wtorek, 28 sierpnia 2018

Rozdział czterdziesty szósty


Jay POV:

Mam dziwne wrażenie, że Henry'emu kompletnie poprzewracało się w głowie, a to, co mówi, nie ma najmniejszego sensu. Czy on naprawdę uważa, że może ot tak zabrać Vivienne i przywłaszczyć ją sobie
jak psa? Zapomniał, że to nie on tutaj rządzi, nie ma prawa wygadywać takich bzdur! Porąbało go?!
- Mam dość twojego gadania, Henry - Thomas podchodzi do niego i przyjmuje tę dobrze znaną mi postawę szefa. Jaka szkoda, że na wujku nie robi to żadnego wrażenia, jakby miał w nosie to, kto tutaj dowodzi - Zachowujesz się jak rozkapryszony gówniarz! Masz zdjąć zlecenie, to rozkaz, nie prośba. Zrozumiałeś?
- Poza tym chodzi plotka, że ponoć żenisz się z Anją - Jeremy unosi brew i posyła mu chytry uśmieszek.
- Owszem. Doskonale wiesz, jak to działa, bracie. Mogę mieć żonę i dziwkę, którą będę mógł posuwać.
- Jeszcze słowo, a przysięgam, że wpakuję ci w łeb cały magazynek! - syczę przez zęby, odrywam się od Vivienne i robię dwa kroki w jego stronę, zanim jej dłoń mnie nie powstrzymuje. Przekręcam głowę, wparuję się w nią, jednak jej oczy mówią wszystko. Wiem, że mam odpuścić. Tylko jak to kurwa zrobić?!
- Och, Jay! Ależ zrobiłeś się przez nią miękki - Henry chichocze rozbawiony, podnosi tyłek z kanapy i podchodzi do nas. Przechyla głowę, z ciekawością wpatruję się w Vivi, ale tym razem nie kurczy się pod wpływem jego spojrzenia, wręcz przeciwnie, dumnie unosi brodę i pokazuje mu swoją pewność siebie. Wróciła moja rybka - Nauczę ją zasad, które powinna znać już od dawna. Będzie chodzić jak w zegarku, skończy się pyskowanie, nieposłuszeństwo i samowolka. Kobieta ma być dla ciebie, a nie ty dla kobiety.
- Skończ, Henry! - Thomas traci cierpliwość i ja również - Nie mam zamiaru się z tobą cackać, dociera to do ciebie? Masz zaprzestać tego szaleństwa w trybie natychmiastowym. Inaczej będę zmuszony posunąć się dalej. Naprawdę chcesz stracić życie lub syna? Odbiorę ci go bez wahania, zastanów się nad tym.
- Nie waż się tknąć Caleba, jasne? - mruży oczy, zwija dłonie w pięści i morduje mojego brata spojrzeniem. Lepiej, żeby nie odważył się podnieść na niego ręki, inaczej marnie skończy już teraz - To mój syn, jest poza zasięgiem. To, co robię, nie ma z nim nic wspólnego. To jeszcze dziecko, do kurwy nędzy!
- Daruj sobie, twoja gadka na mnie nie działa. Doskonale znasz zasady i nasze postępowanie. Rodzina ponad wszystko, prawda? Jeśli Vivienne spotka jakakolwiek krzywda, choćby za godzinę miała potknąć się i złamać nogę, obarczę za to winą ciebie. Nie mam pewności, czy to nie ty podstawisz jej haka.

- Chyba nieco cię ponosi, Thomas. Dlaczego lekceważysz to, że ta mała pomogła uciec Katherinie?
- Cóż, jak sam wspomniałeś wcześniej, Vivienne nie należy do naszej rodziny, tym samym nie mam prawa jej za to ukarać. To byłoby wbrew zasadom, czyż nie? A ja bardzo nie lubię ich łamać, wujku.
- Skoro nie jest w naszej rodzinie, moje zlecenie nadal jest aktualne. No chyba, że wróci ze mną do domu.
- Musiałbyś mnie najpierw zabić, aby ją zabrać - ochraniam ją własnym ciałem, Vivi opiera dłonie na moich plecach i zaciska kurtkę - Zacznij myśleć, Henry. Ta wojna może cię dużo kosztować, pomyśl o swoim synu.
- Nie ma dnia, żebym o nim nie myślał. Wyrośnie na porządnego członka mafii, który jeszcze będzie rządził - mam ochotę roześmiać się na głos, ponieważ do tego jest bardzo daleka droga - Znacie moje warunki.
- Gówniane, zapomniałeś dodać - Benjamin zabiera głos po raz pierwszy, wdycha ciężko i staje przed Henry'm - Uważałem cię za zajebistego gościa, bracie. Nie raz chlaliśmy razem, rwaliśmy dupy w klubie i świetnie się bawiliśmy. Jesteśmy rodziną, a ty stoisz tutaj i mówisz te wszystkie popierdolone rzeczy. Że Vivienne nie jest w naszej rodzinie, że chcesz ją dla siebie. Bla, bla, bla - udaje jego głos, a wuj Jeremy zaciska usta, aby nie wybuchnąć śmiechem. Benjamin jest starszy ode mnie zaledwie o cztery lata, jednak ma nieźle gadane - Weź się kurwa w garść, człowieku. Odważnie grozisz dziewczynie, która należy do syna bossa. Jeśli coś pójdzie nie tak, Thomas, uwielbiam cię stary i życzę ci jak najlepiej - mruga okiem i wali go dłonią w plecy, aż mój brat się krzywi - To właśnie Justin wskoczy na jego miejsce. Chyba ci to umknęło, prawda? - po tych słowach stojąca za mną Vivi wbija paznokcie w moje plecy. Jasna cholera, nigdy jej o tym nie wspominałem, jednak jeśli cokolwiek przydarzy się Thomasowi, będę zmuszony przejąć jego miejsce. Tak to działa i nieważne jest to, że poszedłem swoją drogą. Mafia może dopaść mnie jutro albo za piętnaście lat. Nie mogę zmienić swojego przeznaczenia - Nie szukaj sobie wrogów. Jay jest mściwy.
- Nie boję się go - Henry prycha z kpiną, podchodzi do barku i nalewa kolejnego drinka - Nie chcę żadnej wojny. Po prostu nie mogę podarować Vivienne tego, co zrobiła. To przez nią Katherina uciekła.
- Miałeś na nią wyjebane - Benjamin parska śmiechem i znudzony przewraca oczami - Nawet jej nie lubiłeś i dogryzałeś jej od czasów, kiedy była narzeczoną Justina. Nie ona cię obchodziła, ale to, co mogłeś osiągnąć dzięki niej. Więc poszukaj swojego rozumu, sprowadzać go na miejsce i skup się na Anji, skoro tak bardzo chcesz rządzić w Rosji. Nie ważne, którą siostrę poślubisz, ważne, że będzie nosić twoje nazwisko.
- Ale ja świetnie się bawię, braciszku - uśmiecha się szeroko, wychyla drinka i ponownie skupia wzrok na Vivienne, która przytula się do mojego ramienia - Ta dziewczyna jest odważna, czym szczerze mi zaimponowała. Nawet uciekła przed kulami Diego, który dorwał ją w pralni. Po co tam poszłaś, słodziutka?
- To nie jest twój interes, Henry - burczę pod nosem, ale nie chcę poruszać tego bolesnego tematu.
- Masz rację, Jay - macha ręka i puszcza jej oczko - Nasza rozmowa telefoniczna była interesująca, wiesz? - co, kurwa?! Kiedy rozmawiali?! - Miałem wrażenie, że wtedy było ci wszystko jedno. Zmieniłaś zdanie?
- Owszem. Doszłam do wniosku, że nie chcę zginąć akurat z twojej ręki. Nie dam ci tej satysfakcji.
- Ależ ty mi się podobasz, dziewczyno! - cmoka z zachwytem, a ja ledwo nad sobą panuję. Nie podoba mi się to, co mówi, a zdecydowanie się rozpędza - Masz cięty język, jesteś zbyt pyskata, ale masz w sobie coś, co cholerne mnie kręci. Chciałbym mieć kogoś takiego u swojego boku. Zmień narzeczonego.
- Przestań pieprzyć te bzdury, Henry! Jestem tutaj, to moja kobieta, a ty przekraczasz kolejną granicę!
- Justin - Vivi chwyta moją szczękę i siłą zmusza mnie, abym na nią spojrzał. Kiedy tylko nasze oczy się spotykają, 
posyła mi uroczy uśmiech i dotyka mojego policzka - Zachowaj spokój, dobrze? Ta gadka nie robi na mnie najmniejszego znaczenia. Kocham tylko ciebie - dotyka kciukiem moich ust, a ja gapię się na nią jak zaczarowany. Jak to możliwe, że potrafi uspokoić mnie jedynie dotykiem? - Wracamy do domu?
- Tak - układam dłoń na jej głowie, przytulam ją do siebie i całuję w czoło - Jeśli to wszystko, my się zmywamy. Liczę na to, że weźmiesz do serca dzisiejsze słowa i anulujesz to beznadziejne zlecenie.
- Kto to wie? Może anuluję, a może nie? - wzrusza ramionami, a na jego ustach gości chytry uśmieszek. 
- Uciekajcie, ja jeszcze wezmę Henry'ego na rozmowę - Thomas mówi poważnie, a wujek wzdycha ciężko.
- Do zobaczenia, cukiereczku. Jestem pewny, że niebawem znowu się spotkamy. Może sam na sam?
- Nie boję się ciebie, Henry - Vi odważnie do niego podchodzi, unosi głowę i patrzy mu w oczy. Doskonale widzę zachwyt wuja, który oblizuje usta i nie odrywa od niej wzroku. Nigdy nie sądziłem, że będę czuł zagrożenie właśnie z jego strony. To on nauczył mnie podrywu i pokazał, jak być pewnym siebie, a teraz najchętniej gwizdnąłby mi narzeczoną! - Nie chcę z tobą walczyć, ponieważ jesteś wujkiem Justina. Wolałabym, żebyśmy żyli w zgodzie i spotykali się od czasu do czasu na pysznej szarlotce Dorothy.
- Kusząca propozycja, Vivienne. Przemyślę ją - chwyta jej dłoń, przysuwa do ust i składa na wierzchu pocałunek, przez cały czas patrząc jej w oczy - Uważaj na siebie, kruszyno. Byłoby szkoda tak ślicznej buźki - mruga okiem, odsuwa się i spogląda na mnie - Dbaj o nią, bratanku. Jest młoda, ale niesamowita.

- Wiem o tym - chwytam jej ramię i przysuwam do siebie - Zbieramy się. Mamo, zadzwonię do ciebie.
- Jasne, odprowadzę was - żegnamy się z resztą, Vivienne ponownie jest wyściskana, a Banjamin czochra jej włosy, jak dobremu kumplowi - Oby Henry się opamiętał, inaczej Thomas naprawdę się zdenerwuje - mama przewraca oczami, przytula mnie do siebie i cmoka w policzek - Wszystko na sobotę będzie gotowe, o nic się nie martwcie. Nikt nie zakłóci ceremonii, ale Henry nie może się o niej dowiedzieć - Vivi marszczy brwi i niepewnie zerka na mnie - Nie będziemy ryzykować. Nie mamy pewności, czy przypadkiem coś głupiego nie przyjdzie mu do głowy. Brakowałoby tego, gdyby próbował przeszkodzić, a to w jego stylu.
- Nie dopuścimy do tego, mamo - uśmiecham się do niej, żegnamy się i opuszczamy jej posiadłość.

W samochodzie panuje dziwna cisza. Mam przeczucie, że Vivienne coś gryzie i tylko czekam, aż wreszcie mi o tym powie. A wiem, że to zrobi. Wierci się nerwowo i co rusz na mnie spogląda. Już ja ją znam.
- Rybko, jeśli chcesz mi coś powiedzieć, to powiedz. Coś cię gryzie, tak? Wyduś to z siebie wreszcie.
- Dlaczego nie wspomniałeś słowem o tym, że w każdej chwili możesz wskoczyć na miejsce Thomasa?
- Nie wiem, Vivi. Uznałem, że w tym momencie jest to mało ważne, skoro mój brat świetnie sobie radzi.
- Och, poważnie? To niebezpieczne zajęcie, coś może pójść nie tak i co? Wtedy ty będziesz szefem?
- Tak. W takich okolicznościach na miejsce wskakuje kolejne dziecko, a jak wiesz, zostałem tylko ja.
- Mój Boże, Justin! Jak mogłeś pominąć tak ważną informację, co? Tak czy siak, będziesz w mafii.
- Jestem w niej cały czas, tylko na ciut innych zasadach. Nie zmienię swojego przeznaczenia, kochanie. Urodziłem się w takiej rodzinie i chociaż tego nie chcę, to będzie się za mną ciągnąć. Nie zmienię tego.
- Więc przed ślubem w ogóle nie miałeś zamiaru mi o tym powiedzieć? Wiesz, jak bałam się tych zasad!
- Wiem, ale nie masz powodu. Przecież podpiszę oświadczenie, tak? Thomas będzie świadkiem, jak i kilka innych osób. Nawet jeśli wskoczę na jego miejsce, zasady nie będą cię obowiązywać. Nie obawiaj się.
- Obawiam się, Jay. Właśnie potwornie się obawiam. Ja chyba nie wiem, w co się do cholery pakuję.
- Było już tak dobrze, nie zaczynajmy tego od nowa, dobrze? Zapewniam cię, że po ślubie nic się nie zmieni, masz na to moje słowo. Nikt cię nie ruszy, będziesz bezpieczna. Nie rozumiesz, że moje nazwisko to władza, kotku? Będąc ze mną w związku, musisz się liczyć dosłownie ze wszystkim, wiesz? - zatrzymuję się na światłach, spoglądam w bok i wpatruję się w jej profil. Patrzy w dal, a jej oddech przyśpiesza - Mafia to potęga, ale im wyżej jesteś, tym więcej masz wrogów. To jak z dilowaniem towarem. Pojawia się zazdrość o pozycję, chęć namieszania, odebrania, zemsty. To naprawdę okrutny, niebezpieczny świat.
- I to, że będę Vivienne Morgan, nagle wszystkich odstraszy? Narobią w spodnie, bo będę twoją żoną?
- Właśnie tak - wbija we mnie te ciemne, zadziorne spojrzenie i prycha pod nosem - Nikt cię nie ruszy, bo wie, jakie będą czekać go konsekwencje. Nawet ludzie ze świata narkotyków trzymają się ode mnie z daleka. Mają świadomość, jakie mam plecy - mrugam okiem, chwytam w palce jej brodę i całuję. Nie opiera się, wręcz przeciwnie, wsuwa palce w moje włosy, zaciska pięść i wpycha język w moje usta. Jasna cholera, uwielbiam to, jak na mnie działa. Wystarczy jej dotyk, a kompletnie wariuję! - Kocham cię, Vivi.
- Wiem, Jay. A ja kocham ciebie - dyszy w moje usta, prześlizguje językiem po wardze i odsuwa się.


Wieczorem, po odprężającej, długiej kąpieli siadamy w salonie, włączamy film i delektujemy się pysznym winem. Dopiero teraz do głowy wpada mi pewna myśl, którą obawiam się powiedzieć na głos. Ślub zbliża się wielkimi krokami, to najważniejsze wydarzenie w życiu dwójki ludzi, więc to istotne, aby obecni byli najbliżsi. Nie mam pewności, jak zareaguje Vivienne, ale zapewne nie będzie zadowolona.
- Wiesz... - zaczynam niepewnie, Vi przekręca głowę i wpycha do ust chipsa - Tak sobie pomyślałem - chrząkam, drapię się w kark, a ona unosi brew. Zaciekawiłem ją - Zaprosisz na ślub mamę oraz siostrę?
- C-co? - jąka się, odkładam paczkę i ociera usta chusteczką - Zaskoczyłeś mnie. Nie myślałam o tym.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Powinnaś to zrobić, skarbie. To twoja matka oraz siostra, najważniejsze i najbliższe osoby w twoim życiu. Nie ważne, co było dawniej, ważne jest to, co jest teraz. Zaproś je.
- Sama nie wiem - wtula się we mnie, wsuwa dłoń pod koszulkę i sunie opuszką palca po moim brzuchu, bawiąc się krótkimi włoskami pod pępkiem - Mama bardzo mnie zraniła, odpychając od siebie i chyba nadal sobie z tym nie poradziłam. Tak bardzo pragnęłam, żeby mnie kochała, była ze mnie dumna, ale ona widziała tylko ojca - w jej głosie wyczuwam ogromny smutek, aż coś ściska mnie za serce. Przekręcam się na bok, odgarniam włosy z jej twarzy i patrzę w oczy - Nie wiem, czy ponownie chcę ją mieć w swoim życiu - zamyka oczy, wtula się w moją dłoń i oddycha głęboko. Moja mała, zagubiona dziewczynka.
- Rozumiem to, naprawdę. Jednak czasami warto się przełamać i dać komuś drugą szansę. Moi rodzice też wiele razy dawali dupy, uwierz mi - Vi uchyla powieki i wpatruje się we mnie z ciekawością - Ojciec był bardzo surowy, nie uznawał sprzeciwu i nieposłuszeństwa, a ja byłem tylko dzieckiem, które lubiło psocić. Wiele razy dostawałem paskiem po dupie, aż nauczyłem się odpowiednio zachowywać. Nie myśl, że nie brakowało mi tych chwil, w których graliśmy w piłkę, łowiliśmy ryby czy naprawialiśmy rower, upaprani smarem. Ojciec był bossem, rządził Chicago i nie miał czasu na zabawy z dziećmi. Jedyną osobą, którą przytulał, była moja siostra. Uwielbiał ją - uśmiecham się na myśl o jej błękitnych oczach i blond włosach. Przypominam sobie, kiedy skończyła siedemnaście lat, wyznała mi, że się zakochała. Nie mogła powiedzieć tego ojcu, ponieważ wpadłby w szał i zapewne zakazałby jej się spotykać z tym chłopakiem. Kobiety w mafii miały naprawdę przejebane - Mimo wszystko kochałem go, bez względu na to, jak mnie traktował.
- Więc co mam zrobić? Zaprosić ją na ślub i zachowywać się tak, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło?
- Powinnaś z nią porozmawiać, kiedy już będziesz na to gotowa. Na ślubie i tak będziesz rozchwytywana wśród moich wujków oraz kuzynów, zapewniam cię. Nie wiem, czy w ogóle się do ciebie dostanę.
- Jestem pewna, że znajdziesz jakiś sposób - przygryza wargę, zmienia pozycję i siada na mnie. Jednym ruchem pozbywa się swojej koszulki i pomaga mi zdjąć własną - Chcę wyjechać, Jay. Gdzieś daleko.
- Wyjedziemy, rybko. W poniedziałek rano mamy zarezerwowany lot. Zabieram cię stąd na długie, cudowne, namiętne dwa tygodnie - odpina stanik, patrząc mi w oczy, a mój kutas zaczyna boleśnie pulsować. Kocham jej cycki - I co mam z tobą zrobić, hmm? - mruczę pod nosem, ściskam sutki, a z ust Vi ucieka seksowny jęk, który szturmem rozlewa w moim ciele podniecenie - Jesteś niegrzeczną dziewczynką.
- Wiem, a ty to uwielbiasz - ależ cwana z niej bestia! Tak dobrze mnie zna - Chcę się z tobą pieprzyć, mocno i ostro - kurwa mać! Zasycha mi w gardle, gapię się na nią zszokowany, jednak potwornie mnie zaskoczyła! Co w nią wstąpiło?! - Tak jak wtedy, kiedy się poznaliśmy, pamiętasz? W klubie, przy drzwiach twojej sypialni, kiedy mnie związałeś i znęcałeś się nade mną - chwytam ją w talii, zrywam się z kanapy i wchodzę na górę. Skoro tego chce, mam zamiar jej to dać! - Podnieciłam się, kocie? - szepcze seksownie, muska linię mojej szczęki, co sprawia, że ledwo dochodzę do sypialni i rzucam ją na łóżko - Powiedz mi.
- Jakbyś tego nie wiedziała - przewracam oczami, zsuwam z niej spodnie, majki i podziwiam piękne ciało, które mam przed sobą - Chciałaś ostro, tak? Proszę bardzo - podchodzę do szafy, wyjmuję znajome sznurki oraz klamerki na sutki. Vi podnosi się, opiera na kolanach i czeka na mój ruch. Szybko oplatam sznurkami jej ciało, a klamerki zapinam na sutkach - Pięknie wyglądasz - podsuwam palce pod jej brodę, patrzy na mnie z dołu, a jej wzrok przepełnia pożądanie. Patrzy na mnie jak wygłodniałe zwierzę gotowe do skoku, spychając mnie na skraj. Jest niesamowita - Uklęknij na podłodze - wydaję rozkaz, który spełnia bez wahania. Pozbywam się dresowych spodni, biorę penisa do ręki i przysuwam do jej ust. Droczy się ze mną, nie uchyla ich i uśmiecha się zadziornie - No dalej, otwórz dla mnie te słodkie, pyskate usteczka. Od tego zaczniemy zabawę - nie byłaby sobą, gdyby mnie posłuchała. Zaciska usta, dając mi tym znak, że nie mam nad nią kontroli - Och, ty diablico - prycham rozbawiony, chwytam łańcuszek i pociągam mocno. Krzyk przecina ciszę, wpycham się w jej usta i uciszam - Sama tego chciałaś - wsuwam palce w jej włosy, dociskam ją do siebie mocniej i zamykam oczy, oddając się zniewalającej przyjemności.
 






*****


Vi POV:
Trzy dni minęły jak mrugnięcie okiem, a sobota przyszła szybciej, niżbym się spodziewała. Zanim się obejrzałam, stałam przed lustrem, wygładzając materiał sukni ślubnej, która została dostarczona z samego rana. Poprawki wyszły idealnie. Suknia przylegała do ciała, została odrobinę skrócona, a koronka, której sobie zażyczyłam doszyta. Wyglądałam jak księżniczka, chociaż krój na to nie wskazywał. Podobałam się sobie i wciąż nie dowierzałam, że naprawdę wybrałam biel. Nie lubię nudy, stereotypów, a mimo to posłuchałam Justina i spełniłam jego prośbę. Miałam ogromną chęć wybrać czerń, wprowadzić trochę pikanterii i zszokować gości. Cóż, mój przyszły mąż popsuł mi plany, a ja ten jeden, jedyny raz nie chciałam robić mu na złość. W końcu to nasz dzień. Powinien być wyjątkowy dla nas obojgu.
- O.mój.Boże! - moje rozmyślenia przerywa wchodząca do pokoju Ellie. Jej spojrzenie jest rozmarzone, a w oczach dostrzegam łzy - Wyglądasz oszałamiająco, Vivienne! Ta suknia jest stworzona dla ciebie.
- Dziękuję, siostrzyczko - uśmiecham się nieco zawstydzona i skupiam uwagę na bukiecie z czerwonych róż, który stoi tuż obok mnie. To dekoratorka zaproponowała, aby był kolorem przewodnim. Justin bardzo lubił mnie w czerwieni, więc ponownie uległam - Chyba się stresuję, wiesz? Ledwo mogę oddychać.
- Doskonale cię rozumiem. Ślub to ważne wydarzenie, a ty jesteś taka młoda. Przemyślałaś to dobrze?
- Mhm - odwracam się w jej stronę i głośno wypuszczam powietrze - To trochę skomplikowane, ale kocham Justina. Jest pierwszym mężczyzną, którego obdarzyłam uczuciem. Justin jest wspaniały i dobry.
- Gotowa? - do pokoju wpada Tinny, a na widok Ellie przystaje w miejscu - Och, nie chciałam przeszkadzać, ale czas nas goni, Vi. Samochód czeka przed domem, tak więc raz-dwa, kochana! Zbieraj tyłeczek!
- Okej, lećmy z tym koksem - chwytam bukiet, ostatni raz spoglądam na swoje odbicie i próbuję opanować szalejące w piersi serce. Jeszcze kilka chwil, a nie będę Viviennie Rodriquez. Będę Vivienne Morgan. 


Droga do kościoła zajmuje nam dwanaście minut. Przez cały czas towarzyszy mi ochrona, która czuwa nad moim bezpieczeństwem. Nie mieliśmy pewności, czy Henry nie pojawi się znikąd i nie postanowi wbić mi kulki w łeb, a Justin za nic w świecie nie chciał ryzykować. Mimo tego, iż jego wuj od rozmowy w domu Dorothy nie odezwał się do nikogo, lepiej dmuchać na zimne. Poza najbliższymi osobami w kościele nie będzie nikogo więcej. Dorothy idealnie obmyśliła całą akcję. Zaprosiła mnóstwo osób, bo około dwustu pięćdziesięciu, w tym moją mamę oraz siostrę, jednak zaznaczyła, iż to przyjęcie niespodzianka. Tak naprawdę nikt nie wiedział, że wejdziemy do jej ogrodu jako małżeństwo i tak miało pozostać aż do ceremonii w kościele. Do Henry'ego nie mogły dotrzeć żadne plotki, inaczej mógłby przeszkodzić w naszym ślubie. O ile teraz ma wolną rękę i może zrobić ze mną to, na co ma ochotę, tak po ślubie nie może nic. Albo sam zginie, albo straci jedynego syna, na którym bardzo mu zależy. Wybór należał tylko do niego.

Kiedy tylko przekraczam próg kościoła, stres uderza we mnie niczym huragan, zmiatając mój spokój i opanowanie. Jestem kłębkiem nerwów, moje dłonie zaczynają się pocić, a ciało drżeć. Za cholerę nie mogę opanować zdenerwowania i przeczucia, że mimo wszystko wydarzy się coś złego. Coś, co przekreśli ten piękny dzień i moje szczęście. Skoro zgodziłam się na ten ślub, chciałam, aby naprawdę był niesamowity.
- Gotowa? - przede mną wyrasta Dante, który posyła mi pokrzepiający uśmiech. Mimo tego, że wcale nie podobał mu się pomysł ze ślubem, rozumiał, że moje bezpieczeństwo jest na pierwszym miejscu - Jesteś blada jak ściana, dziecinko - marszczy brwi, układa dłonie na moich ramionach i pociera - Co jest?

- Sama nie wiem. Mam dziwne przeczucie, że wszystko szlag trafi, wiesz? J-ja, boję się, Dante. J-ja...
- Ciii - przytula mnie do siebie, głaszcze po plecach i uspokaja. Zamykam oczy, oddycham kilka razy, a jego dotyk to bezpieczna przystań, w której zawsze mogę się schować - Nic się nie wydarzy, nie masz powodu do obaw. Justin zatrudnił tyle ochrony, że mogłaby pomieścić nasz magazyn, a zmieściłby ze dwieście chłopa - odchyla się, mruga okiem, a ja chichoczę - Wyglądasz oszałamiająco. Zasługujesz na szczęście.
- Och, Dante. Jeszcze słowo, a się rozbeczę - wachluję twarz i próbuję odgonić napływające do oczu łzy.

- Okej, zamykam się - przesuwa palcami po ustach, na znak milczenia. Podaje mi ramię, wsuwam pod nie dłoń i biorę się w garść. Jako, że nie miałam ojca, to właśnie Dante prowadzi mnie do ołtarza. Właściwie pełnił wiele ról w moim życiu i gdyby nie on, pewnie teraz nie byłoby mnie na tym świecie - Justin zaraz zniesie jajko, więc lepiej, żebyś nie rozmyśliła się przed ołtarzem. Jestem pewny, że padłby trupem.
- Dante! - karcę go spojrzeniem, zaciska usta ze śmiechu i niewinnie wzrusza ramionami - Jesteś jak dziecko, przysięgam - burczę pod nosem, a w kościele rozbrzmiewa spokojna, kojąca melodia. Ruszamy bardzo powoli, stawiam krok za krokiem z wbitym w podłogę wzrokiem. A więc czas powiedzieć "tak". 




***************************************

Hejo!
Chcecie jakiś weekend może? :)
Jeśli tak, z którym opowiadaniem?

Buziam!
Kasia






wtorek, 21 sierpnia 2018

Rozdział czterdziesty piąty


Vi POV:

Siedzę pod ścianą w holu, tępo gapię się przed siebie, a Savage wychodzi ze skóry, aby wyciągnąć ode mnie treść wiadomości, jednak ja nie mówię nic. Sytuacja zaczyna mnie przerażać i to na poważnie. To już nie są żarty, chociaż wcześniej też nie były. Mimo wszystko nie boję się śmierci, nigdy się nie bałam. Od sześciu lat obracam się w takim, a nie innym towarzystwie i znam ryzyko, które czyha za rogiem. Niestety śmierć, a bycie dziwką rozkładającą nogi to dwie zupełnie inne sprawy, a w rękach Henry'ego byłabym niczym innym, jak właśnie dziwką. Z pewnością dokładnie pokazałby mi zasady, o których tyle mówił.
- Do kurwy nędzy powiesz mi wreszcie, co było w tym sms'ie? Dlaczego nie pozwolisz mi przeczytać?
- Ponieważ telefon to moja osobista rzecz i tylko ja mam prawo z niego korzystać. To była jakaś reklama.
- Nie rób ze mnie debila, Vi! - podnosi głos, aż mnie tym zaskakuje. Płonie ze złości, chodzi tam i z powrotem ściągając Nathana - Mamy cię chronić, tak? Dlaczego tak kurewsko nam to utrudniasz?
- Niczego nie utrudniam, daj mi spokój. Proszę! - burczę pod nosem, właśnie mam zamiar podnieść tyłek
z podłogi, kiedy w holu pojawia się zaspany, skacowany Justin. Wspaniale, tylko jego tutaj brakowało!
- Co tu się kurwa wyprawia? - spogląda na naszą trójkę, przeciera twarz rękami i próbuje ujarzmić odstające na każdą stronę włosy - Krzyczycie, nie pozwalając mi spać. Ktoś zechce wyjaśnić sytuację?
- Dochodzi jedenasta - Savage karci go spojrzeniem, zaciskam usta, aby się nie uśmiechnąć i wreszcie wstaję z podłogi - Śpisz sobie w najlepsze, a twoja kobieta toczy w głowie rozkminy roku! Po pierwsze; ktoś napisał do niej, aż zbladła. Po drugie; wiesz, że może nie dojść do waszego ślubu? Vi go nie chce.
- Ż-że co? - jąka się, uchyla usta i patrzy na mnie zszokowany. Mam ochotę strzelić Savage'owi z liścia!
Po jaką cholerę mu to mówił?! - J-jak to nie chcesz ślubu, rybko? Rozmyśliłaś się? Kiedy? Dlaczego?!
- To nie ma znaczenia kiedy, Justin. Po prostu nie potrafimy się dogadać, to wystarczający powód.
- Daj mi dwie minuty, ogarnę się i porozmawiamy - biegnie na górę, a ja zostaję z chłopakami.
- Dzięki, Savage. Zawsze mogę na ciebie liczyć - mijam go, wchodzę do salonu i siadam na kanapie.
Jaka szkoda, że nie zdążyłam się ulotnić i uniknąć porannej konfrontacji. Justin nie da mi żyć, zamęczy mnie argumentami, a ja nie mam siły na kolejną sprzeczkę. Mam ochotę zniknąć. 


Justin zjawia się po piętnastu minutach, ale nie komentuję tego. Wygląda o wiele lepiej, jedynie zdradza go kac wymalowany na twarzy. Cóż, skoro wlewa w siebie tyle alkoholu, musi to jakoś przecierpieć.
- Dobra, pogadajmy szczerze. Możesz wyjaśnić mi, dlaczego nie chcesz ślubu? Wiesz, że to jedyne wyjście.
- Możliwe, ale nie jestem pewna, czy chcę się w to pchać, wiedząc, że się nie dogadujemy. Nie widzisz, że wciąż się kłócimy, krzyczymy na siebie, a potem wychodzisz ty albo ja. Mam tego po prostu dość.
- Musimy nad tym popracować, Vivi. Wszystko się ułoży, obiecuję. Jesteśmy w świeżym związku, musimy się dotrzeć chyba tak to działa, prawda? Z czasem będzie o wiele lepiej, sama się o tym przekonasz.
- Albo gorzej. Po ślubie już będzie za późno, nie rozwiedziemy się. Nie wyobrażam sobie siebie w związku, w którym jestem nieszczęśliwa. Nie chcę, żebyś wciąż na mnie krzyczał, wymagał szacunku do innych, wiedząc, że inni nie szanują mnie. Chcesz mnie zmienić, Jay. Chcesz mnie sobie podporządkować.
- Boże, Vivienne to nieprawda! Nie chcę cię zmienić, ponieważ kocham cię taką, jaką jesteś, rybko!
- Naprawdę? - pytam smutno, unoszę głowę i patrzę mu w oczy. Wygląda na zdezorientowanego - Chcesz, abym była grzeczna, posłuszna, odzywająca się wtedy, kiedy mogę. Mam przypodobać się twojej matce, rodzinie. Widziałeś na własne oczy, że Dorothy nie akceptuje mojego zachowania, ponieważ w jej gronie kobiety nie mówią tego, na co mają ochotę, bo nie mogą. Nie będę taka, jak te kobiety, Justin. Nigdy.
- Wiem o tym - podnosi tyłek z kanapy, kuca przede mną i chwyta moje dłonie, po czym składa na wierzchu pocałunek - Nie musisz taka być, doskonale o tym wiesz. To nasze małżeństwo, nasze życie, nasze zasady, nie mafii. Przysięgam na wszystko, że poradzimy sobie. Zaufaj mi, rybko. Proszę! - przytula mnie do siebie, zamykam oczy i wtulam głowę w zagłębienie jego szyi. Zdecydowanie częściej skaczemy sobie do gardeł, niż się przytulamy - Kocham cię, jesteś dla mnie najważniejsza, najcenniejsza. Ochronię cię przed każdym, kto stanie mi na drodze, ale nie odsuwaj się ode mnie. Postaram się ogarnąć dupę, przestanę zachowywać się w ten sposób. Sam wypominam ci, że uciekasz, a teraz robię dokładnie to samo - och, jak dobrze, że w końcu to do niego dotarło! - Wybacz mi, poprawię się - odchyla głowę, przykłada dłoń do mojego policzka i głaszcze go kciukiem - Jesteś taka piękna, kochanie. Zwariowałem dla ciebie, liczysz się tylko ty - przygląda się mojej twarzy, dotyka opuszką czoła, nosa, ust, jakby chciał zapamiętać każdy detal. Mięknę pod wpływem jego czułego, nieco przygnębionego spojrzenia, ponieważ wcale nie chcę się z nim kłócić. Chcę go kochać, być przy nim szczęśliwa i spokojna - Obiecaj, że wyjdziesz za mnie w sobotę.
- Tylko pod jednym warunkiem - marszczy brwi zaskoczony, jednak muszę to zrobić. Właśnie dla tego spokoju, który chcę mieć - Podpiszesz się pod zasadami mafii, które nigdy mnie nie dosięgną.

- Więc tego się boisz? Że po ślubie wykorzystam to i zrobię z ciebie posłuszną żonę? Naprawdę, Vivi?
- Już sama nie wiem, czego się boję, Justin. Ufam ci, ale nie ufam twojej matce oraz rodzinie. Wiem, jakie mają o mnie zdanie. Nie podoba im się to, że tak odważnie wypowiadam się na dany temat. Nie mam pewności, czy pewnego dnia czasami cię nie urobią i nie przekonają, że masz wprowadzić zasady wobec mnie. Chcę spać spokojnie, to wszystko - wzruszam ramionami, a Justin głośno wypuszcza powietrze. 

- Nie ma sprawy. Jeśli tego chcesz, podpiszę to - och! Szybko poszło - Jeśli to da ci upragniony spokój, nie widzę żadnego problemu. Udowodnię ci w ten sposób, że pieprzę te zasady, udowodnię, jak bardzo cię kocham, wypierając się czegoś, co jest częścią mojego życia. Czy wtedy za mnie wyjdziesz, rybko?
- Tak - uśmiecham się, oddycha z ulgą i porywa mnie w swoje ramiona - Tęskniłam za tobą, Justin.
- Och, maleńka. Przecież jestem tutaj, przy tobie. Nie wyobrażam sobie, abyś była gdziekolwiek indziej.
- Więc bierzmy ten ślub i wyjedźmy stąd na kilka dni, tygodni. Potrzebuję być daleko od Chicago.
- Wyjeżdżamy zaraz po ślubie, w poniedziałek. Już zarezerwowałem pewne niesamowite miejsce.
- Wspaniale, nie mogę się doczekać. Tylko ty i ja, cisza, spokój i zero problemów. Żyć nie umierać, co?
- A jak! - porusza brwiami, cmoka mnie w usta, ale nagle poważnieje - Kto do ciebie dzisiaj napisał?
- Henry - szepczę cicho, a jego dobry humor idzie się pieprzyć - Stwierdził, że chyba zmieni plan i pozostawi mnie przy życiu, ale tylko po to, abym zajęła przy jego boku miejsce po Katherinie.
- Idiota! Mówił mi to samo, kiedy się z nim spotkałem. Nigdy do tego nie dopuszczę, może pomarzyć.
- Przestraszył mnie. Nie zniosłabym myśli, że robiłabym za jego dziwkę. Nigdy bym się nie pozbierała.
- Ciii, nic takiego nie będzie miało miejsca. Henry'ego ponosi wyobraźnia. Jesteś tylko moja.



Jay POV:
Kac morderca męczył mnie niemiłosiernie. Łeb mi pękał, ale musiałem wytrwać. Pozałatwialiśmy wszystkie sprawy dotyczące ślubu, podpisaliśmy, co trzeba i odwiedziliśmy pastora. Oczywiście był to nasz człowiek, który dawał ślub również moim rodzicom. Przymknął oko na wiele spraw, jednak w innym przypadku na ślub kościelny oboje mielibyśmy marne szanse. Kilka trupów na sumieniu skreślało nas już na starcie.
Jak dobrze, że pastor Carl zdołał nam pomóc i tak oto ślub zaplanowaliśmy na trzynastą w sobotę. Zaledwie trzy dni dzieliło nas od złożenia przysięgi, która połączy nas już na zawsze oraz zapewni Vivienne bezpieczeństwo. Szczerze mówiąc, nie myślałem, co będzie "potem", liczyło się tu i teraz, ona. Była dla mnie najważniejsza i musiałem sporo w sobie poprawić. Nie mogłem wywierać na niej presji zmiany, ponieważ wcale tego nie chciałem. Po prostu czasami musi przystopować i zrozumieć, że pewne rzeczy lepiej zachować dla siebie. W ten sposób unikniemy nieporozumień i konfliktów. 


Zatrzymuję się przy dobrze znanym mi miejscu i prowadzę Vi do środka. Jest zdezorientowana, rozgląda się, a kiedy wchodzimy do środka, wszystko staje się jasne. Ślub za trzy dni, a my nie mamy obrączek.
- Dzień dobry - ściskam dłoń mężczyzny, który wita mnie uśmiechem. Doskonale mnie zna, ponieważ tutaj kupiłem prawdziwy pierścionek zaręczynowy dla Vivi - Potrzebujemy pięknych, wyjątkowych obrączek.
- Oczywiście! Mamy ogromny wybór, zaczynając od złota, srebra lub mieszanych. Co Państwo preferują?
- Białe złoto? - Vi przytakuje energicznie, Pablo sprzedawca wyjmuje pięć szufladek i pokazuje nam tyle rodzai, aż zaczyna boleć mnie głowa - O kurka, ależ piękne. Które ci się podobają, skarbie?
- Te - nieśmiało pokazuje obrączki najbliżej nas. Męska jest dość gruba, tradycyjna. Damska przy brzegu ma rząd maleńkich brylancików. Są piękne, idealne! Już widzę je na naszych palcach - Co myślisz?
- Że masz świetny gust - puszczam jej oczko, a ona zawstydza się uroczo - Bierzemy. Kiedy będą gotowe?
- To zależy. Muszę zmierzyć rozmiar Państwa palców i co ważne, czy ma być na nich jakichś grawer?
- Tak - marszczę brwi, zerkając na Vivi. Nie sądziłem, że to wchodzi w grę - "Dzisiaj, jutro, na zawsze"
oraz datę ślubu - wzruszenie ściska mnie za gardło. Mam ochotę porwać ją w ramiona, wycałować, ochronić, dać szczęście, na które zasługuje. Wiem, że boi się tego "na zawsze" - Justin? Powiesz coś?
- Wybacz - chrząkam i wracam na ziemię - Tak, ten grawer jest wspaniały. Mogą być jeszcze imiona.

- Zapisałem. Na grawer czeka się do kilku tygodni, ale w tym przypadku obrączki będą gotowe na sobotę.
- Będę bardzo wdzięczny - uśmiecham się do niego i wręczam mu kartę. Reguluję rachunek za obrączki, które kosztowały mnie marne pięć tysięcy dwieście dolarów, Pablo mierzy nasze palce i zapewnia, że wszystko będzie gotowe na "już". Chwytam narzeczoną za rękę, ciągnąc ją do wyjścia. Kiedy tylko przekraczamy próg sklepu, porywam ją w swoje ramiona i wpijam się w jej kuszące usta. Mam w nosie to, że naokoło nas jest mnóstwo ludzi, dla mnie liczy się tylko ona - Kocham cię - szepczę w jej usta, mój oddech szaleje, a serce tłucze się w piersi - Nigdy nie byłem tak szczęśliwy. Dziękuję ci za to, kochanie.
- Och, Justin - patrzy na mnie z rozczuleniem, sunie opuszką po moim policzku i wpatruje się we mnie jak zahipnotyzowana. Boże, jest taka piękna, wyjątkowa, jedyna! - Ja ciebie też kocham i jestem z tobą bardzo szczęśliwa. Chcę, żeby nam się udało, wiesz? Proszę, postarajmy się o to z całych sił, dobrze?
- Przysięgam, że będziemy starać się każdego dnia, rybko. Dam ci wszystko, czego tylko zapragniesz.
- Nie chcę niczego oprócz ciebie, Justin - muska moje usta, a ja roztapiam się pod wpływem jej dotyku.


W drodze do domu dzwoni matka. Odbieram, czekając na czerwonym świetle, a to, co mówi, wręcz mnie szokuje. Czego jak czego, ale takiego obrotu sprawy nie spodziewałbym się nigdy w życiu. Nie zmienia to jednak faktu, że wcale nie jestem spokojniejszy. W moim ciele szaleje niepokój, ruszam z piskiem opon, a Vivienne posyła mi zdezorientowane spojrzenie. Proszę ją jedynie o chwilę na pogrążenie się w myślach, milknie i nie drąży tematu. Sam muszę przygotować się na to, co może wydarzyć się za chwilę. A może rozpętać się prawdziwe piekło, po którym nigdy nic nie będzie wyglądać tak samo. Zastanawiam się nawet, czy po prostu nie zawrócić i nie zaszyć się w domu z Vivi. Mam dość dramatów, kłótni, wiecznych pretensji, presji. Chcę odpocząć z dala od wszystkich, nacieszyć się kobietą, którą kocham i kochać się z nią do utraty tchu. Dlaczego zawsze coś musi się spierdolić? Czy wreszcie nadejdzie ten upragniony spokój?

Kiedy tylko parkuję pod domem mamy, atmosfera w samochodzie natychmiast się zmienia. Vivi wierci się niespokojnie, zakłada kosmyk włosów za ucho, a po sekundzie ponownie go uwalnia. Domyślam się, jak bardzo czuje się niezręcznie, jednak obie powinny ze sobą porozmawiać. Sprawy wymknęły się spod kontroli, ale nie mogą się unikać. Za trzy dni nasz ślub, muszą się pogodzić. Nie chcę tkwić w konflikcie między narzeczoną, a matką. Obie są dla mnie ważne, a skoro polubiły się wcześniej, niech zakopią wojenny topór. Poza tym pozostaje jeszcze jedna kwestia do wyjaśnienia i tego obawiam się bardziej.
- Dlaczego tutaj przyjechaliśmy, Justin? - pyta niepewnie, przerywając niezręczną ciszę w samochodzie.

- Chciałbym, abyś porozmawiała z mamą, Vivi. Ona naprawdę bardzo żałuje, chce cię przeprosić za swoje zachowanie. Dodatkowo wyskoczyła jeszcze jedna sprawa, na którą za cholerę nie byłem przygotowany.
- Zaczynasz mnie przerażać, wiesz? - marszczy brwi, a w jej oczach dostrzegam coś dziwnego. Wiem, że ma ochotę brać nogi za pas - Wróćmy do domu, proszę. Naprawdę nie mam ochoty na kolejną kłótnię.
- Nikt nie będzie się dzisiaj kłócił, nie pozwolę na to - uśmiecham się lekko, cmokam ją w usta i wysiadam z samochodu, po czym obchodzę go i otwieram jej drzwi. Wzdycha ciężko, wsuwa dłoń pod moje ramię i bez sprzeciwów kroczy do domu mojej matki, która wyskakuje z niego jak z procy - Witaj, mamo.
- Cieszę się, że przyjechaliście - cmoka mnie w policzek, podchodzi do Vi i przytula ją do siebie. Na szczęście nie protestuje - Wybacz za moje zachowanie, było karygodne - odsuwa się, Vi marszczy brwi i mocniej ściska moją dłoń - Zapewniam, że taka sytuacja nigdy więcej nie będzie miała miejsca, a zasady, które obowiązują mnie, nigdy nie będą obowiązywać ciebie. Masz na to moje słowo, bądź spokojna.
- Na pewno będzie, mamo. Mam zamiar złożyć pisemne oświadczenie, że mafijne zasady nigdy nie dosięgną Vivienne po naszym ślubie - mama wybałusza oczy i patrzy na mnie zaskoczona - To zabezpieczenie.
- Rozumiem to i nie mam zamiaru się wtrącać. To wasze decyzje, wasze małżeństwo. Najważniejsze, abyście oboje byli ze sobą szczęśliwi. Przeszliśmy w naszym życiu już dość nieszczęść, prawda synku? - biorę jej dłoń, ściskam mocniej i patrzę w te zmęczone oczy, które tak wiele widziały. Wiem, że mama ma na myśli ojca, wszystkie afery, zamieszania, morderstwa, ale i moją kochaną, śliczną siostrzyczkę, która odebrała sobie życie, szokując nas wszystkich. Noc, w której zjarała się bez opamiętania, a James za dużo wypił, na zawsze pozostanie w mojej pamięci. To właśnie wtedy wylądowali w łóżku, właśnie wtedy zaszła w ciążę, a James olał ją, jakby była natrętną, zawadzającą muchą. Stchórzył, a powinien był wziąć to na swoje barki, zaopiekować się nią, dać jej poczucie bezpieczeństwa. Miała tylko osiemnaście lat! Nigdy mu tego nie wybaczę mimo tego, że sam wpadł w rozpacz po śmierci Danielle - No dobrze, wejdźmy do środka. Mamy poważny problem do rozwiązania - mama kątem oka zerka na Vivienne i kręci głową zrezygnowana.

- Tsa! - burczę pod nosem, obejmuję narzeczoną i wchodzimy do środka. Już od progu uderza we mnie kilka głosów, które rozpoznaję niemal natychmiast. Thomas, wujek Roger i wujek Jeremy. Po przekroczeniu salonu ukazuje nam się również Benjamin. Jasna cholera, co to za zebranie?! - Och, wszyscy w komplecie, co? - uśmiecham się szeroko, witam z każdym po kolei, a po chwili Vivienne zostaje wyściskana przez moich wujków. Nieco się zawstydza, a jej policzki pokrywają urocze rumieńce - Cóż to za zebranie, hmm?
- Jest problem to i stawić się trzeba, bratanku. Liczę na to, że sprawa wreszcie zostanie rozwiązana.
- Ja również, Jeremy - przekręcam głowę i wlepiam wzrok w Henry'ego, który wchodzi do salonu. Vi sztywnieje przy moim boku, przestaje oddychać i wbija paznokcie w moją dłoń. Jest blada jak ściana, nie spuszcza wzroku z wujka, który puszcza jej oczko - Witaj, słodka Vivienne. Jak zwykle twój wygląd zapiera mi dech w piersi. Prawda, panowie? Piękna kobieta - cmoka ustami, czym natychmiast mnie wkurwia.
- Daruj sobie, Henry! To moja narzeczona, do kurwy nędzy! - podnoszę głos, w salonie zapada cisza i nagle dzieje się coś, czego w życiu bym się nie spodziewał. Vi wpada w dziwną panikę, jej ciało drży, a nogi uginaną się pod ciężarem jej ciała. Przytrzymuję ją, dociskam do siebie i chwytam brodę w palce. Patrzy na mnie, ale mam wrażenie, że wcale jej tutaj nie ma. Myślami jest daleko stąd - Kochanie, spokojnie - szepczę cicho, opieram jej głowę na mojej piersi i próbuję uspokoić - Nie bój się, on nie zrobi ci krzywdy. Przysięgam na wszystko - dopiero teraz czuję, jak gwałtownie wciąga powietrze do płuc i słyszę cichutki szloch. Nie ukrywam, jestem zaskoczony jej reakcją, chociaż nie powinienem. Henry próbował ją udusić i o mały włos, a udałoby mu się to. Na dodatek wydał na nią zlecenie, a płatny zabójca prawie pozbawił ją życia. Ma prawo odczuwać przed nim strach, chociaż jest bardzo odważną i waleczną dziewczyną - Ciii.
- Och, tylko nie mów, że się mnie boisz, Vivienne? Ty? Nie żartuj, złotko. Przecież jesteś twardą laską!
- Zamilcz, wujku - Thomas mruży oczy, wręcz mordując go spojrzeniem - Zrobiłeś swoje, przekroczyłeś wszelkie granice i śmiesz mówić takie rzeczy? To dziewczyna mojego brata, okaż jej szacunek!
- Och, daruj sobie. Ona ma wszystko w dupie - Henry wzrusza ramionami, nalewa sobie drinka i siada na kanapie, zakładając nogę na nogę - Pyskowała mi, jakby miała do tego pierdolone prawo. Mylę się?
- Mylisz. Vivienne może to robić, a ty musisz to zaakceptować. Masz o wiele więcej grzechów na sumieniu niż ona. Wydałeś zlecenie, czego nie wolno było ci zrobić. Masz je zdjąć natychmiast. Zrozumiano?

- Jesteś głupi, Thomas. Gdybym naprawdę chciał ją zabić, już dawno by nie żyła. A żyje, czyż nie?
- Więc o to ci kurwa chodzi, huh? - syczę przez zęby, a moja cierpliwość wisi na włosku - Czego chcesz?
- To bardzo proste, bratanku. Chcę jej - kiwa głową na wtuloną we mnie Vivienne, a jej ciałem wstrząsa dreszcz - Przez nią moja narzeczona dała nogę, więc mi ją zastąpi. Dopiero wtedy pozwolę jej żyć.
- Zapomniałeś, że nie ty tutaj rządzisz, a twoje prawa są gówno warte - Thomas wkracza do akcji. Po cichu liczę, że da mu popalić - Vivi jest pod ochroną, nie możesz wyrządzić jej krzywdy. Znasz konsekwencje.
- Owszem, znam. Sęk w tym, że ona nie ma żadnej ochrony. Nie należy do naszej rodziny - Henry uśmiecha się dumny z siebie, a ja czuję na sobie spojrzenia pozostałych. Bez słów przekazują mi, abym na temat ślubu milczał jak grób - Jak sam widzisz, twoja narzeczona niebawem będzie moją narzeczoną - unosi szklaneczkę z drinkiem, wznosi toast i wypija duszkiem - Wierz mi, nie mogę się już doczekać.








wtorek, 14 sierpnia 2018

Rozdział czterdziesty czwarty


Vi POV:

Ściskam w placach kieliszek, a mój entuzjazm szybko opada. Wpatruję się w stojącą przede mną kobietę z niechęcią i zastanawiam się, co ona tutaj u licha robi?! Nie zapraszałam jej, ba! Wcale nie potrzebuję jej pomocy. Jeśli to robota Justina, już może szykować się na niezły opierdol. Nie wiem, dlaczego to zrobił.
- Pani Morgan - pierwszy z transu budzi się Savage. Podchodzi do Dorothy, pomaga zdjąć jej turkusowy płaszczyk i wiesza go na haczyku przy drzwiach - Nie miałem pojęcia, że pani dzisiaj do nas dołączy.
- Ponieważ mój syn zachował to w tajemnicy. To miała być taka mała niespodzianka dla Vivienne.
- Bardzo nieudana - burczę pod nosem, wychylam resztkę szampana, a Savage blednie. Wyjmuję telefon z torebki i wykręcam numer do Justina, nie spuszczając Dorothy z oczu. Odbiera prawie natychmiast - Witaj, kochanie. Następnym razem bądź tak miły i uprzedź mnie o swoich planach względem niespodzianek, dobrze? Wiedz, że właśnie spierdoliłeś mi zakupy. Dziękuję - rozłączam się, nawet nie pozwalając mu na odpowiedź - Wychodzi na to, że odłożymy to na inny dzień. Straciłam zapał. Ktoś podrzuci mnie do domu?
- Vivienne, proszę - Dorothy patrzy na mnie błagalnie, aż chce mi się śmiać. Jeszcze kilka dni temu wyglądała na pewną siebie kobietę, spoliczkowała mnie! - Porozmawiaj ze mną, chcę cię przeprosić.
- Nie musisz. Powiedziałaś to, co myślałaś, a za coś takiego nie powinno się przepraszać. Prawda?
- Więc pozwól mi chociaż wyjaśnić. Naprawdę mnie poniosło, nie miałam prawa cię spoliczkować.

- Owszem. Tak samo, jak nie miałaś prawa wspomnieć o zasadach, które nigdy nie będą mnie dotyczyć.
- Czuję się z tym wszystkim bardzo źle, kochanie. Jesteś wspaniałą dziewczyną, mój syn cię kocha.
- Tak, jak ja kocham jego. Jednak nie myśl, że będę lizać ci tyłek tylko po to, żeby mu się przypodobać. Zapomnij o tym - prycham pod nosem, odwracam się, żeby odłożyć kieliszek na stół, a stojący obok Savage jest zszokowany. Jego oczy są wielkie jak spodki i wygląda tak, jakby miał zaraz zejść na zawał - Hej, oddychaj może co? - podchodzę do niego, klepię po policzku i wreszcie bierze się w garść - Jezu, nie strasz mnie - chichoczę rozbawiona i dolewam mu szampana do kieliszka - Jesteś za młody na zawał, wiesz?
- Jestem - ekspedientka wraca, gestem dłoni zapraszając mnie do przymierzalni. Niech to szlag, a już miałam sobie stąd pójść - Przygotowałam kilka sukien, będzie pani zachwycona - wzdycham ciężko, chwytam Tinny za rękę i opuszczam towarzystwo - Pomóc Pani przy wiązaniach? Jest tego całkiem sporo.
- Nie, dziękuję. Przyjaciółka mi pomoże - kobieta wycofuje się, Tinny zasłania kotarę i nerwowo przeczesuje włosy - Ja pierdolę, nie ma to jak milusie spotkanie z przyszłą teściową z mafii. Bosko!
- Weź, nic nie mów! Myślałam, że Savage zaraz odleci, a Nathan zasłabnie. Jesteś bardzo odważni, Vi.
- Nie wiem, czy to odwaga, Tinny. Po prostu Dorothy ma u mnie ogromnego minusa za pewną sytuację, a
ja nie mam zamiaru tak łatwo odpuścić. Nie dam sobie wejść na głowę. Wystarczy, że Justin to zrobił.
- Rozumiem, ale opanuj się odrobinę, co? Nie chcę, żeby te zakupy zmieniły się w pieprzoną rzeź.
- Wszystko możliwe - puszczam jej oczko, zaciska usta, a po chwili obie wybuchamy śmiechem. 


Przymierzam dwadzieścia dwie kreacje, świetnie się przy tym bawiąc. Za każdym razem, kiedy wychodzę z przymierzalni i staję na podwyższeniu kręcę tyłkiem, tańczę do płynącej z głośników muzyki, a chłopcy patrzą na mnie z rozbawieniem. Staram się ignorować Dorothy, która patrzy na mnie z dziwnym rozczuleniem, a w jej oczach dostrzegam łzy. Nie rozumiem jej zachowania, tym bardziej że niedawno zachowała się w stosunku do mnie jak suka. Tak nagle dopadły ją wyrzuty sumienia, czy może to Justin poprosił ją, aby ze mną porozmawiała? Nie zdziwiłabym się, gdyby zrobiła to tylko i wyłącznie dla niego. 

Wybieram piękną, białą suknię z koronkową górą i plecami. Jest dopasowana, kobieca. Jestem nią zachwycona! Spodobała się Tinny niemal od razu, Dorothy również wyglądała na zachwyconą, a chłopcy? Chyba nigdy wcześniej nie widziałam takich spojrzeń, a patrzyli na mnie jak na ducha. Dopiero po chwili, kiedy pozbierali szczęki z podłogi, przyznali, że wyglądam obłędnie. Nie śmiałam się z nimi sprzeczać.

Chłopcy podrzucają mnie do Seven. Oczywiście nie obyło się bez marudzenia, jak i gadki, że Justin czeka na mnie w domu. Czułam w kościach awanturę, więc postanowiłam odwlec ją odrobinkę w czasie.
- A któż to zaszczycił nas swoją obecnością? - Banger porywa mnie w ramiona i okręca dookoła, aż kręci mi się w głowie - Zakochałaś się, Jay cię porwał i przepadłaś, huh? Chyba się na ciebie pogniewamy, wiesz?
- Wybaczcie. Obiecuję poprawę - odstawia mnie na podłogę, witam się z resztą i proszę o kawę - Co u was?

- Wszystko dobrze, dziecinko - Dante chwyta moją dłoń, ściska ją mocniej i patrzy na mnie z rozczuleniem.
- Tak bardzo się za wami stęskniłam - przytulam się do jego ramienia, zamykam oczy i czuję się jak w domu. Zdecydowanie za rzadko tutaj bywam - Mam dla was pewną wiadomość. Nie bądźcie źli, okej?
- O czym ty mówisz, Vi? - Shot marszczy brwi i wlepia we mnie wzrok - Kurwa! Znowu jesteś w ciąży?!
- Co?! Nie! Zwariowałeś! - przewracam oczami i szturcham go w ramię - Nie jestem w ciąży, wyluzuj.
- To gadaj, nie trzymaj nas w niepewności, bo zaraz popadamy jak muchy! To pewnie jakiś sztos, prawda?
- Prawda. Sprawy trochę się skomplikowały, tak bywa w życiu. Dlatego wychodzę za mąż. Chyba w sobotę.
- Ochujałaś?! - James zrywa się jak poparzony, wsuwa palce we włosy i patrzy na mnie z niedowierzaniem. Czułam, że tak będzie - Dlaczego, do cholery?! O co w tym wszystkim chodzi, huh? Ślub? Tak nagle? Z nim?
- Dałbyś już spokój, James. Doskonale wiesz, że go kocham, prawda? Niestety twój wujek chce mnie sprzątnąc, nie mam kurwa wyjścia, okej? Małżeństwo z Justinem może zapewnić mi odpowiednią ochronę.
- Chwila! Jak to Henry chce cię sprzątnąć? To niemożliwe! Bez powodu nigdy nie zrobiłby czegoś takiego.
- Problem w tym, że ma powód i to całkiem dobry. Opowiem wam wszystko po kolei, tylko błagam was, oszczędźcie sobie kazań. Oberwałam już wystarczający od Justina. 


Wchodzę do domu kilka minut po dziewiętnastej. Spędziłam poza domem prawie cały dzień, padam z nóg, a rozmowa z chłopakami wcale nie była łatwa. Kiedy tylko opowiedziałam im o tym, co zrobiłam, cała szóstka wpadła w szał - dosłownie. Do tej pory w głowie dźwięczą mi ich wrzaski, jakby opętały ich czarne moce. Chyba nigdy się tak nie wydzierali, nawet wtedy, kiedy wyszło na jaw, że pieprzę się z Joshem. Dante jako mój przybrany brat czy ojciec, bo już sama nie byłam pewna, jaką rolę odgrywał z moim życiu, miał zamiar porozmawiać z Justinem, ale i tak na próżno. Decyzja została podjęta i ślub musiał się odbyć.
- Masz mi coś do powiedzenia? - ciszę przecina ostry jak brzytwa głos Justina. Siedzi po ciemku, więc zapalam światło i wpatruję się w jego plecy. Siedzi odwrócony do mnie tyłem i nie raczy podnieść dupy. Nie to nie! - Co miał oznaczać dzisiejszy telefon, Vivienne? - odkładam torebkę na komodę, podchodzę do barku i nalewam sobie drinka. Przyda mi się po tym jakże stresującym dniu - Pytałem cię o coś.
- Przecież słyszałam, nie jestem głucha - burczę pod nosem, siadam naprzeciwko niego i wlepiam w niego wzrok. Płonie ze złości, ledwo nad sobą panując. O kurwa - Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Wkurwiłeś mnie, nasyłając na mnie swoją mamusię. Po jaką cholerę to zrobiłeś? Nie chciałam jej tam, Justin.
- To moja matka!! - wydziera się, aż podskakuję - Należy się jej szacunek, czy ci się to podoba, czy kurwa nie!! - zrywa się z miejsca, chodzi tam i z powrotem czym mnie stresuje - Rozumiem, że jesteś na nią zła, ale to nie upoważnia cię do tego, żebyś odzywała się do niej w ten sposób! Opowiedziała mi o waszym dzisiejszym spotkaniu. Wydaje mi się, że teraz masz ją za co przepraszać. Liczę, że to zrobisz, Vivi.
- Wiesz, co? Daj mi święty spokój, jestem tym zmęczona. Nie będę chodzić obok twojej matki na palcach - wypijam drinka jednym haustem, krzywię się na nieprzyjemne palenie w gardle i człapię na górę.

- Nie masz prawa tak się zachowywać! - wpada za mną jak tornado, z całej siły trzaskając drzwiami. Dziwię się, jakim cudem nie wywala ich z futryny - Kiedy wreszcie dorośniesz, Vivienne?! Najwyższy czas!
- Więc nie podoba ci się moje zachowanie, tak? - odwracam się, wlepiam w niego wzrok i zakładam ręce na piersiach. Czeka nas ciężka rozmowa - Skoro tak, dlaczego ze mną jesteś? Dlaczego nie rzucisz mnie w cholerę i nie poszukasz sobie takiej kobiety, która będzie siedzieć cicho, czekając na spełnienie twoich rozkazów? - zaciska szczękę, nie spuszcza ze mnie wzroku, jedynie marszczy brwi, jakbym zaskoczyła go tymi słowami - Znasz mnie, wiesz, jaki mam charakter. Sam wciąż powtarzasz, jak bardzo jestem jeszcze młoda, więc o chuj ci chodzi, Justin?! - wyrzucam ręce w górę, a moje opanowanie idzie się pieprzyć.
- O to, żebyś odzywała się do mojej matki z szacunkiem. Wiesz w ogóle, do kogo kurwa pyskujesz?!
- Po pierwsze; 
tak, wiem, do kogo pyskuję. Po drugie; czy twoja matka okazuje szacunek mnie? Pieprząc o waszych chorych zasadach, policzkując? To jest ten szacunek, o którym mówisz?! - wydzieram się, płonę ze złości, a chęć przywalenia mu pojawia się niczym objawienie. Nikt mnie tak nie wkurwia, jak on - Szacunek za szacunek, zapamiętaj to sobie. Szanowałam ją, odkąd tylko nas sobie przedstawiłeś, byłam grzeczna jak aniołek, uśmiechałam się, przytakiwałam i jeździłam tam za każdym razem, kiedy tego chciałeś! To ona wszystko spieprzyła, a ja nie mam zamiaru być miła dla kogoś, kto mną gardzi! - prycham z kpiną, podchodzę do okna i podziwiam piękny ogród. To dla mnie za dużo. Nie dość, że jego matka na mnie naskakuje, to w dodatku on robi dokładnie to samo. Gdzie podziało się moje dawne życie? Tęsknię za nim.
- Matka tobą nie gardzi, Vivienne. Jest kobietą mafii, a ty zachowałaś się wobec niej bardzo niegrzecznie.
- Ja? - uśmiecham się, przewracając oczami. Dobre sobie! - Powiedziałam jedynie prawdę o Katherinie, widocznie to ją tak bardzo zabolało. Posiada dostateczną władzę, aby skopać dupę Henry'emu, ale po co? Lepiej skazać tą biedną dziewczynę na popierdolony los. Niech Henry wyżywa się na niej, gwałci, bije. 

- Jeszcze tego nie pojęłaś? Tak.działa.mafia! Nic się nie zmieni, jeśli uratujesz jedną dziewczynę.
- Masz rację, ale to o jedną skrzywdzoną dziewczynę mniej - wzdycham ciężko, podchodzę do szafy i wyjmuję świeżą bieliznę oraz koszulkę do spania - Masz mi coś jeszcze do powiedzenia? Chcę iść spać.
- Jesteś tak kurewsko nieznośna, wiesz? - syczy przez zęby, a jego złość nie minęła - Kocham cię, ale wciąż doprowadzasz mnie do szału! Dlaczego chociaż raz nie możesz poskromić swojego charakterku i pokazać mojej matce, że jesteś dorosłą, ułożoną kobietą, huh?! Nie możesz po prostu grać? To takie trudne?
- Nie, Justin, to nie jest trudne. Jakbyś nie zauważył, gram od trzech miesięcy. Udaję przed twoją matką kogoś, kim nie jestem, aby wyrobiła sobie na mój temat idealną opinię. Grzecznej, posłusznej dziewczynki dla swojego syna. Jeden, jedyny raz zrobiłam coś, co według ciebie było brakiem okazania szacunku, a ty wlewasz na mnie wiadro pomyj. Zastanów się, czy nasz ślub ma sens, ponieważ ja się nie zmienię. Ani dzisiaj, ani jutro, ani nigdy - po tych słowach odwracam się na pięcie i zamykam w łazience. 




Jay POV:
Po rozmowie z Vivienne jadę do klubu. Siadam przy barze, zamawiam whisky i chleję na umór. Obok mnie czuwa Savage, Nathan jak zawsze został przy mojej narzeczonej, która kolejny raz wyprowadziła mnie z równowagi. Po jej dzisiejszym telefonie prawie wylazłem ze skóry, a furia wylatywała się uszami. Miałem ochotę pojechać tam, zabrać ją do domu i sprać, aż nie mogłaby siedzieć na tyłku. Przekraczała pewne granice, czym spychała mnie na skraj. Jej charakter to tykająca bomba z opóźnionym zapłonem, która wybucha w najmniej spodziewanym przeze mnie momencie. Nie potrafi się powstrzymać, musi postawić na swoim. Matka była oburzona tym, co powiedziała jej w salonie sukien ślubnych, a mimo to przełknęła gorycz, została tam i podziwiała każdą suknię, w której się prezentowała. Mówiła łamiącym się głosem, jak pięknie wyglądała, jak idealną wybrała kreację. Było mi jej żal, bo naprawdę żałowała tego, że ją spoliczkowała. Niestety uraziła tym dumę Vivi, która postanowiła jawnie, przed moimi ludźmi mówić coś, czego nie powinna. Czasami naprawdę chciałem nauczyć ją pewnych zasad, pokazać granice, których nigdy nie miała prawa przekroczyć. A potem przypominałem sobie, że jest wolną kobietą, która będzie robić to, na co ma ochotę. Mogę ją karać, nawet więzić, ale w ten sposób jedynie odstraszę ją od siebie. Odsunie się jak wtedy, kiedy straciliśmy dziecko, jak wtedy, kiedy się kłóciliśmy. To niepojęte, że zakochałem się w dziewczynie, która jest młoda, szalona i nie odczuwa przede mną grama strachu. Ta różnica wieku wyłaziła w cholernie nieodpowiednich momentach i pokazywała, jak bardzo jesteśmy od siebie różni. Vivienne nie myślała jeszcze o życiu poważnie, szalała, brała je garściami, mając resztę w nosie. Ja natomiast już dawno usiadłem na tyłku, chcę się ustatkować, mieć potomstwo, psa, kota i posadzić drzewo. Czy z nią będzie to w ogóle możliwe? Czy była na to wszystko gotowa? Odpowiedź była bardzo prosta; nie. Po stracie dziecka wpadła w panikę, zabroniła mi o tym mówić, a to utwierdziło mnie w tym, że na zmiany było dla niej za wcześnie. Dla mnie to było bez znaczenia. Byłem w niej zakochany niczym kundel, biegałem za nią, ratowałem z opresji, wspierałem, troszczyłem się. Kompletnie zawróciła mi w głowie, wywracając mój poukładany świat do góry nogami i nic, ani nikt nie był w stanie tego zmienić. Vivienne należała do mnie, tylko do mnie i tak miało pozostać na zawsze. Z czasem dojrzeje, zmieni podejście do życia, a ja nauczę ją szacunku do mojej matki. Nigdy więcej nie odezwie się do niej w ten sposób, dopilnuję tego osobiście.
- Wracaj do domu, stary - Savage siada obok mnie, posyłając mi zrezygnowane spojrzenie - Dochodzi trzecia rano, siedzisz tutaj od kilku godzin i schlejesz, jakby to miało cokolwiek zmienić, a nie zmieni.
- P-po co? - jąkam się, czkam i wlewam w siebie kolejnego drinka, który pali w gardle - Dobrze mi tutaj.
- Pierdolisz głupoty, wiesz? Masz zamiar uciekać za każdym razem, kiedy się pożrecie? Wciąż wypominasz to Vivi, a sam robisz dokładnie to samo - co takiego? Przekręcam głowę, posyłam mu zaskoczone spojrzenie, jednak on tylko przewraca oczami - Nie patrz tak na mnie. Obserwuję was codziennie, widzę, co oboje wyprawiacie. Nie mam zamiaru robić za twoją niańkę i psychologa w jednym. Nauczcie się ze sobą rozmawiać, Jay, inaczej wciąż będziecie skakać sobie do gardeł, a wasz związek chuj strzeli. Zobaczysz.
- N-nie wiem, czy wiesz - podnoszę rękę, odsuwam rękaw bluzy i pokazuję mu zegarek - A-ale dokładnie za t-trzy dni Vivi zostanie moją ż-żoną. T-to nie związek, to małżeństwo n-na zawsze. K-kapujesz, ziomek?
- Więc tym gorzej dla ciebie. Nie rozwiedziecie się, więc będziecie skazani na siebie do końca życia. 

- J-jesteś zabawny - prycham rozbawiony, a po chwili nie mogę przestać się śmiać. Kurwa, schlałem się!
- Jedziemy do domu, Romeo - Savage podnosi mój tyłek z krzesła i wlecze w stronę wyjścia.
 



Vi POV:
Justin nie nocował w domu, a kiedy rano budzę się obok jego ciała, myślę, kto tym razem dotaszczył jego schlany tyłek do domu. Jak na zawołanie w mojej głowie miga twarz Savage'a, który robi za jego nianię. Dorosły facet, który cheleje na umór nie będąc w stanie o własnych siłach wrócić do domu. Wspaniale! Powinnam się do tego przyzwyczajać? Tak będzie wyglądać nasze życie? Ciągle ucieczki od problemów?
Wzdycham ciężko, zakładam na siebie jego szarą bluzę i schodzę na dół. W kuchni zastaję niewyspanego Savage'a oraz Nathana, który pije kawę, przysypiając na krześle. Wyglądają na wykończonych.

- Cześć chłopcy - rzucam obojętnie, wyjmuję kubek oraz mleko z lodówki, po czym włączam ekspres.
- Hej, Vi - Savage chrząka niezręcznie i drapie się w kark - Mam nadzieję, że dzisiaj masz lepszy dzień.
- Niestety nie - wlepiam wzrok w płynący do kubka czarny płyn i staram się nie myśleć o wczorajszym.

- Tsa - Nathan wzdycha ciężko, zapada dziwna cisza i robi się niezręcznie. Biorę swoją kawę, siadam na krześle, słodzę i gapię się w nią, nie upijając nawet łyka - Głowa do góry, mała. Będzie dobrze.
- Właśnie o to chodzi, że nie będzie. Dużo myślałam w nocy. Doszłam do wniosku, że ślub nie ma sensu.
- C-co? - Savage krztusi się własną śliną, a jego oczy są wielkie jak spodki - Grozi ci niebezpieczeństwo!

- Zdaję sobie z tego sprawę, jednak to szaleństwo rozwiązywać problem ślubem. Znamy się zaledwie trzy miesiące, to tyle co nic. Wciąż się kłócimy, nie potrafimy dogadać - unoszę głowę, patrzę na niego, ale nic nie czuję. Pierwszy raz dopadają mnie tak ogromne wątpliwości - Po ślubie będzie tylko gorzej, ponieważ mafia nie uznaje rozwodu. Będziemy na siebie skazani, prędzej czy później wydarzy się coś złego.
- Nie mów tak, Vivi. Przecież Justin cię kocha, tak? Daje z siebie wszystko, chociaż pewnych rzeczy musi się jeszcze nauczyć. Zwariował na twoim punkcie. Nie widzisz tego? On nigdy nie pozwoli ci odejść.
- Daj spokój - uśmiecham się lekko, pociągam łyk kawy, ale nawet ona mi dzisiaj nie smakuje - On nic nie może zrobić, nie ma prawa mnie zatrzymać. Jeśli będę chciała odejść, to odejdę, Savage. Wiesz o tym.
- Proszę, nie świruj, okej? Po prostu porozmawiajcie szczerze, powiedzcie sobie, co was boli i przestańcie wciąż uciekać. Tak nie można! Naprawdę byłabyś w stanie zostawić go mimo tego, co do niego czujesz?
- Rozpierdoliłoby mnie od środka, ale jestem zmęczona wiecznymi kłótniami. Każda dobija mnie bardziej.
- Justin wspominał, że po ślubie chce cię zabrać w piękne miejsce. Taka wycieczka dobrze wam zrobi.
- O ile w ogóle dojdzie do ślubu - zsuwam się z krzesełka, wychodzę z kuchni i idę do ogrodu. Potrzebuję spokoju, całkowitego wyłączenia. Moje życie nigdy nie było tak skomplikowane.


Po prysznicu, doprowadzeniu się do porządku i przebraniu postanawiam się ulotnić. Może pojadę do chłopców albo spotkam się z Tinny? Oczywiście nie mam zamiaru szlajać się po mieście, gdzie w każdej chwili mogę zarobić kulkę. Nie mam zamiaru wyłożyć się Henry'emu jak na tacy. Co to, to nie.
Schodzę na dół, wsuwam stopy w białe trampki, a ciszę przecina dźwięk przychodzącego sms'a. W holu jak na zawołanie pojawia się Savage, który wlepia we mnie wzrok. Swoją drogą czy Justin dał mu jakiś rozkaz, że ma nie spuszczać ze mnie oka? Mam wrażenie, że jest moim cieniem. Wcale mi się to nie podoba.
Skupiam uwagę na wiadomości, a to, co czytam, mrozi mi krew w żyłach. Jasna cholera, co to ma być?!



       Witaj, słodziutka.
Dawno się nie widzieliśmy, prawda? Chętnie ujrzałbym twoją śliczną buźkę, co ty na to? Stęskniłem się. Poza tym pomyślałem, że może zmienię ciut plan i jednak zostawię cię przy życiu? Mógłbym wziąć cię dla siebie w zamian za Katherinę, której pomogłaś uciec. Wspomniałem o tym pomyśle mojemu bratankowi, ale chyba mu się nie spodobał ;)


Opieram dłoń o ścianę, a żółć podchodzi mi do gardła. Mdli mnie na samą myśl o dłoniach Henry'ego na moim ciele. Gdyby faktycznie do tego doszło, strzeliłabym sobie w łeb. Po wydarzeniach z Dave'em czuję strach przed obcymi mężczyznami. To, co robiłby ze mną Henry, złamałoby mnie doszczętnie, nigdy nie odbiłabym się od dna, wykończyłby mnie. Boję się, że naprawdę wcieli ten w plan życie. 
 







wtorek, 7 sierpnia 2018

Rozdział czterdziesty trzeci


Jay POV:

To, co wyprawia Henry, przechodzi ludzkie pojęcie. Nie dość, że zaplanował sobie pozbycie się mojej narzeczonej, to teraz w dodatku zaczął do niej wypisywać. Znam go doskonale, wiem, jaki to typ człowieka jednak jego zachowanie jest karygodne! Pozwala sobie na zbyt wiele, a chyba zapomniał, że ograniczają go pewne zasady. Nie może ot tak nękać Vivienne, bo ma taką zachciankę. Jest głupi, skoro ryzykuje tak wiele. Ta zabawa może skończyć się dla niego tragicznie, ale to nie mój problem. Miałem zamiar raz na zawsze skończyć ten cyrk i pokazać mu, jak niewiele kroków dzieli go od śmierci.
Wyjmuję telefon z kieszeni jeansów, wybieram jego numer i czekam, aż łaskawie zechce odebrać.
- Och, witaj bratanku! - krzyczy radośnie, jakby naprawdę się cieszył - Co u ciebie i uroczej Vivienne?
- Daruj sobie, Henry! Nie mam zamiaru ci się zwierzać. Chcę się z tobą spotkać, najlepiej jeszcze dzisiaj.
- Spotkać? Czemu nie? W końcu jesteśmy rodziną, prawda? Zapraszam cię do mojego domu, wpadnij.
- Świetnie! Podaj adres, a będę tam za pięć minut - burczę pod nosem, a Henry śmieje się, jakbym opowiedział dobry dowcip. Ledwo nad sobą panuję - Nie wkurwiaj mnie, wujku. To nie jest zabawne.

- Masz rację, wybacz. Więc czekam na ciebie, bratanku. Chyba mamy sobie sporo do powiedzenia.
- Też tak uważam, czekam na adres - kończę połączenie, wbiegam na górę i po cichu wchodzę do sypialni. Vivi zdążyła zasnąć, co bardzo mnie cieszy. Uniknę tłumaczenia, a pewnie próbowałaby mnie zatrzymać. 


Po podaniu adresu sms'em, zapierdalam do jego domu. Savage uparł się, że pojedzie ze mną, ale nie będzie się wychylał. Po prostu poczeka, a gdyby coś było nie tak, wkroczy do akcji. Nie boję się wujka,
nie jest dla mnie żadnym zagrożeniem. Jeśli tylko położony na mnie łapy, Thomas zrówna go z ziemią.
- Uważaj na siebie, gdyby coś było nie tak, daj mi znać, a wejdę tam i powystrzelam wszystkich w kosmos.
- Spokojnie, Savage. Czekaj cierpliwie, okej? Henry nic mi nie zrobi, nie jest aż tak głupi. Niedługo będę z powrotem - kiwa głową niezadowolony, wychodzę z samochodu i po chwili pewnie walę w drzwi. Otwiera mi jeden z jego goryli, ten sam, który trzymał mnie, kiedy Henry dusił Vivienne. Krew gotuje się w moich żyłach niczym rosół na niedzielny obiad, a chęć mordu rozsadza mi czaszkę - Gdzie jest mój wuj?
- Nie tak szybko, kolego - uśmiecha się chytrze, zamyka za mną drzwi i śmie mnie przeszukać. Oczywiście, że wziąłem ze sobą broń, nie jestem naiwny - To musi zostać u mnie, przykro mi. To rozkaz szefa, sorki.
- Pierdol się - spluwam z pogardą, przechodzę hol i docieram do salonu, w którym zastaję Henry'ego. Siedzi wyluzowany, popija drinka i ogląda mecz. Nie wierzę, że staliśmy się wrogami - Witaj, wujku.
- Och, szybki jesteś! - zrywa się z kanapy, wystawia dłoń i chcąc nie chcąc podchodzę bliżej, ściskając ją mocno - Cieszę się, że przyjechałeś. Drinka? - przytakuję głową, Henry polewa whisky i wręcza mi niską szklaneczkę - Więc? O czym chciałeś ze mną porozmawiać? - przewracam oczami i opadam na kanapę, pochłaniając drinka jednym haustem - Okej, doskonale wiem, że chodzi o twoją narzeczoną. Pytaj śmiało.
- Po pierwsze i najważniejsze; co strzeliło ci do łba, aby wydawać na nią zlecenie? Zwariowałeś?!
- Czy zwariowałem? Nie, Justin, to twoja kobieta zwariowała. Pomogła uciec Kath, dociera to do ciebie?

- Dociera. Owszem, popełniła błąd i żałuję, że nie miałem o tym zielonego pojęcia. Nigdy bym jej na to nie pozwolił, ale stało się, czasu nie cofniemy. To nie jest powód do tego, żebyś czyhał na jej życie!
- Mylisz się. Przekroczyła pewną granicę, której nigdy nie powinna. Nie miała prawa pomagać Katherinie w ucieczce, obaj o tym wiemy. Miała zostać moją żoną, a ona spieprzyła, ośmieszając mnie przed innymi członkami. Czułem, że Vivienne ma z tym coś wspólnego, jej dziwne zachowanie na to wskazywało.
- Ma dobre serce, to wszystko. Nie może znieść myśli, że Kath działa się krzywda. Ponoć ją pobiłeś.
- Nie chciała dać mi dupy, więc poniosła karę. Nie udawaj, że nie wiesz, jak to działa. Jay. Tkwiłeś w tym gównie od uroczenia, widziałeś wiele rzeczy, jakie działy się pod dachem domu twojego ojca. Dorothy też wiele razy oberwała, rozkładała nogi na zawołanie. Od tego są kobiety w mafii, bratanku. Mają być gdzieś z boku, czekające na nas, gotowe. Nie podaruję Vivienne, że zniszczyła moje plany. Sporo straciłem.
- Nie zależało ci na Katherinie, a na wpływach w Rosji. Nadal możesz to zrobić, Kath ma siostrę, prawda?

- Ach! Piękna, urocza Anja. Była u mnie w Teksasie niedawno, rozmawialiśmy. W porównaniu do swojej głupiej siostry chętnie zostanie moją żoną. Nawet sama mi to zaproponowała - Chryste! Nie wierzę, że kobiety mogą być tak pierdolnięte! Anja nie wie, że sama pcha się w paszczę lwa - Znowu się żenię.
- Cóż, gratulacje. Oby wam się wiodło. Wróćmy jednak do tematu Vivi. Anuluj to zlecenie, Henry.
- Dlaczego miałbym to zrobić, hmm? Twoja narzeczona to nieposłuszna kobieta, musi ponieść karę za popełniony błąd. Zagrała mi na nosie, uraziła moją męską dumę, bratanku. Nie chcę jej tego darować.
- Czy ty wiesz, co mówisz? To kobieta, która zostanie moją żoną! Nie możesz zrobić jej żadnej krzywdy!
- Och, ale jeszcze nią nie jest, prawda? - wzrusza ramionami, upija łyczek whisky i puszcza mi oczko - Tak więc mam wolną drogę, Justin. Nie gniewaj się na mnie, ale tak bywa. Vivienne musi za to zapłacić.
- Nigdy do tego nie dopuszczę, zapomnij. Stąpasz po cienkim lodzie, Thomas ma cię na oku, pamiętaj.
- Nawet przez chwilę o tym nie zapomniałem. Vivienne nie należy do naszej rodziny, mogę z nią zrobić to, na co mam tylko ochotę, a w mojej głowie jest mnóstwo pomysłów. Wiesz, że nawet przez moment myślałem, aby wziąć ją i zatrzymać dla siebie? - unosi brew, a mnie zalewa krew. Zwijam dłonie w pięści, a szklaneczka pęka pod wpływem uścisku - Taka mała rekompensata za Kath. Skoro pomogła jej uciec, równie dobrze może zająć jej miejsce. Za karę - bez namysłu rzucam się na niego, powalam na podłogę i okładam pięściami. Próbuje się bronić, oddaje mi, a cios, który czuję na policzku, omamia mnie na kilka sekund - Uspokój się, kurwa! Gdzie twój szacunek do wuja, huh?! - ociera krew z twarzy, podnosi się i odpycha mnie od siebie. Jego goryl wpada do salonu i celuje we mnie bronią - Jesteś w moim domu, Jay! Przyszedłeś porozmawiać czy bić się jak szczeniak na podwórku? - prycha z kpiną i mierzy mnie gniewnym spojrzeniem. Dyszę ciężko, a moje opanowanie wisi na włosku. Mam ochotę strzelić mu w łeb! Skurwiel.
- Nie daruję ci tego, że wydałeś zlecenie na Vi. Byłeś mi bliski, traktowałem cię jak starszego brata, a ty udowodniłeś mi, że nic dla ciebie nie znaczę. Katherina gówno cię obchodzi, ale twoja duma nie pozwoli ci na zapomnienie. Wiedz, że się nie poddam. Wyciągnę najcięższe działa przeciwko tobie, nigdy nie dostaniesz Vivienne. Choćbym miał ochronić ją własnym ciałem, wujaszku. Może mnie też zabijesz?
- Doskonale wiesz, że nie mogę tego zrobić - mruży oczy, zaciska szczękę i niepewnie spogląda na swojego goryla - Obowiązują mnie zasady, których złamać nie mogę. Poza tym jesteś moim bratankiem, Justin.
- Mylisz się. Od tego momentu już nim nie jestem. Chcesz zabić moją narzeczoną, kobietę, która jest dla mnie wszystkim. Gdybym był dla ciebie kimś ważnym, nigdy nie wydałbyś tego zlecenia, wujaszku.
- Widziałem na własne oczy, jak bardzo cię omamiła. Kobieta sprowadza na mężczyznę jedynie kłopoty, na ciebie też sprowadzi. Powinieneś trzymać ją krótko, jak kobiety w mafii. Nie pyskowałaby, nie miałaby prawa podnieść głosu i chodziłaby jak w zegarku. A ty dajesz jej prawo do wolności, sprzeciwu. Błąd.
- Vivienne ma prawo robić to, na co ma ochotę, tłumaczyłem ci to wiele razy. Musisz nauczyć się szanować kobiety, które nie należą do twojego świata, Henry. Jeśli tego nie zrobisz, prędzej czy później zginiesz.
- Nie martw się o mnie, Jay. Jestem ostrożny, nie popełnię tego samego błędu. Anja będzie idealną, posłuszną żoną, która nie piśnie, jeśli jej na to nie pozwolę. Powinieneś wziąć ze mnie przykład, wiesz?

- Nie, dziękuję. Wolę Vivienne, która swoją zadziornością niesamowicie mnie kręci. Jest wyjątkowa, o czym sam się przekonałeś. Również będzie idealną żoną, oddaną, wierną, moją na zawsze. I wiesz co? Nie musi być mi posłuszna. Najważniejsze, że będzie mnie kochać, trwać przy mnie i wspierać. Na tym polega małżeństwo, nie na rozkazach - obrzucam go obojętnym spojrzeniem, odwracam się i staję oko w oko z jego gorylem. Wyciągam dłoń, posłusznie oddaje mi moją broń i wreszcie opuszczam dom człowieka, który jeszcze niedawno był moim wujem. Z przekroczeniem progu stracił to miano. Teraz jest wrogiem.

Wchodzę do domu wkurwiony jak diabli. Za mną jak cień kroczy Savage, a po chwili pojawia się i zaspany Nathan. Nie wypowiadają słowa, patrzą na mnie w oczekiwaniu, a ja krążę po salonie, szarpię za włosy i myślę. Mam pewność, że Henry nie ustąpi. Jego męska duma ucierpiała i zrobi wszystko, aby ukarać kobietę, która jest za to odpowiedzialna. Ot tak, dla zasady. Ma w dupie to, że jestem synem jego brata, że jesteśmy rodziną, którą obowiązują surowe zasady. Zemści się, by pokazać innym, że jest twardym członkiem mafii, który nie daruje życia nikomu, kto z nim zadrze. Co najgorsze i smutne, zyska poparcie tych, którzy wyśmiali go za utarcie sobie nosa. Ludzie są okrutni, nie znają litości i aż mdli mnie na myśl, że są to ludzie mojego ojca, z którymi pracował dwadzieścia lat. Wybiłbym ich wszystkich, co do jednego, aby tylko trzymali się z dala od mojej narzeczonej. Ochronię ją kosztem własnego życia, nikt jej nie dorwie. A już na pewno nie mój pierdolnięty wujaszek, który stracił rozum i śmiał powiedzieć, że weźmie ją dla siebie. Po.moim.kurwa.trupie! Wolałbym ją wywieźć na koniec świata niż pozwolić mu ją tknąć.
- Jay? - moje rozmyślenia i marsz po salonie przerywa niepewny głos Nathana - Powiedz, co mamy robić?
- Macie dowiedzieć się, jakie dokumenty potrzebne są do zawarcia związku małżeńskiego. Znaleźć dobrą firmę, która organizuje przyjęcia, dekoratora kościoła, odpicowany samochód. Chcę to mieć na wczoraj.
- Nie ma sprawy. Robi się - Nathan kiwa głową, wychodzi z salonu, jednak Savage nie rusza się z miejsca.
- Pamiętaj, że jesteśmy z tobą, Jay. Ani Henry, ani nikt inny nie dotknie Vivienne - podnoszę głowę, wlepiam w niego wzrok, a jego słowa mnie zaskakują. Od dawna mam do niego zaufanie, pewność, że mnie nie zdradzi. Mimo to jego wsparcie dla Vi mi imponuje - Trzeba zorganizować sporo ochrony na wasz ślub.
- To prawda. Znajdź najlepszych ludzi, jakich ci się uda. Nikt nie może zakłócić uroczystości. Nikt kurwa!
- Idź spać, jest późno. Z samego rana zajmiemy się wszystkim i zorganizujemy to w mgnieniu oka.

- Na to liczę. Dzięki - klepię go po ramieniu, człapię na górę i wchodzę do naszej sypialni. Vivi śpi na boku, z dłonią wsuniętą pod głowę, z lekko rozchylonymi ustami, taka słodka, urocza, piękna. Gapię się na nią jak zaczarowany i przysięgam sobie, że zrobię wszystko, aby była bezpieczna. Absolutnie, kurwa, wszystko!



Vi POV:
Budzą mnie wpadające przez okno promienie słońca, które ogrzewają moją twarz. Uchylam powieki, ziewam i przeciągam się leniwie. Obok mnie smacznie śpi Justin, jednak jestem zaskoczona widokiem, który zastaję. Pomijam fakt, że śpi w ubraniach i skupiam uwagę na siniaku oraz podpuchniętym nosie.
Jasna cholera, w co on się znowu wpakował?! Wczoraj wyszedł tak nagle, gdzie pojechał? Co robił?
- Justin - potrząsam lekko jego ramieniem, mruczy pod nosem, ale nie budzi się. Przewracam oczami, siadam na nim i ujmuję jego twarz w dłonie, po czym składam na ustach czułego buziaka. Uśmiecha się, jego dłonie lądują na moim tyłku, który ściska mocno, aż piszczę - Otwórz oczy, Jay. Spójrz na mnie.
- Rybko - burczy pod nosem, ale posłusznie na mnie spogląda. Wygląda, jakby nie spał pół nocy i toczył walkę z bykiem! - No, co? Wiem, że zapewne nie wyglądam zbyt atrakcyjnie, ale chyba nadal mnie kochasz, co? - porusza brwiami, chwyta mnie w talii i jednym ruchem rzuca na plecy, kładąc się na mnie i wgniatając w materac - Za to ty wyglądasz cholernie apetycznie. Weźmiesz ze mną prysznic? Proszę?
- Tak, ale najpierw powiesz mi, gdzie byłeś, co robiłeś i kto cię tak urządził. Nie radzę wciskać mi kitu.
- Potem, teraz muszę się umyć - podnosi się, chwyta moją dłoń i prowadzi mnie do łazienki. Zrzucam z siebie koszulkę, wchodzę do kabiny i odkręcam wodę. Jay dołącza do mnie chwilę później, obejmuje od tyłu, a jego usta błądzą po moim karku - Uwielbiam twoją delikatną, miękką, wrażliwą skórę - muska ją językiem, przygryza zębami, a w moim ciele roznosi się znajome ciepło. Odwracam się, zarzucam dłonie na jego szyję i patrzę w te piękne oczy, które kocham - Co jest, rybko? Coś cię trapi? Powiedz mi.
- Życie mnie trapi, Jay - wzdycham ciężko, opieram czoło o jego i zamykam oczy - Wyjedźmy daleko.
- Obiecuję, że wyjdziemy, dokądkolwiek będziesz chciała, Vivi. Ale to dopiero po ślubie, wytrzymasz?
- Po ślubie? - marszczę brwi, odsuwam się i myślę nad tym, co powiedział - Zdradzisz mi coś więcej?
- Oczywiście, w końcu to dotyczy również ciebie - puszcza mi oczko i chwyta za żel - Najpierw prysznic, bądź cierpliwa - wyciska trochę na dłoń, rozciera i masuje moje ramiona, plecy, brzuch, nogi oraz piersi i miejsce, które na to czekało - Mmm, lubisz to - uśmiecha się szeroko, przygryza wargę, a w moim ciele rozbudza się podniecenie. Mimo, iż jego policzek jest nieco siny, jest tak cholernie przystojny!
- Wiesz, że lubię - karcę go spojrzeniem, biorę żel i teraz ja myję jego. Nie omijam żadnej części jego ciała, a na dolnej skupiam większość uwagi. To niesamowite, w jakim tempie jest gotowy - Też to lubisz.
- Ja to kocham, maleńka - gwałtownie chwyta mnie w talii, przyciąga do siebie i wpija się w moje usta. Zaskakuje mnie tym pocałunkiem, który jest mocny, zmysłowy, przepełniony pożądaniem, aż nogi uginają się pod ciężarem mojego ciała - Jesteś moja, Vivienne. Na zawsze - mówi ostro, unosi mnie i opiera o płytki. Bez ostrzeżenia wbija się we mnie, odchylam głowę i oddaję się w jego ręce. 


Chwilę później wycieramy się i ubieramy. Zakładam bieliznę, krótkie spodenki, białą bluzeczkę i robię
lekki makijaż. Justin w samych bokserach suszy włosy, układa je i krzywi się, kiedy widzi siniaka.
- Niech to szlag, boli! - dotyka go palcem, a syk ucieka z jego ust - Nie wierzę, że straciłem czujność.
- Powiesz mi wreszcie, z kim się lałeś? - odkładam pędzel, zakładam ręce na piersiach i czekam - Jay?

- Nie odpuścisz? - pyta z miną niewiniątka, zaciskam usta i posyłam mu najgroźniejszą minę, na jaką mnie tylko stać - Byłem wczoraj u Henry'ego - drapie się w kark, chrząka niezręcznie i wkłada na dupę spodenki. Opadają mi ręce na jego słowa, które wypowiada, jakby mówił o pogodzie! - Tylko się nie złość, dobrze?
- Mówisz poważnie? Jak mam się nie złościć, huh? Po jaką cholerę do niego polazłeś? Biliście się?
- Musiałem z nim porozmawiać, dowiedzieć się, co nim kieruje. Od słowa do słowa posprzeczaliśmy się, na co byłem przygotowany. Wyprowadził mnie z równowagi i musiałem mu przywalić. Wiesz, jaki jestem.
- Doskonale wiem! - wyrzucam ręce w górę, jednak czasami ten człowiek mnie załamuje! - Nie powinieneś do niego jechać, Justin. Nie wpadłeś na to, że mogło mu coś odwalić i mógł cię skrzywdzić? Albo zabić?!
- Zwariowałaś? Henry może i ma pojebane pomysły, ale na pewno by mnie nie zabił. Jestem synem jego brata, który był bossem, Vi. Jeśli wuj by mnie zabił, poniósł by najsurowszą z kar. A ma do wyboru dwie - gapię się na niego zaciekawiona, na szczęście nie zataja tego przede mną - Po pierwsze; sam mógłby przypłacić za to życiem. Po drugie; Thomas miałby prawo odebrać mu to, co jest dla niego cenne. Nie wiedziałaś o tym, nie mówiłem ci tego, ale... Henry ma syna - kurwa mać! Rozdziawiam usta zszokowana, jednak takich rewelacji się nie spodziewałam! - Jest jeszcze maleńki, ma zaledwie dwa lata. Jak wiesz, nawet mafiozo kocha własne dzieci pomimo obowiązujących zasad. Mały Caleb jest dla niego na pierwszym miejscu. Gdyby Henry zabił mnie lub ciebie, kiedy wejdziesz do naszej rodziny, straciłby życie lub Caleba. Decyzja należałaby do Thomasa, a uwierz mi, potrafi być okrutny. Henry ma naprawdę wiele do stracenia.
- O, rany. Nie wiem, co powiedzieć, jestem zaskoczona. Nie spodziewałam się, że Henry jest ojcem.
- Tsa! Zrobił dziecko przypadkowej dziewczynie, a jak wiesz, w naszej rodzinie pojawienie się nowego członka to wspaniała nowina. Oczywiście Henry dbał o nią przez całą ciążę, a potem bez żadnego pierdolenia odebrał jej Caleba - zamieram, a oddech więźnie mi w gardle. Henry jest potworem, a teraz przekonuję się o tym, jak wielkim - Chciała pójść do sądu, ale mafia ma sędziów w jednym palcu.
- Mój Boże! To straszne, co zrobił. Dlaczego do cholery nie wychował syna razem z tą kobietą?
- Ponieważ jej nie kochał, nawet mu się nie podobała, a Henry kocha piękne kobiety. Zrobił jej dziecko, kiedy był kompletnie schlany, a ona biedna sama do niego przyszła. Nie miała pojęcia, z kim przespała się kilka tygodni wcześniej - wzrusza ramionami, przyciąga mnie do siebie i całuje w czubek głowy - Nie rozmawiajmy o tym, dobrze? Może wybierzesz się dzisiaj na zakupy? Potrzebujesz pięknej sukni ślubnej.
- Och, suknia? - odchylam się, a mój brzuch się kurczy - Kiedy właściwie odbędzie się nasz ślub?
- Jeszcze dzisiaj będę to wiedział. Na szczęście moje nazwisko może ułatwić wiele spraw, dlatego myślę, że sobota będzie w sam raz. Nie obawiaj się, wszystko będzie gotowe. Niczym się nie przejmuj.
- Powinnam się przejmować. Powinnam wybierać kwiaty, dekoracje, kolor przewodni. To moja rola, Jay.
- Wiem, kochanie. Niestety czas nas goni, a ty nie możesz swobodnie poruszać się po mieście.
- Więc twoja wczorajsza wizyta u Henry'ego na nic się zdała, co? Zlecenie nadal jest aktualne?
- Niestety tak, ale nie myśl o tym teraz. Nasz ślub już za kilka dni - porywa mnie w ramiona, okręca dookoła i całuje soczyście w usta - Musimy wybrać obrączki. Cholera, to ekscytujące! - śmieje się radośnie, a jego dobry nastrój udziela się i mnie. Boże, jak ja go kocham!


Po obiedzie dzwonię do Tinny. Umawiam się z nią na mieście, a kiedy uchylam rąbek tajemnicy związany z zakupami, piszczy, aż prawie wywala mi bębenki. Mój uśmiech jest ogromny, żołądek ściśnięty na supeł i nie do końca dociera do mnie, że za parę chwil będę wybierać suknię na swój ślub. A jeszcze bardziej nie dociera do mnie, że w ogóle wychodzę za mąż, w dodatku w wieku dwudziestu lat! Nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie tego dnia, jak i tego, że znajdę odpowiedniego kandydata, który całkowicie zawróci mi w głowie. A jednak! Jeden klub, jedno spotkanie, a potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Sielanka nie trwała długo, kłopoty przyszły szybciej, niż się ich spodziewałam, a jedne wręcz goniły drugie. To smutne, że ślub miał ochronić mnie przed człowiekiem, który wynajął ludzi, którzy mieli mnie zabić.
- Jesteśmy na miejscu - Jay wyrywa mnie z moich myśli i ściska moje udo - To najlepszy salon sukien ślubnych w mieście. Savage oraz Nathan będą z tobą w środku przez caly czas. Proszę, bądź grzeczna.
- Będę, skarbie, przysięgam. Nie zrobię nic, co sprowadzi na mnie kłopoty. Uczę się na błędach, wiesz?
- Bardzo mnie to cieszy, rybko - pochyla się, chwyta moją brodę w dwa palce i patrzy mi w oczy - Jesteś dla mnie najważniejsza, wcale nie chcę cię zostawiać, ale nie powinienem widzieć sukni, prawda?
- Mhm. Kiedyś obiło mi się o uszy, że to ponoć przynosi pecha, a to w tej chwili nie jest nam potrzebne.
- Zgadzam się - puszcza mi oczko, czule muska moje usta i gryzie dolną wargę - Zrobisz coś dla mnie?

- Jeśli chcesz, żebym cię teraz przeleciała, to nie ma szans. Mam spodnie, a to auto jest zbyt ciasne.
- Vivienne! - karci mnie, oburza się i przykłada dłoń do serca - Naprawdę pomyślałaś akurat o tym?
- Żartowałam, głupolu - chichoczę rozbawiona, przyciągam go do siebie i cmokam w nos - O co chodzi?

- Wybierz białą suknię - och! Nie wiem dlaczego, ale zawstydzam się, schylam głowę i gapię się w dźwignię zmiany biegów - Pragnę zobaczyć cię w bieli, rybko. Jesteś w stanie to dla mnie zrobić? Proszę?
- Jestem - przykłada dłoń do mojego policzka, podnoszę głowę, a jego oczy mówią to, czego wcale nie muszą mówić usta. Widzę to, jak bardzo mnie kocha - Zwalę cię z nóg, skarbie. Przygotuj się na to.
- Och, wręcz nie mogę się doczekać - porusza brwiami, odsuwa się i sięga po coś do schowka, a w jego palcach pojawia się coś plastikowego, srebrnego - To dla ciebie, przyjmij bez marudzenia, dobrze?
- Co to? - biorę do ręki, oglądam, a kiedy orientuję się cóż to takiego, natychmiast mu oddaję - Nie.
- Vivienne, błagam! Zrób to dla mnie, maleńka. To ja jestem facetem w tym związku, pozwól mi na to.
- Mam własne pieniądze. Stać mnie na suknię - mrugam zadziornie, chwytam torebkę i wyskakuję z samochodu jak z procy. Macham mu na pożegnanie, a gdyby spojrzenie mogło zabijać, byłabym trupem.


Wchodzę do salonu, w którym są już Tinny oraz Savage z Nathanem. Wyglądają na rozbawionych, kiedy moja przyjaciółka żwawo o czymś opowiada, gestykulując przy tym rękami. Cała ona, ale właśnie taką ją uwielbiam. Nasza przyjaźń nie była jak te standardowe, gdzie psiapsiółki spotykały się na piżama party, plotkowały w szkole i podrywały kapitana drużyny. Nie widywałyśmy się zbyt często, a jednak świetne się dogadywałyśmy. Mogłyśmy na siebie liczyć w każdej sytuacji i razem przeżyłyśmy nie jedną zadymę.
- No proszę! Oto i nasza przyszła panna młoda! - Savage krzyczy głośno i zaczyna klaskać w dłonie.
- Vivi! - Tinny rzuca się na mnie, tuli do siebie i ściska mocno. Auć! - Jak dobrze cię widzieć. Jak tam?
- Dobrze, mała. Cieszę się, że tutaj jesteś. Bez ciebie bym sobie nie poradziła. Boże! Ile tutaj jest sukien!
- Nic nie mów, przejrzałam już chyba wszystkie i wątpię, abyśmy dzisiaj stąd wyszły! Tylko się rozejrzyj.

- Już dostaję oczopląsu od tej bieli. Planowałam czarną suknię, ale Jay poprosił mnie o biel. Biel, czaisz?
- Będziesz najpiękniejszą panną młodą na kuli ziemskiej. Jak księżniczka - przechylam głowę, posyłając jej spojrzenie mówiące; "poważnie, kurwa?! Księżniczka?!" - Okej, może księżniczka to nieodpowiednie słowo.
- Zdecydowanie, Tinny - podchodzę do pierwszego z brzegu wieszaka, a suknia, której dotykam to niebo!
- Witam! - kobieta o przyjaznym uśmiechu podchodzi do mnie i ściska moją dłoń - Cieszę się, że wybrała pani nasz salon. Mamy ogromny wybór sukien. Czy ma pani może jakiś typ, od którego powinniśmy zacząć?
- Eee, właściwie to nie. Nie za bardzo się na tym znam, więc chyba spędzimy nad tym trochę czasu. Na pewno musi być wyjątkowa - uśmiecham się lekko, a Nathan wystawia kciuk ku górze - I dopasowana.
- Dopasowana? Więc już mamy małą wskazówkę, zabieram się do pracy. Zaraz coś dla pani przyniosę.
- Dziękuję - kobieta wychodzi, a ja wreszcie się rozluźniam. Odkładam torebkę na fotel i zsuwam z ramion sweterek. Savage podaje mi kieliszek szampana i we czwórkę stukamy się szkłem - Za co pijemy?
- Jak to za co? Za was, Vivi. Za to, żebyście się dogadywali i przestali skakać sobie do gardeł. To męczące.
- Tsa! - Nathan szturcha Savage'a w ramię, kręcąc głową - Za to, żebyście się kochali i szanowali.
- Awww, rozczulacie mnie chłopcy! - zaciskam usta, ale naprawdę się wzruszyłam - Mam nadzieję, że tak właśnie będzie - unosimy kieliszki, stukamy się ponownie i wypijamy do dna. Nasze świętowanie przerywa dzwoneczek przy drzwiach, który informuje o przyjściu klienta. Odwracam się z uśmiechem na ustach, ale kiedy tylko widzę kobietę przed sobą, uśmiech szybko znika - C-co ty tutaj robisz? - jąkam się zaskoczona, jednak kobiety stojącej przede mną nie spodziewałam się dzisiaj ujrzeć. Tym bardziej tutaj. Szlag!