wtorek, 10 lipca 2018

Rozdział trzydziesty dziewiąty


Jay POV:

Odprowadzam Joshuę do drzwi, wracam do Vivi, która stoi przy oknie i nie wypowiada nawet słowa. Mam przeczucie, co się zaraz zacznie i nie jestem pewny, czy mam na to ochotę. Od wczoraj atmosfera między nami jest napięta jak struna, Vivienne wciąż jest wkurzona, strzela fochy i próbuje pokazać mi swoją niezależność. Niby jak mam namówić ją do ślubu, skoro zapowiedziała mi, że zrobi to dopiero wtedy, kiedy będzie na niego gotowa? Chciała poczekać, w przeciwieństwie do mnie. Ja mógłbym nawet teraz stanąć przed ołtarzem i złączyć się z nią przysięgą małżeńską już na zawsze. Nie mam żadnych wątpliwości, iż jest moim przeznaczeniem, kobietą, z którą chcę spędzić resztę życia. Jednak Vivienne jest jeszcze bardzo młoda, dzieli nas sześć lat różnicy wieku, a to sporo. W dodatku powinienem powiedzieć jej, że małżeństwo zawierane w świecie mafii wygląda ciut inaczej, niż to między dwojgiem zwykłych ludzi, którzy wiodą spokojne, normalne życie. Jeśli wypowie słowa przysięgi, już nic nas nigdy nie rozdzieli. Rozwód w świecie mafii nie istniał. Jeśli kobieta wychodzi za jego członka, rozdzielić może ich jedynie śmierć. I chociaż ów członkiem nie byłem, samo nazwisko do czegoś mnie zobowiązywało. To, że w pełni nie poświęciłem się mafijnym sprawom, nie oznaczało, że nie uczestniczyłem w tym życiu. Chcąc nie chcąc musiałem to robić, chociaż na szczęście istniały pewne ograniczenia, dlatego większość zasad mnie nie obowiązywała. Jak to, w którym moja żona staje się moją własnością. Nie chciałem tego dla Vivi, pragnąłem, aby była ze mną szczęśliwa. Gdyby coś poszło nie tak, musiałaby uciekać na koniec świata.  Dlatego Valeria Ramos, żona Ramosa, którego sprzątnęła moja narzeczona, musiała wiać, jeśli chciała żyć. Jeśli tylko Ramos by ją odnalazł, bez wahania strzeliłby jej w łeb. Tak samo, jak Henry, gdyby tylko Kath wpadła w jego ręce. Tak działał ten brudny świat. Miał własne reguły, które były kurewsko porąbane.
- Nawet o tym nie myśl, Jay - ciszę przerywa Vivi. Odwraca się, patrzy mi w oczy i wiem już, że to będzie ciężka rozmowa - Nie jestem gotowa na ślub, jest na niego za wcześnie. Znamy się trzy miesiące.
- A jakie ma to teraz znaczenie? Grozi ci ogromne niebezpieczeństwo, a ty wyliczasz, ile się znamy? 

- Owszem. Wciąż się poznajemy, jak sam widzisz, mamy odmienne charaktery przez to skaczemy sobie do gardeł. Nie wiemy, co przeniesie przyszłość. Kochamy się teraz, czy będziemy za rok, za dwa, za pięć?
- Oczywiście, że tak! Kocham cię, rybko, doskonale o tym wiesz. Jestem tego pewny, jak niczego innego.
- Ja również, ale na dzień dzisiejszy. A co, jeśli nagle nam się odmieni? Jak będzie wyglądało nasze małżeństwo? Nie masz pewności, że za rok nie zarządzasz rozwodu. Nie chcę tego gówna, wiesz?
- Rozumiem to, kochanie. Ale jestem przekonany, że rozwód nie wchodzi w grę. Mafia nie uznaje czegoś takiego - rozchyla usta, jej oczy są wielkie jak spodki, jednak przyszedł moment na szczerość - Jeśli wchodzisz do tej rodziny, już z niej nie wychodzisz. Rozdzielić może nas jedynie śmierć. Nic innego.
- Mój Boże i tak spokojnie mi to mówisz? To popieprzone! Tym bardziej za ciebie nie wyjdę, nie ma opcji.
- Jestem pod ochroną, Vivienne. Należę do tej rodziny i nic tego nie zmieni, a już na pewno nie to, że nie poszedłem w ślady ojca. Płynie we mnie ta sama krew, każdy wie, kim jestem i skąd pochodzę.
- Więc teraz wiem, skąd w tobie te władcze zapędy. Twój ojciec był taki sam, z ciebie też to wyłazi.
- Być może masz rację, w końcu jestem Morganem. Jednak teraz liczy się to, że dzięki temu nikt nie może mnie ruszyć, tak samo, jak i mojej rodziny, którą będziesz ty. Henry nic nie będzie mógł zrobić.
- Skąd masz taką pewność? Może gówno go to będzie obchodzić, nie pomyślałeś o tym? Chce mojej śmierci.
- Dlatego musimy zrobić wszystko, aby temu zapobiec. To jest jedyne wyjście z tej sytuacji, innego nie ma, Vivi. Henry to popierdolony skurczybyk, uparty jak jasna cholera. Skrzywdzi cię bez mrugnięcia okiem, ponieważ zagrałaś mu na nosie. Katherina uciekając upokorzyła go, ośmieszyła w oczach innych członków mafii. Dlatego kobiety obowiązują zasady, aby siedziały na tyłku i były posłuszne. Kiedy któraś ucieka, przynosi mężczyźnie wstyd - patrzy na mnie nawet nie mrugając, ale nic nie mogę wyczytać z jej oczu. Jakby nie przyswajała moich słów - Przysięgam, że będziesz ze mną bezpieczna, nigdy nie podniosę na ciebie ręki, ani nie upokorzę. Kocham cię, rybko. Jesteś dla mnie najważniejsza na świecie. Wiesz o tym!
- Wiem. Moje uczucie do ciebie jest równie silnie, Justin, ale nie mogę za ciebie wyjść. Chrzanić już nawet to, że jest za wcześnie, jednak to, co mówisz przeraża mnie do szpiku kości. Nie wypowiem słów, których być może będę żałować do końca życia. Nie jestem grzeczną, potulną dziewczynką. Przecież wiesz!
- I taką cię właśnie kocham, Vi. Nie przeszkadza mi twój charakter, porywczość czy cięty język. Nie wymagam od ciebie, żebyś chodziła jak w zegarku lub była mi posłuszna. Nie chcę takiej kobiety, chcę ciebie - ujmuję jej twarz w dłonie, przysuwam do siebie i patrzę w oczy - Obiecuję, że zasady mafii nie będą cię dotyczyć, ponieważ nie dotyczą również mnie. Będziesz nosić moje nazwisko, które w tym świecie znaczy bardzo wiele. Będziesz bezpieczna, a w tym momencie tylko to się liczy. Zgódź się, proszę.
- Wierzę, że znajdziemy jakieś inne wyjście z tej sytuacji. Takie, które nie zwiąże mnie przysięgą.
- Boże, jaka ty jesteś uparta - odsuwam się, podchodzę do barku i nalewam whisky. Wychylam jednym haustem, a mocny smak nieco koi moje nerwy - Nic do ciebie nie dociera. Wolisz grać twardą i stawiać się, pokazując mi, że to ty decydujesz. Jakbym o tym nie wiedział - prycham z kpiną, nalewam kolejnego drinka, którego pochłaniam równie szybko. Mam ochotę porządnie się nawalić, żeby odreagować.
- Właśnie tego się boję, Justin. Wciąż powtarzasz, że ci się stawiam, pokazując tym, że ja decyduję. Prawda jest taka, że naprawdę decyduję, ponieważ jest to moje życie. Nie wiń mnie za to, że czuję strach na myśl, że mógłbyś mnie zdominować, zrobić ze mnie własną niewolnicę bez możliwości odezwania się bez twojego pozwolenia - odwracam się, uchylam usta i gapię się na nią z niedowierzaniem. Kurwa mać, czy ona naprawdę to powiedziała?! - Po złożeniu przysięgi nic nie byłoby w stanie cię już odgraniczać. Moje prawa poszłyby się pieprzyć, miałbyś nade mną całkowitą kontrolę. A gdybym się sprzeciwiła, mógłbyś mnie uderzyć lub wysłać do ludzi, którzy gwałciliby mnie tygodniami. Czy nie to mi powiedziałeś?
- Owszem, ale te zasady nie dotyczyłby ciebie, Vivienne!! Nie byłabyś kobietą mafii, rozumiesz? Nie przejąłem interesów ojca, nie należę do ich "świata", bo mam własny! Nie miałbym nad tobą żadnej władzy, nadal żyłabyś tak, jakby ci się tylko podobało! - dyszę ciężko, przeczesuję włosy, a złość rozchodzi się po moich żyłach niczym kwas - Bardziej boli mnie to, co powiedziałaś o mnie. Naprawdę uważasz, że mógłbym się tak zachować? - wlepiam w nią wzrok, zaciska usta, a wyraz jej twarzy się zmienia. Doskonale widzę, że czuje się winna - Nigdy nie podniosłem na ciebie ręki, nigdy nie skrzywdziłem, nie powiedziałem na ciebie złego słowa. Właśnie tak o mnie myślisz, Vi? Że ta jebana przysięga zrobiłaby ze mnie Pana twojego życia?! - wydzieram się, rzucam szklaneczką po drinku, która zderza się ze ścianą i rozbryzguje na miliony kawałeczków - Masz rację, nasze małżeństwo byłoby kompletną porażką, skoro takie masz o mnie zdanie - odwracam się i wychodzę, nie oglądając się za siebie. Zraniła mnie. Kurewsko zabolało.




Vi POV:

Po rozmowie z Justinem czuję się jak wielkie nic. Wypłakałam już wszystkie łzy, czując się jeszcze gorzej. Nigdy w życiu tyle nie płakałam, teraz nadrabiam z nawiązką. Mazgaję się jak małe dziecko, użalam nad sobą, czego nienawidzę. Jestem wściekła, że doprowadziłam się do takiego stanu. Łzy zawsze były dla mnie oznaką słabości, a odkąd jestem z Justinem, moje oczy produkują je w nadmiarze. Nie potrzebuję ich, nie chcę beczeć jak słaba dziewczynka, bo nią nie jestem. Muszę wziąć się w garść i przestać mazać.
- Co się znowu stało? - do salonu wchodzi Nathan, siada obok mnie i kręci głową - Jay chleje w klubie.
- Widocznie tego potrzebuje, jego wybór - otulam się ciaśniej kocem i wlepiam wzrok w telewizor.
- Co się z wami ostatnio dzieje, huh? Było tak dobrze, dogadywaliście się świetnie i przez miesiąc myślałem, że się zrzygam od tych słodkości. Teraz wszystko szlag trafił i skaczecie sobie do gardeł.
- Musimy się dotrzeć. Czego oczekujesz? Że po trzech miesiącach będziemy jak stare, dobre małżeństwo?
- A propo małżeństwa, Justin powiedział nam, co planuje. Wściekłaś się właśnie o to, mam rację?
- Oczywiście! Dziwi cię to? Nie jestem gotowa na małżeństwo, to naprawdę jest poważna sprawa.
- Wiem o tym doskonale. Szczególnie, kiedy w grę wchodzi Jay i jego nieco szalona rodzina. Znam ich kilka lat, to bardzo dobrzy ludzie mimo tego, czym się zajmują. Są zżyci, zawsze bronią swoich bliskich.
- Co próbujesz mi przez to powiedzieć? Że powinnam się zgodzić i przystać na ten zwariowany plan?
- Na pewno powinnaś to przemyśleć, Vi - drapie się w kark, zaciska usta i patrzy na mnie tymi ciemnymi ślepiami, jakby coś knuł - Sytuacja jest poważna, tutaj nie ma żartów. Justin może i zachowuje się czasami wobec ciebie zbyt nachalnie, ignorując przy okazji twoje zdanie, ale on chce dobrze, uwierz mi.
- Wierzę ci. Ja wiem, że chce dobrze, ale przerasta mnie to wszystko. Nie widzi tego, że ja się po prostu boję, tylko od razu na mnie naskakuje, wrzeszczy, a potem wychodzi się schlać. Nie mam pojęcia, co czeka mnie w tym małżeństwie, wiesz? A jeśli okaże się, że nagle ich zasady będą mnie obowiązywać? Co wtedy?
- Nie będą cię obowiązywać, ponieważ Jay nie przejął interesu ojca. Nie jest członkiem mafii, mała. Owszem, należy do tej rodziny, jego nazwisko liczy się dosłownie wszędzie, ale ma swoje życie i swoje zasady. Nie obawiaj się o to - bierze moją dłoń, ściska i dodaje mi otuchy. To zabawne, że robi to właśnie on, a nie mój narzeczony, który wolał wyjść i urznąć się w trupa - Twoje bezpieczeństwo jest dla niego na pierwszym miejscu. Boi się, ba, jest przerażony, że Henry mógłby mu ciebie odebrać. To by go załamało, Vi. Nie wierzę, że to mówię, ale on zakochał się w tobie po same uszy. Nigdy go takiego nie widziałem.
- Ja też go kocham, Nathan. Doceniam jego troskę, wszystko, co dla mnie robi. Od sytuacji z Dave'em jest we mnie mnóstwo strachu, którego dawniej nie było. Wciąż coś się dzieje. Mamy chwilę spokoju, a potem nadchodzą kolejne problemy. Mam tego powyżej uszu, wiesz? Zmęczyłam się. Kiedy to się skończy?
- Obawiam się, że nigdy. Wiesz, jak działa nasz świat, prawda? Jeśli chcesz spokoju, oboje musielibyście zerwać z interesami i zacząć normalnie żyć. Nie jestem pewny, czy byłoby to takie proste, Vivi.
- Tsa, ja również. O ile ja i tak wyluzowałam, tak Jay nadal zajmuje się dostawami. Nie zerwie z tym.
- Nie myśl o tym teraz, okej? Po prostu z nim porozmawiaj, tak na spokojnie. Dogadajcie się wreszcie.
- Chciałabym, niestety uparty z niego skurczybyk, jak wiesz. Ale chrzanić to! Zawieziesz mnie do niego?
- Co?! - wybałusza oczy i gapi się na mnie zdziwiony - Chcesz rozmawiać z nim po pijaku? To katastrofa.
- Och, nie pleć bzdur. Zaraz będę gotowa - odsuwam koc, biegnę na górę i przebieram się raz dwa.


Do klubu docieramy w przeciągu dziesięciu minut. Nathan wciąż biadolił, jak fatalny jest to pomysł, ale olewałam go. Chciałam zobaczyć Justina, nie ważne w jakim obecne był stanie. Powinniśmy poważnie porozmawiać, dojść do porozumienia i wreszcie przestać się żreć. Każda kłótnia odbijała się na mnie, przeżywałam je bardziej, niż powinnam i czułam się winna, nawet wtedy, kiedy to nie ja zawiniłam. Jeszcze wiele nauki przed nami. Nigdy nie byłam w związku, musimy to jakoś przyswoić, skoro jesteśmy razem i chcemy stworzyć dobry związek albo i to cholerne małżeństwo. O ile nadal tego chce. Jego słowa na odchodne nie były zbyt miłe. Wcale nie myślę, że byłby w stanie podnieść na mnie rękę, jednak Henry swoim pieprzeniem zrobił swoje. Wkurwił mnie, dodatkowo trochę przestraszył. Nigdy nie pozwolę traktować się jak przedmiot, który ktoś co rusz ma ochotę przestawiać. Dostrzegam w Justinie cechy mężczyzny wychowanego w mafii. Od pierwszego spotkania wydawał mi się być pewny siebie, męski, wyniosły. Domyślam się, że nigdy żadna kobieta mu się nie postawiła, w przeciwieństwie do mnie. Ja robię to niemal codziennie i, mimo iż wciąż powtarza, że to lubi, wcale nie jestem tego taka pewna. Może naprawdę chce mnie zmienić, okiełznać, mieć kontrolę? Boję się, że po zawarciu małżeństwa już nic nie będzie zależeć ode mnie, a od niego. Zatracę się całkowicie, przystosuję do niego, będę kimś innym. Kimś, kim wcale nie chcę być. Pytanie tylko, czy mam inny wybór? Nie mam pomysłu jak obejść zlecenie, a przecież nie polecę do Teksasu, aby osobiście pomówić z Henry'm, bo równie dobrze sama mogłabym sobie od razu wpakować kulkę w łeb. Justin może mnie ochronić, ale cena jest naprawdę wysoka. I ryzykowna.

Przeciskam się przez tłum, docieram do baru, a znajomy kelner puszcza mi oczko. Przypominam sobie te kilka dni, w których bywałam tutaj co noc i piłam, aby zapomnieć o pierdoleniu Jamesa. Wtedy poznałam Justina, a moje życie wywróciło się do góry nogami. To naprawdę wydarzyło się trzy miesiące temu?
- Vivienne? - odwracam głowę, spotykając zaskoczone spojrzenie Savage'a - Co ty tutaj robisz, dziewczyno?
- Jestem? - uśmiecham się i niewinne wzruszam ramionami - Chciałam zobaczyć się z Justinem. Gdzie jest?
- Tam - kiwa głową w prawo, podążam za jego wzorkiem, a mój brzuch zaciska niewidzialna pięść. Mój "narzeczony" siedzi na jednej z wygodnych kanap, pije drinka i wpatruje się w dziewczynę, która na podwyższeniu tańczy do zmysłowej, wolnej piosenki, rozbrzmiewającej na cały klub. Jest piękna. Wysoka, szczupła, z kasztanowymi włosami opadającymi na plecy. Ma na sobie krótką, czarną sukienkę oraz seksowne szpilki. A jej ruchy? Wow! Są kuszące, ale nie wyuzdane - Vivi? - Savage sprowadza mnie na ziemię, chwyta za ramiona i zmusza, abym na niego spojrzała - Jedno twoje słowo, a przerwę to.
- Niech się bawi - przełykam gorycz, która pali mnie w gardle, uwalniam się z jego uścisku i robię pierwszy krok. Niestety Savage zatrzymuje mnie, kręci głową, jakby dawał mi znać, abym tego nie robiła - Co?
- Nawet nie waż się uciekać, rozumiesz? To twój mężczyzna, weź go za fraki i doprowadź do jebanego porządku. Mam go dość! - wyrzuca ręce w górę, a ja zaciskam usta, żeby się nie roześmiać. Żal mi go, bo robi za niańkę - Biadoli odkąd tutaj przylazł. Błagam cię, uwolnij mnie od tych męczarni. Odwdzięczę się.
- Skoro tak stawiasz sprawę - puszczam mu oczko, cmokam w policzek, a do głowy wpada mi całkiem niezły pomysł. Proszę kelnera o szklaneczkę whisky, wypijam całość na raz i poprawiam ramiączko czerwonej, koronkowej sukienki. Roztrzepuję włosy palcami, a Savage cmoka z uznaniem - Trzymaj za mnie kciuki.
Podchodzę do Dj'a, proszę o piosenkę, którą puszcza zanim dochodzę na podwyższenie i zmieniam dziewczynę, która wiła się przed moim narzeczonym. Posyła mi wkurzone spojrzenie, jednak kiedy Justin odgania ją dłonią, kapituluje i wreszcie odpuszcza. Jeśli chce pokazu, dostanie go, aż mu kurwa stanie! Za to, że patrzył na inną, dostanie ochrzan, ale dopiero jutro, kiedy wytrzeźwieje. Teraz mam zamiar zagrać mu na nosie i pokazać, kto tu jest górą. W głośnikach rozbrzmiewa; "The Weekend - I Was Never There", a ja zaczynam poruszać się do rytmu. Sunę dłońmi wzdłuż ud, przez brzuch, zahaczam o piersi i wsuwam palce we włosy. Śpiewam cichutko, zamykam oczy, a moje biodra kołyszą się na boki. Czuję na skórze ciepło, która przepływa z góry na dół, a kiedy uchylam powieki, dostrzegam o wiele więcej spojrzeń. Mężczyźni wlepiają we mnie wzrok, Justin siedzi jak na szpilkach i mruży oczy. Kiedy pochodzę do rury i wiję się przy niej, wierci się niespokojnie, nie spuszczając ze mnie wzroku. Mam zamiar pójść na całość, żeby zwariował. Żeby zobaczył, że dla niego jestem w stanie zrobić wszystko, nie ma rzeczy niemożliwej. Kocham go, pragnę być blisko niego, troszczyć się o niego, przeżywać wzloty i upadki. Chyba dopiero teraz podejmuję tą pieprzoną decyzję o ślubie. Mogę to zrobić, mogę zostać jego żoną, jeśli obieca, że nigdy mnie skrzywdzi, nie sprawi, że będę tego żałować. Jeśli zawiedzie, straci mnie na zawsze, nigdy więcej mnie nie zobaczy. On doskonale wie, że byłabym w stanie odejść, gdyby przekroczył pewną granicę.

Patrzę w jego piękne, brązowe, podniecone oczy, wbijam zęby w wargę i zsuwam ramiączka sukienki. Gapi się na mnie jak sparaliżowany, sukienka opada w dół, a wszyscy mogą oglądać moje ciało w seksownej, czerwonej bieliźnie. Mam w dupie to, że są tutaj inni ludzie, dla mnie liczy się tylko on. Ten pokaz jest tylko dla niego. Nie jestem pewna, czy mu się podoba, ponieważ jego wzrok ciska pioruny, wychyla drinka na raz i dolewa kolejnego. Opadam na kolana, pełzam do niego i chwytam za czarną koszulę. Siedzi bardzo blisko, nasze nosy wręcz się stykają i jedyne, co czuję to alkohol. Musiał sporo wypić, widzę to w jego oczach. Odganiam od siebie te myśli, wpijam się w jego usta i gryzę w język. Jego dłonie szybko odnajdują moje biodra, próbując zdjąć mnie ze sceny, jednak odrywam się od niego, kiwam palcem i posyłam mu najseksowniejsze spojrzenie, na jakie mnie tylko stać. Szybko, zanim zdąży ponownie zareagować, wstaję na nogi, podchodzę do rury i podsuwam się na góry, aby swobodnie opaść i móc okrążyć ją pochylając się do dołu, tym samym eksponując mu tyłek odziany w koronkowe stringi. Wyczuwam, że to dla niego zbyt wiele i wcale się nie mylę, bo sekundę później już jest przy mnie, przerzuca mnie przez ramię i wychodzi z sali. Kiedy tylko dociera na korytarz prowadzący wprost do jego biura, uderza mnie spokój i pieczenie na pośladku. Krzywię się, ponieważ cios był mocny, a po nim szybko przychodzą kolejne, jakby to była kara.
- Nigdy więcej nie waż się tego robić, zrozumiałaś? - syczy przez zęby, wchodzi do swojego biura i stawia mnie na nogach. Jezu, ależ jest wściekły! - Nie rozbieraj się przed obcymi mężczyznami, tylko ja mam prawo widzieć twoje ciało, czy to jest jasne?! - podnosi głos, jednym ruchem przypiera mnie do lodowatej ściany, unieruchamiając nadgarstki. Nie odpowiadam, muskam ustami linię jego szczęki torując sobie drogę do jego ust, które chętnie dla mnie rozchyla. Nie chcę się z nim kłócić, jestem tym zmęczona - Co ja mam z tobą zrobić, huh? - wsuwa palce w moje włosy, odchyla moją głowę mocno w tył i morduje spojrzeniem - Doprowadzasz mnie do jebanego obłędu! Powinienem rzucić cię w cholerę, olać, oszczędzić sobie fochów - och! Patrzę na niego zszokowana, a każde jego słowo wbija nóż w moje serce. Wizja naszego rozstania przeraża mnie jak nic innego, a to, że tak bardzo się do niego przywiązałam jest paraliżujące - Nie mogę tego zrobić, bo cholernie mocno cię kocham! Nie wyobrażam sobie, aby zabrało cię w moim życiu, rybko.
- Wiem, ja też sobie tego nie wyobrażam. Nie chcę się z tobą kłócić, Jay. Proszę, przestańmy już. 

- Obawiam się, że to nie będzie takie proste - bez ostrzeżenia wsuwa dłoń pod moją bieliznę i zaczyna znęcać się na wrażliwym guziczku. Och, jak mi tego brakowało! - Jesteś taka pyskata, zadziorna, cwana. Uwielbiam to, jednak czasami mam tego powyżej uszu - nie przerywa pieszczot, a jego gadka ledwo do mnie dociera. Pochłaniam przyjemność, którą mi funduje, a ciche jęki opuszczają moje usta - Czasami musisz po prostu ustąpić, pozwolić mi działać, Wiem, że jesteś niezależna, samodzielna, ale jestem twoim narzeczonym, chcę się tobą zaopiekować. Pozwól mi do cholery - mówi ostro, wsuwa we mnie palce i przepadam. Nie wiem, jakim cudem udaje mi się ustać na nogach, ale gdyby nie jego dłoń owinięta wokół mojej talii zapewne już zaliczyłabym glebę - Obiecaj, że pozwolisz mi to załatwić po swojemu, kotku.
- O-obiecuję - jąkam się, uchylam powieki i wpatruję się w jego oczy. Jest podniecony i pijany. Jakim cudem ma siłę na rozmowę? - Nie mów nic więcej, nie teraz - rozpinam guziki jego koszuli, odrzucam ją na bok i zabieram się za spodnie. Pomaga mi trochę, a po chwili do sterty jego ciuchów dołącza moje bielizna. Popycham go na kanapę, siadam na nim i ustawiam się przy główce jego penisa - Teraz ja ci coś powiem. Nigdy więcej nie opuszczaj domu, mówiąc, że nasze małżeństwo byłoby porażką, rozumiesz? - chwytam jego włosy, pociągam mocno i opadam na niego. Bezlitośnie wbija palce w moje biodra i wypycha własne w górę - Wyjdę za ciebie i zapewniam, będę kurwa najlepszą żoną pod słońcem - uchyla usta zszokowany, ale ja skupiam się na ujeżdżaniu jego kutasa. Ma to, czego chciał. Wygrał.
 





6 komentarzy:

  1. Oni się kiedyś pozabijają. Myślałam, że dłużej zajmie Vi podjęcie decyzji. Coraz bardziej mnie zaskakuje.
    Pozdrawiam,
    Kama

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale sztosik!! Uwielbiam ich!!!
    Może jakiś dodatkowy rozdział, jutro? Lub coś? dawno nie było:(
    Pozdrawiam! Wika!

    OdpowiedzUsuń
  3. Będzie ślub!!😍😍😍
    Cudownie❤

    OdpowiedzUsuń
  4. Ohhhhh coraz bardziej mnie to wszystko zaskakuje! Co tu się dzieje...i to ze VI tak szybko się zdecydowala...to świadczy o tym jak mocno go kocha ❤❤❤ a scena w klubie ...ahh...mega gorąca! 💕💕💕 kocham i do następnego, nie mogę się doczekać 😘😘😘

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudowny rozdział :)
    Nie mogę się doczekać następnego!! 😀

    OdpowiedzUsuń
  6. Mega rozdział 😍
    Czekam z niecierpliwością na następny rozdział 🤗

    OdpowiedzUsuń