć o tym dniu.


Biorę kąpiel w ogromnej wannie wypełnionej po brzegi gorącą wodą oraz pięknie pachnącym różanym olejkiem. Zamykam oczy, odprężam się i delektuję ciszą panującą dookoła. Właśnie tego mi brakowało, spokoju. Mam dość dramatów na długi czas, chociaż podświadomie wiem, że najgorsze i tak przede mną. Konfrontacja z Henry'm nadejdzie prędzej czy później, od niego na pewno nie ucieknę. Poza tym gdzieś z tyłu mojej głowy siedzi sytuacja z Dorothy oraz nasz ślub. Dopadają mnie potężne wątpliwości czy dobrze robię, a mój brzuch zaciska supeł stresu. Przyszła teściowa pokazała pazurki, teraz już wiem, że moje zachowanie jej się nie podoba. To, że mam własne zdanie, to, że mówię je wprost bez owijania. Wspomniała nawet o zasadach, które mnie nie dotyczą. Nie mam pewności czy przypadkiem nie namówi Justina do tego, aby mnie "utemperował", a jeśli on się na to zgodzi, będę w czarnej dupie. Wtedy nic nie będę mogła zrobić, jak siedzieć cicho i podporządkować się. Nie chcę dla siebie takiego życia, uciekłam z domu, jestem wolna jak ptak i robię to, na co mam ochotę. Jeśli faktycznie muszę za niego wyjść, niech napisze mi na papierze, że nigdy nie zmusi mnie do zasad panujących w mafii. Wtedy powiem "tak".

Owijam się ręcznikiem, drugim robię turban na włosach i ścieram resztki makijażu. Mój policzek pokrywa lekki, siny ślad po ciosach Lee i natychmiast przypominam sobie jego wkurwione spojrzenie. Ma słabe nerwy, skoro tak szybko wyszedł ze skóry, a nawet na dobre się nie rozkręciłam. Gdybym poszła na całość, zapewne strzeliłby mi w łeb i wyręczył polującego na mnie Henry'ego. To byłaby dopiero niespodzianka.
- Rybko - moje rozmyślenia przerywa stojący w progu Justin. Marszczy brwi, kiedy natrafia na to, na co przed chwilą patrzyłam - Bez makijażu widać siniaka jeszcze bardziej - zaciska szczękę, a jego spojrzenie poważnieje. Nie chcę, aby się tym zadręczał, przecież to nie pierwszy raz, kiedy ktoś mnie spoliczkował - Boli? - kręcę przecząco głową, podchodzę do niego i owijam dłonie wokół jego pasa. Dociska mnie do siebie, układa dłoń na moim karku, a drugą zsuwa ręcznik z włosów i wsuwa w nie palce. Rozluźniam się pod wpływem jego dotyku, zamykam oczy, a sen przychodzi natychmiast - Chodź do łóżka, wystarczy tego spa - przewracam oczami, podchodzę do szafki i szybko zakładam na siebie satynową koszulkę. Kiedy tylko wskakuję do łóżka, mój telefon się odzywa. Biorę go z szafki, a widniejący zastrzeżony numer budzi mój niepokój - Co się stało? Kto to? - siada na brzegu i wlepia we mnie te piękne oczy. Cholera, wiem, kto to.
- Twój wujek - szepczę cicho, Justin zamiera i rozchyla usta - "Witaj, słodka Vivienne. Jaka szkoda, że dzisiaj ktoś sprzątnął mi ciebie dosłownie sprzed nosa. Wystarczyło zaledwie kilka sekund, a byłabyś w moich rękach. Jestem bardzo niepocieszony. Wyglądałaś naprawdę pięknie, wiesz? Może odrobinę zmienię swoje plany, hmm? Dobrej nocy, słoneczko" - kończę czytać, a w pokoju zapada cisza. Niepewnie unoszę wzrok, a Justin płonie ze złości. Boję się, że wpadnie w szał - Kochanie, proszę nie...
- Zapierdolę go własnymi rękoma! Chciał wojny, będzie ją miał - syczy przez zęby, zrywa się na równe nogi i wychodzi z pokoju, zostawiając mnie samą, zdezorientowaną. Boże, niech to się skończy. Błagam! 






****************
Hejo!
Kolejny rozdział na nowym ff pojawi się w czwartek :)

Ściskam was!
Kasia








wtorek, 24 lipca 2018

Rozdział czterdziesty pierwszy


Jay POV:

W nocy nie zmrużyłem oka. Siedziałem w salonie, pochłaniając drinka za drinkiem, z bijącym niespokojne sercem i zszarganymi nerwami. Umierałem z niepokoju o Vivienne, która się nie odezwała, odkąd opuściła dom mojej matki. Nie spodziewałem się, że ta rozmowa potoczy się tak źle, chociaż powinienem był się na to przygotować. Matka nie oszczędziłaby sobie kazania, zawsze tak było. Jeśli miała coś do powiedzenia, nic jej nie powstrzymało. Jaka szkoda, że nie ruszyłem dupy w obronie własnej narzeczonej. Do tej pory nie potrafię zrozumieć, co trzymało mnie w miejscu. Nie mogłem zrobić nawet kroku, ale to słowa matki tak mną wstrząsnęły. Nigdy nie spodziewałbym się po niej wzmianki o zasadach względem Vivienne. Doskonale wie, że jej nie dotyczą, a mimo to wspomniała, że brak jej ogłady i szacunku. Wcale tak nie myślę. Vivi mnie szanuje, to, co robię. Jej cięty język ani trochę mi nie przeszkadza i absolutnie nie jest oznaką braku szacunku. Jest jeszcze młoda, jednak ułożona i dobrze wychowana. Matka po prostu nie przywykła do tego typu kobiet, ponieważ w mafii każda chodzi jak w zegarku. Vivienne ma gorący temperament, ciężko ją ujarzmić a w świecie mafii takie zachowanie nie ma szans na powodzenie. Niestety każdy musi się z tym pogodzić, ponieważ oboje nie będziemy przestrzegać zasad, które zostały spisane lata temu. Gdybym tylko podjął inną decyzję, przejął interes ojca, teraz oboje mielibyśmy nieźle przejebane. Nie wyobrażam sobie, aby Vivi była grzeczna jak aniołek, posłuszna, czekająca na mnie bez słowa sprzeciwu. Chyba bolałby mnie widok jej takiej, ponieważ kocham w niej to, że jest taka pyskata, zadziorna i radosna. Jest moim światełkiem, którego nie chcę zgasić. Dzięki niej sam się zmieniłem, więcej się uśmiecham i cieszę drobnostkami. Nawet wspólne gotowanie czy oglądanie filmu sprawia mi niesamowitą radość, dlatego jej brak roztrzaskuje moje biedne serce na kawałki. Gdzież ona się podziewa? Dlaczego się nie odzywa? Robi mi na złość, a może ludzie wuja już dorwali ją w swoje ręce. Nie! Zrywam się z kanapy, biorę telefon ze stolika i ponownie wykręcam jej numer. Wcześniej był sygnał, teraz włącza się poczta głosowa. Jebana.poczta.głosowa, której tak nienawidzę! Niepokój zaraz rozsadzi mi czaszkę!
- Jay - do salonu wchodzi Savage wraz z Nathanem i Quebo - Ani śladu, nie znaleźliśmy nic, stary.
- Jak to możliwe, huh? Przecież nie zapadła się pod ziemię, prawda? Gdzieś kurwa musi być!
- Będziemy szukać dalej, nie martw się - Nathan kiwa głową, zbiera chłopców i ponownie zostaję sam.
- Gdzie jesteś, rybko - szepczę do siebie, przecieram twarz rękami, a tęsknota chwyta mnie za serce. W domu jest tak cicho, pusto, nijako. Brakuje mi jej, chciałbym wziąć ją w ramiona, pocałować, ukoić jej nerwy i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Mam żal do mamy za to, co zrobiła. Zapomniała się.
- Justin - moje rozmyślenia przerywa stojący w progu Thomas. Marszczę brwi, ale kogo jak kogo, jego się tutaj nie spodziewałem - Uspokój się, bracie - kręci głową, podchodzi do mnie i ściska po męsku - Jesteś kłębkiem nerwów. 
Wyluzuj, inaczej się wykończysz, chłopie - wzdycha ciężko i opada na kanapę.
- Mówisz poważnie? Moja narzeczona przepadła, a dwóch typków czai się na jej życie! Mam być spokojny?
- Tsa, sprawy trochę się spierdoliły. Rozmawiałem z mamą - chrząka niezręcznie i wiem już, po czyjej stanie stronie - Opowiedziała mi o waszej wizycie. Cholera, Justin, musisz utemperować Vivienne.
- Pierdol się, Thomas! - podnoszę głos, wlepia we mnie wzrok i śmie wyglądać na zaskoczonego - Nie będę jej temperował, zakoduj to sobie w głowie! To moja narzeczona, kocham ją taka, jaka jest i przestańcie wywierać na nią jakąkolwiek presję! Zapomniałeś, że nie należy do twojego świata? - unoszę brew, Thomas głośno wypuszcza powietrze i schyla głowę - No właśnie! Może mówić to, co jej się żywnie podoba, a zasady nigdy nie będą jej ograniczać. Nawet wtedy, kiedy zostanie moją żoną. Może i poniosło ją wczoraj, ale to matka podniosła na nią rękę, czego robić nie powinna. Naprawdę solidnie przesadziła. Wiesz o tym!
- Vivienne ją zdenerwowała, Jay. Nie przywykła do tego, że jakaś gówniara nie okazuje jej szacunku.
- Nie życzę sobie, żebyś mówił w ten sposób o mojej narzeczonej, Thomas. To, że Vivi jest młoda, nie oznacza, że jest gówniarą. Przeszła wiele w swoim życiu, miała pojebane dzieciństwo, została porwana, straciliśmy dziecko, a na dokładkę jest jeszcze Henry. Proszę, przynajmniej ty mnie nie wkurwiaj.
- Masz rację, wybacz. Wiem, że ją kochasz, zapomniałem się - podnosi się, podchodzi i układa dłoń na moim ramieniu - Bierz ten ślub jak najszybciej, bracie. Tylko w ten sposób możesz ochronić swoją narzeczoną. Nie mam dobrych wieści - patrzę mu w oczy, a jego mina faktycznie nie wskazuje na nic dobrego - Henry jest w Chicago - kurwa! Wstrzymuję oddech, a krew odpływa mi z twarzy. Wrócił! - Dowiedziałem się tego dzisiaj rano, jeden z moich ludzi mnie o tym poinformował. Wiedz, że nie pozwoliłem mu wrócić, dlatego nie pokaże nam się na oczy. Wie, że poniósłby za to surowe konsekwencje.
- Mój Boże! Skoro jest tak blisko, w tej chwili może być z Vivienne - szarpię za włosy, a panika żre moje bebechy - Muszę ją znaleźć, zanim on to zrobi. Nie może dorwać jej w swoje ręce! To byłby koniec.
- Na pewno jest cała i zdrowa, znajdziemy ją - pociesza mnie, jednak wcale nie jestem tego pewny.




Vi POV:
Spaceruję po mieście, jem pyszne lody i cieszę się samotnością. To naprawdę przyjemne uczucie odpocząć od zamieszania, Justina, jego matki i wiecznych pretensji. Ostatni czas jest dla mnie bardzo ciężki, napięty. Od dnia, w którym Jay oświadczył mi się na dachu budynku, wciąż coś się dzieje, a ja już nie nadążam. Jestem zmęczona i marzę o spokoju. Co za ironia. Niebawem mogę dostać ten spokój... wieczny. Ludzie Henry'ego kręcą się gdzieś w pobliżu, czają się i kiedy tylko na mnie wpadną, pociągną za spust. Czy powinnam pożegnać się z chłopcami i Justinem? Skoro tak odważnie przechadzam się ulicami Chicago, to kwestia czasu aż na siebie wpadniemy. Jak na zawołanie przypominam sobie jego czarne jak smoła oczy, kiedy dusił mnie przy ścianie w domu Dorothy. Nigdy w życiu nie widziałam takiego spojrzenia. Nawet Dave nie patrzył na mnie w ten sposób. Henry wyglądał niczym demon, który przejął kontrolę nad jego ciałem. To wspomnienie przyprawia mnie o ciarki, apetyt odchodzi i wyrzucam resztkę miętowego loda do kosza. Zaczynam się również rozglądać, a moje ciało dopada panika. Co ja sobie kurwa myślę?! Naprawdę chcę zginąć z rąk tego śmiecia? Tak po prostu pozwolić mu wygrać? Należę do Seven, nie mogę się poddać!
Sięgam do kieszeni po telefon, ale nagle ktoś przyciąga moją uwagę. To dwóch mężczyzn ubranych na czarno. Postawnych, napakowanych, rozglądających się tak samo, jak ja. Wiem, kim są. To ludzie Henry'ego! Znalazł mnie szybciej, niż myślałam, na szczęście jestem w tłumie ludzi, więc na pewno nie zastrzeli mnie ot tak, prawda? Chyba aż tak nie zaryzykuje, chociaż nigdy nic nie wiadomo.
Przechodzę na drugą stronę ulicy, odwracam się za siebie i jak na złość nawiązuję kontakt wzrokowy z jednym z nich, niech to szlag! Przyśpieszam, kieruję się prosto w stronę parku, a z niego mam zaledwie trzy przecznice do magazynu Seven. W tym momencie jednak to daleka przebieżka. Dziękuję sobie w myślach, że sporo ćwiczyłam i boksowałam. Moje ciało przyzwyczajone jest do wysiłku, który czeka mnie dosłownie za chwilę. Właśnie przechodzę alejki, skręcam w prawo i dyskretnie odwracam się za siebie. Jestem zaskoczona, jak blisko mnie są dwaj mężczyźni wyglądający poważnie jak diabli. Bez namysłu rzucam się przed siebie, ponownie przebiegam ulicę, prawie wpadając pod samochód. Sfrustrowany kierowca hamuje w ostatniej chwili, trąbi na mnie i wystawia środkowy palec. Olewam go, biegnę dalej, wciskając się w wąską uliczkę. Znam ten teren, wiem, że zaprowadzi mnie w pobliże przeklętej pralni. Dlaczego wciąż moje nogi ciągną w to cholerne miejsce? Przecież tak wiele tak wycierpiałam.
- Vivienne!! - słyszę swoje imię, a ciarki przebiegają mi po plecach - Zatrzymaj się!! - ignoruję go, wybiegam z uliczki i kieruję się do magazynu. Dyszę ciężko, jestem zmęczona, ale nie poddaję się. Jeśli to zrobię, ci mężczyźni zabiorą mnie do Henry'ego, a stamtąd już niedaleka droga do piekła. Nie boję się śmierci, nigdy się nie bałam, a w pewnym momencie swojego życia nawet jej pragnęłam. Ba, chciałam umrzeć jeszcze dzisiaj, rozmawiając z Henry'm, ale potem stwierdziłam, że ni chuja nie dam zabić się właśnie jemu. Dlaczego miałabym mu zafundować taką satysfakcję? Wolę sama strzelić sobie w łeb - Vivienne, do kurwy nędzy!! - ponownie się wydziera, odwracam się i z przerażeniem stwierdzam, że są jeszcze bliżej. Niech to szlag, jak mam ich zgubić, skoro mają tak świetną kondycję?! - Nie uciekaj!!
- To mnie nie gońcie!! - krzyczę w powietrze, odbijam w prawo i ponownie wciskam się w wąską uliczkę. Brak mi tchu, słabnę, a moje gardło wysycha na wiór. Próbuję przełknąć ślinę, krzywię się, bo praktycznie jej nie mam! Nie jest dobrze, mimo wszystko walczę dzielnie i wypadam po drugiej stronie ulicy niczym z procy, wprost pod koła czarnego samochodu, który zatrzymuje się z piskiem opon. Trochę mnie omamia, boli mnie brzuch po zderzeniu z maską, a ze środka wychodzi dwóch mężczyzn. Wyglądają tak samo jak ci, którzy właśnie mnie doganiają. Boże! - Nie zbliżajcie się do mnie! - wystawiam ręce przed siebie, próbując przygotować się do walki. Jaka szkoda, że nie mam przy sobie broni. Miałabym się czym obronić.
- Uspokój się, wariatko! - dyszy jeden z tych, którzy mnie gonili - Wsiadaj do samochodu, koniec zabawy.
- Pierdol się! - syczę przez zęby, cofam się, wpadając na tors innego mężczyzny - Nie dotykaj mnie!
- Boże, jaka ty jesteś nerwowa. Do samochodu! - bez ceregieli przerzuca moje ciało przez ramię i wpycha mnie na tylne siedzenie. Walczę z nim, odpycham jego dłonie, drapię, a w zamian dostaję policzek. Piszczę zaskoczona, przykładam dłoń do piekącej skóry i nie dowierzam, że naprawdę to zrobił - Jeszcze słowo, a będzie gorzej. Rozumiesz?! - chwyta moje włosy, przysuwa do siebie i specjalnie zaciska pięść, sprawiając mi ból - Pytałem, czy rozumiesz? - przytakuję głową, połykając łzy. Nie chcę pokazać mu swojej słabości, chociaż jego cios był naprawdę mocny - Grzeczna dziewczynka - puszcza mnie, zamyka drzwi i siada po drugiej stronie. Odsuwam się od niego, aby być jak najdalej, niestety chwyta mnie pod ramię i przysuwa do siebie. Moje ciało napięte jest jak struna, a dotyk obcych dłoni przywołuje wspomnienia. 


Dojeżdżamy do ogromnego, pięknego domu. Mój brzuch ściśnięty jest na supeł, facet zabrał mi telefon i cały czas ściskał mój nadgarstek, jakby bał się, że w każdej chwili wyskoczę z auta. Cóż, takie myśli przebiegły mi przez głowę, ale zrezygnowałam. Przypuszczam, że wyrządziłabym swojemu ciału więcej szkody niż pożytku, a mam dość bólu. Nacierpiałam się po postrzale, torturach i po stracie dziecka.
- Koniec przejażdżki - ostry ton mężczyzny sprowadza mnie na ziemię. Wyciąga mnie siłą, szarpie za ramię aż się krzywię. Nie jest delikatny, chce sprawić mi ból i robi to bez cienia zawahania. Mam ochotę rzucić się na niego, wydrapać mu oczy i kopnąć w jaja, żeby się zwijał w bólu. Pierdolony goryl. Myśli, że może wszystko skoro jest ode mnie większy - Szef przetrzepie ci skórę. Musieliśmy się za tobą nieźle nabiegać.
- Tak mi przykro, że aż wcale - burczę pod nosem, mężczyzna kręci głową i prowadzi mnie do środka.
- Bądź grzeczna - ostrzega mnie, przechodzi ogromny hol, a moje serce bije jak oszalałe. Za moment staję oko w oko z moim koszmarem. Z człowiekiem, który zapewne pociągnie za spust pozbawiając mnie życia. Teraz żałuję, że z nikim się nie pożegnałam, nawet nie odpisałam na te pieprzone wiadomości. Nikt nie będzie wiedział, że nie żyję. Chłopcy będą rwać sobie włosy z głowy, a Justin? Sama nie wiem, czego powinnam się po nim spodziewać. Wiem, że mnie kocha, chociaż jego zachowanie ostatnio mnie zraniło. Pokazał mi, że wcale nie jestem dla niego tak ważna, skoro pozwolił, aby jego mama mnie uderzyła. Czy
nie powinien był mnie obronić? - Wchodź - facet otwiera przede mną podwójne, białe drzwi i wpycha do środka. Prawie tracę równowagę, zatrzymuję się na oparciu turkusowej kanapy. Pierdolony idiota!
- Popchnij mnie ponownie, a nie ręczę za siebie! - podnoszę głos, zwijam dłonie w pięści i morduję go spojrzeniem. Śmieje się ze mnie, jakbym opowiedziała dobry żart - Z czego się cieszysz, kretynie?!
- Dziwka! - zaciska zęby, podchodzi i ponownie uderza mnie w twarz, powalając na podłogę. Przykładam dłoń do obolałego policzka, a ciepłe łzy wypływają mimowolnie. Boże! Jeśli Henry ma mnie zabić, niech zrobi to szybciej - Jeszcze raz mnie tak nazwij, a gorzko tego pożałujesz! Nie zadzieraj ze mną.
- Lee, co ty odpierdalasz, człowieku? - do środka wpada inny, napakowany człowiek. Co dziwne, wszyscy ubrani są w eleganckie, czarne garnitury. Aż chce mi się śmiać, że gonili mnie tak ubrani - Szef cię zapierdoli, za to, co robisz - podchodzi do mnie, ostrożnie stawia na nogach i kręci głową - Widzisz to? - kiwa głową na mój policzek, Lee przewraca oczami i prycha z pogardą - Będziesz inaczej śpiewał, jak szef to zobaczy. Mieliście ją znaleźć, ale nie bić! - karci go jak dzieciaka, chwyta mnie pod ramię i prowadzi do kuchni - Siadaj - posłusznie zajmuję jedno z krzeseł, obserwując, jak wyjmuje kostki lodu, owija je w kolorową ściereczkę i przykłada do mojego policzka. Syczę z bólu, zamykam oczy i próbuję się rozluźnić - Nie bój się, nikt nie sprawi ci już bólu - och, jak dobrze. Wolę kulkę w łeb, niż przeżywać katusze.


Czas mija, jednak nic się nie dzieje. Zostaję zamknięta w ładnym pokoju z dużym łóżkiem, ale nikt do mnie nie przychodzi. Czyżby Henry budował napięcie? Chce mnie przetrzymać, a potem wpadnie tutaj z gnatem w dłoni i pozbawi mnie życia. Chciałabym napisać do Justina i chłopców, niestety nie mam takiej możliwości. Jaka szkoda, że ten debil Lee zabrał mój telefon, jedyną deskę ratunku. Teraz jestem zdana na siebie, leżę na wygodnym łóżku, a w moją głowę uderza pewna myśl; dlaczego do kurwy nędzy nie próbuję uciec?! Co jest ze mną nie tak?! Chyba powinnam chociaż spróbować, zamiast czekać na śmierć. Zrywam się jak poparzona, dopadam do drzwi i chwytam za klamkę. Oczywiście są zamknięte na klucz, więc rozglądam się po pomieszczeniu, szukając innej możliwości, aby zwiać. Podchodzę do okna, rozsuwam białe zasłony i uchylam okno. Mam szczęście, ponieważ nadal jesteśmy na parterze, a skok nie powinien wyrządzić mi żadnych szkód. Już mam przerzucać nogi na drugą stroną, kiedy dociera do mnie dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza. Pośpiesznie zamykam okno, zasuwam zasłony i wskakuję z powrotem do łóżka. Sekundę później wchodzi mężczyzna, który zabronił Lee-debilowi mnie poniewierać.
- Przyniosłem ci coś do jedzenia, szef powinien niedługo do ciebie zajrzeć. Wszystko w porządku?
- T-tak, dzięki - posyłam mu niepewny uśmiech, a mój brzuch daje o sobie znać. Umieram z głodu!
- Okej, więc wracam do swoich obowiązków - puszcza mi oczko, wychodzi i zamyka drzwi na klucz.
Nie mam czasu na jedzenie, muszę stąd spieprzać. Wracam do okna, otwieram je i siadam na parapecie. Zerkam w stronę drzwi, nie słyszę żadnych hałasów, więc bez wahania zeskakuję w dół. Ląduję idealnie na dwie nogi, a miękka trawa amortyzuje skok. Przytulam plecy do ściany, rozglądam się i orientuję, że jestem w pięknym, ogromnym ogrodzie. Nie mam bladego pojęcia, dokąd powinnam pójść, ani gdzie jest wyjście z tego terenu. Idę na oślep, co chwilę badając, czy nikogo nie ma w pobliżu. Na szczęście jest pusto, przebiegam spory kawałek i docieram pod drzwi wejściowe. Tutaj jest trochę gorzej, ponieważ aż roi się od przydupasów szefuńcia, który podziewa się Bóg wie gdzie. Wyjście przez bramę odpada, pozostaje mi przeskoczyć płot, który jest dwa razy wyższy ode mnie. Wypuszczam jęk frustracji, bo za cholerę mi się to nie uda! Moje metr sześćdziesiąt w niczym nie pomoże, a skakać tak wysoko nie potrafię.
- Szef przyjechał - dociera do mnie gruby, męski głos. Chowam się za ścianą, serce podskakuje mi do gardła, a moment mojej egzekucji właśnie się zbliża. Wysilam się, aby cokolwiek wymyślić, ale mój mózg jak na złość działa z opóźnieniem. Zawodzi mnie wtedy, kiedy najbardziej go potrzebuję - Przygotuj dziewczynę. Ma grzecznie czekać w jego gabinecie, razem z Lee - och, z tym skurwielem? W życiu!
- Czuję w kościach, że dostanie taki opierdol, aż mu pójdzie w pięty. Dwa razy ją spoliczkował.
- Bo jest idiotą! Doskonale wie, co to za dziewczyna, a mimo to dał się wyprowadzić z równowagi.
- Lee od jakiegoś czasu przesadza, reprymenda od szefa dobrze mu zrobi. Może wreszcie ogarnie dupę.
- Jest szef, bądźcie gotowi - mówi do rękawa koszuli, a na podjazd wjeżdża czarne, luksusowe auto z przyciemnianymi szybami. Nie wiem, co we mnie wstępuje. Nagle ogarnia mnie przerażająca panika, która zmusza moje nogi do ruchu i bezmyślnie rzucam się biegiem przez ogród. Zbiera mi się na płacz, jestem bezradna i zdana na łaskę tych okrutnych ludzi, których nie znam - Kurwa! Dziewczyna! - słyszę za sobą krzyk, odwracam się, a za mną rusza cała armia. Nie mam pojęcia, ilu ich jest, ale robi się wręcz czarno od garniturów - Zatrzymaj się!! - kręcę przecząco głową, jakby miał to zobaczyć. Nie mam zamiaru tego zrobić, wtedy zginę, a Henry nie podaruje mi życia w prezencie - Dominic!! - mężczyzna za mną wydziera się, a nagle znikąd przede mną pojawia się kolejny. Zastawia mi drogę, więc odbijam w prawo, a moim oczom ukazuje się piękna fontanna. Jaka szkoda, że nie mogę wskoczyć do wody, która przeniesie mnie w zupełnie inne miejsce, jak w tych wszystkich zaczarowanych bajkach dla dzieci. Na przykład do domu Justina, do jego ciepłych, bezpiecznych ramion, w których czuję się najlepiej - Rob, twoja kolej!

- Bum! - wpadam na czyjeś ciało, aż się odbijam. Zostaję przyciągnięta do umięśnionego ciała, zanim moja dupa ma możliwość spotkać się z twardą ziemią. Jestem potwornie zmęczona, policzek pali żywym ogniem i wreszcie się poddaję. Pozwalam, aby mężczyzna uniósł moją głowę i spojrzał mi w oczy. Och, ależ jest przystojny. Ma piękne, zielone oczy z czarną otoczką wokół źrenic - Witaj, kruszyno. Wybierasz się gdzieś?
- Mhm. Właściwie szłam do domu, ale drogę zagrodził mi taki jeden przystojniak, psując moje plany.
- Jaka zabawna - uśmiecha się szeroko, chwyta mnie pod ramię i prowadzi z powrotem. Armia wycofuje się, a kiedy dochodzimy na podjazd, Lee wyskakuje wkurwiony niczym byk na arenie - Uspokój się, stary.
- Ta suka zdecydowanie powinna dostać porządny wpierdol, żeby usiadła na dupie! Jest nieznośna!
- Hamuj się, inaczej możesz zarobić kulkę. Szef zaraz tutaj będzie, naprawdę igrasz z ogniem, Lee.
- Lee! - wzdrygam się na surowy, dochodzący gdzieś z bliska głos. Gapię się w swoje trampki, próbując ogarnąć serce, które chce wyskoczyć mi gardłem. Mężczyzna odchodzi od nas, zapada cisza, a ja niepewnie unoszę głowę. Ów szef stoi odwrócony do mnie plecami i bez skrupułów opierdala Lee. Dobrze mu tak, zasłużył sobie na to - Wynocha! - krzyczy na niego, Lee odchodzi i zapada cisza. Kiedy ów szef wreszcie się odwraca, zamieram. Patrzę mu w oczy i nie dowierzam w to, co widzę przed sobą - Vivienne?
Nim mam szansę zareagować, na podjazd wjeżdża samochód. Hamuje gwałtownie, mężczyzna wysiada ze środka i podchodzi do nas, a atmosfera natychmiast gęstnieje. Mam ochotę zniknąć.






*************************************
Hejka, pyszczusie! :)

Dawno nic do was nie pisałam, więc dzisiaj nastał ten dzień :P

Ostatnio moja wena wróciła! (jestem w szoku, bo byłam pewna, że to koniec mojego pisania, tak mnie zatrzymało). Jak przysiadłam do laptopa, tak napisałam nowe opowiadanie w 6 dni! Fakt, jakoś specjalnie długie nie jest, ale już od dawna nie piszę mega długich opowiadań.
Więc jak? Macie ochotę na coś świeżego do poczytania?
Na razie dałabym wam tylko początek, bo nie ma sensu prowadzić trzech opowiadań, chociaż poooowoli zbliżamy się do końca jeśli chodzi o Vivi i Ivy :)

Wiem, że prosiłam was już o głosy na Show Me The Way, ale dopiero wczoraj, kiedy przyszło mi powiadomienie na Wattpadzie, przypomniałam sobie, że zgłosiłam je do dwóch konkursów! Ja głupia!
Ten poprzedni jeszcze się nie rozstrzygnął, ale na pewno dam was znać, kiedy tak się stanie.
No więc! Jeśli ktoś ma ochotę zagłosować na Show Me The Way, zapraszam pod ten link - KLIK.
W komentarzu jest moje zgłoszenie (bodajże 13 od góry). Wystarczy wpisać:
 "Głosuję, ameneris, "Show Me The Way" i tyle!
Oczywiście bez presji, jeśli nie macie ochoty głosować, nie zmuszam :) 
Podchodzę do tego na luzie, bez żadnego ciśnienia. Bardziej zależy mi na tym, aby o moim opowiadaniu dowiedziało się więcej osób, bo z tego, co widzę, wiele z was straciłam :(

Z góry dziękuję i ściskam!
Kasia ♥






wtorek, 17 lipca 2018

Rozdział czterdziesty


Jay POV:

Budzi mnie potworny ból głowy. Krzywię się, przykładam dłoń do skroni, a z moich ust ucieka jęk. Rany Boskie, co to ma być?! Mam wrażenie, że w środku ktoś włączył wiertarkę z udarem i próbuje przebić mi czaszkę! Ja nie miewam kaca, więc co poszło nie tak tym razem? Wlałem w sobie sporo alkoholu, ale to nie był pierwszy raz. Wiele razy chlałem na umór, a kaca i tak nie było. Jak dobrze, że dzisiaj niedziela.
- Główka boli, co? - uchylam powieki, a stojąca przy łóżku Vivi posyła mi cwany uśmieszek - Masz za swoje.
- Poważnie? Masz w planach znęcać się nade mną? Biednym, sponiewieranym przez alkohol człowieku?
- Gdybyś nie był tak głupi, teraz byś nie cierpiał - wzrusza ramionami, siada na brzegu i upija łyk kawy.
- Głupi? - unoszę brew, podsuwam się wyżej i opieram plecy o wezgłowie - Dlaczego tak twierdzisz?
- To proste, Jay. Wyszedłeś rzucając jakieś słabe teksty o naszym małżeństwie, pojechałeś do klubu i wolałeś się schlać, zamiast na spokojnie ze mną porozmawiać. Twoje słowa bardzo mnie ranią, wiesz?
- I vice versa, rybko - marszczy brwi i patrzy na mnie zaskoczona - Jak mogłaś powiedzieć te brednie o tym, że mógłbym cię uderzyć czy wysłać do ludzi, aby cię zgwałcili? Czy wiesz, co powiedziałaś?
- Wiem - schyla głowę, delikatnie potrząsa kubkiem i obserwuje, jak czarny płyn chlupie w środku. 

- I naprawdę tak właśnie uważasz? Myślisz, że mógłbym to zrobić? - zaciska usta, nie obdarza mnie spojrzeniem, jednak zaprzecza ruchem głowy - Więc proszę, nie mów tego nigdy więcej. Myślisz, że mnie to nie zabolało? Również mnie ranisz, Vi. Kocham cię, ale czasami rozpędzasz się i już nie potrafisz się zatrzymać. To, że jestem twardym gościem nie oznacza, że twoje słowa spływają po mnie jak po kaczce.
- Przepraszam, nie powinnam była tego mówić. Po prostu boję się, Jay. Wiem, jak traktuje się kobiety w mafii, a ja nie chcę przez to przechodzić. Mówiłam ci to już wcześniej, to by mnie przerosło.
- Chodź do mnie - wystawiam dłoń, odkłada kubek na szafkę i siada na mnie. Widok jej przygnębionej buźki roztapia moje serce - Nie masz powodu do obaw. Tłumaczyłem ci, jak działają te zasady, prawda? - przytakuje głową, chwyta moją dłoń i bawi się palcami - Nie chcę, żebyś się bała, rybko. Pragnę jedynie, żebyś była ze mną szczęśliwa i co najważniejsze w tym momencie, również bezpieczna. Żadne zasady nie będą cię obowiązywać, nie należysz do mafii. Nikt nie ma prawa wymagać od ciebie czegokolwiek.
- Jesteś tego pewien? A jeśli nagle po ślubie będę musiała się zmienić? Stanę się twoją własnością?
- Już jesteś tylko moja, kwiatuszku - uśmiecham się, chwytam ją w talii i przekręcam na plecy. Piszczy zaskoczona, wbijając paznokcie w moje ramiona - Nigdy cię nikomu nie oddam, czy będziesz moją żoną, czy narzeczoną - muskam jej szyję, mruczy pod nosem i owija nogi wokół moich bioder - Co do twojego pytania; tak, jestem pewny, że po ślubie nic się nie zmieni oprócz tego, że będziesz nosić moje nazwisko oraz obrączkę. Vivi, nigdy nie dopuściłbym, aby stała ci się krzywda, wiesz? - odchylam głowę, odgarniam jej włosy i patrzę w oczy. Bawi się wargą, wygląda tak pięknie, słodko, niewinnie. Wariuję na jej punkcie, zrobię dla niej dosłownie wszystko - Czy nie widzisz, co się teraz dzieje? Wujkowi odjebało, wymyślił sobie jakiś posrany plan i próbuje mi ciebie odebrać. Gdyby tylko stanął na mojej drodze, osłoniłbym cię własnym ciałem lub bez namysłu pociągnął za spust, aby pozbawić go życia. Dla ciebie, kochanie.
- Och, Justin - wtula się we mnie, głaszcze po plecach, a jej ciało drży. Cholera! - Tak bardzo cię kocham.

- Wiem, kocham cię równie mocno. Proszę, nie płacz. Przysięgam, że wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi.
- Ufam ci - szepcze cicho, uśmiecham się i zamykam oczy. Przypominam sobie moment, w którym wyznała, że na jej zaufanie muszę sobie zapracować. Chyba naprawdę dobrze mi poszło.


Po południu wybieramy się do mamy. Nauczyłem się na własnych błędach i najpierw zapytałem Vivienne, czy ma ochotę pojechać. Uśmiechnęła się, wystroiła i nie marudziła. Cóż, może wcale nie będzie tak źle, jeśli faktycznie zacznę pytać ją o zdanie, a nie decydować za nią? Chcę się z nią dogadywać, mam dość skakania sobie do gardeł, jakbyśmy byli wrogami. Kocham ją, zgodziła się zostać moją żoną, więc czas na poważne zmiany. Swoją drogą będziemy musieli powiedzieć o tym chłopakom z Seven, czego odrobinę się obawiam. Nie jestem pewny ich reakcji, ale to niczego nie zmienia. Musimy działać w przyśpieszonym tempie, aby nie ryzykować kolejnego ataku na Vi. Podziwiam ją, że wyszła bez szwanku po spotkaniu z seryjnym zabójcą, który prawie pozbawił ją życia. Ciarki przechodzą mi po plecach, ale gdyby mu się to udało, rozpierdoliłbym go na miazgę. Nie potrafię wyobrazić sobie straty Vivi. Wpadłbym w rozpacz, jak po śmierci ojca. Mimo tego, czym się zajmuję śmierć przeraża mnie do szpiku kości. Nienawidzę tracić bliskich mi osób, ponieważ nic nie jest w stanie zapełnić po nich pustki. A ta młoda kobieta, która siedzi teraz obok mnie, wyglądając obłędnie, nucąc pod nosem melodię płynącą z radia, jest całym moim światem. Zawładnęła mną w zaledwie trzy miesiące, zwariowałem, oddałem jej swoje serce i tylko ona jest w stanie je złamać. Zrobię wszystko, aby była szczęśliwa, radosna i bezpieczna. Zasługuje na to.
- Wiesz... - zaczynam, kiedy zatrzymuję się na czerwonym świetle - Wciąż nie wierzę, że się zgodziłaś. 

- Tak, ja chyba też - uśmiecha się lekko, zakładając kosmyk włosów za ucho - To chyba samo przyszło.
- Tak nagle? - przekręcam głowę, aby spojrzeć w te piękne, ciemne oczy - Coś cię do tego popchnęło?
- Chyba twoje słowa, kiedy wyszedłeś z domu. Powiedziałeś, że nasze małżeństwo byłoby porażką.


- Wcale tak nie myślę, rybko. Po prostu w złości mówię, co mi ślina na język przyniesie. Wierzysz mi?
- Wierzę, Jay. Naprawdę chcę być dla ciebie dobrą żoną, niestety pewne rzeczy mnie przerażają.
- Masz prawo odczuwać strach, rozumiem to. Jesteś bardzo młoda, poza tym ostatnio przeszłaś przez piekło, a tutaj nagle pojawia się kolejny problem. Poczekalibyśmy ze ślubem tyle, ile tylko byś chciała. 

W tym przypadku czas nas goni, musimy się pośpieszyć, aby Henry zaprzestał tego szaleństwa. Nie ma innego sposobu, nic go nie powstrzyma - chwytam jej dłoń, całuję wierzch i ruszam ze świateł.
- Jestem ciekawa, w jaki sposób dowiedział się, że pomogłam Katherinie. Ona mu tego nie powiedziała.
- Na pewno nie. Pamiętaj jednak, że Henry to cwana bestia. Ma mnóstwo możliwości, to dla niego pestka.
- Może powinnam z nim porozmawiać? - gwałtownie wciągam powietrze, obrzucając ją szybkim, przepełnionym niedowierzaniem spojrzeniem. Nigdy w życiu się na to nie zgodzę! Oszalała?! - Wiem, że to trochę zwariowany pomysł, ale może gdybym wytłumaczyła mu, dlaczego to zrobiłam, dałby spokój? 

- Chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz. Henry pała rządzą zemsty, gdyby tylko zobaczył cię na horyzoncie, bez wahania pociągnąłby za spust. Chciał cię udusić, zrobiłby to, gdybym go nie powstrzymał - czuję, jak wzdryga się na to wspomnienie. Mocniej ściskam jej dłoń, aby przekazać jej moje wsparcie.
- Wiem, byłam przerażona - przytula się do mojego ramienia i wzdycha ciężko - Niech to się już skończy.
- Obiecuję, że się skończy. Już niedługo, a potem wyjedziemy gdzieś daleko i zwiedzimy cały świat.

Kiedy wchodzimy do domu mojej matki, nastrój Vivi natychmiast ulega zmianie. Jest spięta, ściska moją dłoń, a jej ciało się napina. Liczę na to, że mama będzie dla niej łagodna, w końcu się polubiły.
- Och, nareszcie jesteście! Wspaniale! - rozkłada ramiona, całuje mnie w policzek i staje przed Vivienne, która patrzy w dół. Cholera - Witaj, kochanie - mama tuli ją do siebie, głaszcze po plecach i spogląda na mnie. Kiwam głową, aby nawet nie zaczynała, a ona przewraca oczami. Była potwornie wściekła, kiedy jej o tym powiedziałem. Krzyczała, że to niedopuszczalne, bezmyślne i ryzykowne. Cóż, zgodziłem się z nią, ale teraz i tak było już na wszystko za późno. Czasu nie da się cofnąć - Chodźcie, zrobiłam pyszne naleśniki z jagodami i twarożkiem - uśmiecha się do Vi i zaprasza nas do kuchni. Idziemy w ciszy, zajmujemy miejsca przy stole, a mama krząta się po kuchni - Opowiadajcie, co u was? - przed nami pojawia się stos naleśników, ale mój apetyt gdzieś ucieka. Markotny nastrój Vi zaczyna mnie niepokoić - Coś się stało?
- Nie, mamo, wszystko jest w porządku. Od wczoraj nic się nie zmieniło, poza tym, że nasz ślub odbędzie się praktycznie natychmiast - mama uchyla usta i niepewnie spogląda na Vi, która gapi się w swoje dłonie - To jedynie wyjście z sytuacji, aby obejść zlecenie Henry'ego. Joshua tak doradził, był u nas wczoraj.
- To brzmi sensownie - opada na krzesło naprzeciwko i zamyśla się - Nie wolno ruszać członków rodziny, Henry będzie miał związane ręce, kiedy Vivienne zostanie twoją żoną. Joshua ma głowę na karku.
- To prawda. Nie znalazł innego rozwiązania, a skoro i tak jesteśmy zaręczeni, w dodatku Vi grozi niebezpieczeństwo, nie ma sensu czekać. Czas nas nagli, musimy szybko działać. Masz jakiś pomysł?
- Możemy urządzić ślub tutaj, nie byłby to pierwszy raz. Organizacja nie potrwa długo, sztab ludzi zajmie się tym w kilka godzin. Mamy wrzesień, pogoda dopisuje więc ogród to dobra opcja. Vivi, skarbie?
- Może być - odpowiada obojętnie, wierci się na krześle, ale nadal jest spięta. Cholera, co się z nią dzieje?
- Hej, spójrz na mnie - przekręcam się w jej stronę, podsuwam palce pod brodę i zmuszam, aby uniosła głowę. Robi to bardzo niechętnie, a kiedy tylko widzę jej twarz, jej wyraz mnie zaskakuje. Jest smutna.
Po prostu kurewsko smutna, czego nie rozumiem! - Powiesz mi, o co chodzi? Co cię dręczy, rybko?
- Przez to, że pomogłam Katherinie, wszystko się pieprzy - podnosi się, podchodzi do okna i owija ramionami - To miało wyglądać inaczej. Miała wyjechać, być bezpieczna, z dala od Henry'ego. Nikt miał o tym nie wiedzieć. Zachowałam wszelkie środki ostrożności, więc jakim, kurwa, cudem on o tym wie?
- Kath napisała do ciebie wiadomość, Vi. Odpisałaś jej. Henry mógł mieć wzgląd do jej telefonu.
- Nie powinnaś była tego robić, kochanie - głos zabiera mama, Vi się spina, a ja przewracam oczami. Błagam, kobieto! - Popełniłaś ogromny błąd, wplątując się w życie tej dziewczyny. Wkroczyłaś do świata mafii, który rządzi się swoimi prawami i nic już nie możesz zrobić - Vi nie odpowiada. Stoi odwrócona do nas plecami, ale wiem, że albo właśnie się wścieka albo ma zamiar wybuchnąć płaczem. Dawnej nie brałbym drugiej opcji pod uwagę, jednak od pewnego czasu zrobiła się potwornie wrażliwa. Myślę, że dzieje się tak po wydarzeniach z Dave'em, który ją skrzywdził - Henry zawsze był wybuchowy, porywczy i zanim pomyślał, już działał. Podejrzewał, że pomogłaś Katherinie i jak widać, nie mylił się. Ma idealny powód do tego, aby chcieć twojej śmierci - słucham tego z pochyloną głową, a myśl, że mój własny wuj czyha na życie mojej narzeczonej, napawa mnie furią. Mam ochotę polecieć do tego przeklętego Teksasu, złapać go za fraki i potrząsnąć w nadziei, że jego rozum wróci na swoje miejsce. Jaka szkoda, że nie mogę tego zrobić - Lubię cię, kochanie. Cieszę się, że Justin ma przy swoim boku tak wspaniałą, wrażliwą i odważną kobietę. Co nie zmienia faktu, że zachowałaś się bardzo nieodpowiedzialnie i pochopnie.
- Co? - Vi odwraca się bardzo powoli, jakby ktoś włączył zwolnione tempo. Wyraz jej twarzy wyraża jedynie złość, wręcz para bucha jej z uszu. Chryste! Zaraz wybuchnie niczym pierdolona bomba, czuję to! - Nieodpowiedzialnie, pochopnie? - marszczy brwi, wlepiając te ciemne oczy w moją matkę - O czym ty mówisz, Dorothy? Katherina zadzwoniła do mnie cała zapłakana, pobita przez tego skurwiela, a ja miałam ją olać i żyć, jak gdyby nigdy nic?! - wydziera się i zwija dłonie w pieści, ledwo nad sobą panując. Powinienem to przerwać, ale doskonale wiem, że jeszcze bardziej ją tym rozjuszę - Jestem kobietą, tak samo, jak ty, i nie będę przyglądać się, jak jakiś popierdolony skurczybyk okłada pięściami i gwałci Bogu ducha winną dziewczynę! Nawet dziwię się, że wiedząc o tym, pozwoliłaś mu na to! Ty! Pewna siebie kobieta, która posiada władzę! To jest kurwa chore, rozumiesz?! - wyrzuca ręce w górę, mama siedzi wyprostowana i nie spuszcza z niej wzroku. Jeszcze chwila, a rozpęta się wojna - Powinnaś była ją obronić, wypieprzyć tego dupka ze swojego domu na zbity pysk, a ty milczałaś, dając mu zgodę na to, aby ją poniewierał - kończy swój monolog, dyszy ciężko i prycha z kpiną, pogardą. Niestety tym podpala ląd.
- Nie odzywaj się do mnie w ten sposób, Vivienne - mama podchodzi do niej, unosi dumnie brodę i karci ją spojrzeniem, z czego moja narzeczona nie robi sobie zupełnie nic - Nie masz pojęcia, jak działa ten świat, ponieważ do niego nie należysz. Zasady, które obowiązują kobiety, są zapisane od bardzo dawna i każda musi ich przestrzegać. To normalne dla nas, kobiet mafii. Nie robimy z tego tak wielkiego problemu, jak ty.
- Czyżby? Jak widać, Kath miała z tym ogromny problem, ale nikt jej nie pomógł! Przyszła do mnie, do dziewczyny, którą widziała na oczy może dwa razy, zaufała mi, zaryzykowała. To ty powinnaś była ją chronić. Żadna kobieta nie zasługuje na to, aby być bita i gwałcona przez męża czy jego ludzi.
- Nie zrozumiesz tego. Chociaż tak sobie myślę, że tobie również przydałaby się odrobina dyscypliny. 

- M-mamo - jąkam się zszokowany, zrywam na równe nogi i nie dowierzam - O czym ty mówisz?
- Nie wiesz? - odwraca się do mnie i unosi brew - Twoja narzeczona jest naprawdę bardzo pyskata, brak
jej ogłady i szacunku. Powinieneś pokazać jej, jak ma się do ciebie odzywać, jak i do twojej matki. 

- Szanuję cię, Dorothy. Jesteś cudowną kobietą, jak i matką, ale w sprawie Kath dałaś po prostu ciała.
- Zamilcz, Vivienne - ku mojemu zaskoczeniu, jak i samej Vivi, mama uderza ją w twarz. Nieprzyjemny odgłos stykającej się dłoni z wrażliwą skórą policzka rozchodzi się po kuchni. Serce podskakuje mi w piersi, zapada idealna cisza i słychać jedynie brzęczenie lodówki. Nie jestem w stanie się drgnąć, ruch matki kompletnie mnie zszokował. Fakt, że jestem między młotem, a kowadłem wcale mi nie pomaga - Nie waż się mówić do mnie w ten sposób, zrozumiałaś? Katherina zasłużyła sobie na takie traktowanie, była nieposłuszna. Tak, jak ty - Vivi przekręca głowę, a w moje oczy rzuca się czerwony ślad. Boże!
- Zasłużyła? - chrypi ciężko, patrzy na matkę bez żadnych emocji i odgarnia włosy, które opadły jej na czoło - Nie masz serca, skoro mówisz coś takiego. Ale już mnie to nie obchodzi. Wiedz, że nigdy nie będę własnością twojego syna. Nie będę ani jego osobistą dziwką, ani kochanką, ani niewolnicą. Wolę sama strzelić sobie w łeb - po tych słowach podchodzi do stołu, bierze torebkę oraz kluczyki od mojego samochodu. Zanim mam szansę, chociażby mrugnąć, jej już nie ma, a w kuchni ponownie zapada cisza.
 


Vi POV:
Wciskam stopę w pedał gazu, samochód mknie do przodu, a wskazówka licznika szybko przesuwa się w górę. Pędzę prawie sto siedemdziesiąt kilometrów na godzinę, wiatr wpadający przez szyber dach rozwiewa moje włosy, smaga policzki i ściera słone łzy. Nie powinnam prowadzić w takim stanie, jednak teraz kompletnie mnie to nie obchodzi. Nawet to, że zaraz mogę rozpierdolić się o drzewo albo przywalić w słup, nie robi na mnie wrażenia. W tej chwili mam to w dupie. Czuję się jak wydmuszka, pusta w środku, nie odczuwająca żadnych uczuć. Moje życie zmieniło się w karuzelę, która unosi się ku górze, by potem nagle, wywracając żołądek na drugą stronę, spaść w dół. Pierdolona huśtawka emocji, które duszą mnie w środku rujnując dzień po dniu. Kiedy liczyłam na to, że powoli wychodzimy na prostą, pobierzemy się, obejdziemy zlecenie Henry'ego, nagle do akcji wkracza mamuśka mafii. Czułam, że w tej kobiecie drzemie diabełek, a jej słodka, niewinna buźka to jedynie przykrywka. Już sam fakt, że w zemście wybiła rodzinę człowieka, który zabił jej męża, jest przerażająca. Nie wystarczył jej winny, poszła o krok dalej i zapewne sama pociągnęła za spust, pozbawiając życia jego żonę i być może dzieci. Sama zabiłam kilka osób, jednak nigdy nie było to dziecko. Nie mogłabym skrzywdzić uroczego malucha, który nie jest niczemu winien. A te dzieci oraz żona nie były. To nie ich wina, że jej mąż postanowił pozbyć się mafioza, a mimo to zemsta dosięgnęła i ich. Tak naprawdę Dorothy to wyrachowana suka, która nie zawaha się zabić, jeśli ktoś zajdzie jej za skórę. Ja zaszłam. Może teraz dołączy do Henry'ego? We dwójkę ich szanse wzrosną, chociaż jestem pewna, że Henry poradzi sobie sam. Gdzieś niedaleko czai się na mnie dwóch facetów ze spluwami, którzy bez wahania mnie zabiją, jeśli tylko wystawię głowę. Mój Boże, kiedy moje życie stało się tak skomplikowane? Jeszcze trzy miesiące temu byłam pewną siebie dziewczyną, robiłam swoje, jeździłam na akcje, a jeśli trzeba było, zakręciłam tyłkiem tu i tam, aby zdobyć wpływy. Co się ze mną kurwa stało?! Gdzie jest ta "dawna" Vivienne, która nie potrzebowała faceta, która nie była słaba, miękka, zakochana? Jeden mężczyzna, który niespodziewanie stanął na mojej drodze, zrobił mi papkę z mózgu, obdzierając mnie krok po kroku z dawnego życia. Wdarł się w nie i zmienił mnie pod siebie, tak, jak mu pasowało. 


Ściemnia się, dochodzi dwudziesta, a mój telefon wręcz nie przestaje dzwonić. Dobija się do mnie nie tylko Justin, ale i chłopcy z Seven. Nie odbieram od nikogo, zaszyłam się w małym hoteliku, piję w samotności i patrzę przez okno, delektując się ciszą i spokojem. Nie mam ochoty na pogawędki, pytania, gdzie jestem, rozkaz powrotu do domu. Jestem wolna, niezależna i mogę robić to, na co mam tylko ochotę. A w tej chwili marzę o tym, aby być jak najdalej od Chicago, na jakiejś pięknej wyspie z błękitną wodą i parzącym skórę słońcem. Przez myśl przebiega mi nawet pomysł, aby zadzwonić do Katheriny i zapytać, czy mogę do niej dołączyć. Fajnie byłoby pobyć z dziewczyną, z dala od facetów, problemów, trosk i Henry'ego, który próbuje zlikwidować nas obie. To zabawne, że Kath wyleguje się gdzieś z nowym facetem, a ja jestem na celowniku jej niedoszłego męża. Mimo tego nie żałuję podjętej o pomocy decyzji. Gdybym miała zrobić to jeszcze raz, wybrałabym dokładnie tak samo. Kobiety powinny trzymać się razem, nie dopuścić do tego, aby mężczyzna traktował je jak szmaty, bez grama szacunku. Ja nigdy sobie na to nie pozwolę, choćbym miała przypłacić to życiem. Nie będą niczyją własnością, to nie te czasy.
Wychylam łyk whisky, która spływa w dół, rozlewając przyjemnie ciepło, a mój telefon ponownie się rozdzwania. Zerkam na wyświetlacz, na którym widnieje zdjęcie Justina. Ustawiłam je jakiś czas temu, kiedy zrobiłam mu je z ukrycia. Patrzył w dal, a jego zamyślona mina mnie rozczuliła. Teraz czuję do niego jedynie złość i może żal. Myśl, że nie stanął w mojej obronie, bardzo mnie zabolała. Naprawdę chce, abym została jego żoną? Po co, skoro w starciu z jego matką nie mam żadnych szans? Cenię to, że jest dobrym synem, troszczy się o nią i pomaga, jednak małżeństwo obejmuje jedynie dwie osoby, nie trzy. Nie chcę, żeby Dorothy mieszała między nami, a jestem pewna, że po moim wyjściu nieźle suszyła mu głowę. A może ów ślub już dawno był nieaktualny? Szczerze mówiąc, chyba odetchnęłabym z ulgą. Nie jestem na to gotowa, zgodziłam się tylko dlatego, aby Henry się ode mnie odpieprzył. Teraz byłabym w stanie poprosić go o kulkę. Mam tak bardzo wszystkiego dość, aż niespodziewanie wybucham niekontrolowanym płaczem, który koi moje zszargane nerwy. Pragnę zasnąć, wyłączyć myślenie i przestać się zadręczać.
 

Przesypiam całą noc, ale nie była ona spokojna. Śniły mi się koszmary, w których ginę ja lub Justin. A potem Dorothy, która pociąga za spust i pozbawia dzieci życia. Obudziłam się cała spocona, z szalejącym
w piersi sercem i drżącymi dłońmi. Prysznic postawił mnie nieco na nogi, ale niepokój pozostał. 

Zerkam na telefon, na którym jest mnóstwo wiadomości. Od Justina, Josha, Dantego, jak i reszty. Nie jestem pewna czy mam ochotę to czytać, a mimo tego i tak się łamię i otwieram te od Jay'a.

  •  Dlaczego nie obierasz ode mnie telefonu, Vivienne? Gdzie jesteś?
  •  Martwię się o ciebie, nie powinnaś była wychodzić. Proszę, odezwij się do mnie.
  •  Kurwa, to już nie jest zabawne, Vi. W tej chwili wróć do domu, rozumiesz? 
  •  Dlaczego mi to robisz, huh?! Chcesz, żebym zwariował z niepokoju?
  •  Błagam, daj mi znać, że jesteś cała. Nie masz pojęcia, co dzieje się w mojej głowie.

Czytam kilka wiadomości, ale nic nie czuję. Nie obchodzi mnie nawet to, że się o mnie martwi. Nie wspomniał słowem o matce, o tym, co powiedziała, co zrobiła. Może i nie powinnam była odzywać się w ten sposób, ale to ona mnie spoliczkowała. Jakby miała do tego jebane prawo! Pieprzona mafia!

Postanawiam wybrać się na spacer. Związuję włosy, zakładam wczorajszą koszulkę i jeansy, a kiedy wsuwam na nogi trampki, mój telefon ponownie dzwoni. Szlag! Numer jest zastrzeżony, a niepokój rozlewa się po moim ciele niczym fala tsunami. Mimo iż nie widzę numeru, doskonale wiem, kto dzwoni.
- Vivienne - szepcze cicho, zanim mam szansę otworzyć usta jako pierwsza - Jak się masz, cukiereczku?
- Henry - przełykam ślinę, zamykam oczy i próbuję uspokoić oddech - Naprawdę cię to interesuje?
- Właściwie nie, zapytałem z grzeczności - chichocze beztrosko, czym mnie irytuje - Nie powinnaś szlajać się sama po mieście, Vivi. Nie teraz, kiedy twoje życie wisi na włosku i zależy wyłącznie ode mnie.
- Pierdol się, Henry! Jeśli chcesz mnie zabić, to zabij. Znajdź mnie i strzel mi prosto w łeb. No dalej!
- Ouć, ależ jesteś nakręcona, skarbie. Co się stało, hmm? Czyżbyś pokłóciła się ze swoim ukochanym?
- To nie jest ważne w tym momencie. Nie strasz mnie, Henry, nie boję się ciebie. Jeśli zleciałeś komuś,
aby mnie zabił to stanie się prędzej czy później, a ja nie mam zamiaru już uciekać. Pieprzę to.

- No weź, nie psuj mi zabawy, kochanie. Sądziłem, że będziesz walczyć, a ty się poddajesz? Dlaczego?
- Bo mam kurwa dość! Rozumiesz? Dość! Ledwo wykaraskałam się z jednego gówna, a nagle wpadam w drugie. Jestem zmęczona. Więc jeśli chcesz mnie sprzątnąć, śmiało! Zrób to, wiesz, gdzie mnie szukać.
- Więc do zobaczenia, słodka Vivienne - szepcze spokojnie i rozłącza rozmowę. Niech się dzieje co chce. 
 









wtorek, 10 lipca 2018

Rozdział trzydziesty dziewiąty


Jay POV:

Odprowadzam Joshuę do drzwi, wracam do Vivi, która stoi przy oknie i nie wypowiada nawet słowa. Mam przeczucie, co się zaraz zacznie i nie jestem pewny, czy mam na to ochotę. Od wczoraj atmosfera między nami jest napięta jak struna, Vivienne wciąż jest wkurzona, strzela fochy i próbuje pokazać mi swoją niezależność. Niby jak mam namówić ją do ślubu, skoro zapowiedziała mi, że zrobi to dopiero wtedy, kiedy będzie na niego gotowa? Chciała poczekać, w przeciwieństwie do mnie. Ja mógłbym nawet teraz stanąć przed ołtarzem i złączyć się z nią przysięgą małżeńską już na zawsze. Nie mam żadnych wątpliwości, iż jest moim przeznaczeniem, kobietą, z którą chcę spędzić resztę życia. Jednak Vivienne jest jeszcze bardzo młoda, dzieli nas sześć lat różnicy wieku, a to sporo. W dodatku powinienem powiedzieć jej, że małżeństwo zawierane w świecie mafii wygląda ciut inaczej, niż to między dwojgiem zwykłych ludzi, którzy wiodą spokojne, normalne życie. Jeśli wypowie słowa przysięgi, już nic nas nigdy nie rozdzieli. Rozwód w świecie mafii nie istniał. Jeśli kobieta wychodzi za jego członka, rozdzielić może ich jedynie śmierć. I chociaż ów członkiem nie byłem, samo nazwisko do czegoś mnie zobowiązywało. To, że w pełni nie poświęciłem się mafijnym sprawom, nie oznaczało, że nie uczestniczyłem w tym życiu. Chcąc nie chcąc musiałem to robić, chociaż na szczęście istniały pewne ograniczenia, dlatego większość zasad mnie nie obowiązywała. Jak to, w którym moja żona staje się moją własnością. Nie chciałem tego dla Vivi, pragnąłem, aby była ze mną szczęśliwa. Gdyby coś poszło nie tak, musiałaby uciekać na koniec świata.  Dlatego Valeria Ramos, żona Ramosa, którego sprzątnęła moja narzeczona, musiała wiać, jeśli chciała żyć. Jeśli tylko Ramos by ją odnalazł, bez wahania strzeliłby jej w łeb. Tak samo, jak Henry, gdyby tylko Kath wpadła w jego ręce. Tak działał ten brudny świat. Miał własne reguły, które były kurewsko porąbane.
- Nawet o tym nie myśl, Jay - ciszę przerywa Vivi. Odwraca się, patrzy mi w oczy i wiem już, że to będzie ciężka rozmowa - Nie jestem gotowa na ślub, jest na niego za wcześnie. Znamy się trzy miesiące.
- A jakie ma to teraz znaczenie? Grozi ci ogromne niebezpieczeństwo, a ty wyliczasz, ile się znamy? 

- Owszem. Wciąż się poznajemy, jak sam widzisz, mamy odmienne charaktery przez to skaczemy sobie do gardeł. Nie wiemy, co przeniesie przyszłość. Kochamy się teraz, czy będziemy za rok, za dwa, za pięć?
- Oczywiście, że tak! Kocham cię, rybko, doskonale o tym wiesz. Jestem tego pewny, jak niczego innego.
- Ja również, ale na dzień dzisiejszy. A co, jeśli nagle nam się odmieni? Jak będzie wyglądało nasze małżeństwo? Nie masz pewności, że za rok nie zarządzasz rozwodu. Nie chcę tego gówna, wiesz?
- Rozumiem to, kochanie. Ale jestem przekonany, że rozwód nie wchodzi w grę. Mafia nie uznaje czegoś takiego - rozchyla usta, jej oczy są wielkie jak spodki, jednak przyszedł moment na szczerość - Jeśli wchodzisz do tej rodziny, już z niej nie wychodzisz. Rozdzielić może nas jedynie śmierć. Nic innego.
- Mój Boże i tak spokojnie mi to mówisz? To popieprzone! Tym bardziej za ciebie nie wyjdę, nie ma opcji.
- Jestem pod ochroną, Vivienne. Należę do tej rodziny i nic tego nie zmieni, a już na pewno nie to, że nie poszedłem w ślady ojca. Płynie we mnie ta sama krew, każdy wie, kim jestem i skąd pochodzę.
- Więc teraz wiem, skąd w tobie te władcze zapędy. Twój ojciec był taki sam, z ciebie też to wyłazi.
- Być może masz rację, w końcu jestem Morganem. Jednak teraz liczy się to, że dzięki temu nikt nie może mnie ruszyć, tak samo, jak i mojej rodziny, którą będziesz ty. Henry nic nie będzie mógł zrobić.
- Skąd masz taką pewność? Może gówno go to będzie obchodzić, nie pomyślałeś o tym? Chce mojej śmierci.
- Dlatego musimy zrobić wszystko, aby temu zapobiec. To jest jedyne wyjście z tej sytuacji, innego nie ma, Vivi. Henry to popierdolony skurczybyk, uparty jak jasna cholera. Skrzywdzi cię bez mrugnięcia okiem, ponieważ zagrałaś mu na nosie. Katherina uciekając upokorzyła go, ośmieszyła w oczach innych członków mafii. Dlatego kobiety obowiązują zasady, aby siedziały na tyłku i były posłuszne. Kiedy któraś ucieka, przynosi mężczyźnie wstyd - patrzy na mnie nawet nie mrugając, ale nic nie mogę wyczytać z jej oczu. Jakby nie przyswajała moich słów - Przysięgam, że będziesz ze mną bezpieczna, nigdy nie podniosę na ciebie ręki, ani nie upokorzę. Kocham cię, rybko. Jesteś dla mnie najważniejsza na świecie. Wiesz o tym!
- Wiem. Moje uczucie do ciebie jest równie silnie, Justin, ale nie mogę za ciebie wyjść. Chrzanić już nawet to, że jest za wcześnie, jednak to, co mówisz przeraża mnie do szpiku kości. Nie wypowiem słów, których być może będę żałować do końca życia. Nie jestem grzeczną, potulną dziewczynką. Przecież wiesz!
- I taką cię właśnie kocham, Vi. Nie przeszkadza mi twój charakter, porywczość czy cięty język. Nie wymagam od ciebie, żebyś chodziła jak w zegarku lub była mi posłuszna. Nie chcę takiej kobiety, chcę ciebie - ujmuję jej twarz w dłonie, przysuwam do siebie i patrzę w oczy - Obiecuję, że zasady mafii nie będą cię dotyczyć, ponieważ nie dotyczą również mnie. Będziesz nosić moje nazwisko, które w tym świecie znaczy bardzo wiele. Będziesz bezpieczna, a w tym momencie tylko to się liczy. Zgódź się, proszę.
- Wierzę, że znajdziemy jakieś inne wyjście z tej sytuacji. Takie, które nie zwiąże mnie przysięgą.
- Boże, jaka ty jesteś uparta - odsuwam się, podchodzę do barku i nalewam whisky. Wychylam jednym haustem, a mocny smak nieco koi moje nerwy - Nic do ciebie nie dociera. Wolisz grać twardą i stawiać się, pokazując mi, że to ty decydujesz. Jakbym o tym nie wiedział - prycham z kpiną, nalewam kolejnego drinka, którego pochłaniam równie szybko. Mam ochotę porządnie się nawalić, żeby odreagować.
- Właśnie tego się boję, Justin. Wciąż powtarzasz, że ci się stawiam, pokazując tym, że ja decyduję. Prawda jest taka, że naprawdę decyduję, ponieważ jest to moje życie. Nie wiń mnie za to, że czuję strach na myśl, że mógłbyś mnie zdominować, zrobić ze mnie własną niewolnicę bez możliwości odezwania się bez twojego pozwolenia - odwracam się, uchylam usta i gapię się na nią z niedowierzaniem. Kurwa mać, czy ona naprawdę to powiedziała?! - Po złożeniu przysięgi nic nie byłoby w stanie cię już odgraniczać. Moje prawa poszłyby się pieprzyć, miałbyś nade mną całkowitą kontrolę. A gdybym się sprzeciwiła, mógłbyś mnie uderzyć lub wysłać do ludzi, którzy gwałciliby mnie tygodniami. Czy nie to mi powiedziałeś?
- Owszem, ale te zasady nie dotyczyłby ciebie, Vivienne!! Nie byłabyś kobietą mafii, rozumiesz? Nie przejąłem interesów ojca, nie należę do ich "świata", bo mam własny! Nie miałbym nad tobą żadnej władzy, nadal żyłabyś tak, jakby ci się tylko podobało! - dyszę ciężko, przeczesuję włosy, a złość rozchodzi się po moich żyłach niczym kwas - Bardziej boli mnie to, co powiedziałaś o mnie. Naprawdę uważasz, że mógłbym się tak zachować? - wlepiam w nią wzrok, zaciska usta, a wyraz jej twarzy się zmienia. Doskonale widzę, że czuje się winna - Nigdy nie podniosłem na ciebie ręki, nigdy nie skrzywdziłem, nie powiedziałem na ciebie złego słowa. Właśnie tak o mnie myślisz, Vi? Że ta jebana przysięga zrobiłaby ze mnie Pana twojego życia?! - wydzieram się, rzucam szklaneczką po drinku, która zderza się ze ścianą i rozbryzguje na miliony kawałeczków - Masz rację, nasze małżeństwo byłoby kompletną porażką, skoro takie masz o mnie zdanie - odwracam się i wychodzę, nie oglądając się za siebie. Zraniła mnie. Kurewsko zabolało.




Vi POV:

Po rozmowie z Justinem czuję się jak wielkie nic. Wypłakałam już wszystkie łzy, czując się jeszcze gorzej. Nigdy w życiu tyle nie płakałam, teraz nadrabiam z nawiązką. Mazgaję się jak małe dziecko, użalam nad sobą, czego nienawidzę. Jestem wściekła, że doprowadziłam się do takiego stanu. Łzy zawsze były dla mnie oznaką słabości, a odkąd jestem z Justinem, moje oczy produkują je w nadmiarze. Nie potrzebuję ich, nie chcę beczeć jak słaba dziewczynka, bo nią nie jestem. Muszę wziąć się w garść i przestać mazać.
- Co się znowu stało? - do salonu wchodzi Nathan, siada obok mnie i kręci głową - Jay chleje w klubie.
- Widocznie tego potrzebuje, jego wybór - otulam się ciaśniej kocem i wlepiam wzrok w telewizor.
- Co się z wami ostatnio dzieje, huh? Było tak dobrze, dogadywaliście się świetnie i przez miesiąc myślałem, że się zrzygam od tych słodkości. Teraz wszystko szlag trafił i skaczecie sobie do gardeł.
- Musimy się dotrzeć. Czego oczekujesz? Że po trzech miesiącach będziemy jak stare, dobre małżeństwo?
- A propo małżeństwa, Justin powiedział nam, co planuje. Wściekłaś się właśnie o to, mam rację?
- Oczywiście! Dziwi cię to? Nie jestem gotowa na małżeństwo, to naprawdę jest poważna sprawa.
- Wiem o tym doskonale. Szczególnie, kiedy w grę wchodzi Jay i jego nieco szalona rodzina. Znam ich kilka lat, to bardzo dobrzy ludzie mimo tego, czym się zajmują. Są zżyci, zawsze bronią swoich bliskich.
- Co próbujesz mi przez to powiedzieć? Że powinnam się zgodzić i przystać na ten zwariowany plan?
- Na pewno powinnaś to przemyśleć, Vi - drapie się w kark, zaciska usta i patrzy na mnie tymi ciemnymi ślepiami, jakby coś knuł - Sytuacja jest poważna, tutaj nie ma żartów. Justin może i zachowuje się czasami wobec ciebie zbyt nachalnie, ignorując przy okazji twoje zdanie, ale on chce dobrze, uwierz mi.
- Wierzę ci. Ja wiem, że chce dobrze, ale przerasta mnie to wszystko. Nie widzi tego, że ja się po prostu boję, tylko od razu na mnie naskakuje, wrzeszczy, a potem wychodzi się schlać. Nie mam pojęcia, co czeka mnie w tym małżeństwie, wiesz? A jeśli okaże się, że nagle ich zasady będą mnie obowiązywać? Co wtedy?
- Nie będą cię obowiązywać, ponieważ Jay nie przejął interesu ojca. Nie jest członkiem mafii, mała. Owszem, należy do tej rodziny, jego nazwisko liczy się dosłownie wszędzie, ale ma swoje życie i swoje zasady. Nie obawiaj się o to - bierze moją dłoń, ściska i dodaje mi otuchy. To zabawne, że robi to właśnie on, a nie mój narzeczony, który wolał wyjść i urznąć się w trupa - Twoje bezpieczeństwo jest dla niego na pierwszym miejscu. Boi się, ba, jest przerażony, że Henry mógłby mu ciebie odebrać. To by go załamało, Vi. Nie wierzę, że to mówię, ale on zakochał się w tobie po same uszy. Nigdy go takiego nie widziałem.
- Ja też go kocham, Nathan. Doceniam jego troskę, wszystko, co dla mnie robi. Od sytuacji z Dave'em jest we mnie mnóstwo strachu, którego dawniej nie było. Wciąż coś się dzieje. Mamy chwilę spokoju, a potem nadchodzą kolejne problemy. Mam tego powyżej uszu, wiesz? Zmęczyłam się. Kiedy to się skończy?
- Obawiam się, że nigdy. Wiesz, jak działa nasz świat, prawda? Jeśli chcesz spokoju, oboje musielibyście zerwać z interesami i zacząć normalnie żyć. Nie jestem pewny, czy byłoby to takie proste, Vivi.
- Tsa, ja również. O ile ja i tak wyluzowałam, tak Jay nadal zajmuje się dostawami. Nie zerwie z tym.
- Nie myśl o tym teraz, okej? Po prostu z nim porozmawiaj, tak na spokojnie. Dogadajcie się wreszcie.
- Chciałabym, niestety uparty z niego skurczybyk, jak wiesz. Ale chrzanić to! Zawieziesz mnie do niego?
- Co?! - wybałusza oczy i gapi się na mnie zdziwiony - Chcesz rozmawiać z nim po pijaku? To katastrofa.
- Och, nie pleć bzdur. Zaraz będę gotowa - odsuwam koc, biegnę na górę i przebieram się raz dwa.


Do klubu docieramy w przeciągu dziesięciu minut. Nathan wciąż biadolił, jak fatalny jest to pomysł, ale olewałam go. Chciałam zobaczyć Justina, nie ważne w jakim obecne był stanie. Powinniśmy poważnie porozmawiać, dojść do porozumienia i wreszcie przestać się żreć. Każda kłótnia odbijała się na mnie, przeżywałam je bardziej, niż powinnam i czułam się winna, nawet wtedy, kiedy to nie ja zawiniłam. Jeszcze wiele nauki przed nami. Nigdy nie byłam w związku, musimy to jakoś przyswoić, skoro jesteśmy razem i chcemy stworzyć dobry związek albo i to cholerne małżeństwo. O ile nadal tego chce. Jego słowa na odchodne nie były zbyt miłe. Wcale nie myślę, że byłby w stanie podnieść na mnie rękę, jednak Henry swoim pieprzeniem zrobił swoje. Wkurwił mnie, dodatkowo trochę przestraszył. Nigdy nie pozwolę traktować się jak przedmiot, który ktoś co rusz ma ochotę przestawiać. Dostrzegam w Justinie cechy mężczyzny wychowanego w mafii. Od pierwszego spotkania wydawał mi się być pewny siebie, męski, wyniosły. Domyślam się, że nigdy żadna kobieta mu się nie postawiła, w przeciwieństwie do mnie. Ja robię to niemal codziennie i, mimo iż wciąż powtarza, że to lubi, wcale nie jestem tego taka pewna. Może naprawdę chce mnie zmienić, okiełznać, mieć kontrolę? Boję się, że po zawarciu małżeństwa już nic nie będzie zależeć ode mnie, a od niego. Zatracę się całkowicie, przystosuję do niego, będę kimś innym. Kimś, kim wcale nie chcę być. Pytanie tylko, czy mam inny wybór? Nie mam pomysłu jak obejść zlecenie, a przecież nie polecę do Teksasu, aby osobiście pomówić z Henry'm, bo równie dobrze sama mogłabym sobie od razu wpakować kulkę w łeb. Justin może mnie ochronić, ale cena jest naprawdę wysoka. I ryzykowna.

Przeciskam się przez tłum, docieram do baru, a znajomy kelner puszcza mi oczko. Przypominam sobie te kilka dni, w których bywałam tutaj co noc i piłam, aby zapomnieć o pierdoleniu Jamesa. Wtedy poznałam Justina, a moje życie wywróciło się do góry nogami. To naprawdę wydarzyło się trzy miesiące temu?
- Vivienne? - odwracam głowę, spotykając zaskoczone spojrzenie Savage'a - Co ty tutaj robisz, dziewczyno?
- Jestem? - uśmiecham się i niewinne wzruszam ramionami - Chciałam zobaczyć się z Justinem. Gdzie jest?
- Tam - kiwa głową w prawo, podążam za jego wzorkiem, a mój brzuch zaciska niewidzialna pięść. Mój "narzeczony" siedzi na jednej z wygodnych kanap, pije drinka i wpatruje się w dziewczynę, która na podwyższeniu tańczy do zmysłowej, wolnej piosenki, rozbrzmiewającej na cały klub. Jest piękna. Wysoka, szczupła, z kasztanowymi włosami opadającymi na plecy. Ma na sobie krótką, czarną sukienkę oraz seksowne szpilki. A jej ruchy? Wow! Są kuszące, ale nie wyuzdane - Vivi? - Savage sprowadza mnie na ziemię, chwyta za ramiona i zmusza, abym na niego spojrzała - Jedno twoje słowo, a przerwę to.
- Niech się bawi - przełykam gorycz, która pali mnie w gardle, uwalniam się z jego uścisku i robię pierwszy krok. Niestety Savage zatrzymuje mnie, kręci głową, jakby dawał mi znać, abym tego nie robiła - Co?
- Nawet nie waż się uciekać, rozumiesz? To twój mężczyzna, weź go za fraki i doprowadź do jebanego porządku. Mam go dość! - wyrzuca ręce w górę, a ja zaciskam usta, żeby się nie roześmiać. Żal mi go, bo robi za niańkę - Biadoli odkąd tutaj przylazł. Błagam cię, uwolnij mnie od tych męczarni. Odwdzięczę się.
- Skoro tak stawiasz sprawę - puszczam mu oczko, cmokam w policzek, a do głowy wpada mi całkiem niezły pomysł. Proszę kelnera o szklaneczkę whisky, wypijam całość na raz i poprawiam ramiączko czerwonej, koronkowej sukienki. Roztrzepuję włosy palcami, a Savage cmoka z uznaniem - Trzymaj za mnie kciuki.
Podchodzę do Dj'a, proszę o piosenkę, którą puszcza zanim dochodzę na podwyższenie i zmieniam dziewczynę, która wiła się przed moim narzeczonym. Posyła mi wkurzone spojrzenie, jednak kiedy Justin odgania ją dłonią, kapituluje i wreszcie odpuszcza. Jeśli chce pokazu, dostanie go, aż mu kurwa stanie! Za to, że patrzył na inną, dostanie ochrzan, ale dopiero jutro, kiedy wytrzeźwieje. Teraz mam zamiar zagrać mu na nosie i pokazać, kto tu jest górą. W głośnikach rozbrzmiewa; "The Weekend - I Was Never There", a ja zaczynam poruszać się do rytmu. Sunę dłońmi wzdłuż ud, przez brzuch, zahaczam o piersi i wsuwam palce we włosy. Śpiewam cichutko, zamykam oczy, a moje biodra kołyszą się na boki. Czuję na skórze ciepło, która przepływa z góry na dół, a kiedy uchylam powieki, dostrzegam o wiele więcej spojrzeń. Mężczyźni wlepiają we mnie wzrok, Justin siedzi jak na szpilkach i mruży oczy. Kiedy pochodzę do rury i wiję się przy niej, wierci się niespokojnie, nie spuszczając ze mnie wzroku. Mam zamiar pójść na całość, żeby zwariował. Żeby zobaczył, że dla niego jestem w stanie zrobić wszystko, nie ma rzeczy niemożliwej. Kocham go, pragnę być blisko niego, troszczyć się o niego, przeżywać wzloty i upadki. Chyba dopiero teraz podejmuję tą pieprzoną decyzję o ślubie. Mogę to zrobić, mogę zostać jego żoną, jeśli obieca, że nigdy mnie skrzywdzi, nie sprawi, że będę tego żałować. Jeśli zawiedzie, straci mnie na zawsze, nigdy więcej mnie nie zobaczy. On doskonale wie, że byłabym w stanie odejść, gdyby przekroczył pewną granicę.

Patrzę w jego piękne, brązowe, podniecone oczy, wbijam zęby w wargę i zsuwam ramiączka sukienki. Gapi się na mnie jak sparaliżowany, sukienka opada w dół, a wszyscy mogą oglądać moje ciało w seksownej, czerwonej bieliźnie. Mam w dupie to, że są tutaj inni ludzie, dla mnie liczy się tylko on. Ten pokaz jest tylko dla niego. Nie jestem pewna, czy mu się podoba, ponieważ jego wzrok ciska pioruny, wychyla drinka na raz i dolewa kolejnego. Opadam na kolana, pełzam do niego i chwytam za czarną koszulę. Siedzi bardzo blisko, nasze nosy wręcz się stykają i jedyne, co czuję to alkohol. Musiał sporo wypić, widzę to w jego oczach. Odganiam od siebie te myśli, wpijam się w jego usta i gryzę w język. Jego dłonie szybko odnajdują moje biodra, próbując zdjąć mnie ze sceny, jednak odrywam się od niego, kiwam palcem i posyłam mu najseksowniejsze spojrzenie, na jakie mnie tylko stać. Szybko, zanim zdąży ponownie zareagować, wstaję na nogi, podchodzę do rury i podsuwam się na góry, aby swobodnie opaść i móc okrążyć ją pochylając się do dołu, tym samym eksponując mu tyłek odziany w koronkowe stringi. Wyczuwam, że to dla niego zbyt wiele i wcale się nie mylę, bo sekundę później już jest przy mnie, przerzuca mnie przez ramię i wychodzi z sali. Kiedy tylko dociera na korytarz prowadzący wprost do jego biura, uderza mnie spokój i pieczenie na pośladku. Krzywię się, ponieważ cios był mocny, a po nim szybko przychodzą kolejne, jakby to była kara.
- Nigdy więcej nie waż się tego robić, zrozumiałaś? - syczy przez zęby, wchodzi do swojego biura i stawia mnie na nogach. Jezu, ależ jest wściekły! - Nie rozbieraj się przed obcymi mężczyznami, tylko ja mam prawo widzieć twoje ciało, czy to jest jasne?! - podnosi głos, jednym ruchem przypiera mnie do lodowatej ściany, unieruchamiając nadgarstki. Nie odpowiadam, muskam ustami linię jego szczęki torując sobie drogę do jego ust, które chętnie dla mnie rozchyla. Nie chcę się z nim kłócić, jestem tym zmęczona - Co ja mam z tobą zrobić, huh? - wsuwa palce w moje włosy, odchyla moją głowę mocno w tył i morduje spojrzeniem - Doprowadzasz mnie do jebanego obłędu! Powinienem rzucić cię w cholerę, olać, oszczędzić sobie fochów - och! Patrzę na niego zszokowana, a każde jego słowo wbija nóż w moje serce. Wizja naszego rozstania przeraża mnie jak nic innego, a to, że tak bardzo się do niego przywiązałam jest paraliżujące - Nie mogę tego zrobić, bo cholernie mocno cię kocham! Nie wyobrażam sobie, aby zabrało cię w moim życiu, rybko.
- Wiem, ja też sobie tego nie wyobrażam. Nie chcę się z tobą kłócić, Jay. Proszę, przestańmy już. 

- Obawiam się, że to nie będzie takie proste - bez ostrzeżenia wsuwa dłoń pod moją bieliznę i zaczyna znęcać się na wrażliwym guziczku. Och, jak mi tego brakowało! - Jesteś taka pyskata, zadziorna, cwana. Uwielbiam to, jednak czasami mam tego powyżej uszu - nie przerywa pieszczot, a jego gadka ledwo do mnie dociera. Pochłaniam przyjemność, którą mi funduje, a ciche jęki opuszczają moje usta - Czasami musisz po prostu ustąpić, pozwolić mi działać, Wiem, że jesteś niezależna, samodzielna, ale jestem twoim narzeczonym, chcę się tobą zaopiekować. Pozwól mi do cholery - mówi ostro, wsuwa we mnie palce i przepadam. Nie wiem, jakim cudem udaje mi się ustać na nogach, ale gdyby nie jego dłoń owinięta wokół mojej talii zapewne już zaliczyłabym glebę - Obiecaj, że pozwolisz mi to załatwić po swojemu, kotku.
- O-obiecuję - jąkam się, uchylam powieki i wpatruję się w jego oczy. Jest podniecony i pijany. Jakim cudem ma siłę na rozmowę? - Nie mów nic więcej, nie teraz - rozpinam guziki jego koszuli, odrzucam ją na bok i zabieram się za spodnie. Pomaga mi trochę, a po chwili do sterty jego ciuchów dołącza moje bielizna. Popycham go na kanapę, siadam na nim i ustawiam się przy główce jego penisa - Teraz ja ci coś powiem. Nigdy więcej nie opuszczaj domu, mówiąc, że nasze małżeństwo byłoby porażką, rozumiesz? - chwytam jego włosy, pociągam mocno i opadam na niego. Bezlitośnie wbija palce w moje biodra i wypycha własne w górę - Wyjdę za ciebie i zapewniam, będę kurwa najlepszą żoną pod słońcem - uchyla usta zszokowany, ale ja skupiam się na ujeżdżaniu jego kutasa. Ma to, czego chciał. Wygrał.
 





wtorek, 3 lipca 2018

Rozdział trzydziesty ósmy


Vi POV:

Spaceruję po galerii handlowej. Kupuję kilka nowych ubrań i torebkę, którą niedawno kupiłam Taylor. Jest bardzo ładna i w moim stylu, będzie pasować idealnie! Jaka szkoda, że zakupy nie poprawiają mi humoru, który dzisiaj jest na samym dnie. Po niedawnej kłótni z Justinem jestem przygnębiona, a poczucie winy nie daje mi spokoju. Niech to szlag, wcale nie chcę czuć się winna! Pragnę jedynie, żeby liczył się z moim zdaniem, zapytał mnie, jeśli coś planuje i czy mam na to ochotę. Przecież doskonale wie, jak bardzo nienawidzę, kiedy stawia mnie przed faktem dokonanym. Mimo to i tak ma to w dupie, w dodatku zwala winę na mnie i chociaż to nie ja byłam winna, teraz jestem. Nigdy wcześniej żaden mężczyzna mną nie rządził, bo sobie na to nie pozwalałam. Teraz jest tak samo, niestety Justin nie rozumie mojego podejścia do tematu i to właśnie on strzela fochem, nie ja. Dlaczego związki muszą być tak skomplikowane? 

W południe wchodzę do Seven. Zastaję jedynie Josha oraz Milę, która siedzi na jego kolanach, chichocze wesoło i wpycha mu do ust piankę. Uśmiecham się na ten widok, a moje serce zaciska się na widok szczęścia mojego przyjaciela. Życzę mu jak najlepiej, a ta dziewczyna naprawdę go uwielbia. Oby nie uciekła z krzykiem jak ex Bangera, która okazała się strachliwą cipką. Mila nie wygląda mi na słabą.
Czmycham na górę, nie przeszkadzając im, chowam się do swojego pokoju i odkładam zakupy na krzesło. Dopiero teraz, kiedy rozglądam się po pomieszczeniu, uderza we mnie tęsknota. Tak rzadko tutaj bywam, 

a ten pokój to mój azyl. Czułam się tutaj bezpiecznie, uciekałam przed światem i problemami. Chyba powinnam częściej tutaj przebywać. Panująca cisza pozwala mi odzyskać utracony spokój.

Uciekam niezauważona dwie godziny później. Po cichutku opuściłam magazyn, nie chcąc obudzić śpiącego na kanapie Josha, a na nim Mili. Idę przed siebie, lekki wiatr rozwiewa moje włosy i smaga policzki. Justin pewnie jeszcze nie wrócił od mamy, a nawet jeśli, nie odezwał się do mnie. Cóż, pewnie nadal jest zły, a ja nie mam ochoty na konfrontację z nim. Co miałabym mu powiedzieć? Przeprosić? Tylko za co? Czas nauczyć się brać moje zdanie pod uwagę, niestety nie jestem grzeczną dziewczynką, która schyli głowę i będzie mu posłuszna. Jeśli takiej pragnie, powinien poszukać gdzie indziej. 


Docieram do znajomego miejsca, które wywołuje we mnie niepokój. Mimo wszystko wchodzę do środka, schodzę w dół i gapię się w korytarz, na którym miesiąc temu poniewierał mnie Dave. Z szalejącym w piersi sercem idę przed siebie, otwieram drzwi do pokoju, w którym dane mi było spać, a w oczy rzuca się znajomy materac. Żółć podchodzi mi do gardła, łzy na siłę pchają się do oczu, jednak z całych sił próbuję je zablokować. Dlaczego tutaj przyszłam? Dlaczego jestem tak cholernie głupią idiotką?! Na własne życzenie funduję sobie wspomnienia, które gdzieś jeszcze we mnie tkwią, z którymi nie potrafię sobie poradzić. To tutaj przeżyłam największy ból w życiu, który sprawił mi człowiek nieznający litości.
Idę dalej, otwieram kolejne drzwi, w których straciłam coś cennego. Swoje dziecko. Fotel, na którym posadził mnie i raził prądem nadal stoi, stół również. Wspomnienia uderzają we mnie niczym rozpędzona ciężarówka, powalając na kolana. Szlocham głośno, cała drżę i wylewam z siebie smutek, gorycz, udrękę. Gram twardą, robię dobrą minę do złej gry, a moje serce na zawsze zostało uszkodzone, zepsute. Dave sprawił, że ktoś we mnie umarł. Ktoś, o kim wtedy nie miałam bladego pojęcia. Wiem, że nie byłam gotowa na bycie matką, na odpowiedzialność za tę małą kruszynę, jednak to niczego nie zmienia. Coś straciłam, coś odeszło i zabrało ze sobą małą cząstkę mnie samej. I mimo tego, iż zabiłam tego śmiecia, wcale nie czuję się lepiej. Chciałabym wpakować w niego milion magazynków, żeby cierpiał tak, jak ja cierpiałam przez niego. Żeby stracił kogoś, a jego życie nigdy nie wyglądałoby już tak samo.
Mój szloch przerywa dzwonek telefonu. Wyjmuję go z kieszeni jeansów, ocieram łzy i wpatruję się w zdjęcie Justina. Nie jestem w stanie z nim teraz rozmawiać, chcę być sama, pocierpieć w samotności.  

Niestety oprócz telefonu rozlega się również hałas, który paraliżuje każdą część mojego ciała. Wyciszam telefon, zrywam się na równe nogi i przytulam plecy do ściany. Moje serce właśnie przestaje bić, a nerwy są napięte niczym postronki. Ktoś tutaj jest i boję się pomyśleć kto. A jeśli Dave jakimś cudem przeżył? Jeśli wrócił tutaj, zabierze mnie i zrobi ze mną o wiele gorsze rzeczy? Boże! Jestem taka głupia!
- Vivienne - zamieram na dźwięk własnego imienia. Przykładam dłoń do ust, aby nie wydać z siebie najmniejszego dźwięku, a kroki są coraz bliżej - Wiem, że tutaj jesteś, maleńka. Śledziłem cię - jasna cholera, kim on jest?! Dlaczego mnie śledził? Po co?! Moje usta pragnę zadać te pytania, jednak milczę jak grób - Nie chowaj się, przecież i tak cię znajdę. Jesteś tutaj - próbuję zachować spokój, co w tej sytuacji jest wręcz cudem. Nie mam przy sobie broni, a na pięści zapewne z nim nie wygram. Rozglądam się za czymś, co mogłoby mi się przydać, ale nie ma tutaj dosłownie nic! Kurwa, nie jest dobrze! - No dalej, słodziutka. Obiecuję, że to nie potrwa długo. Raz dwa i po sprawie - marszczę brwi, zastanawiając się, o czym ten człowiek bredzi? Niestety szybko dochodzę do jasnych wniosków; chce mnie zabić. Pytanie tylko; dlaczego? - Lubisz się bawić, prawda? - chichocze pod nosem, słyszę go o wiele lepiej, a to oznacza, że jest już naprawdę blisko - W porządku, ja mam czas. Możemy się pobawić - słyszę nieprzyjemne skrzypienie i doskonale wiem, które drzwi właśnie otworzył. Te, w których Dave trzymał Josha. Te, które są dalej od pomieszczenia, w którym jestem. To dla mnie szansa na ucieczkę, drugiej mogę nie mieć. Niepewnie wychylam głowę, rozglądam się, a jedyne, co widzę to jego cień w pokoju. Bez namysłu zrywam się z miejsca, biegnę przez korytarz i docieram do drzwi wejściowych - Stój!! - wydziera się i strzela. Kula trafia dosłownie centymetr od mojej głowy, wbijając się w ścianę. Piszczę, osłaniam się ramionami i wybiegam na zewnątrz. Nie zatrzymuję się nawet na sekundę, biegnę ile sił w nogach, odbijam w prawo i docieram na drogę prowadzącą wprost do Seven - Vivienne!! - odwracam się, wiatr bezlitośnie mierzwi moje włosy, jednak to nie jest ważne. Za mną biegnie młody mężczyzna z wycelowanym we mnie pistoletem. Nie zwraca uwagi na mijających nas ludzi, którzy schodzą z drogi przestraszeni. Oddaje drugi strzał, a kula ze świstem przelatuje gdzieś obok mnie. Jestem przerażona, odbijam w lewo i wciskam się w wąską uliczkę, tuż obok restauracji. Niestety nie gubię chłopaka, bo wpada za mną sekundę później. Wysilam się, aby obmyślić taktykę, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Potrzebuję kilku sekund, aby zadzwonić do Justina. To moja jedyna deska ratunku - Nie uciekniesz mi!! - wydziera się za mną, odwracam się i dostrzegam, jak zderza się z drzwiami, które właśnie otwiera ktoś z zaplecza restauracji. To dla mnie szansa. Wbiegam do starej kamienicy, przeskakuję po dwa schodki i chowam się za ścianą między mieszkaniami.

Nie jestem pewna, ile czasu mija. Siedzę wciśnięta w róg, chowam głowę w kolana i próbuję wziąć się w garść. Nie mogę użalać się nad sobą i rozmyślać nad tym, że ktoś próbował wpakować mi kulkę w łeb. Nie mogę się mazgaić, muszę stawić temu czoła i nie pozwolić, aby strach przejął nade mną kontrolę. Ty się nie boisz, Vivienne. Jesteś odważna, należysz do Seven! Mobilizuję się w myślach, oddycham kilka razy i podnoszę tyłek z podłogi. Drżącą dłonią wybieram numer Justina, czekam, czekam i czekam, ale nie odbiera. Przełykam gorycz porażki i dzwonię do Nathana, który odbiera niemal natychmiast. Szybko przekazuję mu miejsce mojego pobytu i proszę, aby po mnie przyjechał. Nie wybieram nikogo z Seven z jednego, konkretnego powodu; chłopcy wyleźliby z własnej skóry. Zaoszczędzę im zmartwień.

Nathan pojawia się dziesięć minut później. Zanim wychodzę z kamienicy, rozglądam się na wszystkie kierunki i dopiero wtedy wsiadam do samochodu. Chłopak patrzy na mnie dziwnie, jakby mnie nie poznał.
- Jezus Maria, co się stało, Vivi? Wyglądasz jak duch, dziewczyno! - wlepia we mnie wzrok, czeka na wyjaśnienia, ale ja nie jestem w stanie wykrzesać z siebie nawet słowa! - Proszę, powiedz mi. Co jest?
- Chcę d-do domu - tylko tyle jestem w stanie z siebie wykrzesać. Zapinam pas i zamykam oczy.




Jay POV:
Siedzę w klubie, Vi nie odebrała ode mnie telefonu co wskazuje na to, że nadal jest na mnie zła. Zajmuję się więc papierkową robotą i organizuję ochronę dla mojej narzeczonej. To, co powiedziała mi matka było dla mnie szokiem. Siedziałem i gapiłem się we własne dłonie, przeklinając w duchu, że zrobiła coś tak głupiego, jak pomoc Katherinie. Musiałem powiedzieć o tym matce, która wpadła w furię. Krzyczała, że popełniła ogromny błąd, że nie powinna była się mieszać, że to szczyt bezmyślności. Cóż, doskonale o tym wiedziałem, ale nie miałem pojęcia, że Vivi maczała palce w ucieczce Kath. Gdybym chociaż cokolwiek podejrzewał, natychmiast bym zareagował. W życiu bym jej na to nie pozwolił, choćby miała mnie za to znienawidzić. Wiem, że chciała dobrze, niestety przekroczyła granicę, której nigdy nie powinna.
- Jay? - do środka wchodzi Savage i wzdycha ciężko. Oho! - Dzwonił Nathan, Vivienne wróciła do domu.
- Świetnie! Mam nadzieję, że foch jej już przeszedł, a zakupy były udane. Coś jeszcze? Mam sporo pracy.
- Tak, jest coś jeszcze. Odkąd wróciła do domu, nie powiedziała nawet słowa. Jest przerażona - co, kurwa?! Podnoszę głowę i zaskoczony wlepiam w niego wzrok - Nathan powiedział, że zadzwoniła do niego, żeby przyjechał po nią niedaleko pralni - jasny gwint, co to ma znaczyć?! - Kiedy wyszła z budynku, była blada jak ściana, nie powiedziała dosłownie nic oprócz tego, że chce do domu. Więc z łaski swojej przestań być takim fiutem i jedź do niej, bo cię kurwa potrzebuje - uchylam usta, a jego słowa mnie szokują. Owszem, Savage pracuje ze mną od kilku lat, jednak nigdy nie powiedział czegoś takiego! - Nie patrz tak na mnie, okej? Ta dzisiejsza sytuacja z kuchni, to nie była jej wina, Jay. Vivi ma rację, zacznij brać pod uwagę jej zdanie, inaczej wciąż będziecie skakać sobie do gardeł. Ona różni się od panienek, które posuwałeś - po tych słowach odwraca się i po prostu wychodzi. A ja siedzę oniemiały, gapiąc się w drzwi.


Wracam do domu w ekspresowym tempie. Wszędzie panuje przerażająca cisza, Nathan siedzi w kuchni przed laptopem i stuka w klawiaturę. Zawsze, kiedy mnie nie ma, czuwa nad Vivi, aby była bezpieczna.
- Cześć - witam się z nim uściskiem dłoni i nalewam wody do szklanki - Co się dzisiaj odpierdoliło?
- Dzwoniłem do ciebie tysiąc razy, stary! Dlaczego do cholery nie odbierasz, kiedy trzeba, huh?
- Co? - wyjmuję telefon z kieszeni kurtki i przewracam oczami - Szlag! Padła mi bateria. Opowiadaj.
- Savage zapewne powiedział ci wszystko, chyba nie mam nic do dodania. Vivienne jest w sypialni, nie opuściła jej odkąd wróciliśmy. Musiało wydarzyć się coś złego. Co robiła zaledwie przecznicę od pralni?
- Nie mam bladego pojęcia, ale mam zamiar się tego dowiedzieć - zdejmuję kurtkę, opuszczam kuchnię i wbiegam na górę. Kiedy otwieram drzwi do naszej sypialni, w oczy natychmiast rzuca mi się Vi. Leży na łóżku, okryta po samą szyję, przez co widzę zaledwie czubek jej głowy. Ani trochę nie podoba mi się sytuacja - Kochanie? - szepczę cicho, odkładam telefon na szafkę i siadam na łóżku. Nie reaguje, odkrywam więc kołdrę i odgarniam kosmyk jej włosów. Śpi jak aniołek, oddycha miarowo, a na jej policzkach dostrzegam zaschnięte łzy. Zaskakuje mnie ten widok, jak i fakt, iż Vivienne płacze naprawdę często. Wtedy, kiedy opowiedziała mi o swoim dzieciństwie, wyznała, że nie uroniła łzy od sześciu lat. Nie pozwalała sobie na chwile słabości, mazgajenie się, użalanie. Nie spodziewałem się takiego wyznania, ponieważ nawet facet czasami potrzebuje się wypłakać, kiedy sytuacja jest naprawdę fatalna. Płakałem jak dziecko, kiedy dowiedziałem się, że ojciec nie żyje. Jechałem na tabletkach uspokajających, inaczej moje serce pękłoby z rozpaczy. Mimo tego, iż odszedłem z domu, rozczarowałem go, opuściłem. Był moim wzorem, mentorem. Kochałem go najmocniej na świecie i długo opłakiwałem jego śmierć, zanim wziąłem się w garść. Odkąd Vivienne jest ze mną, nadrabia sześć lat bez płaczu - Rybko - głaszczę ją po włosach, dotykam kciukiem brwi, przez co wzdryga się przestraszona. Gwałtownie otwiera oczy i w pierwszym odruchu chce zrzucić moją dłoń. Oddycha z ulgą dopiero wtedy, kiedy spotyka moje spojrzenie - Chcesz się przytulić? - zaciska usta, niepewnie przytakuje głową i zarzuca dłonie na moją szyję. Tak dobrze mieć ją w swoich ramionach - Ciii, jestem przy tobie, rybko. Obiecałem ci, że wszystko będzie dobrze. I będzie.
- K-ktoś chciał mnie dzisiaj zabić - po tych słowach zamieram. Moje ciało napina się jak struna, a serce podskakuje w piersi. Kurwa! Ledwo dowiedziałem się o zleceniu, a ktoś już zaczął działać?! - Śledził mnie.
- Boże, Vivi - odchylam ją od siebie, patrzę w oczy i rozumiem już, dlaczego jest w takim stanie. Jej pewność siebie, odwaga, niezależność nie mają tutaj nic do rzeczy. Sprawa wygląda poważnie jak diabli, a ja muszę ją ochronić - Kiedy byłem u mamy, powiedziała mi, że ktoś wydał zlecenie. Wiesz, w mafii obowiązują inne zasady. Jeśli ktoś zalezie ci za skórę i chcesz się go pozbyć, nie brudząc sobie rąk, zlecasz to komuś innemu. Więc zgłaszają się chętni, którzy dostaną mnóstwo forsy. Jesteś ich celem, rybko.
- Chcesz mi przez to powiedzieć, że ktoś próbuje sprzątnąć mnie na czyjeś zlecenie? Dlaczego?
- Cóż, mam pewne podejrzenia, ale muszę to sprawdzić. Wydaje się być to oczywiste, skoro pomogłaś uciec Katherinie. To pewne, że Henry się mści, ale nie wiem, jak się o tym dowiedział. A ty wiesz?
- N-nie bardzo. Chyba, że... - zacina się i mocniej ściska moją dłoń - Po sms'ie, który mi wysłała?
- Odpisałaś jej wtedy? - zapada cisza, Vi schyla głowię i wcale nie musi odpowiadać na to pytanie, ponieważ już znam na nie odpowiedź - Kurwa mać! - wydzieram się, aż podskakuje. Podchodzę do okna, szarpię za włosy, prawie rwąc je z głowy. Ta dziewczyna sprawia, że dostaję kurwicy! Jak mam ją do cholery okiełznać, żeby nie robiła czegoś, czego nie może?! - Dlaczego, huh?! Powiedziałem ci, żebyś tego nie robiła, prawda?! Tłumaczyłem, że to kurwa niebezpieczne, Vivienne! Jak zwykle masz mnie w dupie!
- To nieprawda. Nie krzycz, proszę - szepcze cicho, chowa głowę w kolana i kołysze się na boki.
- Jak mam nie krzyczeć, skoro robisz mi na złość, żeby pokazać to, iż nie mogę mieć nad tobą kontroli?! Naprawdę to jest tego warte? Zobacz, w jakie gówno wdepnęłaś, a ja muszę cię z niego wyciągać!
- Wcale nie musisz tego robić, poradzę sobie sama. Nie chcę twojej pierdolonej łaski, Justin.
- To nie jest żadna łaska, dziewczyno! Jesteś moją narzeczoną, troszczę się o ciebie i boję, bo czasami masz popierdolone pomysły! Musisz zacząć myśleć, kotku, a nie pakować się w kłopoty. Rozumiesz?
- Tak, tatusiu, rozumiem! Obiecuję, że od teraz będą grzeczną dziewczynką, nawet się nie odezwę!

- Nawet mnie nie wkurwiaj, Vi. Nie masz prawa być na mnie wściekła, ponieważ próbuję wbić ci do głowy powagę sytuacji i tego, co zrobiłaś. Od pomocy Katherine sprowadziłaś na siebie jebane zlecenie, a ktoś dzisiaj próbował je wykonać. Wiesz, co to znaczy? Wystarczy jeden strzał, a ktoś mi ciebie odbierze! Na razie wykonawców jest dwóch, co nie znaczy, że nie będzie ich więcej. Nie spoczną, dopóki cię nie zabiją.
- Cóż, dzisiaj prawie mu się to udało - mówi cicho, układa się na boku i owija szczelnie kołdrą.
- I tak spokojnie o tym mówisz? Ponownie uciekłaś śmierci z rąk i tylko tyle masz mi do powiedzenia?
- Jestem zmęczona, Jay. Nie chce mi się o tym rozmawiać. To było dla mnie dość trudne przeżycie.
- Może to cię czegoś nauczy - wbija zęby w wargę, zaciska dłonie na brzegu kołdry, a w jej oczach pojawiają się łzy. Mam ochotę przyjebać sobie w twarz! - Przepraszam, nie chciałem tego powiedzieć.
- Chciałeś, więc nie przepraszaj. Masz rację, to mnie czegoś nauczyło. Następnym razem nie będę uciekać, niech mnie zabiją. Mam już dość - jej słowa to dla mnie policzek. Niemal czuję pieczenie na skórze.
- Jak możesz, huh?! Staram się dla ciebie, organizuję ochronę, a ty oświadczasz, że nie będziesz uciekać?
- Po co? Sam powiedziałeś, że nie spoczną, dopóki mnie nie zabiją. Tak czy siak, kiedyś im się to uda.
- Nieprawda! Zrobię wszystko, żeby temu zapobiec. Dowiem się, czy to sprawka wuja, a jeśli tak, polecę do niego i wymuszę, aby zdjął zlecenie. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek cię skrzywdził, Vivienne - układam się obok niej, przyciągam do swojego ciała i całuję w czoło. Muszę się uspokoić, nerwy w niczym mi nie pomogą - Co robiłaś dzisiaj niedaleko pralni? Błagam cię, powiedz, że tam nie weszłaś, kochanie?
- Weszłam - kurwa mać, ja pierdolę! To jest jakiś obłęd - Poszłam na spacer, a nogi same mnie tam poniosły. Nie wiem, dlaczego. Po prostu się tam znalazłam i zeszłam na dół. Przypomniałam sobie jego.
- Boże, rybko. Nie możesz odwalać takich numerów, wiesz? - odchylam się nieco, patrzymy sobie w oczy, a na jej twarzy widzę przygnębienie - Nie funduj sobie bolesnych wspomnień, to nie ma żadnego sensu. Poszłaś dalej, zapomniałaś, nie wracaj do tego. Obiecaj mi, że nigdy więcej tam nie pójdziesz.
- Obiecuję - szepcze cicho, wtula się we mnie mocno i nic już nie mówi. Co za popieprzony dzień.


Wieczorem odwiedza nas Joshua. Poprosiłem, żeby przyjechał i opowiedział dokładnie, o co chodzi. Na jego widok Vivienne przysuwa się do mnie i mocniej ściska mnie za ramię. Fakt, Joshua wygląda jak typowy bandzior, z blizną na twarzy i spluwą przy boku. Ma dobre metr dziewięćdziesiąt wzrostu i mógłby powalić drobną Vi jednym ciosem. Ma prawo odczuwać niepokój. Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, miałem zaledwie dziesięć lat. Bywał w naszym domu codziennie, a ja unikałem go jak ognia. Przerażał mnie.
- To moja narzeczona, Vivienne. Vi, to przyjaciel naszej rodziny, Joshua - przedstawiam ich sobie, Vi niepewnie ściska jego dłoń, jednak szybko ją cofa - Usiądźmy - wskazuję na sofę, podaję mu szklaneczkę z drinkiem i siadam naprzeciwko - Więc? Co tu się odpierdala, stary? Jakim cudem doszło do zlecenia?
- Dowiedziałem się tego przypadkiem, kiedy spotkałem się z dobrym kumplem na piwie. Od słowa do słowa doszliśmy do naszej pracy i wtedy wygadał się, że jego znajomy dostał nowe zlecenie. Na początku nie skojarzyłem faktów, dopiero po chwili zorientowałem się, o kogo chodzi - upija łyk drinka i spogląda na Vivi, która wierci się niespokojnie - Jak wiesz, plotki rozchodzą się niczym naboje wystrzelone z karabinu maszynowego, więc i ja wiem, że posiadasz narzeczoną. W naszym świecie każdy wie, kto jest kim, nie ma tajemnic. Nie mogłem uwierzyć, że zlecenie jest właśnie na nią - z niedowierzaniem kręci głową, jakby sam był zaskoczony - Wykonawców jest dwóch, widocznie są to ludzie zaufani dla zleceniodawcy. Poszperałem nieco, zajrzałem tu i tam, popytałem. Mam pewność, że zlecenie wydał Henry. Twój wuj.
- Ja pierdolę - zrywam się z miejsca, podchodzę do okna, a ta wiadomość jest najgorsza z możliwych - Tak czułem, że to jego sprawka. Zapewne dowiedział się czegoś, czego nie powinien, ale zlecenie?
- Znasz Henry'ego, Jay, tak samo, jak ja. To kawał skurczybyka, który czasami nie waha się przed niczym. Od zawsze zbuntowany, kroczący własną ścieżką, niesłuchający nikogo. Wiemy, że uwielbia się mścić.
- Tsa, aż za dobrze. Pamiętam, jak po śmierci ojca namawiał mnie, żebym przejął jego interesy. Był wkurwiony jak diabli, kiedy odmówiłem. To on zażądał dla mnie kary, ale nikt go nie poparł. Dzięki mnie miałby dobre dojścia do wszystkiego, czego pragnął, ponieważ był mi bardzo bliski. Nie wierzę, że teraz chce śmierci mojej narzeczonej - spoglądam na Vivi, która siedzi z pochyloną głową, bawi się palcami i milczy jak grób. Popełniła ogromny błąd, ale nie mogę jej tego wciąż wypominać. Przez to odsunie się ode mnie, zamknie, jak robiła to wiele razy - Okej, więc co z tym zrobimy? Jak mam go powstrzymać?
- Będzie ciężko, wiesz o tym. Nawet, jeśli do niego polecisz i porozmawiasz, to nic nie da. Jest rządny zemsty, chce się odegrać i tak łatwo nie odpuści. A to, że twoja narzeczona nie należy do rodziny daje mu całkowite pole do popisu - jasna cholera! Kolejna, fatalna wiadomość! - Ty masz ochronę. W końcu jesteś synem Josepha "Glovera" Morgana. Żadna siła nie może cię ruszyć, inaczej padnie wiele strzałów - to prawda. Pamiętam, kiedy mama ruszyła z zemstą na ojca. Trupów nie było końca, za jeden krok Thomasa Hendersona zapłaciła jego rodzina oraz wszyscy ludzie. Tak działa mafia, bez okazywania litości - Mam pewien pomysł, ale nie wiem, czy wam się spodoba. Jest dosyć zwariowany i bardzo poważny.
- Mów, Joshua. W tej chwili nie ma nic, czego bym nie zrobił. Henry nigdy się nie podda, aż osiągnie cel.
- Zgadzam się. Sam wiesz, jak działa mafijna rodzina, prawda? Rodzina to świętość, nikt nie ma prawa jej tknąć, a twoja rodzina jest najwyżej w Chicago. Mają władzę, pozycję, szacunek. Tylko idiota odważyłby się im stawić, tak jak zrobił to Thomas Henderson i twój wuj. Nie wiem, czy zdaje sobie sprawę, ale może tę decyzję przypłacić własnym życiem. Cóż, jego wybór. Okej, jesteście gotowi na mój pomysł?
- Dawaj, miejmy to już za sobą - wzdycham ciężko, siadam obok Vivienne i przytulam ją do siebie.
- Dobrze by było, gdybyście wzięli ślub - Vi reaguje szybciej niż ja. Gwałtownie wstaje na nogi, kręci głową jak w amoku i patrzy w Joshuę jak zahipnotyzowana - Wiem, że to nieoczekiwany zwrot akcji, ale Henry miałby związane ręce. Byłabyś członkiem rodziny, której nie mógłby dotknąć, ponieważ sam do niej należy. Kara za ruszenie krewnych jest najsurowsza. Thomas urządziłby mu piekło na ziemi, a dopiero potem zabił.
- N-na pewno jest inny sposób - jąka się, wsuwa palce we włosy, a jej oddech szaleje - J-ja nie mogę...
- Zrobimy to, pobierzemy się - przerywam jej, patrzy na mnie zszokowana i zapewne wkurwia się w pieprzoną sekundę. Mam to w dupie. Wyjdzie za mnie, choćbym miał ją do tego kurwa zmusić.