czwartek, 13 września 2018

Rozdział czterdziesty dziewiąty - Epilog


Jay POV:

Czas, który minął od wydarzeń z Henry'm pozwolił nam odzyskać spokój oraz poukładać sobie pewne sprawy. Półtora roku to całkiem sporo, o czym przekonywaliśmy się codziennie. Caleb został z nami, zmienił się, zaczął mówić i był naprawdę świetnym dzieciakiem. Pokochałem go jak własnego syna, troszczyłem się o niego, tuliłem, całowałem, bawiłem i pokazywałem 'męskie' zabawki, czyli samochody oraz motor, na którym kilka razy przewiozłem go po podjeździe. Piszczal radośnie, a stojąca w progu Vivienne kręciła głową na nasz widok. Uwielbiała Caleba, a co najważniejsze, cudownie sprawdziła się w roli matki. Cofając się do początków naszej znajomości, nigdy nie powiedziałbym, że Vivi kiedykolwiek stanie przed taką ważną rolą, a jednak! Poradziła sobie, nabrała wprawy i przede wszystkim pokazała swoją dojrzałość, czym szczerze mi zaimponowała. Moja żona była niesamowita!

Moja rodzina decyzję o zaopiekowaniu się Calebem przyjęła z ogromnym zaskoczeniem, ale i radością. Mama nawet przez chwilę nie myślała, iż naprawdę mogliśmy to zrobić. Już następnego dnia zadzwoniła do ciotki z drugiego końca świata, czy zaopiekuje się małym, a kiedy powiedziałem o tym Vivienne, rozpłakała się. Potwornie mnie tym zaskoczyła, długo nie mogłem jej uspokoić, aż wreszcie wyznała, że nie możemy na to pozwolić. Zrobiłbym dla niej dosłownie wszystko, ale wtedy czułem, że faktycznie popełnilibyśmy ogromny błąd, oddając małego w obce ręce. Potrzebował dużo miłości, bliskości i wciąż chciał się tulić. Mama dziwiła się trochę i martwiła, czy to na pewno jest całkowicie normalne. Poszliśmy nawet do psychologa dziecięcego, który uspokoił nas i zapewnił, że z małym jest wszystko w porządku. Musieliśmy jedynie zapewnić mu spokój, bez krzyków, awantur, aby uspokoił się wewnętrznie. Faktycznie zdarzały się nocki, kiedy budził się z płaczem i mamrotał "tata". To były ciężkie chwile, które na szczęście udało nam się wspólnie przetrwać. Nie wiem, czy Caleb zapomniał o Henry'm, ale od prawie roku słowem tata obdarowywał mnie. Za każdym razem rozczulał mnie tym i rozkładał na łopatki, a mi wciąż było mało.

Kiedy Vivienne powiedziała o naszej decyzji chłopakom z Seven, zapadła grobowa cisza. Przysięgam, że nikt nie odezwał się słowem przez dobrą godzinę! Zamarli, jakby ktoś zatrzymał czas, patrzyli raz na mnie, raz na Vivi i jedynie kręcili głowami. Dopiero kiedy pierwszy szok minął, zaczęły się pytania; dlaczego? Po co? Ale jaki w tym sens? To szalone! Przecież sama jesteś dzieckiem! Ochujałaś?! Odstaw to, co bierzesz!

Vivienne cierpliwie odpowiadała na każde pytanie i nie zamierzała zmieniać zdania. Od pierwszego spotkania z Calebem coś w niej drgnęło, zmieniło się bezpowrotnie. Może to instynkt się w niej obudził?
A może było jej żal tego biednego dziecka, które znalazło się w beznadziejnej sytuacji? Miała dobre, wrażliwe serce. Pomogła uciec dziewczynie, która była córką Rosyjskiego bossa, prawie przypłaciła ten ruch życiem, a jednak nigdy tego nie żałowała. Vivi była niesamowitą, wyjątkową kobietą, a ja miałem ogromne szczęście, spotykając ją w swoim życiu. Nasza droga była kręta, a mimo to daliśmy radę.






****
Wchodzę do domu pięć po drugiej, rozglądam się, ale nigdzie nie ma żywej duszy. Marszczę brwi, bo o tej godzinie Vivi i Caleb powinni być w domu. Cholera! Wyciągam telefon, dzwonię kilka razy, ale nie odbiera. Dawno nie czułem tego dziwnego niepokoju o jej bezpieczeństwo, który teraz zalewa mnie podwójnie.
- Savage, Nathan?! - wydzieram się, przechodzę do kuchni i wypijam szklankę wody - Kurwa mać, no!
- Co jest, stary? - do środka wchodzi ten drugi, bierze ściereczkę i wyciera brudne od smaru dłonie.
- Gdzie, do jasnej cholery podziewa się Vivienne, huh? Nie odbiera ode mnie telefonu, co się dzieje?
- Nie mam pojęcia, Jay. Poszła do przedszkola po małego, właściwie powinna wrócić dosyć dawno.
- Wspaniale! - burczę pod nosem, wbiegam na górę, w pośpiechu zmieniam koszulkę i schodzę na dół. Wsiadam do mustanga, ruszam z piskiem opon i po dziesięciu minutach parkuję pod przedszkolem. Szybko dowiaduję się, że Vivi odebrała Caleba dwadzieścia minut temu, co wcale mi się nie podoba - Gdzie ty się podziewasz, dziewczyno - szepczę do siebie, ponownie wykręcam jej numer, ale nadal cisza - Niech to szlag! - zostawiam samochód, przechodzę do parku i rozglądam się na wszystkie strony. Jak na zawołanie w moje oczy rzuca się moja żona oraz Caleb, który zjeżdża ze zjeżdżalni, śmieje się głośno, a Vivienne ledwo za nim nadąża! - Rybko! - krzyczę, biegnąc w jej stronę. Gwałtownie przekręca głowę, marszczy brwi i wpatruje się we mnie zaskoczona - Chryste, co ty odwalasz, huh? Dlaczego nie odbierasz telefonu?
- Och - zaciska usta, wyjmuje go z kieszeni i przewraca oczami - Przepraszam, padła mi bateria, skarbie.
- Wiesz, że prawie dostałem pieprzonego zawału? Nie było cię w domu, nie odbierasz telefonu, a w przedszkolu mówią mi, że odebrałaś młodego dwadzieścia minut temu. Nie rób tak nigdy więcej, Vivi.
- Naprawdę przepraszam. Caleb wyciągnął mnie do parku i na lody. Proszę, nie złość się już, dobrze?
- Po prostu tak nie rób. Martwiłem się - przyciągam ją do siebie, chowam w swoich ramionach i całuję w głowę. Kamień spada mi z serca i wreszcie oddycham z ulgą - Jest dość chłodno, przeziębicie się.
- Nie przesadzaj, jest dobre piętnaście stopni, Justin. Poza tym Caleb potrzebuje się trochę wyszaleć.
- Właśnie widzę - wpatruję się w niego, jak biega z innymi dzieciakami i piszczy, aż chce wywalić bębenki.


Kiedy tylko przekraczam próg domu, Caleb dopada Bruna, naszego szarego kocurka, którego zabraliśmy z domu Henry'ego. Zadomowił się tak samo, jak młody i wręcz uwielbiał spać na moich kolanach. Na początku za nim nie przepadałem, unikałem go jak ognia, ale ten skurczybyk chyba doskonale to wyczuwał, bo pchał się tylko do mnie, jakby chciał mnie do siebie przekonać. Udało mu się to, bo już po tygodniu uwielbiałem drapać go za uchem i wtulać policzek w mięciutką, cieplutką sierść. Kto by pomyślał, że mój cichy dom nagle zrobi się tak głośny i radosny? Nie będę ściemniał, bardzo mi się to podobało.
- Mama zaprosiła nas w sobotę na obiad - Vi stawia przede mną talerz z górą spaghetti, nakłada dla małego i sadza go tuż obok mnie - Mam nadzieję, że nie masz żadnych planów? Jeśli masz, zmienię termin.
- Nie, nie mam planów, rybko - obserwuję, jak nakłada porcję dla siebie i siada naprzeciwko mnie. Cieszyłem się, kiedy miesiąc po naszym ślubie na spokojnie porozmawiała z mamą, powiedziała jej wszystko to, co myśli i wreszcie się pogodziły. Na początku było ciężko, teraz spotykały się zdecydowanie częściej - Hej, czy przypadkiem Ellie nie wspominała, że twoja mama ma w sobotę imieniny?
- Faktycznie! - przewraca oczami i uderza się w czoło - Kompletnie o tym zapominałam. Dzięki, skarbie.
- Ależ nie ma za co - puszczam jej oczko, wsuwa do ust porcję makaronu nie spuszczając ze mnie wzroku. Uwielbiam ją, tak samo, jak Caleb - Pamiętaj, że Kath ma wpaść w piątek, pani zapominalska - prycha pod nosem i posyła mi to poważne - rozbawione spojrzenie. Katherina uniknęła kary, ba, Thomas pozwolił jej zostać w Chicago, dzięki czemu zaprzyjaźniła się z Vivienne. Nawet lubiła spotykać się z Taylor oraz ich uroczą córeczką Gabrielle - Wiesz, chyba powinniśmy wreszcie kupić wózek i łóżeczko. Już pora, rybko.
- Nie, to jeszcze nie jest pora, Jay. Mamy dobre dwa miesiące, to dopiero siódmy miesiąc. Poza tym... - nie kończy. Odkłada widelec, krzywi się i przykłada dłoń do zaokrąglonego brzuszka. Zrywam się z miejsca jak porażony prądem, dopadam do niej i obejmuję - To nic wielkiego, po prostu strasznie się rozpycha.
- Położysz się? - przytakuje głową, biorę ją na ręce, po czym zanoszę do salonu i ostrożnie odkładam na kanapę. Podsuwam poduszkę pod jej głowę, wlepiam w nią wzrok, a mój niepokój wybija pieprzoną skalę.
- Musisz trochę wyluzować, Justin. Jestem w ciąży, to normalne, że dziecku zaczyna brakować miejsca.
- Łatwo ci mówić. Za każdym razem, kiedy widzę grymas na twojej twarzy, prawie dostaję zwału.
- Ani mi się waż! - wystawia palec, jednocześnie posyłając mi uroczy uśmiech - Jak zniesiesz poród, co?
- Obiecałem, że będę przy tobie, tak? Obietnicy dotrzymam, choćbym miał się tam przekręcić, rybko.
- Jesteś stuknięty, wiesz? - przewraca oczami i chwyta moją dłoń - Zajrzyj do Caleba, dobrze? Został sam.
- Jasne, maleńka - całuję ją w czoło, a kiedy przekręcam głowę, dostrzegam małego stojącego w progu.
- Mamusiu? - szepcze cicho, marszczy brewki i wygląda na smutnego, zagubionego, czego nie rozumiem. Wystawiam dłoń, podbiega natychmiast i przytula się do mnie. Boże, ależ ja kocham tego chłopca.
- Spokojnie, syneczku. Mamusia źle się poczuła, wiesz? Twoja siostrzyczka się rozpycha i jest niegrzeczna.
- Chciałbym ją już zobaczyć - odchyla głowę i posyła mi piękny uśmiech - Kiedy Danielle wyjdzie?
- Jeszcze troszkę i będzie z nami. Zostaniesz starszym bratem, będziesz musiał jej bronić i pomagać jej.
- Będę, tatusiu. Nauczę ją jeździć na rowerze i pokażę wszystkie moje żołnierzyki. Czy ona mnie polubi?
- Pokocha cię, skarbie. Tak, jak my cię kochamy - Vivi patrzy na niego z czułością i odgarnia blond włoski. 







K  O  N  I  E  C






*********************************************
TADAM! Mamy zakończenie!
Nie wiem, czy takie maślane przypadnie wam do gustu, ale nie chciałam niszczyć ich sielanki ;)
Kto wie? Może napiszę drugą część? U mnie nigdy nic nie wiadomo :D

Oczywiście standardowo dziękuję wszystkim, którzy przebrnęli przez całość.
Każdemu z osobna za komentarze, które mobilizowały mnie do działania. Nie ma nic piękniejszego niż myśl, że ma się dla kogo pisać, a niektóre z was są ze mną od... ho, ho... lat! Obłęd!

Tak więc jeszcze raz DZIĘKUJĘ! 
Zostajemy oczywiście z Freyą i Justinem. Jako, że to jest jedyne opowiadanie, jakie w tym momencie prowadzę, rozdziały mogą pojawiać się we wtorki i piątki, jeśli chcecie.
A może w międzyczasie coś jeszcze napiszę? Zobaczymy :)

Ściskam was mocno i przesyłam całusy!
Kasia






wtorek, 11 września 2018

Rozdział czterdziesty ósmy


Jay POV:

Podbiegam do Vivienne, chowam ją w swoich ramionach i całuję w głowę. Nie zwracam uwagi na panujące wokół zamieszanie oraz na Katherinę, która stoi kilkanaście kroków dalej, z wciąż wycelowaną w mojego wuja bronią. Nie dostrzegam na jej twarzy strachu, niepewności, żalu. Jest tylko determinacja i ogromna nienawiść, ale nie dziwię się jej. Miała pełne prawo nienawidzić Henry'ego, ponieważ wyrządził jej sporo krzywdy. Nie zmienia to faktu, iż jej widok w Chicago mnie szokuje. Co ona tutaj do cholery robi?!
- Wszystko w porządku, rybko? - odchylam się, przyglądam się jej twarzy i ogarniam włosy z policzków.
- T-tak, chyba tak. Nic mi nie jest, jedynie się przestraszyłam - przekręca głowę, marszczy brwi i wpatruje się w martwe ciało Henry'ego, które leży tuż obok nas - C-czy on naprawdę nie żyje, Justin? Może śpi?
- Nie, Vivienne, nie śpi. Katherina go zastrzeliła - wzdycham ciężko, podnoszę głowę, jednak nie ma po niej nawet śladu. Dobra decyzja - Ktoś się nim zajmie, powinniśmy wrócić do domu. To był długi dzień.
- Justin - podchodzi do nas Thomas, który wygląda na solidnie zmęczonego - Zaraz przyjadą moi ludzie, żeby posprzątać. Wracajcie do domu, odpocznijcie. Możecie przyjechać jutro do mamy? Pogadamy.
- Jasne - klepię go po plecach, chwytam Vivienne za rękę i po pożegnaniu z resztą wracamy do domu.


Budzi mnie uderzający o parapet deszcz. Mieliśmy szczęście, ponieważ wczorajsza pogoda na ślubie dopisała i było dość ciepło. Dzisiaj niestety jest pochmurno i nie zapowiada się na poprawę pogody. Mam chęć spędzić cały dzień w łóżku, z moją świeżo poślubioną żoną, jednak wiem, że powinniśmy pojechać do mamy i porozmawiać o tym, co wydarzyło się wczoraj na przyjęciu. Katherina zabiła Henry'ego. Jasny gwint, chyba nadal w to nie wierzę. Nikt nie miał odwagi pozbyć się wuja, mimo tego, iż przekraczał wszelkie granice, a ona tak po prostu, na oczach członków mafii, zabiła go i nie drgnęła jej powieka.
Nie ukrywam, Katherina zawsze miała jaja, po prostu nie mogła pokazać swojej odwagi. Zasady.
- O czym tak intensywnie rozmyślasz? - cichy głos Vivi sprowadza mnie na ziemię. Przekręcam głowę i podziwiam jej zaspaną buźkę, rozczochrane włosy i urocze poduszeczki pod oczami - Halo! Justin!
- To nic ważnego, rybko - odchylam kołdrę i układam się na niej, opierając głowę na jej piersiach. Wsuwa palce w moje włosy, przeczesuje delikatnie, a to zawsze działa na mnie dziwnie kojąco. Uwielbiam jej dotyk - Dochodzi trzynasta czterdzieści. Mam nadzieję, że moja piękna żona się wyspała, hmm?
- Oczywiście. Twoje łóżko jest bardzo wygodne, czułam cię obok siebie, a wtedy zawsze dobrze mi się śpi.
- Mam dokładnie tak samo - uśmiecham się, podnoszę głowę i pocieram nosem o jej - Weźmiemy razem prysznic? - puszcza mi oczko, podnoszę się i po chwili odkręcam wodę w kabinie, zrzucamy z siebie ciuchy i wchodzimy pod deszczownicę - Szkoda, że naszą noc poślubną szlag trafił. Miałem wielkie plany.
- Och, naprawdę? - zagryza wargę i patrzy na mnie tym spojrzeniem, od którego mam gęsią skórkę.
- Mhm. Niestety sprawy nieco się skomplikowały, więc postanowiłem odpuścić i nie męczyć cię.
- Daj spokój, przecież nic mi nie jest, Jay. Doskonale wiesz, że jestem twarda, niełatwo mnie złamać.
- Masz rację - ujmuję jej głowę w dłonie i patrzę w oczy - Jednak nie darowałbym sobie nigdy, gdyby cokolwiek ci się stało, wiesz? I może nie powinienem tego mówić, ale ulżyło mi, że Henry gryzie glebę. Zmienił się, oszalał, wydał na ciebie zlecenie. Nareszcie jesteś bezpieczna. Tylko to się dla mnie liczy.
- Nie myśl już o tym, dobrze? Mamy to za sobą, teraz musimy skupić się na sobie. Jestem twoją żoną, Jay.
- Jesteś. Nie masz pojęcia, jak to wspaniale brzmi. Nigdy nie pozwolę ci odejść, jesteś tylko moja.
- A ty jesteś mój - podskakuje, owija nogi wokół moich bioder i gryzie w wargę - Tak sobie myślę - zacina się, opieram jej plecy o ścianę i napieram na jej ciało - Henry nie żyje, gdyby Katherina zabiła go kilka godzin wcześniej, nie musielibyśmy brać ślubu - co takiego? Marszczę brwi i gapię się na nią zaskoczony.
- Bzdura! I tak byś za mnie wyszła, Vivi. Wszystko było gotowe, myślisz, że pozwoliłbym ci zmienić zdanie?
- Jesteś szalony - prycha rozbawiona, wierci się i ociera o mnie - Więc? Co z tą nocą poślubną, mężu?
- Mówisz, masz. Może to nie noc, ale na pewno tego nie zapomnisz. Zapewniam cię, moja piękna żono.


Kiedy tylko przekraczamy próg domu mojej mamy, docierają do nas głosy. Rozpoznaję je niemal natychmiast, ponieważ należą do Rogera, Thomasa i Jeremiego. Wiem, że są tu wszyscy, którzy być powinni. Zawsze, kiedy coś się dzieje zebranie rodzinne to obowiązek. Tak jest również i teraz.
- Och, Justin i Vivienne. Dobrze, że jesteście - mama przytula nas do siebie i z rozczuleniem spogląda na moją żonę - Wyglądasz prześlicznie, kochanie. Mam nadzieję, że dobrze czujesz się po wczorajszym?
- W porządku, Dorothy. Nic mi nie jest, naprawdę. Henry nic mi nie zrobił, tylko trochę przestraszył.
- Usiądźmy - Thomas zaprasza nas do stołu, Justin nalewa dla nas kawy i podaje mi cukier - Sprawy nieco się skomplikowały, Henry nie żyje, a za spust pociągnęła Katherina. Nie mam pojęcia, skąd się u licha wzięła w Chicago, ale postanowiłem, że nie poniesie kary za to, co zrobiła - patrzę na brata, a jego słowa mnie zaskakują. Byłam pewny, że Kath będzie musiała zapłacić za morderstwo, którego dokonała na oczach ludzi z mafii - I tak sam bym to zrobił, ponieważ wuj przekroczył wszelkie granice. Nic do niego nie docierało, miał w nosie moje słowa, jak i swoich braci, nie uszanował moich decyzji. To pewne, że nie przestałby działać, dopóki nie osiągnąłby założonego przez siebie celu. Vivienne, czy masz kontakt z Kath?
- Tak, posiadam jej numer. Wyślę do niej wiadomość, wyjaśnię, o co chodzi. Na pewno cię wysłucha.
- Świetnie! Teraz druga sprawa; mianowicie Caleb, syn Henry'ego. Skontaktowałem się z jego nianią, ponieważ tylko ona się nim opiekowała. Zaraz tutaj będzie. Musimy podjąć decyzję, co z nim zrobić.
- Jak to co? Trzeba odnaleźć jego matkę, tak? Skoro ojciec nie żyje, ona ma prawo do opieki nad nim.
- Super pomysł, Jeremy. Jaka szkoda, że zaćpała się pół roku temu. Henry obserwował jej życie, powiedział mi o tym kilka dni temu, kiedy do niego dzwoniłem. Sytuacja jest naprawdę beznadziejna.
- Faktycznie kolorowo to nie wygląda - wzdycham ciężko i spoglądam na Vivi, która wpatruje się w kubek z kawą - Coś musimy wymyślić, przecież to członek naszej rodziny i w dodatku jest jeszcze bardzo mały.
- Wiem o tym, syneczku. Problem w tym, że ja jestem za stara, żeby opiekować się dzieckiem. Jak widzisz, twoi wujkowie mają swoje sprawy, obowiązki, a Thomas czeka na swoje własne, pierwsze potomstwo.
- Dzień dobry - nasze rozmowy przerywa stojąca w progu kobieta. W ramionach trzyma małego chłopca, którzy przesuwa po wszystkich wzorkiem i zatrzymuje się na mnie - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam?
- Ależ skąd, zapraszamy - mama zrywa się na równe nogi, podchodzi do niej i odbiera płaszczyk.
- Dżiej - Caleb wskazuje na mnie palcem, uśmiecha się szeroko i wyrywa w moją stronę - Wujek Dżiej - och! Jestem w szoku, że mnie pamięta! Widziałem go ostatnio z pół roku temu! Kobieta stawia go na podłodze, podbiega i wpada w moje rozchylone ramiona. Muszę przyznać, że słodki z niego chłopiec.




Vi POV:

Jak sparaliżowana gapię się na Justina trzymającego w ramionach małe dziecko. Chłopczyk jest drobniutki, ma śliczne, blond włoski i niebieskie oczy. Jest ubrany niczym mały model. Na stopach ma białe adidasy firmy Nike, niebieskie jeansy z przetarciami i szarą bluzę z kapturem, spod której wystaje czarna koszulka z logiem batmana. Całość dopełnia czapka z daszkiem. Cholercia, ależ z niego przystojniak!
- Pamiętasz mnie, maluchu? - chłopiec przytakuje główką, a Justin mocniej go do siebie przytula - Więc masz świetną pamięć, Caleb. Chodź, rybko - wystawia dłoń, podnoszę tyłek z krzesła i podchodzę do nich - To jest ciocia Vivienne. Jest naprawdę świetną dziewczyną, wiesz? Chcesz dać jej buziaka? - chłopiec marszczy brewki, patrzy na mnie niepewnie i zastanawia się, czy zdobyć się na taki gest. Posyłam mu lekki uśmiech, puszczam oczko, a uśmiech wraca na tę piękną buźkę. I mimo tego, iż się tego nie spodziewałam, pochyla się i całuje mnie prosto w usta. Boże! Chyba się zakochałam! - Brawo! Zobacz, ciocia się uśmiecha.
- Ćiocia - patrzy na Justina, potem znowu na mnie, klaszcze w dłonie i zerka na swoją opiekunkę.
- Caleb nie mówi zbyt dużo, uprzedzam Państwa. Jest dość zamkniętym w sobie dzieckiem. Był świadkiem awantury, potem bójki i niestety to sprawiło, że zrobił się bardzo strachliwy. Potrzebuje dużo miłości.
- Boże, to takie smutne - układam dłoń na jego plecach, głaszczę czule, a moje serce zaciska niewidzialna pięść. Ten biedny chłopczyk przez własnego ojca musiał sporo przejść, może Henry nawet go nie przytulał, nie spędzał z nim czasu, a ta myśl cholernie mnie boli. Rzadko miałam do czynienia z dziećmi, jednak teraz budzi się we mnie coś dziwnego, coś, czego nie rozumiem, a mimo to podejmuję decyzję - Zabierzmy go dzisiaj do siebie, Justin - gwałtownie przekręca głowę, a w jego oczach pojawia się szczery szok.
- Jesteś tego pewna? - wpatruje się we mnie z niedowierzaniem, przytakuję głową i patrzę na tego uroczego chłopczyka, który wystawia rączki i ląduje w moich ramionach. Obejmuje mnie za szyję, wtula się we mnie niczym mała małpka, a w moich oczach pojawiają się łzy. Nie chcę się tutaj rozkleić, ale to tak niesamowicie uczucie móc tulić małe ciałko, które potrzebuje uczucia, miłości, opieki - No dobrze.
- Uważajcie Państwo - kobieta podchodzi do nas i patrzy na mnie z rozczuleniem - Caleb łaknie miłości, jeśli ją od was poczuje, nie będzie chciał się z wami rozstać. Zastanówcie się, zanim spędzicie z nim czas.


Wracamy do domu we trójkę. Sonia, bo tak ma na imię opiekunka Caleba, dała nam fotelik oraz kilka ubranek i zabawek. Siedzę na tylnym siedzeniu razem z małym, obserwujemy krajobraz i opowiadam mu o liściach, drzewach, ptaszkach, a on słucha uważnie i co chwilę słyszę ciche, urocze "oooch". Chichoczę wtedy, a on chichocze razem ze mną. I kompletnie nie rozumiem tego, co właśnie dzieje się w moim sercu, głowie, a mam wrażenie, że to totalny rozpierdol. Zachwycam się dzieckiem, które dzisiaj zobaczyłam po raz pierwszy, dzieckiem, które jest synem człowieka chcącego mnie zabić, a potem zmieniającego zdanie gorzej niż kobieta podczas okresu. Przyłapuję się nawet na tym, że to nie ma dla mnie żadnego znaczenia, bo pragnę przelać na niego tyle miłości, ile tylko w sobie mam. Jest taki piękny, słodki, maleńki. W dodatku został całkiem sam, jego rodzice nie żyją i jest problem, co z nim począć. Kto się nim zajmie?

Justin parkuje pod domem, otwiera dla nas drzwi i odpina Caleba. Kiedy tylko stawia go na nogach, podchodzi do mnie, chwyta za rękę i rozgląda się na dookoła. Zapewne czuje się dość niepewnie, jesteśmy ludźmi, którzy nie przebywali z nim codziennie, a teraz nagle znalazł się w nowej sytuacji, z dala od ojca.
- Nie wiem, co kombinujesz, rybko, ale już ja znam to spojrzenie - Jay patrzy na mnie poważne, przepuszcza nas i po chwili docieramy do pokoju. Caleb wskakuje na kanapę, macha nogą i patrzy wprost na mnie - Mam złe przeczucia, kochanie. Jeśli tak się na ciebie gapi to znak, że cię lubi?
- Mam nadzieję, że mnie lubi, bo ja lubię jego - kucam przed nim, rozsuwam bluzę, zdejmuję ją oraz czapkę - Jesteś głodny? - ochoczo przytakuje głową i spogląda na Justina - Co je takie małe dziecko?
- Caleb za półtora miesiąca skończy dwa lata, może jeść prawie wszystko. Oby tylko nie było pikantnie - patrzę na niego zaskoczona, ale on tylko wzrusza ramionami - No, co? Przecież miałem siostrę, prawda? Opiekowałem się nią, jak na starszego brata przystało. Mam małe doświadczenie z bobasami.
- Ależ mi zaimponowałeś, mężu - przysuwam się i soczyście całuję jego pulchne usta - Co z nim będzie?
- Nie mam pojęcia, rybko. Sytuacja nie wygląda zbyt dobrze, każdy ma własne życie, obowiązki, sprawy. Niestety maluch został na tym świecie bez ojca i matki, za to ma potężną rodzinę. Coś wymyślimy.
- Chciałeś mieć dziecko, prawda? - wbijam zęby w wargę, patrzę na niego oczami szczeniaka, a do niego dociera sens moich słów - Może powinniśmy go zatrzymać i wychować, hmm? Tylko na niego spójrz.
- Vivienne, to poważna decyzja, zdajesz sobie z tego sprawę? To dziecko, nie pies! To tak na całe życie.
- Serio? Dziękuję, że mnie oświeciłeś. A nasze dziecko to co? Byłoby tylko na chwilę? Możemy mieć dwójkę.
- Zwariowałaś, wiesz? - kręci głową, podnosi się i ciągnie mnie w górę - Skąd w tobie nagle taki instynkt?
- Sama nie wiem. Po prostu zobaczyłam go i coś we mnie drgnęło. On jest sam, Justin, nie zniosę myśli, jeśli cokolwiek mu się stanie, wiesz? Chrzanię, kto jest jego ojcem. To dziecko w niczym nie zawiniło.
- Zgadzam się z tobą, on jest ponad to. Po prostu zaskakujesz mnie jak diabli, rybko. Nie byłaś gotowa na dziecko, prawda? Chciałaś jeszcze poczekać, studiować. Taki mały szkrab to ogromny obowiązek.
- Domyślam się, ale chyba sobie poradzę, co? Studia nie zając, nie uciekną, a on potrzebuje nas teraz.
- Pomyślimy o tym jutro, dobrze? Na razie trzeba go nakarmić no i zająć zabawą. Więc jak, mamusiu?
- Do dzieła, tatusiu - puszczam mu oczko, całuję, a po chwili Caleb wpycha się między nas. Bestia!
 


Jay POV:
Noc przebiegła spokojne. Caleb spał z nami, a raczej z Vivienne, bo wręcz przykleił się do jej ciała, a dla mnie nie został nawet skrawek! Więc tak to będzie wyglądać? Przywłaszczy ją sobie, a ja będę musiał obejść się smakiem? Co to, to nie! Przeskakuję na drugą stronę łóżka, po czym przytulam się do ciepłych pleców mojej żony. Mruczy pod nosem, wierci się i wciska pupę w moje krocze. Jasny gwint, pragnę jej.
- Kusisz mnie tyłeczkiem, rybko? - szepczę jej do ucha, porusza biodrami i perfidnie się o mnie ociera! - Poważnie? Podniecasz mnie, kiedy tuż obok, przyklejony do twoich piersi śpi Caleb? Bardzo nie ładnie.

- Jest jeszcze wcześnie, na pewno się nie obudzi - mówi sennie i schyla głowę, spoglądając na malucha.
- Nie mam zamiaru kochać się z tobą, kiedy on śpi tuż obok. To dziwne! Nie skupię się na swojej robocie.
- Nie marudź, Jay - karci mnie, przenosi dłoń do tyłu i wsuwa w bokserki, ściskają mojego kutasa.

- Jesteś niemożliwa. Przesuń go na moją stronę - posłusznie wykonuje moje polecenie, Caleb wierci się przez moment, ale po chwili śpi dalej - Od razu lepiej - napieram na jej ciało, zsuwam majtki i po chwili jestem w środku - Och, ależ za tym tęskniłem, kochanie. Boję się, że on mi to odbierze, wiesz?
- Bredzisz - dyszy ciężko, zarzuca nogę na moje biodro, czym daje mi dostęp do maleńkiego guziczka.
- Nie wydaje mi się, ale nie pozwolę mu na to, aby mi ciebie zabrał. Będzie musiał się ze mną podzielić.
- Jesteś nienormalny, zamknij się już - burczy pod nosem, zmienia pozycję i teraz to ona przejmuje kontrolę. Podziwiam jej piękną twarz, kiedy siedzi na mnie i kołysze się w przód i w tył.  


Po południu jedziemy do domu Henry'ego. Sonia wskazała nam adres i po czterdziestu minutach byliśmy na miejscu. Nie ukrywam, skurczybyk kupił sobie willę, jakby miał tu pomieścić co najmniej z cztery rodziny. Tymczasem był sam z małym dzieckiem. A może miał ich więcej, tylko o tym nie wiedzieliśmy?
- Zapraszam - Sonia wita nas w drzwiach, wpuszcza do środka i prowadzi do salonu - Spakowałam rzeczy małego. Jego ubrania, zabawki, wózek oraz łóżeczko. Zaraz powinna przyjechać firma przeprowadzkowa.
- Świetnie! Dziękuję, że zajęłaś się wszystkim. Nie do końca jeszcze ogarniam całą tą dziwną sytuację.

- Ja również. Nadal jestem w szoku, iż Pan Henry nie żyje. Bywał porywczy, ale traktował mnie dobrze.
- Cieszę się. Kiedy właściwie mój wuj zamieszkał w tym domu? Miał nakaz powrotu do Teksasu.
- Och, nie wyjechał - co takiego?! - Zaszył się tutaj i stąd zarządzał interesami. Wspominał o Pańskim bracie, nie zgadzał się z jego decyzją i był bardzo zły. Mieszkał tutaj od momentu, w którym miał wziąć ślub z panienką Katheriną - niech to szlag, zrobił nas wszystkich w chuja! Olał nakaz Thomasa.
- Bosko - burczę pod nosem, Caleb biega po salonie i zbiera resztę swoich zabawek. Nagle dociera do mnie prze słodki głosik Vivienne, odwracam się za siebie i kręcę głową. Trzyma w ramionach małego, szarego kotka i grucha do niego jak do Caleba. Kiedy jednak posyła mi "to" spojrzenie, wiem, co się święci - Nie, nie i jeszcze raz nie, rybko. Wybij sobie z głowy, kota nie zabieramy. Nie przepadam za zwierzętami.
- Ale spójrz na niego, jest jeszcze maleńki, Jay! Nie możemy go tutaj zostawić całkiem samego. Proszę!
- Vivienne, nie zachowuj się jak dziecko, proszę. Kot nie jest nam do niczego potrzebny, prawda?
- Będzie nam weselej - posyła mi szeroki, rozbrajający uśmiech i czule całuje w usta - Proszę, mężu.
- Dlaczego do cholery grasz na moich uczuciach, huh? Wiesz, że zrobię dla ciebie wszystko, skarbie.
- Świetnie! Soniu, możesz spakować również wszystko dla kotka? Karmę, kuwetę, drapak - co takiego?!
- Już tego żałuję - przecieram twarz rękami, a Sonia chichocze na nasz widok. Tsa, boki zrywać!


Wieczorem oglądamy bajki. Vivienne leży na kanapie, przebrana w piżamę, a na niej leży Caleb. Przytula się do cycków, które należą tylko do mnie, ssie smoczek, którego musimy go oduczyć, zalecenie Sonii, i prawie zasypia. Przyglądam im się zamyślony, ale oboje wyglądają tak słodko, aż coś chwyta mnie za serce. Może faktycznie to szalona decyzja, ale jestem skłonny zaopiekować się tym maluchem, aby wyrósł na porządnego człowieka. Pragnę zostać ojcem, chociaż sądziłem, że to Vivienne urodzi mi dziecko. Sytuacja nieco się zmieniła, a ojcostwo spadło na mnie niczym tona cegieł, przygniatając boleśnie. Miałem mnóstwo wątpliwości, bałem się, ale wystarczyło tylko na nich spojrzeć, aby mieć nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży. Vivi była bezpieczna, wyszła za mnie, a mój cel został osiągnięty. Była moja na zawsze.  







**********************************
Hejo :)
Postaram się dodać jutro rozdział, bo to będzie ostatni :)

Buziam
Kasia









wtorek, 4 września 2018

Rozdział czterdziesty siódmy


Jay POV:

W nocy ledwo zmrużyłem oczy. Zerwałem się z łóżka kilka minut po siódmej rano, pojechałem po całkiem sporą, bo dziesięciokilogramową dostawę towaru, podrzuciłem do Dragona i zahaczyłem o fryzjera. W domu wypiłem trzy szklaneczki whisky, a mimo to moje nerwy były napięte jak postronki. Savage kiwał głową, patrząc na mnie, a Nathan dopinał sprawy do końca. Wszystko było gotowe. Przyjęcie, kościół, ochrona. Vivienne miała przyjechać do kościoła z całą obstawą, a to, że nie widziałem jej od wczoraj, siało niepokój w mojej głowie. Zapewniła mnie jednak, że tę noc powinniśmy spędzić osobno, więc wypiłem z chłopakami u siebie, a Vi spędziła ten czas z przyjaciółmi z Seven oraz Tinny. Na szczęście wysłała mi wiadomość kilka minut temu i zapewniła, że u niej wszystko w porządku i jest gotowa za mnie wyjść. Głupi uśmieszek zawitał na moich ustach, a w sercu rozlało się ciepło. Niewiarygodne, że byłem jej tak pewny, jak i tego, że pragnę spędzić z nią resztę życia. Znaliśmy się nieco ponad trzy miesiące, a za czterdzieści minut będziemy małżeństwem. Gdyby ktoś powiedział mi to kilka miesięcy temu, wyśmiałbym go. Takie rzeczy nie dzieją się w prawdziwym życiu, nawet mój brat "chodził" z Taylor dobry rok, zanim wzięli ślub. Ja nie miałem zamiaru czekać dłużej. Kiedy tylko zobaczyłem ją po raz pierwszy, przeczuwałem, że to jest "to". Takie rzeczy się czuje. Wiedziałem, że połączy nas dłuższa znajomość. Mimo tego, iż miałem wobec niej zupełnie inne plany, które krok po kroku wprowadzałem w życie, wszystko i tak wzięło w łeb. Dzięki niej chciałem przejąć dostawę z Japonii, tylko na tym mi wtedy zależało, a potem kompletnie się zatraciłem i zwariowałem na jej punkcie. Owinęła mnie sobie wokół małego palca w tak krótkim czasie.
Chrzanić to, jak bardzo Vivienne była wybuchowa, zadziorna, uparta. Chrzanić to, że momentami doprowadzała mnie do białej gorączki, aż miałem chęć wyjść z siebie i stanąć obok. Chrzanić nawet to, że była taka młoda, znaliśmy się dość krótko, bo w tej chwili nic z tych rzeczy nie miało znaczenia. Chciałem jej i mimo popełnionych błędów dzisiaj zostanie moją żoną. Życie jest kurewsko szalone! 


Pod kościół podjeżdżam moim ukochanym cacuszkiem, czerwonym Fordem Mustangiem. Jako że czerwień to motyw przewodni naszego ślubu, specjalnie wybrałem ten samochód. Kiedy tylko wysiadam, dostrzegam mnóstwo ludzi na zewnątrz, w tym Thomasa, mamę oraz wujka Rogera. Rozmawiają, śmieją się, a ich dobre humory mnie cieszą. Ten dzień ma być wyjątkowy, niezapomniany i magiczny. Liczę na to, że nic go nie zakłóci, ale od tego jest ochrona. W kościele będzie ograniczona grupa ludzi, tylko rodzina, której ufam bezgranicznie. Nie mam zamiaru ryzykować, gdyby Henry nagle wpadł na jakiś durny pomysł i próbował namieszać. Straciłem do niego zaufanie, niepokoi mnie jego gra więc wolę dmuchać na zimne.
O naszym ślubie wszyscy dowiedzą się dopiero za godzinę, kiedy wejdziemy do ogrodu, w którym będą czekać goście. Zapewne nikt się tego nie spodziewa, a Henry będzie miał miłą niespodziankę.


Czekam przed ołtarzem, poprawiam muchę i próbuję wsunąć palec pod kołnierzyk. Uwiera mnie to cholerstwo, drażni i mam ogromną ochotę wywalić to w diabły. Thomas karci mnie jak dziecko i prosi, żebym przestał się wiercić. Łatwo mówić! Nie jestem przyzwyczajony do krawatów, much i tego typu ustrojstwa. O ile toleruję koszule, tak nic innego nie wchodzi w grę. Zdecydowanie wolę luźny styl.
- Jezu, bracie! Ależ ty jesteś nieznośny - Thomas przewraca oczami i posyła uśmiech naszej mamie.
- Poważnie nie czuję się dobrze w tej muszce, wiesz? Kiedy powinna zacząć się ceremonia? Gdzie Vi?
- Właściwie - spogląda na zegarek i ponownie unosi głowę w stronę wejścia - Twoja żona już tutaj jest.
- Jeszcze narzeczona - prycham pod nosem i wpatruję się w postać, która stoi tuż przy drzwiach. Dzieli nas spora odległość, więc dostrzegam jedynie zarys jej postaci w bieli. Jak na zawołanie po kościele roznosi się piękna melodia, a Vivienne w towarzystwie Dantego kroczy w moją stronę. I kiedy jest na tyle blisko, abym mógł ją podziwiać, rozdziawiam usta na jej widok. Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać, chociaż kilka razy próbowałem sobie wyobrazić ten moment. Wyobrażenia jednak nijak mają się do rzeczywistości, bo mam wrażenie, że patrzę na anioła - Jasna cholera - Thomas szturcha mnie w ramię, ale nie zwracam na niego uwagi. Gapię się na moją narzeczoną, która ma na sobie długą, dopasowaną suknię. Przylega do jej szczupłego ciała niczym druga skóra, uwydatniając kształty oraz jej spore piersi. Jest z długim rękawem, który składa się z koronki ciągnącej się w górę. Nie byłaby sobą, gdyby nie dodała pazura w postaci pomalowanych na krwistą czerwień ust oraz paznokci. Dostrzegam również czerwone szpilki, które wysuwają się przy każdym kroku spod sukni. Mam ochotę porwać ją w ramiona i już nigdy nie puszczać! - Rybko - uśmiecham się jak debil, kiedy dociera do mnie. Ujmuję jej dłoń i składam na wierzchu czuły pocałunek - Wyglądasz obłędnie - szepczę tak, aby tylko ona usłyszała. Zawstydza się uroczo i niepewnie spogląda na księdza, który już na nas czeka. Stajemy przed ołtarzem, a ceremonia się rozpoczyna.


Ksiądz wygłasza piękne kazanie. O miłości, zaufaniu, wspieraniu się. Słucham go jak zahipnotyzowany i dociera do mnie, że za moment Vivienne będzie kimś, o kogo będę musiał troszczyć się i dbać przez całe życie. Zerkam na jej piękną, skupioną twarz i nie dowierzam, że jesteśmy w tym miejscu. Pokonaliśmy
tyle trudności, ciężkich chwil, strachu, a jednak nam się udało. Nie pozwolę, aby stała jej się krzywda.
- Vivienne, Justinie - ksiądz wyrywa mnie z moich myśli i uśmiecha się przyjaźnie - Czas na przysięgi.
- Oczywiście - puszczam mu oczko, ksiądz zaprasza nas na środek i podsuwa mikrofon pod usta Vivi. Jest koszmarnie zestresowana, ściska moją dłoń, a jej oddech wręcz szaleje - Spokojnie, rybko. Zapomnij o tych wszystkich ludziach, pomyśl, że jesteśmy tutaj tylko we dwoje - głośno wypuszcza powietrze, na moment zamyka oczy i próbuje zebrać się do kupy. Nie sądziłem, że aż tak się zestresuje - Gotowa?
- Tak - uśmiecha się, unosi głowę i patrzy mi w oczy - Justinie - zaczyna pewnie, zaciskam usta, a uśmiech próbuje przebić się na moje usta. A więc nadeszła ta chwila - Ślubuję ci miłość kobiety, która oddałaby życie za ukochanego mężczyznę. Obiecuję ci spędzić życie u twojego boku, szczęśliwe życie w świecie radości, ale i smutków, w świecie będącym od teraz naszym światem. Będę cię kochać i troszczyć się o ciebie. Będę cię wspierać, kiedy ciemne chmury trosk przysłonią słońce naszego szczęścia. Obiecuję ci ciepło w zimne dni, ufność i zdolność do przebaczenia. Przysięgam, biorąc na świadka Boga i wszystkich
tu obecnych, że uczynię cię najszczęśliwszym z ludzi na zawsze - kiedy kończy mówić, dosłownie mnie zatyka. Gardło zaciska niewidzialna pięść, a serce podskakuje do góry. Mrugam szybko, aby pozbyć się napływających łez, ale te słowa mnie wmurowały! Nikt nigdy nie powiedział mi nic piękniejszego.
- Justin, twoja kolej - ksiądz przywołuje mnie do porządku. Ściskam jej dłoń i zbieram się do kupy.
- Vivienne - wbija zęby w wargę, głaszcze małym palcem spód mojej dłoni i patrzy na mnie z ogromną czułością - Ślubuję trwać przy tobie w zdrowiu i chorobie. Ślubuję, że kiedy będzie potrzeba oddać swoje życie za ciebie, odebrać każde cierpienie, wysuszyć i schować każdą łzę, która nie będzie łzą szczęścia - zrobię to bez wahania. Ślubuję, że nie będę dla ciebie tylko mężem, ale także przyjacielem, u którego zawsze znajdziesz zrozumienie, który będzie patrzeć na świat z dystansem i tym, który podzieli z tobą twoje pasje. Ofiarowuję ci całe swoje serce i głowę pełną myśli o tobie oraz całego siebie ze swoimi wadami i zaletami. Ofiarowuję ci swoją bezwarunkową miłość - ksiądz podaje nam obrączki, jednak my patrzymy na siebie, nie zwracając uwagi na otaczający nas ludzi. Dostrzegam spływającą po jej policzku łzę, ocieram ją opuszką palca i opieram czoło o jej - Kocham cię, rybko. Zawsze będę. Przysięgam. 


Kiedy drzwi do ogrodu otwierają się przed nami i wchodzimy do środka, wszelkie rozmowy milkną, a wszystkie oczy wlepione są we mnie oraz moją piękną żonę. Dostrzegam szok na twarzach gości, jakby zobaczyli ducha. Właśnie w tej chwili dociera do nich to, z jakiego powodu zebraliśmy się w tym miejscu.
Patrzę na babcię, która z rozchylony ustami wlepia we mnie wzrok i przykłada dłoń do serca. Przeskakuję na dziadka, ciocię Sue oraz ludzi ojca, których twarze nie wyrażają dosłownie nic. Zachowują wszelką powagę i zapewne mój ślub niezbyt ich cieszy. Od kiedy władzę przejął mój brat, są do mnie sceptycznie nastawieni. Byli pewni, że zasiądę na 'tronie" i będę bossem Chicago. Chcieli tego tylko dlatego, iż wtedy byłem dzieciakiem, a oni mogli na mnie wpływać. Z Thomasem nie mają łatwo, więc muszą siedzieć cicho.
- Proszę Państwa - głos mamy, który dociera z głośników, sprowadza mnie na ziemię. Stoi na podwyższeniu, uśmiecha się szeroko i muszę przyznać, że wygląda kwitnąco! - Zapewne jesteście ogromnie zaskoczeni tym, co widzicie, ale to jest powód dzisiejszego przyjęcia. Mój syn Justin oraz Vivienne wzięli ślub! - krzyczy radośnie, a na sali zapada cisza. Spodziewałem się szoku, ale chyba nie aż takiego! - No dajcie spokój, cieszmy się ich szczęściem - rozbrzmiewa muzyka oraz, nareszcie, gromkie brawa. Pierwsze z miejsc zrywają się moje dwie kuzynki oraz chłopcy z Seven. Nigdzie nie dostrzegam Henry'ego.
 

Toastom i życzeniom nie ma końca. Goście zdecydowanie się rozluźnili, sporo wypili, a zabawa trwa w najlepsze. Dochodzi pierwsza w nocy, a moja żona nie ma dość. Wciąż wywija na parkiecie, uśmiecha się szeroko i pije. Nieźle się trzyma, nawet nie zdjęła butów, za co ją podziwiam. Są koszmarnie wysokie, ale i cholernie seksowne! Rozcięcie w sukni co rusz ukazuje jej nagie udo, a moje myśli uciekającą w zakazane tereny. To nie jest odpowiedni moment, aby marzyć o nocy poślubnej. Muszę uzbroić się w cierpliwość.
- Henry nadal się nie pojawił - obok mnie siada Thomas, który cały czas czuwa - To dziwne, nie sądzisz?
- Masz rację. Mama zawiadomiła go o przyjęciu, więc byłem pewny, że jednak się pojawi. Niepokojące.
- Bardzo! Mam nadzieję, że usiadł na dupie i niczego nie planuje. Lepiej niech mnie nie drażni.
- To Henry, bracie. On zawsze ma głupie pomysły, przez które wpada w kłopoty. Powinien myśleć o synu.
- Wiele razy mu to powtarzałem. Uważa, że ma głowę na karku, a małemu nic się nie stanie. Jest naiwny!
 
- Zgadzam się, jest zaślepiony. Chyba bawi go ta cała zabawa w kotka i myszkę, ale źle się to skończy.
- Justin! - naszą rozmowę przerywa Vivi, która podchodzi i ciągnie mnie za rękę - Chcę z tobą zatańczyć.
- Boże, dziewczyno! Skąd ty masz w sobie tyle energii? - przewracam oczami, Thomas śmieje się ze mnie i stwierdza, że "starość nie radość". Też mi coś! - Nie jesteś zmęczona? - przytulam się do niej, kołyszę nas w rytmie wolnej piosenki, a wokół nas wirują goście. W tym mama z wujkiem Rogerem i Tookie z Milą.
- Nie, nie jestem zmęczona. Może odrobinę bolą mnie nogi, ale chrzanić to! W końcu to nasz ślub, tak?
- Oczywiście! Cieszę się, że jesteś szczęśliwa. Tryskasz energią, świetnie się bawisz, wciąż uśmiechasz.
- Przyjęcie jest wspaniałe. Tańczyłam chyba z każdym mężczyzną w tym ogrodzie! Nawet z Marcusem!
- Tak, świetny z niego tancerz - parskam śmiechem, bo Marcus to syn mojej kuzynki, który ma cztery lata.
- Jest prze słodkim dzieciakiem, naprawdę. Wciąż mówi do mnie ciociu Vivienne, a to takie urocze!
- Urocze, tak? - mrużę oczy, unoszę ją i okręcam dookoła - Więc może postaramy się o własnego bobasa?
- C-co? - jąka się, patrzy mi w oczy, w których dostrzegam szczery szok. Cholera! - J-ja nie wiem, czy...
- Ciii, byłabyś cudowną mamą, rybko. Wiedz, że chcę mieć z tobą dzieci, może nie teraz, nie za miesiąc, ale wtedy, kiedy będziesz na to gotowa. Nie obawiaj się, poczekam tyle, ile trzeba. Bez presji, okej?
- Okej - uśmiecha się, pociera nosem o mój i rozluźnia się - Mam najlepszego męża na całym świecie.
- Och, Vivi. Nadal nie wierzę, że to dzieje się naprawdę. To jak sen, z którego nigdy nie chcę się obudzić.


Kilka minut po drugiej w nocy pierwsi goście opuszczają przyjęcie. Żegnamy się z ciocią oraz wujkiem, dziękujemy za przybycie i wręczamy im upominki. Są zachwyceni przyjęciem oraz zaskoczeni tym, że pobraliśmy się w tajemnicy. Wujek Daniel to brat mojej mamy, doskonale wiedział, co wyczynia Henry i poprał moją decyzję. Czasami w obronie bliskich trzeba podjąć naprawdę poważne decyzje.
- Vivienne - przekręcam głowę, wlepiając wzrok w stojącą obok Ellie. Zawsze zawstydza się w mojej obecności, co odrobinę mnie dziwi - Mogę porwać cię na minutkę? Obiecuję, że oddam ją z powrotem. 

- Oczywiście - puszczam dłoń mojej żony, całuję ją przelotnie w czoło i dołączam do chłopaków z Seven.  


Vi POV:
Ellie ciągnie mnie w stronę damskiej toalety, wchodzi do środka i odwraca mnie w swoją stronę.
- Ktoś poprosił mnie, abym cię tutaj sprowadziła - kurwa, po tych słowach krew odpływa mi z twarzy!
- Czyś ty zwariowała, Ellie? Co to za zabawa, huh?! - rozglądam się spanikowana, jednak nikogo nie widzę.
- Nie denerwuj się, Vivienne - zamieram na dźwięk głosu, który dochodzi zza moich pleców. Ellie posyła mi przepraszający uśmiech i czmycha, zostawiając nas same - Wybacz za ten podstęp, ale jak sama wiesz, trzeba zachować ostrożność. Prawda? - odwracam się bardzo powoli, spotykam te piękne oczy i wpatruję się w jej szeroki uśmiech - Cześć, mała - rozchyla ramiona, bez zastanowienia wtulam się w jej ciało i nadal nie wierzę, że naprawdę tutaj jest - Wyglądasz prze, kurwa, obłędnie, dziewczyno. Jesteś piękna!
- Mój Boże, co ty tutaj robisz, Katherina? - odchylam głowę, ocieram łzę i wręcz nie mogę się na nią napatrzeć. Wygląda przepięknie w czerwonej, dopasowanej sukience i rumieńcami na policzkach.
- Cóż, to długa historia, Vi. Pewne sprawy ściągnęły mnie z powrotem do Chicago, ukrywam się i nagle dowiaduję o twoim ślubie. Nie masz pojęcia, jak bardzo zszokowało mnie to, do czego posunął się Henry.
- Nie tylko ciebie, uwierz mi. Ten człowiek nie jest normalny, bawi go dręczenie mnie i prześladowanie.
- A to wszystko z mojego powodu. To przeze mnie wpadłaś w kłopoty. Nie wiem, jak mam cię przepraszać.
- Wcale nie musisz tego robić, ba, nie chcę, żebyś to zrobiła, Kath. Miałam świadomość tego, co może się wydarzyć i wydarzyło się. Niczego nie żałuję, wiesz? - chwytam jej dłonie i posyłam lekki uśmiech - Grunt, że uciekłaś stąd, byłaś bezpieczna, z dala od Henry'ego i jego pojebanych pomysłów. Ja sobie poradziłam, spójrz, gdzie teraz jestem. Justin wpadł na szalony pomysł i tak oto zostałam jego żoną. Jest dobrze.
- Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, Vivienne. Zasługujesz na szczęście, jesteś wspaniałą kobietą i masz niesamowite serce. Jay świetnie trafił, widać, jak bardzo jest w tobie zakochany.
- Ja również go kocham i liczę na to, że nasze małżeństwo będzie udane. Hej, chcesz się z nim zobaczyć?
- Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł. Zapewne jest na mnie wkurzony za to, że pomogłaś mi uciec.
- Nie, był wkurzony jedynie na mnie, ale już dawno mu przeszło. Nie potrafi się długo na mnie gniewać.
- I bardzo dobrze! Masz go w jednym palcu i tak powinno być. Facet musi wiedzieć, kto rządzi, prawda?
- No pewnie - chichoczę rozbawiona, patrzę jej w oczy i kręcę głową - Wciąż nie wierzę, że tutaj jesteś.
- To było odrobinę ryzykowane, ale chrzanić to! Musiałam się z tobą zobaczyć, to w końcu wasz ślub.
- Mam nadzieję, że nie będziesz miała przez to kłopotów? Kiedy wracasz? Mamy szansę na kawę i ploteczki?
- Jasne! Zostanę kilka dni, dobrze się ukryłam. Nie mogę rzucać się w oczy, nikt nie wie, że tutaj jestem.
- I niech tak zostanie. Gdyby tylko Henry wiedział, och... boję się pomyśleć, co przyszłoby mu do głowy.
- To oczywiste, Vivi. Zrobiłby to, co obiecywał. Zastrzeliłby mnie za ucieczkę, nieposłuszeństwo, wstyd.
- Ale tego nie zrobi, nie pozwolę mu na to. Grabi sobie i przyjdzie dzień, w którym za to wszystko zapłaci.
- Oby! On skrzywdził naprawdę wiele kobiet. Jest potwor... - Kath nie kończy, bo nagle dociera do nas dziwne zamieszanie i podniesione głosy - Słyszałaś? Co tam się dzieje? Czyżby ktoś za dużo wypił?
- Sprawdzę, nie ruszaj się stąd - podnoszę suknię, opuszczam toaletę i po chwili docieram do ogrodu, który pięknie oświetlają kolorowe lampiony. Nie to jednak zwraca moją uwagę, a przeraźliwa cisza oraz stojący na środku Henry. Jasna cholera, to nie skończy się dobrze! - Henry? Więc jednak przyszedłeś. Ś-świetnie!
- Naprawdę się cieszysz, cukiereczku? - przechyla głowę, a jego wzrok świdruje mnie, aż robi mi się zimno - Piękna panna młoda, no no - klaszcze w dłonie, wypija duszkiem drinka i podchodzi do mnie. Znikąd pojawia się Justin, Savage, Nathan oraz chłopcy z Seven - Dajcie spokój, panowie. Chcę jedynie złożyć życzenia oraz powitać Vivienne w naszej rodzinie. Nie zachowujcie się jak banda dzieciaków, proszę.
- Spokojnie - głaszczę Justina po plecach i modlę się w duchu, aby nie stracił nad sobą panowania. Wtedy na pewno rozpęta się piekło - Henry przyszedł na nasz ślub, został zaproszony - wychodzę zza pleców mojego męża, staję przed jego wujem i przyklejam na twarz uśmiech. Wcale nie podoba mi się to, że tutaj jest, ale mam zamiar zachować zimną krew - Jaka szkoda, że przybyłeś, kiedy przyjęcie dobiega końca.
- Wybacz, kochanie. Kiedy dowiedziałem się o waszym ślubie, musiałem zebrać wszelkie siły, aby opanować złość i nie pozwolić sobie wpaść tutaj i wpakować w twoje piękne ciało całego magazynku - puszcza mi oczko, chwyta moją dłoń i całuje wierzch. Moje serce niebezpiecznie przyśpiesza - Witaj w rodzinie, Vivienne. Poniekąd cieszę się, że tak się stało. Obowiązują cię nasze zasady, to dobra wiadomość.
- Nie do końca - głos zabiera Justin, Henry przekręca głowę i patrzy na niego ze znudzeniem - Tak się składa, że podpisałem oświadczenie, iż zasady nie obowiązują, ani nigdy nie będą obowiązywać, Vivienne. Thomas, wuj Roger, Benjamin oraz nasz prawnik byli tego świadkami. Nawet jeśli kiedyś przyjdzie mi rządzić, moja żona będzie ponadto, Henry - dopiero teraz na jego twarzy pojawia się szczery szok, delikatnie rozchyla usta i na moment się wyłącza. Nie jestem pewna jego reakcji ani tego, czy Justin faktycznie powinien był mu to mówić - Vivi nosi moje nazwisko, jest bezpieczna. Musisz anulować zlecenie, inaczej wpakujesz się w poważne tarapaty. Zastanów się, czy twoje życie lub Caleb są tego warte.
- Jak mogłeś popełnić tak ogromny błąd, podpisując coś takiego?! Czy ta dziewczyna odebrała ci rozum?!
- To nie jest twoja sprawa, Henry. Będę żył tak, jak chcę, tobie nic do tego. Skończyłem ten nudny temat.
- Ale ja nie! - gwałtownie przyciąga mnie do swojego ciała, opiera moje plecy o swój tors, a przy mojej skroni pojawia się coś twardego, zimnego. Serce prawie wyskakuje mi gardłem, kiedy dociera do mnie, co trzyma przy mojej głowie - Jesteś taki miękki, Jay! Powinieneś ukarać ją za pomoc w ucieczce Kath, powinieneś ją utemperować, pokazać, jak musi się zachowywać! A ty po prostu podpisałeś oświadczenie?!
- Puść ją! To koniec, rozumiesz?! Musisz wziąć się w garść, inaczej będzie kurewsko źle! Zacznij myśleć!
- Henry - dołączają do nas bracia ojca Justina oraz Thomas, który wręcz płonie ze złości - Opanuj się, to żona Justina, twojego bratanka! Jeśli pociągniesz za spust i pozbawisz ją życia, sam zginiesz, a twój syn zostanie pozbawiony jakichkolwiek przywilejów. Wiesz, co to oznacza? Trafi do rodziny zastępczej, nikt z nas nie zainteresuje się jego losem, nie będzie członkiem naszej rodziny, a tym bardziej nie będzie rządził.
- Pierdol się, Roger! To dziecko, do kurwy nędzy, ma dwa lata, a ty mówisz coś takiego?! Jak możesz, huh?!

- Mogę, bracie. Zaślepiło cię coś, czego nie potrafię zrozumieć. Może i Vivienne pomogła uciec Katherinie, ale to odległa sprawa, zostaw to za sobą, ożeń się z Anją i poszerz swoje wpływy w Rosji. Możesz mieć wspaniałe życie, kobietę u boku i zapewnić synowi świetlaną przyszłość. Możesz też to zaprzepaścić.
- Równie dobrze mogę mieć Anję, syna oraz Vivienne. W tej chwili mogę stąd wyjść, zabrać ją ze sobą, a wy nic nie będziecie mogli zrobić! - śmieje się szyderczo, a żółć podchodzi mi do gardła. Wyłapuję spojrzenie Justina, który ledwo nad sobą panuje i patrzy na mnie, nawet nie mrugając. On wie, że jeśli tylko Henry dotknąłby mnie w "ten" sposób, strzeliłabym sobie w łeb! - I co tak nagle zamilkliście, huh?!
- Nie zabierzesz jej, musiałbyś mnie zabić - Justin pochodzi do niego, chwyta moją dłoń i ściska mocno.
- Och, daj spokój. Nie chcę tego robić, ale jeśli zmusisz mnie, zabiję ją. Wybór należy do ciebie, Jay.
- Zapłacisz za wszystko, Henry - Thomas mówi surowo, aż mam ciarki na plecach - Przysięgam tu i teraz, że będziesz cierpiał za to, co właśnie odpierdalasz. Nie okażę ci grama litości, taryfa ulgowa się wyczerpała.
- To się jeszcze okaże, bratanku - prycha pod nosem i zaczyna się cofać. Próbuję wzmocnić uścisk na dłoni Justina, jednak nie jestem w stanie. Jak na zawołanie wszyscy ruszają w naszą stronę, każdy trzyma dłoń na broni wsuniętej za pasek spodni, ale wiedzą, że nie mogą oddać strzału. Wtedy Henry zrobi dokładnie to samo, a stawką jestem ja - Nie myślcie, że pójdziecie za mną. Wychodzimy, wy zostajecie, panowie.
- P-proszę cię, Henry, zastanów się nad tym, co robisz. Twój synek nie zasługuje na to całe bagno.
- Wiem o tym, słodka Vivienne. Będziesz dla niego cudowną mamusią, już ja się o to postaram. Będziemy się świetnie bawić, nie obawiaj się - mówi na tyle głośno, że słyszy to Justin, w którym gotuje się krew - Twoje ciało kręci mnie, odkąd zobaczyłem cię po raz pierwszy, wręcz nie mogę doczekać się, kiedy wreszcie znajdę się między twoimi nogami. Noc poślubna będzie długa, wyczerpująca i ciut bolesna - śmieje się radośnie, zaciskam usta i próbuję się wyszarpać. Wbijam obcas w jego stopę, łokieć w żebro, ale to na nic! - Uspokój się, cukiereczku! - syczy do mojego ucha, szarpie moje włosy, aż piszczę z bólu.
I nagle, znikąd, niespodziewanie, rozlega się odgłos strzału, a moje serce zamiera.